Krzyk dzięcioła

IMG_1458

Za młodu byłam straszną łamagą i nigdy bym nie pomyślała, że kiedyś będę czerpać taką przyjemność ze sportu. A już na pewno nie przyszłoby mi do głowy, że będę biegać. Inna rzecz, że wtedy po prostu nie było zwyczaju biegania. Nie było też odpowiedniej odzieży, butów, porad w gazetach. Niemniej trafiali się ludzie, którzy biegali. Raz nawet z koleżanką spróbowałam, ale skończyło się na jednokrotnym obiegnięciu bloku.

Byłam łamagą, ale chętnie mierzyłam się ze swoją łamagowatością, jeśli miałam ku temu odpowiedni bodziec. Takim bodźcem było wędrowanie po górach. Być może na łonie natury łatwiej wykrzesać z siebie te pierwotne siły, które pozwalały przetrwać naszym przodkom. W górach potrafiłam się piąć z wywieszonym ozorem, żeby stanąć na szczycie, i właściwie roztaczający się stamtąd widok był tylko dodatkowa premią, bo głównie chodziło o sam fakt, że zdołało się pokonać słabość ciała i tam wejść.

Po wielu latach przerwy kupiłam rower i odkryłam, że piękne okoliczności przyrody można znaleźć także w samym Poznaniu i jego okolicach. Na rowerze można się zmęczyć i narobić fajnych zdjęć, ale moja jazda nie ma w sobie tej skrajności co włażenie na dwutysięcznik – kiedy nogi bolą i wrócić ciężko, zawsze jest wymówka w postaci sesji zdjęciowej albo poleżenia na trawie. Chociaż owszem, dotarcie na dwóch kołach dokądś, dokąd w przeciwnym razie trzeba by jechać pociągiem lub autobusem, przynosi sporą satysfakcję.

Nadal jednak nie sądziłam, że będę biegać. Po pierwsze, przebiegnięcie nawet małego odcinka (np. gonitwa za tramwajem) zawsze bardzo mnie męczyło, a po drugie, wydawało mi się to nudne. Zaczęło się przypadkowo – P. się odchudzał i wymyślił sobie, żebyśmy pobiegali. Początkowo przebiegaliśmy kawałek parku, zdychaliśmy i wracaliśmy piechotą. Pewnego jednak razu, gdy akurat byłam sama, zawzięłam się i obiegłam cały park (z grubsza 3,5 km). Jakimś cudem mi się udało, ale byłam totalnie padnięta i przez dwa lata nie powtórzyłam tego wyczynu. Potem… biegaliśmy coraz rzadziej. Podobnie jak przy pływalni czy rowerze, czar nowości prysł. Chyba tylko faktowi, że park rozpościera się zaraz za blokiem, zawdzięczam fakt, że całkowicie nie porzuciłam biegów. Drugą zaletą tego sportu jest to, że teoretycznie nie trzeba ponosić żadnych kosztów (poza butami do biegania, które kupiłam zaraz na początku swojej przygody). Oczywiście to czysta teoria, bo w samym ubiegłym roku wydałam z półtorej stówy na kurtki, bluzy i podobne artykuły, ale a) mam nadzieję, że długo posłużą (tym bardziej że powoli muszę się rozglądać za nowymi butami), b) nie wymaga to płacenia za każdym razem, jak w przypadku pływalni czy łyżew).

No więc biegałam sobie raz po raz i nawet dokładnie nie pamiętam, kiedy mnie wzięło, żeby tę częstotliwość zwiększyć. Jakoś chyba wiosną ubiegłego roku. Nie pamiętam też, jak to się stało, że ponownie obiegłam dookoła cały park, ale zrobiłam to raz, drugi i stopniowo odkryłam, że wcale nie jest to ponad moje siły, a przynajmniej nie zawsze. Raczej nie będę biegać maratonów ani nawet półmaratonów (podziwiam wszystkich znajomych, którzy to robią), bo wciąż jestem łamagą i w dodatku, jak to się ładnie mówi, mam już swoje lata. Niespecjalnie też mnie interesuje, czy biegam szybciej, czy wolniej, i nie chcę bić żadnych swoich rekordów. Frajdę natomiast mam z tego nieziemską i jeśli tylko pogoda, zdrowie oraz obowiązki pozwalają, biegam codziennie. Oczywiście tak korzystny splot okoliczności niemal się nie zdarza – zwłaszcza w zimie, kiedy wcześnie się ściemnia, a pogoda bywa różna – ale na przykład w tym tygodniu miałam okazję trzy dni z rzędu obserwować zachód słońca nad Wartą i zapewniam was, że każdego dnia był inny.

