Niedoemancypowani

Tyle się mówi o seksizmie w kontekście dyskryminacji kobiet, a tak mało o tym, co stereotypizacja ról robi mężczyznom (i co w dalszej kolejności szkodzi także kobietom, podobnie jak wtłaczanie kobiet w niezdrowe ramy szkodzi mężczyznom, bo przecież żyjemy razem, jeśli nie w domu, to w społeczeństwie). Niedawno przeczytałam na blogu pewnej pani artykuł  o tym, jak to biedne, „niedoruchane” dziewczyny męczą się z facetami, którzy nie chcą z nimi spać.

Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby w tym tekście zamienić płcie rolami. Jaka awantura by wybuchła, że kobiety mają prawo to robić, kiedy i jeśli chcą, a jak się facetowi nie podoba, to niech chodzi do burdelu, bo widać do związku nie dojrzał. I w ogóle męska opresja itd., itp. Wygląda na to, że w drugą stronę to nie działa – mężczyzna ma być ogierem, który zaspokaja kobietę wtedy, kiedy ona ma na to ochotę.

Jeden wielki seksistowski bullshit.

Mężczyzna – podobnie jak kobieta – ma prawo mieć niskie libido, ma też prawo być aseksualny. Niestety w naszej kulturze „być mężczyzną” oznacza być zawsze gotowym i chętnym. Jeśli ktoś nie pasuje do tego schematu, jest wykpiwany, a najczęściej także totalnie zakompleksiony, bo kupuje te bzdury o męskości i o tym, że coś z nim nie tak. Dostrzegacie tę dysproporcję? Kobietom wolno się kochać, kiedy i jeśli chcą, z kim chcą i jak chcą, ale mężczyznom nie – oni muszą!

W moim odczuciu osób aseksualnych lub o libido niższym niż to, które można by uznać za normę na bazie filmów, książek czy opowieści przy piwie, jest mnóstwo. Warto też wspomnieć, że pojęcie aseksualności bywa rozumiane rozmaicie. Bynajmniej nie oznacza impotencji (choć prawdopodobnie tej etykiety najbardziej boją się faceci), nie musi też oznaczać braku zainteresowania seksem. Wiele osób określających siebie jako aseksualne stosuje ten termin w opozycji do hetero/homoseksualności: nie pociągają ich ani mężczyźni, ani kobiety. W ogóle nie pociągają ich ludzie. Nie wyklucza to jednak aktywności seksualnej, bo zwykle są to osoby sprawne fizycznie w tym względzie i podobnie jak inni zdolne do czerpania przyjemności z orgazmu[1].

W jednym zgadzam się z autorką: jeśli istnieje znaczna dysproporcja w tym względzie, para albo powinna się rozstać, albo poszukać jakiegoś sposobu na kompensację dla osoby, której brakuje seksu w związku. Tyle że do tego ostatniego potrzebna jest otwartość, której – jak z artykułu wynika – owi mężczyźni nie prezentują (nie chcą rozmawiać, obrażają się, udają, że nie ma tematu). Zamiast jednak sarkać, że nasz facet to duży dzieciak, zadajmy sobie pytanie, czy same jesteśmy całkiem w porządku. Czy zamiast wysyłać faceta na terapię, nie powinnyśmy zacząć od uznania jego prawa do odmienności? Czy miarą naszej dojrzałości nie byłoby powiedzenie: „Słuchaj, nasze potrzeby seksualne się rozmijają, może jednak nie jesteśmy dla siebie stworzeni?”. Sugerowanie, że problem leży po drugiej stronie, zawsze obnaża naszą słabość, niezdolność do wzięcia części odpowiedzialności za sytuację – albo za uznanie, że sytuacja jest, jaka jest, bez niczyjej winy. Związki czasem się nie udają. Początkowo ludzie są bardziej skłonni do robienia tego, co lubi druga osoba. Są zakochani, chcą się przypodobać. Potem, gdy przysłowiowa adrenalina opada i bycie razem staje się codziennością, woleliby po prostu być sobą. Czasem obie strony potrafią się w tym odnaleźć, czasem nie.

Nie krzywdźmy siebie. Pogódźmy się z tym, że nikt nie ma obowiązku być taki jak druga osoba – również w sferze seksualnej. Jeśli nie można inaczej, zwróćmy sobie wolność bez oskarżeń. A jeśli chcemy pomóc naszemu facetowi, to owszem, namawiajmy go na wgląd w siebie, polecajmy wizytę u psychologa – ale nie dlatego, że coś jest nie tak z jego sferą seksualną, tylko dlatego, że tkwi zawieszony między swoją tożsamością a wymaganiami społeczeństwa. Polecajmy mu terapię, by mógł być sobą bez poczucia winy. Nie leczmy go z „obniżonej” seksualności, bo to równie wstrętne jak leczenie z homoseksualności – pomóżmy mu wyleczyć się z kompleksów, z niepewności, z przekonania, że jest z nim coś nie tak.

To się powoli zmienia, ale mężczyźni wciąż są daleko w polu za kobietami, jeśli chodzi o wyzwalanie się z maskulinistycznych konwenansów, uświadamianie sobie swojej tożsamości i uczenie się żyć po swojemu bez kompleksów. Na zasadzie Paragrafu 22 działa tu stereotyp, że prawdziwy mężczyzna musi być silny – stereotyp, który nie tylko odpycha mężczyzn od gabinetów psychologów, ale i skłania do wypierania ze świadomości własnych dylematów. Oczywiście to też stereotyp. W wielu wypadkach jest inaczej, niemniej wydaje mi się, że w przekroju całego społeczeństwa, przynajmniej polskiego, samoświadomość kobiet (świadomość swoich praw, potrzeb, emocji, swojego ciała) jest znacznie wyższa niż samoświadomość mężczyzn. Jeśli więc czytają to mężczyźni, zapewniam, że zastanawianie się nad sobą Was nie zabije i że póki nikogo nie krzywdzicie, możecie być tacy, jacy jesteście – a jeśli wydaje Wam się, że krzywdzicie, nie uciekajcie przed tym, tylko poszukajcie rozwiązania, najlepiej wespół z tą osobą. Jeśli zaś czytają to kobiety, apeluję o to, żeby w ocenianiu mężczyzn unikały seksistowskich klisz, przed którymi same tak się buntują.

 

[1] Jako że może to być konfundujące, zamieszczam link do bloga o aseksualności (zwracam szczególną uwagę na rozróżnienie między pożądaniem [sexual attraction], czyli tym, że pociąga nas jakaś osoba, a libido, czyli popędem seksualnym w ogóle).

One response to “Niedoemancypowani

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s