Minirecenzje filmowe – marzec 2015 (I)

tydzienkina

W marcu obejrzałam sporo filmów, a to między innymi dlatego, że odbywał się 15. Tydzień Kina Hiszpańskiego. Pozwolę sobie zatem podzielić sprawozdanie na dwie części – w pierwszej będą filmy z przeglądu oraz inne związane z Hiszpanią lub Ameryką Łacińską, a w drugiej – reszta.

Na przeglądzie udało mi się zobaczyć pięć filmów. Właściwie nie wiem, czy „udało mi się” to dobre określenie, bo na pozostałe po prostu nie miałam ochoty – no, może na jeden, ale nie była to chęć przemożna. Wybrałam takie, których opisy mnie zaciekawiły. Zatem:

Kwiaty (Loreak) – bardzo ciepły, nostalgiczny baskijski film nakręcony przez dwóch reżyserów, z których jeden jest też twórcą równie klimatycznego 80 dni. O pamięci, godzeniu się i o tym, że żyjemy w dwóch światach – tym namacalnym i tym wyobrażonym, który dla naszych emocji bywa bardziej rzeczywisty od pierwszego. I wreszcie, co ważne – o tym, że ten drugi świat potrafi wpłynąć na pierwszy zamiast jedynie być ucieczką od niego.

Głupcy (Los tontos y los estúpidos) – sympatyczny film o aktorach „z łapanki” nagrywających sceny do filmu obrazującego perypetie życiowe kilkorga bohaterów. Podobały mi się niektóre historyjki (zwłaszcza ta o matce, która postanowiła stać się mężczyzną, a nawet swoim zmarłym mężem), a także to, że sceny „prawdziwego” życia pomiędzy scenami są czarno-białe i jakby stare, sugerując, że to, co naprawdę ważne, dzieje się na planie. Mimo wszystko film bez wielkich ambicji i raczej nikim nie wstrząśnie.

Wiedźmy z Zugarramurdi (Las brujas de Zugarramurdi). Odkąd przed laty Alex de la Iglesia zwrócił moją uwagę filmem La comunidad, śledzę większość jego poczynań. Poza nakręconym w Anglii i zaskakująco grzecznym (choć fajnym) Oxford Murders wszystkie są mieszanką tego, co lubię – wciągającej akcji i inteligentnego humoru – z tym, czego nie lubię – epatowaniem obrzydliwością i obrazoburczością. Tym razem pokusił się o superprodukcję, która doczekała się ośmiu nagród Goya (hiszpański odpowiednik Oscarów), a ja podczas jej oglądania czułam jeszcze większy dysonans niż kiedykolwiek przedtem: niektóre sceny imponują rozmachem – szczególną uwagę zwracam na scenę sabatu – a jednocześnie dużo jest obrzydliwości, w dodatku zaś film w bardzo krzywym zwierciadle przedstawia kobiety. Chwilami się odgrażałam, że na następny film Iglesii nie pójdę, ale sama w to nie wierzę.

Scena sabatu:

10.000 nocy (10.000 noches en ninguna parte) – czytając recenzje w sieci, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że lepiej niż ich autorzy zrozumiałam, o czym jest ten film. Wiadomo, że obie alternatywne historie, które „przeżywa” bohater, istnieją tylko w jego głowie. Wiadomo, że jedynym światem jest dla niego matka, przed którą może uciec wyłącznie do pracy lub w świat wyobraźni. Ponury wniosek z 10.000 nocy jest taki, że choćbyśmy nie wiem jak wierzyli w moc terapii i pracy nad sobą, pewnym ludziom nie można już pomóc, bo zostali zbyt mocno skrzywdzeni. I dlatego ważne jest, żeby zwracać uwagę na dzieci i ludzi bardzo młodych, których jeszcze można uratować. Co oczywiście jest trudne, bo rodzina rzecz święta i nic nikomu do tego, co się w niej dzieje – zwłaszcza jeśli, tak jak tu, nikt nie jest bity.

