Category Archives: emocje

Nocne zdjęcia

_mg_5638

Fajnie się teraz robi „nocne” zdjęcia, bo zmrok zapada wcześnie i zapalają się lampy. Nie trzeba czatować do 22.00, wystarczy 0 16.00 czekać ze statywem w strategicznym miejscu. W dodatku o tej porze siedzą jeszcze ludzie w takich przybytkach jak biurowce, uczelnie czy Urząd Miasta, a co za tym idzie, palą się światła w oknach i zdjęcia mają więcej uroku.

Jest jednak pewien minus zimowych zdjęć, mianowicie temperatura. Trudno manipulować przy ustawieniach aparatu w rękawiczkach, a zasadniczo jestem zmarzlakiem, więc już jest ciężko, a co dopiero wtedy, gdy temperatura spadnie kilka stopni poniżej zera. A pewnie będę chciała fotografować i w takich okolicznościach przyrody, bo śnieg, szron albo choćby lód są wdzięcznym tematem, czy też raczej wątkiem fotograficznym.

_mg_5710

Wschód słońca nad Maltą, październik

Powyższe zdjęcie to trochę insza inszość, bo znacznie mniej bolesne jest robienie zdjęć o zachodzie słońca niż przed wschodem. Po pierwsze, mniej więcej wiadomo wtedy, jak będzie wyglądało niebo, czy jest zachmurzone i czy można liczyć na jakieś fajne barwy, a przed świtem to loteria – prognoza pogody nie jest nieomylna. Ponadto nie lubię wcześnie wstawać, a tym bardziej nie uśmiecha mi się wychodzenie z domu, gdy jest jeszcze niemal całkiem ciemno (i zimno!), i jazda rowerem do miejsca fotografowania. Dwa razy jednak się skusiłam – drugi nie był tak malowniczy, ale podczas pierwszej sesji widoki z nawiązką wynagrodziły mi wstawanie i marznięcie (był październik, ale temperatura przed wschodem wynosiła jakieś 3-4 stopnie). Poniżej jeszcze jedno zdjęcie z tamtego poranka.

_mg_5732

Takie chwile i rano, i wieczorem potrafią być magiczne – trudno to sensownie opisać bez nurzania się w kiczu, ale czuje się wtedy ogromną zażyłość nie tyle z przyrodą, bo nie zawsze fotografuję przyrodę, trudno zresztą w mieście oddzielić przyrodę od wytworów człowieka, ile z pięknem. Czasem patrzę na widok, który fotografuję, i dosłownie opada mi szczęka. A jeszcze bardziej, jeśli udaje mi się uchwycić to piękno na zdjęciu, co niestety nie jest takie powszechne.

Poniżej kilka zdjęć wieczornych wykonanych między październikiem a grudniem.

_mg_8618

Widok z tarasu tzw. Gargamela, czyli dość pokracznej budowli mającej imitować zamek Przemysła II, o którym nikt nie wie, jak wyglądał

_mg_8747

Może znalazłyby się w moich zbiorach bardziej dramatyczne zdjęcia mostu św. Rocha, ale lubię to ze względu na barwy, księżyc, a także dlatego, że wykonałam je z pomostu dla wędkarzy, który wkrótce potem ktoś (nie ja!) zepsuł, a następnie go zdemontowano, wskutek czego teraz można fotografować tylko z brzegu i nie obejmie się całego odbicia.

_mg_9234

A z tych dramatycznych (już bez pomostu) to choćby takie

odzysk

Miały być odpaździernikowo dogrudniowe, a to jest z września. Ale przedostatniego 🙂 Fontanna i budynek Teatru Wielkiego w Poznaniu. Niestety przypadkowo skasowałam oryginał i pozostał mi jedynie gorszy jakościowo „odzysk z fejsa”. Przy tym rozmiarze – mam nadzieję – nie widać różnicy.

Reklamy

Pocztówka z wakacji – Czeskie Budziejowice, Czeski Krumlow, Trzeboń, Tabor, Jindřichův Hradec, Szumawa

_MG_2116

Czeskie Budziejowice – Plac Przemysła Ottokara, ponoć jeden z największych rynków w Europie (widok z Czarnej Wieży)

Kurczę! Nie dam rady szczegółowo opisać naszego tegorocznego pobytu, a był najdłuższy ze wszystkich dotychczasowych, bo trwał równo dwa tygodnie. Planowaliśmy tydzień spędzić w Czeskich Budziejowicach, a tydzień na Szumawie w miejscowości Nova Pec, ale dzień przed wyjazdem z Budziejowic otrzymaliśmy (a raczej – odebraliśmy, bo wysłał go dwa dni wcześniej, ale w pensjonacie nie łapało nam wifi, więc co dwa-trzy dni braliśmy laptopa pod pachę i szliśmy z nim do knajpy, by się połączyć ze światem przy piwie lub kofoli) maila od gospodarza z Novej Peci, że piorun uderzył mu w skrzynkę od prądu i spalił instalację, w związku z czym anuluje nam pobyt. Rozważaliśmy trzy opcje: próbować znaleźć nocleg gdzie indziej na Szumawie, przedłużyć w Budziejowicach albo jechać do Pragi. Najpierw zadzwoniliśmy do kilku miejsc w okolicach Novej Peci i o dziwo nawet udało nam się dogadać, ale niestety wszędzie mówili, że miejsc nie ma. W Pradze nie odbierali telefonu, bo sobota. Kiedy więc okazało się, że nasz gospodarz może przedłużyć nam pobyt aż do piątku, uznaliśmy, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu (choć jeśli gołąb, to na pewno byłby sierpówką, bo pełno ich latało i pohukiwało wokół naszego pensjonatu i parku Stromovka) i przystaliśmy na to. Potem już na spokojnie załatwiliśmy sobie jedną noc w Pradze i stamtąd w sobotę wracaliśmy do Polski.

_MG_2271

Czeski Krumlow – detal z zamku

Na Szumawę ostatecznie skoczyliśmy, ale tylko na dzień – pociągiem z Budziejowic rano, powrót wieczorem. Zobaczyliśmy Novą Pec i rozlaną Wełtawę, która w tamtym miejscu przechodzi w jezioro Lipno. Przeszliśmy się tzw. Niedźwiedzią Ścieżką (bez obaw – nazwa pochodzi od ostatniego misia, ubitego tam ponad półtora wieku temu). Nie było jednak czasu na konkretną wycieczkę w góry ani na plażowanie nad Wełtawą. Może jeszcze kiedyś tam trafimy – oceniając na podstawie widoku z pociągu, upodobaliśmy sobie miejscowość Černá v Pošumaví, gdzie otwiera się piękny widok na jezioro Lipno i bujające się na nim jednostki pływające.

_MG_3145

Plac Przemysła Ottokara nocą – zdjęcia robione z ręki, muszę pochwalić swój aparat (Canon EOS 700D)

_MG_3158

Czeskie Budziejowice okazały się uroczym i przyjaznym miastem z dużą i ładną starówką, dwiema rzekami i mnóstwem terenów zielonych (czego, szczerze mówiąc, się nie spodziewałam – przeciwnie, z jakiegoś powodu sądziłam, że jadę do brzydkiego miasta, wartego odwiedzenia tylko ze względu na Szwejka i sąsiedztwo). Okolice bliższe i dalsze też godne uwagi – Czeski Krumlow, miasteczko znajdujące się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, oblegane przez turystów niczym praska starówka i równie piękne. Z kolei Jindřichův Hradec – spokojne miasteczko bez nadmiaru turystów, ale bardzo urokliwe ze swoimi dwoma jeziorkami, które – jeśli dobrze pamiętam – zwą się po prostu Velky Rybnik i Maly Rybnik. Po drodze odwiedziny w Trzeboniu i oprócz przechadzki obowiązkowa degustacja tamtejszego piwa Regent. Innego dnia wypad do Taboru, który z kolei odrobinę mnie rozczarował, a może mieliśmy po prostu pecha do pogody. I jeszcze Hluboka nad Vltavou z tamtejszym zamkiem, o którym przewodnik pisze, że jest drugim najczęściej odwiedzanym w Czechach. Moja reakcja na jego widok? „Wygląda, jakby go zbudowali wczoraj”. Cóż, spodziewałam się czegoś w rodzaju zamku Czocha, a tymczasem budowla jest gruntownie odnowiona. Niemniej widoki z wieży całkiem zacne. 

_MG_2692

Jindrichuv Hradec – widok z wieży zamkowej na stawy

_MG_2747

Jindrichuv Hradec

_MG_2775

Rynek w Trzeboniu

_MG_3220

Tabor – uliczka

_MG_2578

Hluboka nad Vltavou – zamek

Mimo wszystko dwanaście nocy spędzonych w Czeskich Budziejowicach to trochę za dużo. Po pierwsze, mam niedosyt, że nie zrealizowaliśmy naszych górskich planów. Po drugie, tak się przyzwyczaiłam do Budziejowic, że wyjeżdżałam stamtąd niemal ze łzami w oczach. Przystanek w Pradze nieco osłodził nam powrót, ale bardzo mi żal, że wakacje dobiegły końca. Tym bardziej że po pięciu kolejnych wakacyjnych wyjazdach do Czech podjęliśmy męską decyzję, iż przyszłoroczne wakacje spędzimy częściowo w Polsce, a częściowo na Słowacji. Na ogół jednak z takich wczesnych planów niewiele wychodzi, bo nim nadchodzi kolejne lato, już nawet ich nie pamiętamy…

_MG_2999

Wełtawa w Novej Peci

_MG_2464

Rzeka Malse w Czeskich Budziejowicach

_MG_3133t

Dzięcioł zielony „ustrzelony” w parku Stromovka

_MG_3338

Graffiti nad Wełtawą

Wychodzę na chwilę

IMG_7649

Jest taka sprawa, że nabyłam lustrzankę. Jest też taka sprawa, że umiejętności związane z jej używaniem nie rodzą się automatycznie w głowie i w oku, co może nie było dla mnie szczególnym zaskoczeniem, ale przyczyną pewnej frustracji i owszem. Na szczęście kilka zaledwie dni po tym, jak nabytek wylądował w mych rękach, zostałam pocieszona przez posiadacza podobnej zabawki, niejakiego Prezesa, że jemu też początkowo zdjęcia wychodziły gorsze niż z idiotencamery i dopiero po pół roku zaczęły jakoś wyglądać. Dodam, że „jakoś” w jego przypadku znaczy „naprawdę nieźle”.

