Feministki mnie dyskryminują!

W sumie nie wiem, czy ten tytuł to na żarty, czy poważnie. Sami oceńcie.

Na początek – wiem, że definicja feminizmu jest niejednorodna zarówno wśród ogółu społeczeństwa, jak i osób, które feministkami/feministami się mienią. Na przykład czytając na Facebooku wpisy Klaudii Heintze odnoszę wrażenie, że ma bardzo podobne poglądy do moich, tyle że ja nie widzę powodu nazywania tego feminizmem. Piętnuję (staram się) przejawy dyskryminacji wobec kobiet, tak jak piętnuję (staram się) przejawy dyskryminacji wobec jakichkolwiek jednostek czy grup społecznych. W zapowiedzi mojej książki Arkadia w jednym z serwisów kulturalnych napisano, że jest to fantastyka z wątkami feministycznymi. Hm. Podrapałam się w głowę, podumałam i stwierdziłam, że chodzi im o to, iż książka jest pisana z perspektywy (pewnej konkretnej) kobiety, przez pryzmat jej emocji, a miłość ukazana w sposób delikatny i wzniosły. Cóż – podobno w którejś z książek Jonathana Carrolla (nie pamiętam tego cytatu, wyczytałam to w pewnym artykule niepodającym źródła) padają słowa, że dla mężczyzny seks to sport, a dla kobiety msza. Jeśli więc to, że w seksie dwóch zakochanych w sobie osób – zwłaszcza że obie są kobietami – widzę coś wykraczającego daleko poza sferę cielesności i piszę o tym z mnóstwem silnych emocji, jest feminizmem, to nie mam nic przeciwko byciu tak nazwaną*.

Zdarzają się natomiast chwile, gdy czuję się skopana przez feministki. Jak wiele osób, mam w sobie pewne punkty nadwrażliwości, które sprawiają, że bardzo osobiście traktuję stwierdzenia padające w mediach czy dyskusjach. Otóż alergicznie reaguję na uogólnienia dotyczące kobiet, które (uogólnienia, nie kobiety ;)) do mnie nie pasują. Odczuwam je jako odmawianie mi prawa do kobiecości. Nie mieścisz się w kanonie, więc do nas nie należysz. Bardzo mnie to boli. A niestety takich uogólnień jest wszędzie pełno, także ze strony autorytetów. Szczególnie wbił mi się w głowę jeden przypadek. Otóż zmusiłam się do obejrzenia filmu Eriki Lust, której twórczość jest określana jako kobiece/feministyczne porno. Film ten – Cabaret Desire – był prezentowany w Poznaniu podczas jakiejś kobiecej imprezy jako przykład tego „dobrego”, kobiecego porno, dyskusję po nim prowadziła znana seksuolożka Alicja Długołęcka (która działa na mnie jak płachta na byka, bo ilekroć widzę jakieś jej artykuły, jestem prawie pewna, że po przeczytaniu takiego znów zwątpię w swoją kobiecość), a zachęcała mnie do przyjścia nań moja skądinąd bardzo miła koleżanka, znana lokalnie feministka. Na film nie poszłam, bo po pierwsze w ogóle źle bym się czuła oglądając taki film w kinie z obcymi ludźmi, a po drugie, miałam już okazję widzieć trailery filmów Eriki Lust i raczej mnie one odrzucały, niż pociągały. Postanowiłam jednak zdobyć go i obejrzeć. Oglądałam po kawałku na raty, bo nie mogłam zdzierżyć, ale dobrnęłam do końca. Nie mogłam zdzierżyć przede wszystkim dlatego, że film był dla mnie potwornie nudny. Nie podobała mi się jego estetyka, seksu było mało, sceny niepodniecające, brakowało też tego, czego oczekiwałabym po kobiecej pornografii – czułości. Słyszę czasem argument, że „lepszy” film pornograficzny powinien mieć fabułę, ale fabuła w tym filmie była tak pretekstowa, że tylko nudziła. Nawiasem mówiąc, argument ów nie bardzo do mnie trafia, bo film pornograficzny chyba z definicji ma wywoływać podniecenie seksualne i ja osobiście scenki „przed” i „po” raczej przewijam. Ważna natomiast jest sama estetyka sceny miłosnej i stosunek partnerów/partnerek do siebie – tu po filmie, który chciałabym oglądać, oczekuję tego, że będzie pokazywał wzajemną czułość i oddanie partnerów w akcie miłosnym, dawał przesłanie, że seks (i oglądanie seksu) jest czymś dobrym, a nie czymś, czego trzeba się wstydzić. Niestety rzadko można coś takiego zobaczyć i dlatego – choć oglądanie/czytanie scen miłosnych jest dla mnie chyba najlepszym źródłem podniecenia – pornografią, którą dane mi było widzieć, jestem na ogół rozczarowana i zniesmaczona (i zawstydzona). Czasem jednak, z rzadka, trafia się coś, co spełnia mój postulat pokazywania czułości i bliskości partnerów. Chciałabym, żeby było więcej takiej dobrej, pozytywnej, akceptowalnej etycznie i estetycznie pornografii.

