Notki filmowe 2016 (I)

Zmieniam tytuł wpisów o kinie, bo „minirecenzje” to i tak za duże słowo na określenie tego, co tu piszę. Ale traktuję ten blog po trosze jako pamiętnik, więc pozwolę sobie nie rezygnować z wynotowywania obejrzanych filmów. Z doświadczenia wiem, że tytuły lubią umykać jak rącze jelenie, a kiedy indziej na odwrót – tytuł zostaje w głowie, umykają wrażenia. Warto więc prowadzić takie notatki nawet dla wzmocnienia własnej pamięci, a ponieważ jestem próżna i lubię, jak mnie czytają, pozwolę sobie nadal czynić to publicznie. A nuż ktoś pochwali, a nuż kogoś zachęcę albo zniechęcę.

Filmem, który w ostatnich tygodniach wywarł na mnie największe wrażenie, jest Dureń Jurija Bykowa. Film ten przemknął przez kina jak błyskawica, dziś można go oglądać głównie na przeglądach, lecz liczę na to, że prędzej czy później pojawi się w telewizji. Jeśli ktoś dobrze zna rosyjski, można obejrzeć go na YouTube – ja nie dałam rady, choć z niektórymi rosyjskimi filmami idzie mi jako tako. Może to przez słabą jakość dźwięku, która utrudnia zrozumienie, a może zbyt trudny tekst. W każdym razie w końcu udało mi się obejrzeć Durnia z polskim tłumaczeniem i przyznaję – jest tak dołujący, jak mi opowiadano, a może i bardziej. Ale oczywiście wiecie, że w moim wypadku słowo „dołujący” nie jest niczym złym, a w tym wypadku stanowi wręcz pochwałę, choć nie tylko za „dołującość” Dureń jest jej godzien. Jest to bardzo wnikliwe studium moralnego upadku społeczeństwa tak długo nadgryzanego przez korupcję i tumiwisizm, że ostatecznie musi się chwytać najpodlejszych sposobów, by gałąź, na której siedzi, nie runęła. Lepiej, żeby runął jakiś dom na drugim końcu miasta. Ale nie to, nie dekadencja rządzących, jest w tym filmie najstraszniejsze. Najstraszniejsze są jej skutki, za których powstanie rządzący wcale nie czują się odpowiedzialni. Nie to, że dom zwali się ludziom na głowy, lecz to, co w tych głowach jest – a raczej, czego nie ma.

I jeszcze wykorzystana w filmie piosenka zespołu Kino, doskonale wpisująca się w jego nastrój:

To zdecydowanie mój numer jeden ostatnich tygodni, ale były i inne filmy warte wzmianki. Wzmiankujmy więc:

Steve Jobs – świetnie wyreżyserowany i zmontowany, z fajną rolą Kate Winslet jako bliskiej współpracownicy Jobsa Joanny Hoffman, która notabene jest córką polskiego reżysera Jerzego Hoffmana. Winslet otrzymała nominację do Oscara za najlepszą żeńską rolę drugoplanową i myślę, że nie jest bez szans. Michael Fassbender jako Jobs przekonał mnie nieco mniej, ale może to dlatego, że reżyser nieco przeszarżował z postacią. Owszem, słyszałam, że ze Steve’a był niezły sukinsyn, lecz na przykład jego duchowa przemiana pod koniec jest zdecydowanie zbyt gwałtowna. Olśnienia istnieją, natomiast wywołana przez nie zmiana zachowań to już proces długotrwały. Niemniej film godzien polecenia, nawet jeśli ktoś nie ma pojęcia o komputerach i tzw. naukach ścisłych – wprawdzie przez duże partie filmu nie będziecie (jak ja) wiedzieli, o co chodzi, ale strona psychologiczna wam to wynagrodzi. Rym.

Spotlight – tu będę trochę bardziej krytyczna. Film zbiera świetne recenzje, ale pomijając doniosłość opowiadanej historii, mam wrażenie, że jest jest to typowa solidna hollywoodzka produkcja bez cienia oryginalności. Psują go kiczowate wstawki w rodzaju tej, kiedy Rezendes, rozmawiając w Saschą na werandzie, dywaguje, że choć odszedł od Kościoła, myślał sobie, że może kiedyś wróci. Duży plus natomiast za drobiazg, który nie każdy dostrzega – kiedy Rezendes pędzi samochodem do sądu, bo dowiedział się, że odtajniono akta, mija podwórko, na którym swojego synka huśta Patrick – bohater wcześniejszego wywiadu i ofiara księdza pedofila. Ta scena to nie tylko puszczenie oka do spostrzegawczych czytelników, lecz – w moim odczuciu – coś więcej: pokazanie, że można się wyrwać z błędnego koła krzywd i nieszczęść. Że ci, którzy byli krzywdzeni, nie muszą krzywdzić – zwłaszcza jeśli mogli swoje krzywdy wykrzyczeć, przeżyć katharsis.

