Trzęsienie umysłu (I)

W filmie Chce się żyć dziewczyna – nie pamiętam imienia, więc nazwę ją Anią – przyprowadza Mateusza, niepełnosprawnego, niemówiącego i uważanego za głęboko upośledzonego, na imprezę urodzinową swego bogatego ojca. Przez poprzednie tygodnie opiekowała się Mateuszem, w końcu zaczynając go traktować jako swojego chłopaka. Wreszcie ktoś zrozumiał, że nie ma do czynienia z rośliną – myśli widz. I jakież to heroiczne, że zabiera chłopaka na elegancką kolację do ojca, wiedząc, że zebrani będą kręcić nosami.

Rzeczywiście – ojciec i jego świta patrzą krzywo, mamy poczucie, że za chwilę dojdzie do awantury. „Kogo przyprowadzisz za rok? – pyta ojciec. – W zeszłym roku bezdomny, teraz on…” Po czym zwraca się do Mateusza: „Przepraszam cię za swoją córkę”.

Chwilę siedzę oszołomiona, próbując ogarnąć, co tu się wydarzyło. Te dwa wypowiedziane zdania, a zwłaszcza bezpośrednie zwrócenie się do Mateusza, całkowicie odwracają sytuację, przenicowują nasze dotychczasowe wyobrażenia o Ani i o tym, gdzie na osi dobro/zło znajduje się ona, a gdzie ojciec.

Uwielbiam takie momenty w literaturze i filmie – kto wie, czy nie najlepsze „twisty”, jakie można nadać dziełu fabularnemu. Siedzisz sobie wygodnie w fotelu, przekonany, że kibicujesz właściwej stronie, a tu cała wizja sypie się w wyniku jednego gestu, kilku słów. A więc to tak? Nie z miłości czy nawet sympatii, tylko z chęci zemsty na ojcu Ania omamiła Mateusza, dając mu nadzieję, że wreszcie dla kogoś zaczął się liczyć, a w rzeczywistości w najmniejszym stopniu nie biorąc pod uwagę jego uczuć? Prawdopodobnie podzielała przekonanie większości, że chłopak jest zbyt upośledzony, by cokolwiek rozumieć, a dawane przez niego sygnały ignorowała w imię swoich celów. Wizerunek ojca natomiast ociepla się, gdy ten odzywa się wprost do chłopaka. Nawet jeśli nie sądzi, by ten go rozumiał, widzi w nim człowieka i czuje potrzebę przywrócenia mu godności.

Ale to znowuż nie jest tak, że wystarczy obrócić kalejdoskop do góry nogami i wszystko stanie się takie, jakie jest naprawdę. Po pierwsze, nie wiemy, co naprawdę czuje Ania. Może oprócz chęci prowokowania ojca jest w niej autentyczne poczucie solidarności z ludźmi wykluczonymi, bo się z nimi identyfikuje? Ojciec ma nową rodzinę, o matce i ewentualnym rodzeństwie nie wiemy nic. Zniknięcie Ani z życia Mateusza po tym incydencie zdecydowanie przemawia jednak na jej niekorzyść. Owszem, może jej być wstyd, ale przecież musiała się spodziewać takiego rozwoju wydarzeń, ba – biorąc pod uwagę, że to „recydywa”, jesteśmy skłonni sądzić, że prowokacja była jej celem – więc to, że nie pojawia się więcej, zdaje się potwierdzać tezę, że chłopak był dla niej wyłącznie narzędziem walki z ojcem.

Po drugie – i bardziej istotne – jeśli między rodzicami a dzieckiem źle się dzieje, zwykle nie jest to wina dziecka. Owszem, zdarza się, że opiekunowie wszystko zrobili dobrze, a z dziecka i tak wyrasta niezłe ziółko, lecz chyba znacznie częściej problemy dzieci są wynikiem błędów rodziców, którzy z kolei są produktem swoich, także niedoskonałych rodziców… i tak w nieskończoność. Postrzegam to jako rodzaj grzechu pierworodnego, za który wszyscy pokutujemy i zbawić nas może jedynie korzystny zbieg okoliczności i/lub ciężka praca: albo we wczesnym okresie życia trafimy na kogoś bardzo mądrego i empatycznego, kto te błędy naprawi, skrzywienia złagodzi, albo osiągniemy to dzięki mozolnej pracy nad sobą. Zdecydowanie korzystniejsze jest to pierwsze, bo kiedy już okrzepliśmy w złym schemacie, naprawdę trudno jest go zmienić. Niestety nie od nas to zależy, więc jeśli wchodzimy w dorosłość tacy powykrzywiani, pozostaje już tylko drugi sposób. Powolne zmienianie siebie, które potrwa do końca życia.

Ciekawe, czy o tym wszystkim myślał reżyser, gdy budował tę postać – postać, której imienia nawet nie zapamiętałam, ale która mogłaby być tak wieloma z nas. Ilekroć dostrzegam w fabułach (lub ich fragmentach) głębię, której większość otaczających mnie osób nie wydaje się dostrzegać, zastanawiam się, czy nie nadinterpretuję. Ale chyba nie, bo żeby wymyślić taki twist, potrzeba wnikliwości. A nawet gdyby w niektórych wypadkach okazywało się, że pomyślałam o czymś, co nie było zamiarem twórcy, dziełu to nie zaszkodzi, a tych, z którymi podzielę się refleksjami, może skłonić do wartościowego namysłu. Oby🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s