Minirecenzje filmowe – luty 2015

pobrany plik

W lutym obejrzałam kilka filmów, które są ostatnio na takim topie, że nie warto o nich zbyt wiele pisać, bo wszyscy albo już je obejrzeli, albo przynajmniej się o nich nasłuchali. Odnotuję jedynie, że są wśród nich Zaginiona dziewczyna (rozczarowanie, bo podeszłam do filmu ze złym kluczem – myślałam, że to będzie dramat, a był kryminałothriller), Whiplash (też lekkie rozczarowanie, bo przeczytawszy te wszystkie ochy i achy, spodziewałam się czegoś wybitnego, a film jest w moim odczuciu bardzo uproszczony i niespójny psychologicznie, zaś solówki na perkusji nieciekawe), Grand Budapest Hotel (umiarkowana satysfakcja, bo mniej więcej takiego filmu się spodziewałam, może odrobinę lepszego – trzeba jednak przyznać, że wizualna perełka) i Dzikie historie (film bardzo dobry, acz niektóre sceny dla mnie zbyt brutalne; wolałam łagodniejsze opowieści, jak ta o Panu Bombce).

Z nieco mniej sławnych obejrzałam Dziewczynkę z kotem (nawet by mi się podobała, gdyby ktoś nie kazał mi żywić wobec niej głębokich emocji, których nie żywiłam), Wyśnione miłości (nie w moim guście) oraz trzy filmy, o których chcę napisać szerzej, acz z różnych powodów.

Sugar Man – dokument z roku 2012 o piosenkarzu Sixto Rodriguezie, który wydał w Stanach dwie płyty i pies z kulawą nogą o nim nie słyszał, ale jego muzyka cudownym zrządzeniem losu zawędrowała do RPA i stała się symbolem walki z apartheidem. Dziennikarz z RPA zaczyna poszukiwać śladów Rodrigueza, przekonany, że artysta nie żyje, a tymczasem odnajduje go żywego w mieście, w którym ten spędził całe życie – Detroit. Film jest stary i pewnie byłam ostatnią osobą na Ziemi, która go nie widziała, ale jeśli przypadkiem nie, polecam z całego serca, bo to opowieść o pięknej postaci i z piękną muzyką.

Mandarynki – gruzińsko-estoński kandydat do Oscara (gdy będę wrzucać ten tekst, pewnie będzie już wiadomo, czy go dostał). Kibicuję mu z całego serca, choć to niepatriotyczne, bo jest cudowny. Film o bezsensie wojny, mimo dramatyzmu zaskakująco stoicki i na swój sposób pogodny, jakby reżyser poprzez postać głównego bohatera chciał powiedzieć, że konflikty przychodzą i odchodzą, a życie trwa. Zwróćcie uwagę na oszczędną, ale świetnie ilustrującą całość muzykę.

La isla mínima – film hiszpański i tam dość popularny, a u nas nieznany, więc warto o nim napisać. Nie przepadam za filmami rozrachunkowymi – wolę opowieści o przemianie duchowej bohatera niż o tym, że ktoś, kto teraz jest po jasnej stronie mocy, kiedyś robił coś złego i tak naprawdę wcale się nie zmienił. Ciekawsze jest obserwowanie młodszego z bohaterów, ale więcej nie powiem, bo może jednak kiedyś obejrzycie. Fabuła kryminalna wydaje mi się bardzo pretekstowa i dziurawa. Nastrój się broni, ale nie przez cały czas.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s