Nie ma jednego czynnika, który wyjaśniałby moją radość z biegania. Jest to raczej kombinacja kilku czynników. Pierwszy to wspomniane już przy okazji górskich wędrówek zmagania z naturą – własną i tą na zewnątrz. Ukształtowanie terenu, jakość nawierzchni, wiatr, zimno lub gorąco oraz moje samopoczucie (plus stopień zatłoczenia parku, po części związany z warunkami meteo) składają się na to, jak będzie mi się danego dnia biegało. Większość tych czynników jest zmienna, ale w wypadku pokonywania tej samej trasy jeden jest stały – ten pierwszy. Przez wiele lat spacerowania, a nawet jeżdżenia rowerem po parku nie poznałam go pod tym względem tak dobrze jak w ciągu kilku miesięcy, nawet kilku tygodni biegania. Doskonale wiem, gdzie się biegnie z górki, gdzie pod górkę, a gdzie jest względnie płasko. Na tym opiera się cała dynamika mojego biegu – tu sobie odpocznę, tu będę musiała się zmęczyć, bo pod górę, ale dam radę, bo wiem, że później będzie spory odcinek w dół, a dalej dłuuugo prosto. Potem znów górka – tu, mniej więcej w ⅔ drogi, przeważnie oszukuję i idę szybkim krokiem, zbierając siły na ostatni odcinek – lekko w dół, górka, dłużej w dół, górka, dół, górka i już koniec, można jeszcze zbiec na dół i przejść się nad Wartą, bo podobno po każdym biegu powinno się trochę pochodzić, żeby krew, która spłynęła do łydek, się rozeszła.

Więc walka z naturą, z tymi górkami na ziemi i w sobie, ze zmęczeniem. Czasem jest gorzej i wtedy skracam trasę mniej więcej o ⅓, czyli za stawem od razu myk do góry, a nie wokół POSiR-u. Dzisiaj też chciałam tak zrobić, bo jakoś wyjątkowo nogi mnie bolały, ale miałam już w planach pisanie niniejszego tekstu, więc nie wypadało. To właśnie jest cudowne i jakże odmienne od siedzenia przed komputerem w ciepłym pomieszczeniu, gdzie wystarczy pokonać kilka metrów, żeby zrobić ciepłą herbatę czy wyjąć coś z lodówki. Nie będę się krygować, że odzywają się we mnie atawizmy z czasów polowania na mamuty, chociaż na pewno jest w tej walce coś pierwotnego. Tylko ty i ziemia pod butami, twoje mięśnie, serce, oddech. Żadnych kłamstw, krętactwa, użerania się z absurdami stworzonymi przez ludzi. Pokonywanie fizycznych przeszkód i fizycznej słabości potrafi niesamowicie poprawić samopoczucie (dotleniasz się, wydzielają się endorfiny, rośnie poziom serotoniny), a przy tym jest – przynajmniej dla mnie – znacznie łatwiejsze niż pokonywanie słabości natury psychologicznej. Zmusić się do biegania? Małe piwo; właściwie muszę się raczej zmuszać do niebiegania, jeśli na przykład pada deszcz albo boli mnie gardło. Ale zmusić się do pracy, do przetłumaczenia kolejnego zdania, kolejnej strony – to o wiele trudniejsze zadanie i trudno znaleźć w sobie ekwiwalent tej pasji, która sprawia, że chce się biegać. Może dlatego, że satysfakcja z biegania jest natychmiastowa, a satysfakcja z wykonania pracy przychodzi dopiero wtedy, gdy się ją wykonało, a czasem wtedy, gdy dostało się pieniądze albo gdy książka wyszła.

Nie byłoby jednak tyle radości – prawdopodobnie byłoby jej za mało, by kontynuować – gdyby to bieganie odbywało się w jakimś tunelu mgielnym, z którego nie widać nic poza ziemią pod stopami. Bo bieg to także otoczenie – ludzie, psy, pozdrawiający mnie biegacze, drzewa raz łyse, raz zielone, raz kolorowe. Powietrze pachnące deszczem, krzyk dzięcioła, krakanie wron, gawronów i kawek, które tylko czekają, by na biegacza nasrać. Łyski spacerujące nad brzegiem stawu, kos z zadartym ogonem, wrony kochające się, jakby nie wiedziały, że zima. No i zachody słońca, jeśli uda mi się wycyrklować. Poczytuję sobie za wielkie szczęście, że mieszkam w miejscu pozwalającym mi (potencjalnie) codziennie obserwować zachód słońca nad Wartą. Zwłaszcza teraz, w zimie, gdy zachodzi wcześnie, a przy tym nie trzeba zbiegać na sam brzeg, bo drzewa są łyse i wszystko widać. Brzeg ze względu na nierówną nawierzchnię bardziej nadaje się do spacerów, które oczywiście często praktykuję po bieganiu. Czasem nawet mam ze sobą aparat i udaje mi się zrobić parę zdjęć, choć ostatnio tego unikam, bo strój do biegania jest zwykle cieńszy niż ten do chodzenia, a w szczególności do stania, więc marznę podczas tych sesji, co grozi uszczerbkiem na zdrowiu, który z kolei grozi przerwą w bieganiu😉

Mogę sobie tylko życzyć, żeby okoliczności pozwoliły mi jak najdłużej, najczęściej i najpełniej korzystać z tej przyjemności, bo jest jedną z większych, jakich zaznałam w życiu – i w odróżnieniu od wielu innych mam ją na wyciągnięcie ręki. Albo nogi.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s