No więc ćwiczę. Ćwiczę namiętnie. Tak namiętnie, że współmałżonek wertuje encyklopedię zdrowia w poszukiwaniu odpowiedniej jednostki chorobowej. Już wcześniej wprawdzie zdarzało się, że po powrocie z zakupów rzucałam siatki w korytarzu, wołałam „Wychodzę na chwilę!”, brałam aparat (mój wcześniejszy model, o którym zaraz) i zbiegałam przez park nad Wartę, by obfotografować zachód słońca. Czasem nawet nie było trzeba wracać z zakupów – wystarczyło światło odbijające się w oknach przeciwległego bloku.

IMG_6656

Mój poprzedni aparat, właśnie. Choć „poprzedni” to jednak krzywdzące określenie, bo z racji mieszczenia się w torebce nadal bywa w użyciu i podejrzewam, że nie rozstanę się z nim na dobre. Nie był pierwszy, ale był moją pierwszą cyfrówką, i choć można robić na nim automatycznie wszystko, od początku zawzięłam się, żeby ustawiać ręcznie, co tylko się da. Podobnie zresztą robię z nowym, co oczywiście nie jest optymalnym wyjściem, bo niemal przy każdym ujęciu trzeba zmieniać ustawienia (i przeważnie wykonać kilka zdjęć, nim się znajdzie jakieś w miarę dobre), a nie zawsze jest na to czas. Uparłam się jednak, że chcę jak najwięcej się nauczyć, a czas na tryb automatyczny czy półautomatyczny przyjdzie potem.

Poprzednim aparatem fotografowałam kilka lat i wiele się nauczyłam, choć może po moich zdjęciach tego nie widać 😉 Dużo z tej wiedzy przydaje mi się teraz, gdy mam nowy, też zresztą Canona, więc i rozkminienie teorii okazało się łatwiejsze. Praktyka to całkiem inna para kaloszy, ale mam na nią całą resztę życia. Jedna natomiast rzecz z czasem coraz mocniej mi doskwierała, mianowicie aparacik ów nie dawał możliwości własnoręcznego ustawienia czasu naświetlania i przysłony. Można było dać mu do zrozumienia, czego dusza pragnie, manipulując ISO i przełącznikiem makro/normalne/pejzaż, ale o uzyskanie wymarzonego efektu było trudno. A kusiły mnie choćby zdjęcia nocne.

IMG_7723

Długo się przymierzałam do zakupu nowego aparatu. Mając niewielką wiedzę (bo tej nabywa się dopiero w praktyce, o czym zdają się nie pamiętać różni mądralińscy z forów fotograficznych), nie umiałam określić, jaki aparat będzie dla mnie dobry, a każdy doradzał co innego. W końcu wybrałam najprostsze rozwiązanie: oto ktoś zapytał fotografa publikującego fajne zdjęcia na fejsie, jakiego używa sprzętu, a on odpowiedział: „Nie specjalnego, Canon taki a taki, obiektyw taki a taki”. Postanowiłam, że taki właśnie aparat kupię. Skończyło się na nowszym modelu, bo tamtego nie było już w sprzedaży. Okazało się zresztą, że to aparat dość popularny wśród moich znajomych. Na drugi obiektyw wciąż pracuję, na razie używam standardowego 18-55mm, który nieźle nadaje się do pejzaży, natomiast trudno robić nim zdjęcia czegoś, co nie chce pozować ni podejść, np. ptaszków. Upatrzyłam już sobie nawet obiektyw 55-250mm, ale pomijając aspekt finansowy, chcę na razie trochę poćwiczyć na tym, który mam. Czasem się wściekam – ot, choćby podczas wczorajszej wycieczki rowerowej, gdy przyuważyłam kokoszkę wodną w Parku Sołackim, a na Rusałce kaczkę z małymi – ale czuję, że jeszcze nie czas na dokładanie kolejnego przedmiotu w tej mojej fotoszkole, bo i bez tego daleka jestem od jakiegokolwiek ogarniania. Uczę się cierpliwości – zdarza mi się pojechać rowerem nad Maltę o zachodzie słońca, znaleźć fajną miejscówkę, rozstawić  statyw, zmarznąć, a po powrocie do domu stwierdzić, że mam może jedno znośne zdjęcie. Najgorsze, że torturuję znajomych z Facebooka swoją twórczością, czasem nawet tą słabszą, bo jakoś nie mogę się pogodzić z tym, że wieczór poszedł na marne.

Inna rzecz, że dziś wiele osób przegląda internet na komórkach, gdzie nie zawsze da się odróżnić dobre zdjęcie od niedobrego, co może być pewną pociechą w przypadku tych gorszych, za to w przypadku lepszych frustruje. No i algorytmy fejsa, które arbitralnie decydują, co komu pokazać, a co nie.

IMG_7829

Tak więc odkrywam, że pod wieloma względami fotografowanie przypomina pisanie – namęczysz się, a pies z kulawą nogą tego nie doceni. Tyle tylko, że przynajmniej omiecie wzrokiem, a to i tak więcej niż w przypadku twórczości literackiej czy choćby tego wpisu. Ale chwilowo nowe hobby przysłania mi większość starych, co w jednych przypadkach mnie martwi, a w innych cieszy. Besztam się na przykład za to, że rzadko biegam, natomiast brak pisania mnie wręcz raduje, bo niepublikowana twórczość powoli przestawała mieścić się w szufladzie. W szufladzie mojej cierpliwości, that is. Spieszę jednak zapewnić, że nie z powodu frustracji zaprzestałam pisania. Na pewno kiedyś doń wrócę, choćby i za dwadzieścia lat. Tylko to bieganie… no dobra, może dzisiaj się uda, bo pogoda mało fotograficzna.

W każdym razie nie zanosi się na to, żebym w najbliszej przyszłości przestała wrzucać na fejsa zdjęcia, w nadmiernej być może liczbie. Mam nadzieję, że nie stanie się to dla nikogo powodem wyłączenia mnie z feedu. A współmałżonek pewnie jeszcze nie raz usłyszy „Wychodzę na chwilę!” i będzie doskonale wiedział, że nie ma się mnie spodziewać wcześniej niż za godzinę.

Chciałabym kiedyś robić dobre zdjęcia. Trzymajcie kciuki.

IMG_6863

IMG_7413

Nowy Rok, nowe wyzwania

IMG_5196.jpg

Lądek Zdrój, 1 stycznia 2016

Rankiem 1 stycznia w Lądku (tak, tym Lądku), spadł śnieg. W Poznaniu również, o czym dowiedziałam się chwilę później. To będzie dobry rok, a przynajmniej nie tragiczny. Jest zbyt pięknie, by ktokolwiek mógł to zabić.

Wczoraj wieczorem, wróciwszy do domu, „zastaliśmy” na termometrze 13 stopni. Wewnątrz, rzecz jasna, bo na zewnątrz było prawie tyle samo na minusie. Dziś przynajmniej wiatr przestał dąć, więc udałam się na tradycyjny spacer nad Wartę i oto, co ujrzały me oczy.

IMG_5217IMG_5227IMG_5228

Wszystkiego dobrego w 2016! Żyjcie jak dotąd, a w każdym razie nie gorzej, bądźcie dobrzy dla przyjaciół i bliskich, a w szczególności dla siebie. Na wrogów nie plujcie, ale się ich nie lękajcie. I niech Wam przyświeca motto profesora Bartoszewskiego: „Warto być przyzwoitym, choć się nie opłaca. Opłaca się być świnią, ale nie warto”.

Pamięć emocjonalna i CPTSD

Niedawno natknęłam się na pojęcie, które wydaje się doskonale opisywać pewne rzeczy przydarzające się mnie i być może niektórym z Was. Od dawna byłam świadoma, że czasem reaguję na jakieś zdarzenie niewspółmiernie do jego wagi – mieszanką wściekłości i wstydu, toksyczną zazdrością, albo też nieproporcjonalnym poczuciem szczęścia, któremu zwykle towarzyszy lęk. Albo że obezwładnia mnie poczucie strasznej pustki i bezradności. Wiedziałam, że musi się to jakoś wiązać z dzieciństwem, ale to, co pamiętam, to wciąż było za mało, żeby „oskarżyć” jakieś zdarzenie/a z przeszłości. Nawet sama wpadłam na pomysł, że to uczucie bezradności i pustki przypomina uczucie małego dziecka, które pozostawiono samo w łóżeczku i ono nic nie może zrobić. A tu nagle czytam w internecie o neurotycznym poczuciu wstydu i natykam się na pojęcie „emotional flashbacks”. Jakieś zdarzenie w teraźniejszości uruchamia w tobie emocje z przeszłości, przy czym – uwaga! – wcale nie musisz pamiętać zdarzeń wiążących się z tymi emocjami, być może dlatego, że pamięć emocjonalna sięga głębiej niż pamięć faktów i może dotyczyć rzeczy, które wydarzyły się choćby w okresie niemowlęcym. Pojęcie flashbacków emocjonalnych (najlepsze polskie tłumaczenie, jakie mi przychodzi do głowy, to „emocjonalne déjà vu”) wiąże się z pojęciem, które też pierwszy raz spotkałam – CPTSD, Complex Post-Traumatic Stress Disorder. Zespół stresu pourazowego jest dobrze znany, ale kojarzył mi się dotąd z ludźmi, którzy mają za sobą przeżycia powszechnie uznawane za traumatyczne – wojna, przemoc, wykorzystywanie seksualne. Tymczasem CPTSD (złożony zespół stresu pourazowego, złożone zaburzenie po stresie traumatycznym) dotyczy głównie długotrwałych przeżyć z dzieciństwa, często bardzo wczesnego. I jak piszą autorzy – wcale nie musi to być trauma przemocy fizycznej czy seksualnej, wystarczy brak troski, niepozwalanie dziecku na ekspresję emocji, brak akceptacji jego naturalnych zachowań. Choćby coś tak banalnego jak pozostawianie dziecka samemu sobie, by „się wypłakało”, może mieć niszczące skutki dla jego psychiki: dziecko po jakimś czasie przestaje płakać, bo nie ma już sił, ale wcale nie zasypia, tylko leży przerażone i ostatecznie ucieka w wyłączenie, wyparcie emocji. Jeśli zaniedbywanie czy zawstydzanie dziecka jest normą, często wyrasta z niego osoba skrajnie niepewna siebie, depresyjna, niezdolna nikomu zaufać.

