Minirecenzje filmowe – maj 2015

Miał tu być zupełnie inny wpis (który – mam nadzieję – wkrótce się pojawi), ale uznałam, że najpierw trzeba nadrobić zaległości w relacjach filmowych. Tyle że jeśli chodzi o maj, niewiele mam do zaoferowania. To nie tak, żebym nie obejrzała żadnych filmów, ale prawie wszystkie one należą do jednej z trzech kategorii: a) starocie, b) filmy, o których napisano już wszystko i jeszcze więcej, c) filmy, które niespecjalnie mnie do siebie przekonały. Z pierwszej kategorii udało mi się obejrzeć niemiecką Falę, meksykańskie Pragnienie miłości i francusko-austriackiego Kota Rabina.

Fala (Die Welle) z roku 2008 to opowieść o młodym nauczycielu anarchiście, któremu przypada w udziale poprowadzenie tygodniowego kursu na temat autokracji. Początkowo się broni, potem wpada na pomysł pokazania uczniom, jak taki system działa praktyce, w końcu… tworzy w klasie autokratyczne państewko z sobą jako wodzem. Film bardzo luźno bazuje na eksperymencie przeprowadzonym w Stanach w latach 60. Jest postrzegany jako przestroga przed tym, jak łatwo może powrócić coś, co wydaje nam się odległe i niezrozumiałe, ale ja zwróciłam uwagę także na inny aspekt – pokazanie, jak łatwo z radykała jednej idei przeobrazić się w radykała innej. Rainer chciałby poprowadzić zajęcia o anarchizmie, którego idea jest mu bliska, a nie o jakiejś głupiej autokracji… tymczasem w ciągu zaledwie kilku dni świetnie wpasowuje się w rolę dyktatora. Podobne przypadki są znane, więc warto się zastanowić, na ile radykalizm to kwestia wiary w jakieś konkretne idee, a na ile stan umysłu. Kiedy popadamy w fanatyzm i przestajemy dostrzegać za ideą innych ludzi, robi się groźnie.

Pragnienie miłości (Después de Lucía) to meksykański film z roku 2012. Zacznę od tytułu, bo polski mnie wkurza. „Después de Lucía” znaczy dosłownie „Po Lucíi”, co niezbyt się broni, ale dlaczego nie mógłby to być na przykład „Świat bez Lucíi”? Tytułowej Lucíi nie poznajemy, bo zginęła w wypadku, i właśnie jej brak jest motorem (a może hamulcem) akcji. Ani mąż, ani córka kobiety nie potrafią się odnaleźć w świecie bez niej, a przeprowadzka do stolicy tylko pogarsza sprawę – zagubiona Alejandra wskutek rozpaczliwej próby zdobycia aprobaty pada ofiarą szkolnego mobbingu. Przez większość filmu nie byłam przekonana o jego wartości (sugerowanej przez liczne nagrody i nominacje). Zachowanie nastolatków wydawało mi się przesadnie hedonistyczne i okrutne – tak mogą się zachowywać pewne grupy, ale cała klasa? Nie wiem, wszak to Meksyk, a ponadto z młodzieżą w wieku gimnazjalnym niewiele mam do czynienia. Ufam, że w naszym kraju przynajmniej część ma więcej oleju w głowie. Niemniej końcówka filmu zupełnie zmieniła mój odbiór, pokazując, że istotnie mam to czynienia z dziełem ważnym. Końcowa scena jest zbliżeniem na tę ogromną wyrwę, która powstała w świecie mężczyzny i dziewczyny po odejściu najukochańszej osoby. Reżyser pozostawia nas zaglądających w otchłań.

Kot rabina (2011) to adaptacja komiksu, a właściwie kilku komiksów Joanna Sfara, francuskiego rysownika pochodzenia żydowskiego. Fajna, dowcipna i „antyfanatyczna” opowieść o szalonej podróży przez północną Afrykę lat 20. ubiegłego wieku grupki osób, wśród których są żydzi – aszkenazyjski i sefardyjski – muzułmański mędrzec i murzyńska (pardon my French) dziewczyna. Rysunki Sfara podobały mi się bardziej w jego komiksowej wersji Małego księcia, ale film jest przyjemny i optymistyczny. Można go znaleźć w internecie w całości z polskimi napisami (jakby co, to nic Wam nie mówiłam).

Z kategorii „filmy, o których napisano już wszystko i jeszcze więcej” obejrzałam dwa aktualne hity – Mad Maxa i Sekrety morza. Oba mi się podobały, każdy w swojej kategorii. Tym, których zachwyciły Sekrety, polecam tez Sekret Księgi z Kells tych samych twórców.

Pozostała właściwie jedna nowość. Nowość, co do której odczucia mam mieszane – jest nią Strefa nagości (Nude area) Urszuli Antoniak. Bardzo podobał mi się wcześniejszy obraz tej reżyserki Nic osobistego. Ponadto interesują mnie filmy o miłości kobiety do kobiety. Trailer wprawdzie nie całkiem mnie przekonał, ale jednak coś sobie obiecywałam. Tymczasem film jest dziwny. I nie chodzi o jego statyczność ani o to, że nie pada w nim ani jedno słowo. Chodzi bardziej o same bohaterki i ich wzajemne zauroczenie – o to, że ani nie potrafię się utożsamić z żadną z nich (moglibyście mi wytknąć, że w odróżnieniu od nich nie mam piętnastu lat – ale kiedyś miałam i wydaje mi się, że byłam tak odmienna od głównej bohaterki, jak to tylko możliwe), ani nie przemawia do mnie ich erotyczna fascynacja. W moich zauroczeniach, nawet jeśli brały się z ciała, zawsze kluczowy był aspekt romantyczny i takież pragnienia – przytulać się, patrzeć w oczy, głaskać się, radować samą obecnością ukochanej osoby. W Strefie nagości, w marzeniach bohaterki, we wzajemnych podchodach obu dziewcząt mamy właściwie tylko zmysłowość. Świetne zdjęcia Piotra Sobocińskiego – zwróćcie uwagę na niesamowitą koncentrację kamery na detalach ciała, kroplach wody spływających po skórze – podkreślają sztuczność tej opowieści i fakt, że reżyserka traktowała ją raczej jak malowanie obrazu niż jak opowieść o głębokich emocjach i tęsknotach wykraczających poza sferę cielesną. Jednocześnie biję jej brawo za odwagę, bo zaryzykowała, kręcąc film nietypowy, trudny w odbiorze, pozbawiony jednoznacznie zdefiniowanego targetu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s