Miałam nadzieję, że Saschy uda się porozmawiać z księdzem, który twierdził, że został w dzieciństwie zgwałcony. Dobrze byłoby pokazać, że ci, którzy krzywdzą, sami byli krzywdzeni. Tak się nie stało, co nieco podważa moja tezę o typowym Hollywood – być może reżyser trzymał się faktów, a może przeciwnie, zmyślił ten epizod, by dać widzowi do myślenia.

Amy – długo się zbierałam do obejrzenia tego filmu, bo o ile historia Amy Winehouse interesowała mnie ze względów psychologicznych, o tyle jej muzyka zupełnie mi się nie podoba. Sama postać też wzbudzała ambiwalentne uczucia. Podejrzewam, że w każdym z nas tkwi psycholog i zwykły śmiertelnik. Ten ostatni ocenia ludzi po pozorach – jeśli ktoś zachowuje się jak palant, nie mam ochoty zawracać sobie nim głowy. Ten pierwszy przeciwnie – im bardziej zakręcona postać, tym ciekawsza. Film pozwala dostrzec genezę problemów artystki: niedojrzały ojciec, który przez dziesięć lat chodził do kochanki, nim zdecydował się odejść od rodziny, zrodził w dziewczynce poczucie, że nie jest warta miłości, i patologiczną potrzebę zabiegania o względy mężczyzn, którzy źle ją traktowali. Jeśli można było jej pomóc, to we wczesnym wieku nastoletnim, a wtedy (jak nader często bywa) nikt jej problemów nie dostrzegał. Sława i poznanie faceta, który dawał w żyłę, pogłębiły jej problemy, lecz trudno mi wyobrazić sobie Amy jako szczęśliwą dziewczynę nawet gdyby uniknęła tych dwóch rzeczy. Być może (choć nie ma gwarancji) nie skończyłaby tak tragicznie, ale wciąż byłaby zaburzona i potrzebowała głębokiej terapii. Zwłaszcza że ojciec, który miał do tego najmniejsze prawo, również w dorosłości wtrącał się w jej życie, a ona nie za bardzo umiała postawić granicę.

Nie zmienia to faktu, że słuchanie towarzyszącej filmowi muzyki było dla mnie torturą (stąd brak trailera pod niniejszym tekstem), a sama postać wydała się wysoce irytująca tej części mnie, która nie lubi się wgłębiać. Z ciekawością przymierzam się natomiast do obejrzenia Janis, bo choć historia pewnie podobna, to i muzyka, i epoka bliższa moim zainteresowaniom.

I ostatni dziś film – Anomalisa. Z dużymi szansami na Oscara w kategorii „najlepszy film animowany”, bo to animacja poklatkowa wykonana z dużym pietyzmem. Trzeba przyznać, że nie widziałam dotąd filmu lalkowego, w którym tak realistycznie odmalowany został seks. W ogóle przez większość czasu nie pamiętałam, że w filmie grają lalki, a nie aktorzy. Niestety, w warstwie fabularnej jest to opowieść o facecie, który przeżywa kryzys wieku średniego i odbija mu szajba, a on, zamiast iść do psychiatry, krzywdzi kobiety i zamęcza sobą ludzi. Żałosna postać. Dlatego przy całym szacunku dla twórców będę niezadowolona, jeśli film dostanie Oscara.

I przy całym dla nich szacunku pozwalam sobie nie umieszczać trailera.

Przymierzam się jeszcze do napisania o kinowej transmisji Hamleta z londyńskiego National Theatre z Benedictem Cumberbatchem, którego do tej pory niemal utożsamiałam z Sherlockiem, co – jak się okazuje – miało dobre i złe strony. Chociaż będzie to opis wrażeń, a nie recenzja, bo na teatrze znam się jak wilk na gwiazdach. Ale za to emocje gwarantowane.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s