Pewnie niejeden czytelnik żachnie się, że Amerykanie znowu wymyślili jakieś bzdury, żeby wyciągać od ludzi pieniądze albo wypłynąć naukowo na nowym pojęciu. Osobiście nie wierzę w powszechność takich działań, podobnie jak nie wierzę, że ADHD „wymyślono” po to, by sprzedawać leki. Zupełnie inną jest rzeczą, że w niektórych kulturach mogła się wytworzyć tendencja do pochopnego diagnozowania tego zaburzenia i niepotrzebnego przepisywania leków, jakkolwiek nie sądzę, by dotyczyło to naszego kraju – cieszę się, że ta choroba w ogóle stała się zauważana, bo w czasach, w których uczęszczałam do szkoły, nikt o niej nie słyszał. Niestety w Polsce przeważa przekonanie, że ADHD dotyczy tylko dzieci – w Stanach jest inaczej i sądzę, że to Amerykanie mają rację.

Dlaczego CPTSD to dla mnie strzał w dziesiątkę? Znacie to uczucie, kiedy przez długi czas bezskutecznie usiłujecie znaleźć rozwiązanie jakiegoś problemu, aż nagle natykacie się na jakieś zdanie, kierunek, i klik! – wszystko wskakuje na swoje miejsce? Tak było ze mną, gdy przeczytałam o flashbackach emocjonalnych, a później o zaburzeniu, z którym się wiążą. O ile można nazwać CPTSD zaburzeniem, bo jest to raczej seria niefortunnych zdarzeń, która doprowadziła cię do pewniej rzeczywistości psychicznej. Tak czy owak kliknęło i było to miłe kliknięcie. Wyobraźcie sobie, że przez całe życie zastanawiacie się, co z wami jest, nawet psychologowie nie potrafią was przypiąć do jednego zaburzenia – raz jesteście neurotykami, raz borderline’ami, ocieracie się o depresję, dwubiegunówka niby nie, ale spektrum niewykluczone. I nie chodzi o nazwę – chodzi o zrozumienie siebie i rzeczy, które ci się przytrafiają. Pływasz w jakiejś zupie, a tu nagle trafiasz na trampolinę, od której możesz się odbić i… no nie, nie mam złudzeń, że poszybować. Ale ruszyć w górę bardziej energicznie niż dotąd.

Pete Walker (cyt. za http://cptsd.org/), terapeuta zajmujący się CPTSD, wymienia następujące zjawiska, które mogą występować u osób cierpiących na zespół:

  • emotional flashbacks – unlike the flashbacks associated with PTSD, these do not typically have a visual component (although they may), but instead involve overwhelmingly negative feelings such as anger, shame, humiliation, abandonment, and of being small and powerless much like a child would feel when abused

czyli „emocjonalne déjà vu”, zwykle bez komponentu wizualnego – nagłe poczucie wstydu, wściekłości, osamotnienia, o którym nie bardzo wiesz, skąd się wzięło, ale które przypomina uczucie małego dziecka,

  • toxic shame – a pervasive feeling of being worthless, defective and useless

„toksyczne” poczucie wstydu. Walker pisze o poczuciu bezużyteczności i bycia „wybrakowanym”, ale ja mogłabym napisać książkę na temat tego, czego i jak bardzo można się wstydzić – począwszy od myślenia o seksie, a skończywszy na koleżance, która idąc z tobą ulicą, nagle zaczyna śpiewać,

  • self-abandonment – a sense of not being worthy or deserving of care and protection from others or self; dissociating from situations which feel overwhelming or threatening

Poczucie, że nie jesteś nic wart i że nikt nigdy cię nie pokocha, bo musiałbyś mu w zamian coś dać, a ty przecież nie masz nic do dania. Albo że za cokolwiek się bierzesz, i tak sobie z tym nie poradzisz, co zwykle doprowadza do tego, że faktycznie sobie nie radzisz,

  • inner critic – an ongoing inner dialogue which is contemptuous, disdainful and humiliating towards oneself

O wewnętrznym krytyku mogłabym napisać drugą książkę, chociaż właściwie chyba tę samą, bo wstyd jest właśnie jego sprawką. Gdy w jakimś stopniu sobie z nim poradziłam, okazuje się, że poczucie samotności czy pragnienie bycia lubianą wcale nie odbierają mi godności. Bardzo trudno jest jednak uciszyć krytyka, który twierdzi, że się ośmieszasz, bo chcesz, żeby ktoś cię kochał. Ciebie, takiego mutanta,

  • social anxiety – a feeling of being different from everyone else; fear and anxiety when around other people; wanting to isolate and avoid social situations.

Fobia społeczna – w moim odczuciu niejako wpisana w życie osób, które mają niskie poczucie własnej wartości.

Większość tych rzeczy w mniejszym lub większym stopniu mnie dotyczy. Konflikt między potrzebą zwrócenia na siebie uwagi a wewnętrznym krytykiem, który za takie coś miesza mnie z błotem. Poczucie bycia pariasem, który praktycznie nie należy do rasy ludzkiej i może tu zostać tylko pod warunkiem, że nie ujawni żadnych potrzeb emocjonalnych (a i seksualnych), wstydzenie się za własne myśli, emocje i czyny, a nawet za kogoś innego, kto przypadkiem stał obok, odczuwanie bardzo silnych emocji w sytuacjach, w których wydają się one nie na miejscu, a do tego niejasność w sprawie obrazu własnego ja i własnych przekonań, o których tu akurat nie wspomniano, ale która też pojawia się w artykułach o CPTSD – wszystkie te rzeczy są mi tak dobrze znane, że nie sposób nie czuć ulgi, znajdując je w opisie jednego zjawiska. Mam nadzieję, że mój wpis przyda się osobom, które borykają się z podobnym problemem. Skoro wcześniej nie zetknęłam się z CPTSD, choć sporo czytam o psychologii, to pewnie termin nie jest jeszcze bardzo rozpowszechniony, więc może i Wy się z nim nie zetknęliście.

Załączam linki do jednego z artykułów Walkera i do hasła z Wikipedii.

https://www.psychotherapy.net/article/complex-ptsd

https://en.wikipedia.org/wiki/Complex_post-traumatic_stress_disorder

Atraktory

Z natury skłaniam się ku poglądom umiarkowanym i wszelka skrajność budzi we mnie lęk. Może dlatego Mini wykłady o maxi sprawach Leszka Kołakowskiego doczytałam tylko do połowy, bo prawie zawsze się z nim zgadzałam i zrobiło się to nudne.

Zdarza się jednak, że pod czyimś wpływem przechodzę krótkotrwałą fascynację jakąś ideą. Kiedyś napisałam, że uwodzą mnie idee, ale tak naprawdę robią to ludzie – czasem ktoś, kogo znam, czasem pisarka czy muzyk. Trudno mi przejść obojętnie wobec wyrazistych osobowości – najczęściej budzą we mnie albo miłość, albo niechęć i opór. Trochę mnie to wkurza, że jakaś jednostka potrafi tak na mnie wpłynąć. Pocieszam się, że gdyby naprawdę doszło do sytuacji, w której miałabym pod wpływem idola zrobić coś złego, cofnęłabym się przed tym, ale stuprocentowej pewności mieć nie mogę, bo takie rzeczy nie dzieją się skokowo, tylko płynnie – zaakceptujesz jedno, drugie, trzecie i niepostrzeżenie znajdujesz się po drugiej stronie.

Chciałam napisać, że na szczęście nie wybieram sobie do tej fascynacji osób naprawdę niebezpiecznych, ale to też nie takie proste. Ktoś może mieć dobre serce, a być owładnięty jakimiś poglądami, które mnie (na trzeźwo) wydają się przerażające. Natomiast osoby umiarkowane, stonowane, mądre rzadko bywają charyzmatyczne. Ale to nie jest ich wada. Raczej moją jest wadą, że daję się uwieść charyzmie zamiast mądrości i empatii. I jeśli chcecie wiedzieć, to właśnie staram się to zmienić. Pewnie nigdy nie uda się w pełni, bo charyzma nie byłaby charyzmą, gdyby nie działała, ale trochę przefiltrować emocje przez rozum nie zawadzi.

