10 książek, które wstrząsnęły (moim) światem

Jakiś czas temu zostałam wywołana na Facebooku do przedstawienia listy dziesięciu książek, które wywarły wpływ na moje życie. Najpierw trochę się wzbraniałam, ale kiedy zaczęłam myśleć o tym, co mogłabym na tej liście umieścić, zapaliłam się do pomysłu. Bo chociaż tu się kryguję, że nie znoszę czytania, książki odegrały w moim życiu znaczącą rolę. Każdą z ujętych w zestawieniu pozycji staram się umieścić w kontekście, jaki towarzyszył lekturze.

Jak wszystkie aktualizacje statusu, lista pojawiła się i znikła w otchłani, a ja postanowiłam ją wyłowić, zanim stanie się to niemożliwe. Wyłowić i zamieścić tutaj – może nie dla potomności, ale przynajmniej na nieco dłużej i dla paru czytelników, którzy nie są moimi fejsbukowymi znajomymi.

Kolejność książek z grubsza chronologiczna – w sensie chronologii czytania. Tytuły podaję w tym języku, w którym czytałam książkę.

1. Joseph Conrad – Lord Jim. Tak naprawdę przejście z dzieciństwa w dorosłość odczułam, czytając swoją pierwszą książkę Conrada – W oczach Zachodu – ale Lord Jim postawił kropkę nad i, pokazując, że w zmaganiach z życiem nie chodzi o „ja przeciw światu”, tylko raczej o „ja przeciw sobie”. Do tej kategorii zaliczam też – przeczytaną kilka lat później – Dżumę Camusa.

2. Ray Bradbury – Słoneczne wino. Najmniej znana z przetłumaczonych na polski, jedyne wydanie pochodzi z roku 1965. Stała na półce u nas w domu, choć mój tata nigdy nie interesował się zbytnio fantastyką. Bo w zasadzie to nie jest fantastyka, choć realizm też nie. Książka o dzieciach, choć i nie o dzieciach. Złożona z oddzielnych historyjek połączonych postaciami 12-letniego Douglasa i jego brata Toma. W niej przecudna historia o dwojgu ludziach, których połączyłaby wielka miłość, gdyby on nie urodził się o 50 lat za późno. O tym, jak człowiek odkrywa, że żyje. I wiele innych.

3. Edward Stachura – wybór wierszy. Ważniejszy był spektakl Życie to nie teatr w Teatrze Nowym, gdzie Jacek Różański śpiewał teksty Stachury; ale ma być o książkach, więc taki mikroskopijny tomik dostany od cioci. Dziś czytam niewiele poezji, ale Steda wciąż uwielbiam.

4. Jan Drzeżdżon – Miasto automatów. Drzeżdżon to jeden z pisarzy, których książki zalegały na półkach księgarń, gdy prawie nic innego w nich nie było. Pewnie dlatego ktoś kupił mi tę książkę pod choinkę, gdy byłam bodaj w ósmej klasie. Odbiłam się wtedy od niej, wróciłam przed maturą – i wpadłam po uszy. Wysmakowana proza, uczta wyobraźni. Jeden z wielu zapomnianych, niedocenionych (zwłaszcza przez czytelników, bo przez krytykę był chwalony) pisarzy. Co ciekawe, publikował w dwóch językach – polskim i kaszubskim.

5. Witold Gombrowicz – Ferdydurke. Nigdy nie miałam odruchu nielubienia lektur; przeciwnie, wiele z nich bardzo lubiłam i do dziś lubię, ale Gombro powalił mnie na łopatki. Do dziś moja ulubiona jego książka, być może obok pierwszego tomu Dziennika. Nie podoba mi się wiele rzeczy, które słyszałam o autorze, ale bardzo się identyfikuję z tym jego poszukiwaniem swego miejsca wśród ludzi, niechęcią do bycia zagarniętym. A forma – przecudna!

