Minirecenzje filmowe – kwiecień 2015

Timbuktu

W kwietniu widziałam nieco mniej filmów, ale wszystkie warte wzmianki. Najpierw jeden zaległy – W lepszym świecie duńskiej reżyserki Susanne Bier. Obraz z roku 2011, ale jakże aktualny. Piękny film, piękne zdjęcia, piękna muzyka. I dylemat, czy na agresję odpowiadać agresją, ryzykując eskalację przemocy, czy też ją ignorować, ryzykując, że agresor poczuje się bezkarny. Szczerze mówiąc, nie wierzę w istnienie dobrej odpowiedzi na to pytanie, ale wybieram tę, którą daje reżyserka.

Motyl: Still Alice; film, za który Oscara dostała odtwórczyni głównej roli, Julianne Moore. Moim zdaniem film wart raczej Oscara za scenariusz, który jest jego najmocniejszym punktem. Opowieść o pani naukowiec zajmującej się językiem, która w sile wieku, aktywna zawodowo, zapada na alzheimera. Co więcej, okazuje się, że odmiana, na którą cierpi, jest dziedziczna i że każde z jej trojga dzieci może ją mieć. Nie uważam tego filmu za wielkie dzieło, ale jest wart obejrzenia. Polski tytuł absurdalny.

Podczas festiwalu Afrykamera zobaczyłam dwa filmy: Run to opowieść osadzona w Wybrzeżu Kości Słoniowej. Tytuł to przezwisko głównego bohatera, który ciągle musi uciekać… Dobry, wartościowy film, skłaniający do poszerzenia wiedzy na tematy Czarnego Lądu – podobnie jak kolejny, Timbuktu, którego akcja z kolei toczy się w Mali. Ten obraz zgromadził w sali kinowej znacznie większą publiczność, bo jest bardziej znany – kandydował do Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Warto przy okazji wspomnieć, że w filmie słyszymy bodaj pięć języków: francuski, angielski, arabski i dwa używane w Mali. To jeden z symboli zagmatwanego afrykańskiego życia. Film poetycki, piękny, okrutny. Film o tym, jak różnie można pojmować islam („Nie obchodzi mnie dżihad innych ludzi, bo cały mój czas pochłania własny. Mój dżihad to ciągłe doskonalenie się, by być bliżej Boga”), o potrzebie wolności skonfrontowanej z brutalnością radykałów będących w istocie zakłamanymi konformistami. Scena gry w piłkę bez piłki przejdzie do mojej osobistej klasyki. Trzeba obejrzeć.

I wreszcie Aferim! (kalendarz mówi, że obejrzałam go 1 maja, ale skoro już dołączyłam do kwietniowych recenzji, to niech będzie) – film w koprodukcji kilku krajów, ale przede wszystkim rumuński, o Rumunach i ich narodowej tożsamości. Aferim znaczy „brawo” po turecku (słowo z czasów imperium osmańskiego, nie wiem, czy dziś używane). Kolejny film, po którym mogę napisać: „Świetne zdjęcia”. Czarno-biały, klimatyczny, pokazujący komplikację pierwszej połowy XIX wieku na Wołoszczyźnie. Śmieszny i straszny. „W tym filmie nic się nie dzieje, ale jest fajny” – podsumował po wyjściu jeden ze współwidzów. Ano.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s