Nie, żebym była jakimś wyjątkiem, bo o takim ścieraniu się idei pisze na przykład Greg Egan w opowiadaniu Niestabilne orbity w przestrzeni kłamstw. Wielu z nas niejednokrotnie zmieniało poglądy, a później wracało do wcześniejszych lub zmieniało je na jeszcze inne. Może jedyną różnicą jest moja świadomość, jak wielką rolę w moich fluktuacjach ideowych odgrywają poszczególni ludzie. Których niniejszym pozdrawiam, bo jak widać – nic bardzo złego mi jeszcze nie zrobili :p

https://i1.wp.com/d.gr-assets.com/books/1287341765l/156783.jpg

Żadne emocje nie są nielegalne

Nie ma czegoś takiego jak złe emocje, usłyszałam od znajomej pani psycholog. Nie mamy wpływu na to, co czujemy – to po prostu przypływa. Cokolwiek czujemy – nienawiść, zazdrość, chęć skrzywdzenia kogoś – nie jesteśmy za to odpowiedzialni i nie musimy się tego wstydzić. Zawsze natomiast możemy mieć wpływ na swoje czyny.

Wydaje mi się to ogromnie istotne. Mam wrażenie, że wiele osób utożsamia emocje z czynami i że może to prowadzić do bardzo złych zjawisk. Po pierwsze, do piętnowania u innych i u siebie samych emocji. Jak możesz nienawidzić własnych rodziców! Jak możesz zazdrościć przyjaciółce zamiast cieszyć się jej szczęściem! Takie piętnowanie wywołuje w nas konflikt: nie chcemy być źli, ale swoich emocji nie potrafimy zmienić. Czujemy się więc słabi, przegrani, mamy wrażenie, że jesteśmy po prostu złymi ludźmi i nie da się temu zaradzić.

Tymczasem to, co najgorsze, może się wydarzyć nie z powodu pierwotnych emocji, lecz z racji tego, że nie dajemy sobie na nie zgody. Ponieważ z tymi potępionymi emocjami czujemy się źle, możemy próbować zredukować konflikt poprzez znajdowanie dla nich „racjonalnych” wytłumaczeń – „Nienawidzę Arabów, bo są brudasami, nierobami i fundamentalistami! Nienawidzę homoseksualistów, bo są mięczakami! Nienawidzę Legii, bo to stara k…!”. A wtedy mamy już usprawiedliwienie dla czynienia zła i zachodzi poważne prawdopodobieństwo, że będziemy je czynić.

Dlatego pozwólmy sobie zaakceptować swoje emocje, a zarazem pamiętajmy, że tylko od nas zależy, co z nimi zrobimy. Możemy robić to, co opisałam powyżej, ale to najprostsza i najgorsza droga. Jeśli mamy siłę, przyglądajmy im się, analizujmy. Może na przykład nienawidzimy dlatego, że się boimy. Boimy się nieznanego albo tego, że kumple uznają nas za słabych. Strach przed nieznanym można zredukować, poznając je – czytając, słuchając, zdobywając wiedzę, która zmniejszy przepaść. Strach przed słabością to już trudniejsza sprawa. Ja staram się go redukować, akceptując słabość, ale do tego, paradoksalnie, potrzeba siły. Zastanawiam się, co ma zrobić ktoś, kto potrzebuje wsparcia grupy. Może znaleźć sobie grupę z lepszymi wzorcami? Zawsze to jakiś początek. A jeśli w dodatku będzie to grupa szanująca indywidualność? Kto wie, może właśnie zrobiliśmy ważny krok na ścieżce samorozwoju.

Ufność to nie grzech

Chcę dziś napisać o pewnym zjawisku, które zwykle przechodzi niezauważone. O złu, w którym gremialnie uczestniczymy.

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że jesteśmy zewsząd otoczeni przez wielką machinę, której wyłącznym celem jest oszukanie każdego, kto okaże się nie dość ostrożny. Firmy podszywające się pod inne firmy, by wcisnąć produkty, których nie potrzebujemy, wyłudzanie pieniędzy „na wnuczka”, „na policjanta”, fałszywe rachunki za prąd, fałszywe mejle od oszustów polujących na nasze hasło do banku. Pomyślcie, ile energii i czasu marnujemy na uczenie się, jak uniknąć kolejnego popularnego przekrętu. Z każdym tygodniem wybuchają nowe afery – a to fałszywe mejle od Poczty Polskiej, a to fałszywe rachunki od Enei… Niedługo nie będziemy mieli czasu na nic innego, bo cały będziemy poświęcać na uczenie się, co zrobić, by nas nie oszukano, nie okradziono, nie wrobiono.

Oprócz straty czasu i pieniędzy (bo jednak ciągle ktoś wpada w pułapkę), katastrofalnym skutkiem tej plagi oszustw jest utrata zaufania do innych ludzi. Kiedy następnym razem będziecie chcieli ponarzekać na znieczulicę, powiążcie jedno z drugim. Boimy się ludzi. Boimy się, że ktoś, kto prosi nas o pomoc, w rzeczywistości ma złe zamiary. Dlatego uciekamy. Na ten temat napiszę osobny tekst, bo myślę, że nieufność nie jest jedynym powodem braku gotowości (lub odwagi) do pomocy, ale wydaje mi się istotnym czynnikiem.

O nieufności wywołanej falą oszustw był niedawno trafny felieton w „GW”, ale choć jest ona straszna i trzeba zrobić wszystko, by jakoś się z niej wyzwolić, ja chcę tu napisać o czymś innym. O czymś, co wydaje mi się jeszcze straszniejsze.

O tym, że my, rzekomo stojący po jasnej stronie mocy, dźwigamy na swoich barkach wielką winę. Zwróćcie uwagę, jaką plagą stała się stygmatyzacja ofiar oszustw. Piętnowanie pokrzywdzonych zamiast przestępców. Nazywanie ich naiwniakami, debilami, rozpisywanie o tym, jak ktoś mógł dać się nabrać na to czy owo. Internetowe fora pełne są „beki” z tych, którzy zostali w coś wrobieni. Może młodzi ludzie, którzy najczęściej na tych forach siedzą, też padli ofiarą – może od dzieciństwa wpajano im, że naiwność to jeden z grzechów głównych, a może sami zostali oszukani i teraz mszczą się na innych oszukanych, bo oszuści są nieuchwytni? Starsze pokolenie nieco lepiej pamięta czasy, kiedy nie próbowano nas na każdym kroku zrobić w konia, a zaufanie do drugiego człowieka nie było wystawione na tak ciężką próbę jak dziś. Może warto sięgnąć do tych wspomnień, własnych lub cudzych. Wyobrazić sobie, że świat mógłby być przyjaznym miejscem, w którym ofierze należy okazać serce zamiast ją gnoić. A jeśli sam padłeś ofiarą, nie musisz się tego wstydzić.

Wiele ostatnio pisano o tym, by nie stygmatyzować ofiar. Ofiar gwałtów, przemocy domowej, przestępstw „ciężkiego kalibru”. Ale stygmatyzując ofiary oszustw – choćby i były to przekręty wykorzystujące luki w prawie, a może szczególnie wtedy – pomagamy oszustom, a szkodzimy uczciwym ludziom. Niszczymy solidarność międzyludzką. Pamiętajcie o tym, kiedy następny razem będziecie mieli ochotę zakpić z kogoś, kto dał się nabrać: im więcej winy przerzucasz na ofiarę, tym więcej zdejmujesz jej z tego, kto naprawdę zawinił. Znasz kogoś, kogo oszukano? Podaj mu rękę, pomóż dochodzić swoich praw, a jeśli się nie da, wesprzyj go duchowo. Ostrzegaj innych przed oszustami, ale też daj im wyraźny przekaz, że jeśli wpadną w pułapkę, nie odwrócisz się od nich.

Feministki mnie dyskryminują!

W sumie nie wiem, czy ten tytuł to na żarty, czy poważnie. Sami oceńcie.

Na początek – wiem, że definicja feminizmu jest niejednorodna zarówno wśród ogółu społeczeństwa, jak i osób, które feministkami/feministami się mienią. Na przykład czytając na Facebooku wpisy Klaudii Heintze odnoszę wrażenie, że ma bardzo podobne poglądy do moich, tyle że ja nie widzę powodu nazywania tego feminizmem. Piętnuję (staram się) przejawy dyskryminacji wobec kobiet, tak jak piętnuję (staram się) przejawy dyskryminacji wobec jakichkolwiek jednostek czy grup społecznych. W zapowiedzi mojej książki Arkadia w jednym z serwisów kulturalnych napisano, że jest to fantastyka z wątkami feministycznymi. Hm. Podrapałam się w głowę, podumałam i stwierdziłam, że chodzi im o to, iż książka jest pisana z perspektywy (pewnej konkretnej) kobiety, przez pryzmat jej emocji, a miłość ukazana w sposób delikatny i wzniosły. Cóż – podobno w którejś z książek Jonathana Carrolla (nie pamiętam tego cytatu, wyczytałam to w pewnym artykule niepodającym źródła) padają słowa, że dla mężczyzny seks to sport, a dla kobiety msza. Jeśli więc to, że w seksie dwóch zakochanych w sobie osób – zwłaszcza że obie są kobietami – widzę coś wykraczającego daleko poza sferę cielesności i piszę o tym z mnóstwem silnych emocji, jest feminizmem, to nie mam nic przeciwko byciu tak nazwaną*.