6. Susan Hill – Jestem królem zamku. Ludzie często mówią, że trzeba pielęgnować dziecko w sobie, ale naprawdę tak nie myślą. Osoby wrażliwe, kierujące się uczuciami i intuicją są traktowane jak niespełna rozumu. Ja niestety/stety do takich należę, więc losy Kingshawa i jego zmagań z Hooperem bardzo mnie wciągnęły. Kingshaw i Hooper to dwaj jedenastoletni chłopcy. Ale książka kierowana raczej do nieco starszego czytelnika i być może dlatego przyrównywana czasem do Władcy much, choć całkiem inna.

7. Julio Cortázar – zbiory opowiadań. Bywały lepsze lub gorsze, ale wciągnęła mnie jego inność, surrealistyczna fantastyczność (lub odwrotnie). Później były powieści, a i tak najbardziej lubię opowiadania (te zgromadzone w zbiorze Muzy należą do najlepszych). Przez niego wylądowałam na hispanistyce. Borges i Bioy Casares to już pokłosie tego wylądowania, choć z czasem stali mi się może nawet bliżsi.

8. Wilkie Collins – The Woman in White. Pewnie się zastanawiacie, co ta książka tu robi, bo to w zasadzie sensacyjny romans, ale jaki! Najpierw czytano to w „Trójce”, trafiłam na jeden z odcinków, wciągnęło mnie, jakiś czas potem wypożyczyłam ze śp. biblioteki British Council. Pierwsza książka, jaką w całości przeczytałam po angielsku – to chyba wystarczający powód, by ją tu umieścić. Collins pozostaje w cieniu Dickensa, pisał znacznie mniej, ale zarówno Kobieta w bieli, jak i Kamień księżycowy to fascynujące i „szybkosięczytające” lektury.

9. Ayn Rand – The Fountainhead. Tym razem dawno już nieczynna biblioteka w równie nieczynnym konsulacie amerykańskim w Poznaniu. O Ayn Rand słyszałam, bo w pewnym okresie życia fascynował się nią Neil Peart, perkusista i tekściarz mojego ulubionego zespołu Rush. Źródło zafascynowało mnie już na pierwszej stronie. Ma wielką moc, która jest jednocześnie dobra i zła. Dobra, bo wychwala bycie sobą i dodaje odwagi tym, którzy mają jej za mało. Zła, bo sama jest tak silna, że wciąga w orbitę swoich wpływów. Potrzebowałam lat, by ułożyć sobie sprawy z tą książką, oddzielić ziarno od plew i wyjść z tej walki silniejsza.

10. Walter M. Miller Jr – Kantyczka dla Leibowitza. Książka o wszystkim. O ścieraniu się starego z nowym, plusach i minusach obu. O nas, o świecie, o zapętlaniu się historii. Niezwykła, bogata opowieść.

11. Greg Egan – Diaspora. Greg w ogóle jest cudowny, a ta książka najbardziej mnie porwała (choć przyznaję, że jestem o kilka do tyłu). O tym, gdzie się zaczyna i kończy człowieczeństwo. O tęsknotach. O samotności.

12. Philip Pullman – trylogia His Dark Materials. Pullman porwał mnie fabułą, rozprawianiem się z religią nie na zasadzie samej negacji, lecz przeciwnie – poprzez wskazywanie jej wad i zalet świeckiego humanizmu. Fantastyczno-przygodowa opowieść dla dzieci starszych, przypowieść z morałem dla młodzieży i dorosłych.

Wyszło dwanaście? Sorry. Powinno być więcej. Gdzie Ursula Le Guin, Iain Banks? Gdzie Dżuma, Zbrodnia i kara? Gdzie Borges i jego mniej utytułowany kumpel Bioy Casares? Gdzie wszystkie wspaniałe książki z dzieciństwa, z Chłopcami z Placu Broni, Tanią i Alonką, Dziećmi z Bullerbyn? Dla tych ostatnich warto by stworzyć osobną listę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s