Jakkolwiek można oceniać całokształt filmu, psychologicznie historia wydaje się równie przenikliwa jak Plac Zbawiciela. Matka alkoholiczka, która wykorzystywała dzieci seksualnie, a hołubieniem i oskarżaniem na przemian doprowadziła syna do takiego uzależnienia od siebie, takiej niesamodzielności i tak wszechpotężnego strachu przed wszystkim, że ten nie jest w stanie mieć żadnego życia – do tego stopnia, że nie poznajemy nawet jego imienia. Postać matki świetnie napisana i zagrana chyba też. Bezradność i bezwolność dwudziestosiedmioletniego bohatera wkurza, ale w kontekście działań matki – całkowicie nieodpowiedzialnej i perfidnej w sterowaniu poczuciem winy młodzieńca – jest wiarygodna. I nawet końcowe „przepraszam”, choćby i szczere, nie przynosi ulgi, a jedynie gorycz, że odejście stanie się dla chłopaka jeszcze bardziej niemożliwe, a poczucie winy silniejsze.

Tylko ja (La herida) – nie bardzo wiem, skąd taki polski tytuł; oryginalny oznacza Rana lub Zraniona. Obiecywałam się sporo po tym filmie i zastanawiam się, dlaczego mnie rozczarował. Może dlatego, że opis miał taki: „Ana ma 28 lat i lubi swoją pracę w pogotowiu i odczuwa ogromna satysfakcję, gdyż czuje się potrzebna. Tymczasem w życiu prywatnym nie potrafi okazywać uczuć, jest czasem agresywna wobec bliskich. Nie panuje nad swoim zachowaniem i emocjami. Ana cierpi na zaburzenie osobowości typu borderline, ale o tym nie wie”. Myślałam więc, że się dowie i zacznie chodzić na terapię albo w inny sposób walczyć o siebie. Tymczasem ten borderline jest wymieniony tylko w opisie filmu, nie wiem po co – chyba po to, żeby taki durny widz jak ja zamiast normalnie oglądać, zastanawiał się, czy bohaterka ma odpowiednie objawy. No dobrze, może jeszcze po to, żeby dać wskazówkę innym ludziom z podobnymi problemami. To kupuję. Ale sam film mnie nie przekonał. Bohaterka z jednej strony ma książkowe objawy – samookaleczenia, ataki złości, nadużywanie alkoholu i narkotyków – ale to wszystko jakoś mi się nie składa do kupy. Poza tym trudno mi uwierzyć, żeby w dobie internetu nie wiedziała, że istnieje takie zaburzenie, czy nawet nie znając nazwy, nie próbowała choćby udać się do psychologa. Tym bardziej że pracuje w pogotowiu i napatrzyła się na niejedno. OK, nie jest łatwo zdecydować się na opowiedzenie o wstydliwych sprawach. Ale nie szukać w internecie wiadomości, nie zadawać sobie pytania, czy istnieją inni ludzie borykający się z problemem, to już inna kwestia. Ten aspekt wydaje mi się mało prawdopodobny, a emocje bohaterki ukazane nazbyt płytko. Mam wrażenie zmarnowanego potencjału.

Poza przeglądem obejrzałam w ubiegłym miesiącu dwa latynoskie filmy:

Gloria – chilijski film, który mimo pozytywnych recenzji zupełnie do mnie nie trafił. Ba, wkurzył mnie. Temat samotności, poszukiwania bliskości, zwłaszcza w nieco starszym wieku, jest wdzięcznym tematem na film. Ale z bohaterką absolutnie nie potrafiłam poczuć więzi. Niby jest osobą w miarę wykształconą, a nie wydaje się mieć żadnych zainteresowań poza chodzeniem na potańcówki w celu poderwania faceta. Desperacja desperacją, ale ta kobieta jest po prostu potwornie nudna. Co nie zmienia faktu, że mimo wieku późnośredniego wciąż ma ładne ciało, a leci na jakiegoś nieapetycznego dziada. Jednoczesne orgazmy w każdej scenie miłosnej zupełnie mnie rozbawiły.

Złota klatka (La jaula de oro) – film w koprodukcji hiszpańsko-gwatemalsko-meksykańskiej, zrealizowany przez hiszpańskiego reżysera. Opowieść o trojgu (w porywach do czworga) nastolatków, którzy wiedzeni pragnieniem lepszego życia próbują się przedostać z Gwatemali do Stanów. Hipnotyczny film ze świetnymi zdjęciami i krajobrazami, powolny, oszczędny. Wniknięcie w świat, którego nie znamy i nie poznamy, początkowo fascynujące, z czasem staje się przejmujące. Ze wszech miar godzien polecenia, o ile nie jesteście zbyt niecierpliwi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s