Zdarzają się natomiast chwile, gdy czuję się skopana przez feministki. Jak wiele osób, mam w sobie pewne punkty nadwrażliwości, które sprawiają, że bardzo osobiście traktuję stwierdzenia padające w mediach czy dyskusjach. Otóż alergicznie reaguję na uogólnienia dotyczące kobiet, które (uogólnienia, nie kobiety ;)) do mnie nie pasują. Odczuwam je jako odmawianie mi prawa do kobiecości. Nie mieścisz się w kanonie, więc do nas nie należysz. Bardzo mnie to boli. A niestety takich uogólnień jest wszędzie pełno, także ze strony autorytetów. Szczególnie wbił mi się w głowę jeden przypadek. Otóż zmusiłam się do obejrzenia filmu Eriki Lust, której twórczość jest określana jako kobiece/feministyczne porno. Film ten – Cabaret Desire – był prezentowany w Poznaniu podczas jakiejś kobiecej imprezy jako przykład tego „dobrego”, kobiecego porno, dyskusję po nim prowadziła znana seksuolożka Alicja Długołęcka (która działa na mnie jak płachta na byka, bo ilekroć widzę jakieś jej artykuły, jestem prawie pewna, że po przeczytaniu takiego znów zwątpię w swoją kobiecość), a zachęcała mnie do przyjścia nań moja skądinąd bardzo miła koleżanka, znana lokalnie feministka. Na film nie poszłam, bo po pierwsze w ogóle źle bym się czuła oglądając taki film w kinie z obcymi ludźmi, a po drugie, miałam już okazję widzieć trailery filmów Eriki Lust i raczej mnie one odrzucały, niż pociągały. Postanowiłam jednak zdobyć go i obejrzeć. Oglądałam po kawałku na raty, bo nie mogłam zdzierżyć, ale dobrnęłam do końca. Nie mogłam zdzierżyć przede wszystkim dlatego, że film był dla mnie potwornie nudny. Nie podobała mi się jego estetyka, seksu było mało, sceny niepodniecające, brakowało też tego, czego oczekiwałabym po kobiecej pornografii – czułości. Słyszę czasem argument, że „lepszy” film pornograficzny powinien mieć fabułę, ale fabuła w tym filmie była tak pretekstowa, że tylko nudziła. Nawiasem mówiąc, argument ów nie bardzo do mnie trafia, bo film pornograficzny chyba z definicji ma wywoływać podniecenie seksualne i ja osobiście scenki „przed” i „po” raczej przewijam. Ważna natomiast jest sama estetyka sceny miłosnej i stosunek partnerów/partnerek do siebie – tu po filmie, który chciałabym oglądać, oczekuję tego, że będzie pokazywał wzajemną czułość i oddanie partnerów w akcie miłosnym, dawał przesłanie, że seks (i oglądanie seksu) jest czymś dobrym, a nie czymś, czego trzeba się wstydzić. Niestety rzadko można coś takiego zobaczyć i dlatego – choć oglądanie/czytanie scen miłosnych jest dla mnie chyba najlepszym źródłem podniecenia – pornografią, którą dane mi było widzieć, jestem na ogół rozczarowana i zniesmaczona (i zawstydzona). Czasem jednak, z rzadka, trafia się coś, co spełnia mój postulat pokazywania czułości i bliskości partnerów. Chciałabym, żeby było więcej takiej dobrej, pozytywnej, akceptowalnej etycznie i estetycznie pornografii.

Niestety film pani Lust (pewnie, że to pseudonim) nie spełnia moich wyobrażeń na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, nie podnieca. Po drugie, estetyką też mnie nie oczarował, a wręcz zniechęcił (tak, słyszałam, że reżyserka postawiła sobie za cel pokazywanie przekroju społeczeństwa, ale po pierwsze, nie chodzi mi o nieestetyczność ludzi, a po drugie, upieram się przy twierdzeniu, że celem pornografii jest wywołanie podniecenia). Po trzecie – i najważniejsze, dlatego zostawiłam to na koniec – w filmie jest scena, w której kobieta zaskakuje faceta we śnie, knebluje go, krępuje i gwałci. I proszę, niech mi nikt nie mówi, że jest to przewrotny komentarz do „tradycyjnej” pornografii, bo nie zdarzyło mi się widzieć w filmie pornograficznym sceny gwałtu, a gdybym na taką trafiła, tobym ją wyłączyła. Tymczasem tu w dobrym tonie jest oglądać, bo to taki postępowy film. I nie, nie przekonuje mnie to, że facet po pewnym czasie przestaje się opierać – komentarz czy nie komentarz, ta scena jest zła i zasługuje na takie samo potępienie jak każda scena gwałtu.

Pada też argument, że w tradycyjnym pornobiznesie (a w feministycznym nie) kobiety są wykorzystywane i krzywdzone. Nie wiem, jak to wygląda – prawdopodobnie w części przypadków tak jest. Nie muszę chyba pisać, że jestem absolutnie przeciwna krzywdzeniu kogokolwiek w ramach czegokolwiek. Czytając takie teksty jak ten, trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że część osób pracujących w tym biznesie po prostu wybrała taki zawód i chwali go sobie. Ponadto nie mam możliwości sprawdzenia, jak są traktowani poza planem aktorzy grający w jakichkolwiek filmach, także w filmach Eriki Lust, więc ten argument niespecjalnie do mnie przemawia.

Spoglądam na to, co napisałam, i boję się, że zaraz zostanę zhejtowana za niedostateczne potępianie pornografii. Cóż poradzę – istotnie nie potępiam samego zjawiska, a wręcz uważam je za potrzebne. Niektóre osoby tak mają, że najłatwiej podniecają się właśnie scenami miłosnymi na ekranie. Potępiam jakość większości, brzydotę, wulgarność. Chciałabym bardzo, żeby to wyglądało inaczej – żeby osoby o wyższym poziomie kultury mogły tam znaleźć coś, co będą oglądać bez wstydu. Bo przecież my też mamy ciała. Natomiast zupełnie nie kupuję tej feministycznej pornografii i kiedy widzę, jak jest wynoszona na piedestał i nazywana „kobiecym porno”, chce mi się wyć. Wyję, bo znowu ktoś próbuje mnie wyrzucić poza nawias kobiecości. Wiele razy czułam się wyobcowana – ze względu na styl bycia, hobby, teraz to. Ale choć komuś może się to nie podobać, jestem kobietą i nigdy nie czułam się nikim innym. Dlaczego proszę, nie zawłaszczajcie tego miana dla określenia swoich gustów, poglądów czy cech. Nie kopcie w tyłek innych kobiet tylko dlatego, że są inne.


*…choć wcale nie uważam, że wszystkie kobiety powinny tak czuć, więc chyba jednak to nie żaden feminizm, tylko moja jednostkowa wizja.

O kartografii emocjonalnej

Ponieważ uwielbiam robić cokolwiek innego, kiedy powinnam pracować, równie dobrze mogę się w tym czasie zmierzyć (znów) z pewnym słowem. Słowo to brzmi „dziecinny” – w innych wariantach „niedojrzały”, „infantylny” lub „naiwny”. A to słyszę, że bohaterka książki (mojej lub cudzej, ale macie rację, najbardziej boli własny tyłek) jest „irytująca i niedojrzała”, a to, że jest „tępą dzidą”, przeważnie bez uzasadnienia, a jeśli już, to dlatego, że przejmuje się, co ktoś o niej myśli albo że jej nie lubi.

Znudziło mi się już bronienie tezy, że taka niedojrzałość jest czymś naturalnym i że w mniejszym lub większym stopniu wszyscy jesteśmy w niej zanurzeni. Nikt chyba nie jest całkowicie odporny na konwenanse ani na wyrazy antypatii, choć wiele osób nauczyło się to wyciszać. Ja niespecjalnie. Pora na wstydliwy coming out: jestem niedojrzała. Niedojrzała, dziecinna, infantylna. Tylko dlaczego tak was to wkurza? Czy Gombrowicz był dojrzały? A Emily Dickinson, kochająca się w pastorze, który był stary, żonaty i widziała go dwa razy w życiu? Czy to przeszkadza nam ich czytać? Napiszcie, że książkowa postać jest nieprzekonująco skonstruowana, niespójna, ambiwalentna. Wskażcie przykłady. Dajcie mi odpowiedź, z którą będę mogła coś zrobić.

A niedojrzałość – czy to nie wspaniały punkt wyjścia do analizy psychologicznej, społecznej? Dlaczego ktoś jest taki, dlaczego tak reaguje, myśli, czuje? Jakie miał dzieciństwo, jakich rodziców? Czego doświadczył w dotychczasowym życiu? Jakie czasy go zbudowały, jakie środowisko? Proszę bardzo, analizujcie mnie, może dowiem się od was czegoś, czego nie wiedziałam – bo choć od lat próbuję siebie rozpracować, ciągle brakuje mi wielu klocków w tej układance. Analizujcie mnie i postacie, które ze mnie wypączkowały. Ale na Boga, nie podsumowujcie całej tej złożonej mapy, nad którą od lat się pochylam, jednym słowem, w którym pobrzmiewa fałszywa moneta wyższości. Fałszywa, bo śmiem twierdzić, że wykuły ją wasze kompleksy, niewiedza albo po prostu lenistwo. Dążę do dojrzałości i może kiedyś uda mi się ją osiągnąć. Uczę się czytać mapę swoich emocji i staram się zaakceptować język cudzych map, choć go nie rozumiem. Zamiast się wywyższać, usiądź ze mną i pokaż mi swoją mapę, a ja pokażę ci swoją. Objaśnij swoje symbole, ja objaśnię swoje – te, które już rozpracowałam. Może pomożemy sobie dojrzeć, a na pewno czeka nas fajna przygoda.

Rozrywka

 

sztuka (acz nie mięsa)

Osoba z najbliższej rodziny żachnęła się kiedyś, że nie mam czasu na załatwienie jakiejś ważnej sprawy papierkowej, a na rozrywkę mam. Na rozrywkę, to znaczy na kino. Uderzyło mnie, jak odmiennie rozumiemy oglądanie filmów – dla mnie to jest obcowanie z kulturą, dla niej – zabawa, oderwanie się od codzienności. Nie chcę przez to powiedzieć, że kino nie może mi dostarczyć zabawy i jeśli nie ucieczki, to przynajmniej zmiany perspektywy na codzienność, ale chodzę tam po sztukę, po wrażenia artystyczne, po katharsis i przemyślenia. Zaczęłam się zastanawiać, co właściwie w życiu robię dla rozrywki – i w ogóle czym ona jest.