Niestety film pani Lust (pewnie, że to pseudonim) nie spełnia moich wyobrażeń na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, nie podnieca. Po drugie, estetyką też mnie nie oczarował, a wręcz zniechęcił (tak, słyszałam, że reżyserka postawiła sobie za cel pokazywanie przekroju społeczeństwa, ale po pierwsze, nie chodzi mi o nieestetyczność ludzi, a po drugie, upieram się przy twierdzeniu, że celem pornografii jest wywołanie podniecenia). Po trzecie – i najważniejsze, dlatego zostawiłam to na koniec – w filmie jest scena, w której kobieta zaskakuje faceta we śnie, knebluje go, krępuje i gwałci. I proszę, niech mi nikt nie mówi, że jest to przewrotny komentarz do „tradycyjnej” pornografii, bo nie zdarzyło mi się widzieć w filmie pornograficznym sceny gwałtu, a gdybym na taką trafiła, tobym ją wyłączyła. Tymczasem tu w dobrym tonie jest oglądać, bo to taki postępowy film. I nie, nie przekonuje mnie to, że facet po pewnym czasie przestaje się opierać – komentarz czy nie komentarz, ta scena jest zła i zasługuje na takie samo potępienie jak każda scena gwałtu.

Pada też argument, że w tradycyjnym pornobiznesie (a w feministycznym nie) kobiety są wykorzystywane i krzywdzone. Nie wiem, jak to wygląda – prawdopodobnie w części przypadków tak jest. Nie muszę chyba pisać, że jestem absolutnie przeciwna krzywdzeniu kogokolwiek w ramach czegokolwiek. Czytając takie teksty jak ten, trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że część osób pracujących w tym biznesie po prostu wybrała taki zawód i chwali go sobie. Ponadto nie mam możliwości sprawdzenia, jak są traktowani poza planem aktorzy grający w jakichkolwiek filmach, także w filmach Eriki Lust, więc ten argument niespecjalnie do mnie przemawia.

Spoglądam na to, co napisałam, i boję się, że zaraz zostanę zhejtowana za niedostateczne potępianie pornografii. Cóż poradzę – istotnie nie potępiam samego zjawiska, a wręcz uważam je za potrzebne. Niektóre osoby tak mają, że najłatwiej podniecają się właśnie scenami miłosnymi na ekranie. Potępiam jakość większości, brzydotę, wulgarność. Chciałabym bardzo, żeby to wyglądało inaczej – żeby osoby o wyższym poziomie kultury mogły tam znaleźć coś, co będą oglądać bez wstydu. Bo przecież my też mamy ciała. Natomiast zupełnie nie kupuję tej feministycznej pornografii i kiedy widzę, jak jest wynoszona na piedestał i nazywana „kobiecym porno”, chce mi się wyć. Wyję, bo znowu ktoś próbuje mnie wyrzucić poza nawias kobiecości. Wiele razy czułam się wyobcowana – ze względu na styl bycia, hobby, teraz to. Ale choć komuś może się to nie podobać, jestem kobietą i nigdy nie czułam się nikim innym. Dlaczego proszę, nie zawłaszczajcie tego miana dla określenia swoich gustów, poglądów czy cech. Nie kopcie w tyłek innych kobiet tylko dlatego, że są inne.


*…choć wcale nie uważam, że wszystkie kobiety powinny tak czuć, więc chyba jednak to nie żaden feminizm, tylko moja jednostkowa wizja.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s