Wyszło mi, że nie ma czegoś takiego. Kiedy idę ze znajomymi na piwo, idę po to, by z nimi porozmawiać, pobyć, wymienić myśli, czerpać radość z przebywania w dobrym towarzystwie. Kiedy biegam – myślę, obserwuję, wydziela mi się serotonina czy inne -iny. Oczywiście, że robię to dla przyjemności, podobnie jak wiele innych rzeczy – ot, choćby wypicie kawy czy pójście na spacer – ale rozrywką bym tego nie nazwała. Chyba najbliżej rozrywki jestem wtedy, gdy gram w pinball na komputerze. Ale po pierwsze, to nie jest rozrywka, tylko nałóg; po drugie, robię to, żeby sobie udowodnić (na ogół nieskutecznie), jaka jestem dobra, wreszcie po trzecie – robię to w ramach prokrastynacji.

Tak więc coraz słuszniejszym wydaje mi się wniosek, że słowo „rozrywka” w moim słowniku nie istnieje. Przyjemność – jak najbardziej. Nawet dużo przyjemności. Ale rozrywka? Rozrywka kojarzy mi się z słuchaniem disco polo. Wolę bardziej wysmakowane rozkosze. Choć oczywiście mam świadomość, że jest to różnica konwencjonalna, bo dla innej osoby to słowo może mieć inny odcień. Ważniejsze jest clue sprawy, czyli to, ile sensu czerpiemy z rzeczy, które robimy. Czy oddając się przyjemnościom, zabijamy tylko czas i uciekamy, czy też raczej gonimy za (przepraszam wegetarian) mięsem – czymś większym, głębszym, pełniejszym, bardziej żywym.

A tera idę grać w wilka i zająca. Nara!

PS. Dzięki dyskusji, która się wywiązała z koleżanką na temat znaczenia słów, udało mi się znalaźć ładne rozróżnienie między moim pojmowaniem rozrywki i przyjemności. Otóż rozrywka jest bierna, a przyjemność czynna. Rozrywka jest ślepa, przyjemność – świadoma. Oczywiście słowa bywają zdradliwe, ale na czymś trzeba się oprzeć w komunikacji 😉

Ideo, przytul mnie

Odkąd pamiętam, uwodziły mnie idee. A może wcześniej byli ludzie – ludzie, za którymi szłam, bo nie chciałam być sama. Nigdy nie chciałam, zawsze byłam. Ludzi wybiera się w oparciu o złudzenie, że coś nas z nimi łączy. A stąd już tylko krok do idei, które uwodzą poprzez ludzi, poprzez książki. Jestem idealnym obiektem do uwodzenia. Nigdy nie należałam do tych osób, które już w przedszkolu miały skrystalizowane przekonania i pewnie kroczyły w obranym kierunku. W większości spraw brakuje mi jasności i nawet najbardziej demagogiczny argument podany z odpowiednim przekonaniem potrafi mnie zbić z pantałyku. Krótko mówiąc, mam problem ze zdefiniowaniem swojej tożsamości. A to idea mnie za sobą pociągnie, a to człowiek, nierzadko oboje. Wtedy radość, że wreszcie znalazłam coś, z czym mi po drodze.

A potem te drogi się rozchodzą. Najpierw ukłucie w sercu, że to chyba nie całkiem tak. I na którymś rozwidleniu albo mnie zostawiają, albo czmycham. Znów jestem sama i znów czekam na ideę, która mnie przytuli. I znów nie dotrwam z nią do końca drogi. Jak w piosence Freddy’ego – I can’t live with you, I can’t live without you; I can’t breathe if you stay, but I can’t live if you go away… Zbyt słaba, by być sama, zbyt racjonalna, by podporządkować się komukolwiek, czemukolwiek.

Ale to nie jest smutna bajka. To hołd dla wszystkich – prawie wszystkich – którzy mnie uwiedli. Bo z każdego takiego spotkania wyniosłam coś, co do dziś noszę w sobie. Z jednego więcej, z innego mniej, z jeszcze innego nauczkę, że nawet w największym uniesieniu, a może szczególnie wtedy, potrzeba krzty sceptycyzmu. I te wszystkie nauki, te samorodki znalezione na każdej z dróg, składają się na to, czym jestem. Pewnie nadal będę się dawała uwodzić w złudnej nadziei, że tym razem to na zawsze. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek miała się stać istotą w pełni uformowaną. Rosnę z każdym dniem – chyba że akurat maleję. Do śmierci będę się kształtować i do śmierci tęsknić za pełnią, której nie osiągnę. Ale w odróżnieniu od tych w pełni uformowanych wciąż będę znajdować okruchy złota.

Kto wie, może gdzieś na końcu drogi czeka nagroda dla tych, co przyszli sami. Nawet jeśli nie znają swojego imienia.

Krzyk dzięcioła

IMG_1458

Za młodu byłam straszną łamagą i nigdy bym nie pomyślała, że kiedyś będę czerpać taką przyjemność ze sportu. A już na pewno nie przyszłoby mi do głowy, że będę biegać. Inna rzecz, że wtedy po prostu nie było zwyczaju biegania. Nie było też odpowiedniej odzieży, butów, porad w gazetach. Niemniej trafiali się ludzie, którzy biegali. Raz nawet z koleżanką spróbowałam, ale skończyło się na jednokrotnym obiegnięciu bloku.

Byłam łamagą, ale chętnie mierzyłam się ze swoją łamagowatością, jeśli miałam ku temu odpowiedni bodziec. Takim bodźcem było wędrowanie po górach. Być może na łonie natury łatwiej wykrzesać z siebie te pierwotne siły, które pozwalały przetrwać naszym przodkom. W górach potrafiłam się piąć z wywieszonym ozorem, żeby stanąć na szczycie, i właściwie roztaczający się stamtąd widok był tylko dodatkowa premią, bo głównie chodziło o sam fakt, że zdołało się pokonać słabość ciała i tam wejść.

Po wielu latach przerwy kupiłam rower i odkryłam, że piękne okoliczności przyrody można znaleźć także w samym Poznaniu i jego okolicach. Na rowerze można się zmęczyć i narobić fajnych zdjęć, ale moja jazda nie ma w sobie tej skrajności co włażenie na dwutysięcznik – kiedy nogi bolą i wrócić ciężko, zawsze jest wymówka w postaci sesji zdjęciowej albo poleżenia na trawie. Chociaż owszem, dotarcie na dwóch kołach dokądś, dokąd w przeciwnym razie trzeba by jechać pociągiem lub autobusem, przynosi sporą satysfakcję.

Nadal jednak nie sądziłam, że będę biegać. Po pierwsze, przebiegnięcie nawet małego odcinka (np. gonitwa za tramwajem) zawsze bardzo mnie męczyło, a po drugie, wydawało mi się to nudne. Zaczęło się przypadkowo – P. się odchudzał i wymyślił sobie, żebyśmy pobiegali. Początkowo przebiegaliśmy kawałek parku, zdychaliśmy i wracaliśmy piechotą. Pewnego jednak razu, gdy akurat byłam sama, zawzięłam się i obiegłam cały park (z grubsza 3,5 km). Jakimś cudem mi się udało, ale byłam totalnie padnięta i przez dwa lata nie powtórzyłam tego wyczynu. Potem… biegaliśmy coraz rzadziej. Podobnie jak przy pływalni czy rowerze, czar nowości prysł. Chyba tylko faktowi, że park rozpościera się zaraz za blokiem, zawdzięczam fakt, że całkowicie nie porzuciłam biegów. Drugą zaletą tego sportu jest to, że teoretycznie nie trzeba ponosić żadnych kosztów (poza butami do biegania, które kupiłam zaraz na początku swojej przygody). Oczywiście to czysta teoria, bo w samym ubiegłym roku wydałam z półtorej stówy na kurtki, bluzy i podobne artykuły, ale a) mam nadzieję, że długo posłużą (tym bardziej że powoli muszę się rozglądać za nowymi butami), b) nie wymaga to płacenia za każdym razem, jak w przypadku pływalni czy łyżew).

No więc biegałam sobie raz po raz i nawet dokładnie nie pamiętam, kiedy mnie wzięło, żeby tę częstotliwość zwiększyć. Jakoś chyba wiosną ubiegłego roku. Nie pamiętam też, jak to się stało, że ponownie obiegłam dookoła cały park, ale zrobiłam to raz, drugi i stopniowo odkryłam, że wcale nie jest to ponad moje siły, a przynajmniej nie zawsze. Raczej nie będę biegać maratonów ani nawet półmaratonów (podziwiam wszystkich znajomych, którzy to robią), bo wciąż jestem łamagą i w dodatku, jak to się ładnie mówi, mam już swoje lata. Niespecjalnie też mnie interesuje, czy biegam szybciej, czy wolniej, i nie chcę bić żadnych swoich rekordów. Frajdę natomiast mam z tego nieziemską i jeśli tylko pogoda, zdrowie oraz obowiązki pozwalają, biegam codziennie. Oczywiście tak korzystny splot okoliczności niemal się nie zdarza – zwłaszcza w zimie, kiedy wcześnie się ściemnia, a pogoda bywa różna – ale na przykład w tym tygodniu miałam okazję trzy dni z rzędu obserwować zachód słońca nad Wartą i zapewniam was, że każdego dnia był inny.

Nie ma jednego czynnika, który wyjaśniałby moją radość z biegania. Jest to raczej kombinacja kilku czynników. Pierwszy to wspomniane już przy okazji górskich wędrówek zmagania z naturą – własną i tą na zewnątrz. Ukształtowanie terenu, jakość nawierzchni, wiatr, zimno lub gorąco oraz moje samopoczucie (plus stopień zatłoczenia parku, po części związany z warunkami meteo) składają się na to, jak będzie mi się danego dnia biegało. Większość tych czynników jest zmienna, ale w wypadku pokonywania tej samej trasy jeden jest stały – ten pierwszy. Przez wiele lat spacerowania, a nawet jeżdżenia rowerem po parku nie poznałam go pod tym względem tak dobrze jak w ciągu kilku miesięcy, nawet kilku tygodni biegania. Doskonale wiem, gdzie się biegnie z górki, gdzie pod górkę, a gdzie jest względnie płasko. Na tym opiera się cała dynamika mojego biegu – tu sobie odpocznę, tu będę musiała się zmęczyć, bo pod górę, ale dam radę, bo wiem, że później będzie spory odcinek w dół, a dalej dłuuugo prosto. Potem znów górka – tu, mniej więcej w ⅔ drogi, przeważnie oszukuję i idę szybkim krokiem, zbierając siły na ostatni odcinek – lekko w dół, górka, dłużej w dół, górka, dół, górka i już koniec, można jeszcze zbiec na dół i przejść się nad Wartą, bo podobno po każdym biegu powinno się trochę pochodzić, żeby krew, która spłynęła do łydek, się rozeszła.

Więc walka z naturą, z tymi górkami na ziemi i w sobie, ze zmęczeniem. Czasem jest gorzej i wtedy skracam trasę mniej więcej o ⅓, czyli za stawem od razu myk do góry, a nie wokół POSiR-u. Dzisiaj też chciałam tak zrobić, bo jakoś wyjątkowo nogi mnie bolały, ale miałam już w planach pisanie niniejszego tekstu, więc nie wypadało. To właśnie jest cudowne i jakże odmienne od siedzenia przed komputerem w ciepłym pomieszczeniu, gdzie wystarczy pokonać kilka metrów, żeby zrobić ciepłą herbatę czy wyjąć coś z lodówki. Nie będę się krygować, że odzywają się we mnie atawizmy z czasów polowania na mamuty, chociaż na pewno jest w tej walce coś pierwotnego. Tylko ty i ziemia pod butami, twoje mięśnie, serce, oddech. Żadnych kłamstw, krętactwa, użerania się z absurdami stworzonymi przez ludzi. Pokonywanie fizycznych przeszkód i fizycznej słabości potrafi niesamowicie poprawić samopoczucie (dotleniasz się, wydzielają się endorfiny, rośnie poziom serotoniny), a przy tym jest – przynajmniej dla mnie – znacznie łatwiejsze niż pokonywanie słabości natury psychologicznej. Zmusić się do biegania? Małe piwo; właściwie muszę się raczej zmuszać do niebiegania, jeśli na przykład pada deszcz albo boli mnie gardło. Ale zmusić się do pracy, do przetłumaczenia kolejnego zdania, kolejnej strony – to o wiele trudniejsze zadanie i trudno znaleźć w sobie ekwiwalent tej pasji, która sprawia, że chce się biegać. Może dlatego, że satysfakcja z biegania jest natychmiastowa, a satysfakcja z wykonania pracy przychodzi dopiero wtedy, gdy się ją wykonało, a czasem wtedy, gdy dostało się pieniądze albo gdy książka wyszła.

Nie byłoby jednak tyle radości – prawdopodobnie byłoby jej za mało, by kontynuować – gdyby to bieganie odbywało się w jakimś tunelu mgielnym, z którego nie widać nic poza ziemią pod stopami. Bo bieg to także otoczenie – ludzie, psy, pozdrawiający mnie biegacze, drzewa raz łyse, raz zielone, raz kolorowe. Powietrze pachnące deszczem, krzyk dzięcioła, krakanie wron, gawronów i kawek, które tylko czekają, by na biegacza nasrać. Łyski spacerujące nad brzegiem stawu, kos z zadartym ogonem, wrony kochające się, jakby nie wiedziały, że zima. No i zachody słońca, jeśli uda mi się wycyrklować. Poczytuję sobie za wielkie szczęście, że mieszkam w miejscu pozwalającym mi (potencjalnie) codziennie obserwować zachód słońca nad Wartą. Zwłaszcza teraz, w zimie, gdy zachodzi wcześnie, a przy tym nie trzeba zbiegać na sam brzeg, bo drzewa są łyse i wszystko widać. Brzeg ze względu na nierówną nawierzchnię bardziej nadaje się do spacerów, które oczywiście często praktykuję po bieganiu. Czasem nawet mam ze sobą aparat i udaje mi się zrobić parę zdjęć, choć ostatnio tego unikam, bo strój do biegania jest zwykle cieńszy niż ten do chodzenia, a w szczególności do stania, więc marznę podczas tych sesji, co grozi uszczerbkiem na zdrowiu, który z kolei grozi przerwą w bieganiu 😉

Mogę sobie tylko życzyć, żeby okoliczności pozwoliły mi jak najdłużej, najczęściej i najpełniej korzystać z tej przyjemności, bo jest jedną z większych, jakich zaznałam w życiu – i w odróżnieniu od wielu innych mam ją na wyciągnięcie ręki. Albo nogi.

 

 

Scenariusz na życie

Pozostaję pod wrażeniem filmu, który obejrzałam kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia. Nagrałam go kiedyś z telewizji i akurat w tamtym momencie uznałam, że czas obejrzeć. Film okazał się jednym z najlepszych, jakie widziałam w życiu, a jakby tego było mało, bodaj trzy dni później, w Wigilię, zmarł jego reżyser. Co ciekawe, to już drugi film Krzysztofa Krauzego, który będzie mi się kojarzył ze śmiercią nie na ekranie, lecz w świecie rzeczywistym. Swego czasu uczęszczałam na DKF Kamera w kinie Muza, prowadzony przez Kazimierza Młynarza, który przed każdym filmem wygłaszał prelekcję, a także zapowiadał pokaz przyszłotygodniowy. Nie pamiętam, jaki film oglądaliśmy w tamtym tygodniu, za to pamiętam doskonale, że pan Kazimierz bardzo gorąco zapraszał na następny. „Byłem wstrząśnięty” – brzmiały jego słowa o polecanym filmie. Tydzień później, kilka godzin przed projekcją, niespodziewanie dowiaduję się, że… zmarł Kazimierz Młynarz. Odszedł we wtorek, dzień przed seansem DKF-u.

Seans oczywiście się odbył. Jeden z wieloletnich członków klubu poinformował o śmierci prowadzącego i zapowiedział film – ten, który wstrząsnął Kazimierzem Młynarzem, choć wolałabym wierzyć, że ten wstrząs nie przyczynił się do jego śmierci. Na mnie Dług też zrobił wrażenie, choć nigdy już się nie dowiem, ile z emocji, które wtedy odczuwałam, wiązało się z treścią filmu, a ile z wiadomością o śmierci pana Kazimierza.

Z Placem Zbawiciela będzie inaczej, bo najpierw był film, a potem śmierć. Tym razem, niestety, zdecydowanie przedwczesna śmierć reżysera. Żal tym większy, że Krauze zrobił stosunkowo niewiele filmów i że wydawał się iść w swojej twórczości w pożądanym przeze mnie kierunku. Największe bowiem wrażenie wywarły na mnie te filmy, które nakręcił wespół z żoną, Joanną Kos-Krauze: Papusza i wspomniany Plac Zbawiciela. O ile wcześniej kręcił filmy głównie o mężczyznach, o tyle małżonkowie Krauze wzięli pod lupę także postacie kobiece, a ich obserwacje ludzkiej natury stały się bardziej wnikliwe niż kiedykolwiek przedtem.

Większość moich rozmówców wprawdzie zgadza się co do wartości Placu Zbawiciela, lecz część z nich twierdzi, że film jest dołujący i że nie chcieliby obejrzeć go ponownie. Ja przeciwnie. Fascynuje mnie doskonała znajomość ludzkiej psychologii, jaką demonstruje małżeństwo Krauze. Te wszystkie wypowiedziane mimochodem słowa, które zebrane w całość tworzą układankę objaśniającą motywy postępowania bohaterów: matka poniewierana przez męża, prawdopodobnie sama pochodząca z patologicznej rodziny, przekonana, że wszystko, co złe, musi pozostać w czterech ścianach, poniewierająca własnym synem, który w efekcie jest niezdolny do podejmowania samodzielnych decyzji, a dowartościowania szuka w ramionach kochanek – i wrzucona w ten układ prosta, mimo ukończonych studiów, dziewczyna ze wsi, która chce dobrze, ale sytuacja ją przerasta. I wiele, wiele innych tropów. Jakież to doskonałe pole do obserwacji dla psychologów, ale i dla nas, zwykłych ludzi, którzy – jak wszyscy – mamy zapisane w świadomości jakieś skrypty, scenariusze życia, które nieświadomie realizujemy. Czasem taki scenariusz jest dobry, choć pewnie zawsze znajdzie się coś, co można by w nim ulepszyć. Gorzej, gdy w ogóle jest spaczony – a to zdarza się często, bo nasi rodzice też mieli swoje scenariusze, które nie zawsze były dobre. Do zmiany takiego scenariusza potrzeba wysiłku, a przede wszystkim pewnej świadomości tego, że robimy coś źle. Ja, niestety, dostrzegam pewne swoje cechy w każdym z trojga bohaterów filmu, i nie są to bynajmniej dobre cechy. Takie filmy jak ten pomagają mi przyjrzeć się sobie, nabrać pewnego dystansu do własnych zachowań, a to – mam nadzieję – pomaga w zmianie owego „scenariusza na życie”.

A ponieważ to wpis na pożegnanie roku i powitanie następnego, życzę Wam wszystkim dobrych scenariuszy i jak najmniej bolesnego prostowania tych gorszych – tych, które nie tylko przeszkadzają nam w osiągnięciu szczęścia, ale w dodatku równie źle wpływają na następne pokolenia. Jeśli macie co prostować, życzę samoświadomości, zaciśnięcia zębów i sukcesu.

Swoją drogą ciekawe, co powiedziałby o Placu Zbawiciela pan Kazimierz.

Já se nebojím

IMG_0498Dyskutowaliśmy sobie ostatnio na fejsie o strachu. Dostałam różne rady, co zrobić, żeby się nie bać. Nie wykluczam, że niektóre uda mi się wykorzystać, ale wiecie co? Problem polega na tym, że strach często przebiera się za coś innego. Na przykład za empatię albo rozsądek. A może to one przebierają się za strach? Trudno stwierdzić. Wszystko się miesza tam w środku. Właściwie jedyne, co można zrobić, to spróbować zidentyfikować główny składnik tego emocjonalnego koktajlu, albo jeszcze lepiej – nie bawić się w analizę składu, tylko ocenić, jak się z tym czujemy. Jeśli źle, to warto spróbować sytuację odmienić. Ale odmienić można ją dwojako: poprzez zmianę sytuacji zewnętrznej albo próbę zmiany sytuacji wewnętrznej. Przykład: wkurza mnie czyjeś zachowanie, ale duszę to w sobie. W sumie nie wiadomo, czy dlatego, że się boję, czy dlatego, że tak naprawdę uważam, iż on nie zrobił nic złego i to tylko moje emocje są przesadnie wyczulone. Można spróbować to ogarnąć rozumem, ale emocje przeważnie przeszkadzają w chłodnym rozumowaniu. Często też bywa tak, że to, co mówi rozum, wcale nie uspokaja emocji – wręcz przeciwnie, jątrzy jeszcze bardziej. Czyli na przykład – rozum mi mówi, że przesadzam z tym gniewem, ale gniew nic sobie z tego nie robi, a właściwie robi sobie to, że jest coraz większy. U mnie przynajmniej gniew i frustracja są częstymi gośćmi, a z tego mówienia sobie, że przecież obiektywnie nie mam o co się gniewać i frustrować, wywiązała się nerwica. Wydawałoby się więc, że lepiej już wybuchnąć bezzasadnie i oczyścić atmosferę, co czasem praktykuję – przepraszam, jeśli kogoś z Was to spotka, ale ja się uwolnię od tego balastu, a potem i tak pewnie będę przepraszać. Niestety/stety, nie praktykuję tego zbyt często, bo nieśmiałość, no i jeszcze gdzieś tam w głowie siedzi, żem stara i że nie wypada. Poza tym… no jednak mam trochę empatii, nawet jeśli część z niej to przebrany strach. Nie chcę ranić nikogo, jeśli nie mam pewności, czy on naprawdę jest nie w porządku, czy tylko przypadkiem dotyka jakichś moich ran.

Tak więc zmagania ze strachem, który może wcale nie być strachem, nie są proste. Ale podobnych dylematów można się dopatrzyć w najzwyklejszych codziennych wyborach. Ot, na przykład dziś. Na dworze zero stopni. Biegać, nie biegać? A jeśli pójdę biegać, czy to znaczy, że się przemogłam, czy że po prostu jestem głupia? A jeśli nie pójdę, to jestem rozsądna czy zwyczajnie leniwa? No i tak na dwoje, a nawet i czasem na troje babka wróżyła. Wydaje się, że najlepszym kryterium jest kryterium dobrego samopoczucia (dlatego poszłam pobiegać), lecz i co do tego pewności brak: ja akurat jestem z tych, którzy lubią przesuwać granice poza obszar objęty kuratelą zdrowego rozsądku – ściemnia się, grzmi, ale idziemy dalej, bo przecież musimy wejść na szczyt! No więc nie. Zawsze powinno się pomyśleć o tym, czym możemy okupić to samopoczucie. I to wcale nie znaczy, że pomyślawszy, za każdym razem wybierzemy opcję zachowawczą. Czy Kazimierz Nowak zrezygnowałby z podróży po Afryce, gdyby się dowiedział, że rok po powrocie umrze w wyniku powikłań spowodowanych przebytą malarią? Nikt tego nie wie. Urok życia, ale i jego trudność, tkwi w tym, że choćbyśmy nie wiem jak się starali, nie przewidzimy wszystkich skutków swoich poczynań.

Myślicie, że ten artykuł jest pokręcony? To dobrze, bo chciałam w nim pokazać, że to, co się  w nas dzieje, gdy dokonujemy wyborów, też takie jest. Pewne (oprócz śmierci i podatków) jest jedno: że dylematów nam nigdy nie zabraknie. Jeśli coś mnie w tym martwi, to to, że opornie mi idzie uczenie się na własnych doświadczeniach. Ale wiecie co? Nic dwa razy się nie zdarza. Chyba że dzień świstaka. Czasem w całkiem podobnej sytuacji inna decyzja okazuje się lepsza. Więc może to wcale nie jest tak, że się na swoich doświadczeniach nie uczę. Może po prostu za każdym razem daję szansę innym opcjom.

Dotknięcie absolutu, czyli wywiad z Gabą

Nie żeby Gaba była absolutem, ale w obecnej fazie moich emocji słuchanie jej na żywo momentami bardzo przybliżało mnie do nieba, a możliwość przeprowadzenia z nią wywiadu dla portalu Lepszy Poznań to już w ogóle było szaleństwo. (Dlatego tak mi głos drży na początku). Świetna artystka, bardzo wrażliwa i miła osoba – warto było pokonać nieśmiałość, żeby się z nią spotkać. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś nadarzy się okazja. Trochę było chaotycznie właśnie przez moją tremę, ale chyba udało mi się zadać kilka nieoczywistych pytań, choć były i takie, które pewnie słyszy podczas każdego wywiadu. Ale musiały być, bo przecież takich wywiadów słuchają zarówno osoby dobrze znające twórczość artystki, jak i te, które niewiele o niej wiedzą.

TUTAJ można przeczytać krótką relację z koncertu oraz wysłuchać wywiadu.

Kilka dni wcześniej natomiast portal Esensja opublikował moją recenzję płyty – dość stonowaną, przyznaję, ale nie chciałam przechwalić, bo wtedy czytelnicy oczekują nie wiadomo czego. Kto mnie zna, ten wie, że napisanie tak chłodnej recenzji wymagało ode mnie wysiłku 😉

link do recenzji

 

Raz jeszcze o (nie)czytaniu

Może to zarozumiałe, ale jeśli mam wybierać między czytaniem a pisaniem, wolę pisać. Cudza książka niewiele straci na tym, że jej nie przeczytałam (ja, owszem, mogę stracić, ale i tak nie przeczytałabym wszystkich wartościowych książek, więc straty tak czy owak są nieuniknione). Cudza książka ma swoje grono czytelników i jedna osoba mniej czy więcej w tym gronie niewiele zmieni. Czy świat zyska coś na tym, że napiszę swoją? Z perspektywy większości ludzi zapewne nie, bo nawet o niej nie usłyszą. Z mojego punktu widzenia jednak napisanie tego, co mi się rodzi w głowie i w sercu, co krzyczy w trzewiach i domaga się, by nadać mu formę zrozumiałą dla innych, lecz wciąż rozpoznawalną dla niego samego, jest znacznie, znacznie ważniejsze niż czytanie o tym, co narodziło się w cudzych głowach i sercach. Świat nie zbiednieje, a nawet się wzbogaci, bo będzie miał o jedną osobę spełnioną więcej. A jeśli dodatkowo moja książka kogoś wzruszy, zastanowi, ucieszy; jeśli ktoś rozpozna w niej okruch siebie – dołożę kolejny kamyczek do skarbca świata.

Słyszy się czasem narzekania na tabuny grafomanów, którzy piszą, choć nie czytają, ale czy tak jest w istocie? Czy dla kogoś, kogo nigdy nie zauroczyło słowo pisane, pisanie w ogóle miałoby sens? Ludzie imają się różnych sposobów,  by zostać dostrzeżonymi, i akurat pisanie nie jest najłatwiejszym z nich. Po co ktoś, kto nie interesuje się książkami, miałby je pisać? Człowiek pasjonujący się modą będzie projektował ciuchy, meloman założy kapelę, amator sportu zapisze się do sekcji albo usiądzie z piwem przed telewizorem, by oglądać mecz. Naprawdę nie widzę sensu w tym, by człowiek, który WCALE  nie czyta, chciał pisać.

Bo jeśli twierdzę, że mało czytam i że pisanie jest dla mnie ważniejsze; ba, że czytanie często mi w pisaniu przeszkadza, ponieważ neurotycznie boję się stracić z oczu własny, choćby i najbardziej kulawy styl, to przecież nie znaczy, że książki nie mają dla mnie uroku. Przeciwnie – być może właśnie z powodu tego uroku czytam tak wolno i tak mało. Lubię się rozkoszować lekturą, która mnie ujęła, i nie chcę z niej nic uronić, podczas gdy taką, która jest tylko niezła, wolę porzucić dla innej, bo szkoda mi czasu na coś, co mnie nie porwało.

Co napisawszy, oddalam się, by spędzić resztę wieczoru na lekturze zacnej powieści 😉

 

Dziki liryzm

Okladka_plyty_Escapist_6474938

Nasamprzód muszę coś wyznać: gdzieś na przełomie wieków przestałam absorbować nową muzykę. Zatrzymałam się na etapie słuchania tego, co poznałam do tamtej pory, wyjątek czyniąc jedynie dla ulubionych, a wciąż nagrywających artystów. Kiedy próbuję sobie przypomnieć fascynacje, które zaczęły się w tym stuleciu, oprócz kilkorga latynoskich pieśniarzy (w ramach zboczenia zawodowego, ale też dlatego, że są tego warci) przychodzą mi do głowy tylko dwie: Deine Lakaien i Gaba Kulka.

Deine Lakaien poznałam dzięki koledze, który sprezentował mi płytę Kasmodiah. Wessało mnie błyskawicznie, od innego kolegi pożyczyłam niemal całą dyskografię. I podobnie jak w przypadku największych idoli, zupełnie ignorowałam fakt, że nie podoba mi się wiele utworów, a nawet całe płyty. Liczyło się to, co się podoba: wrażliwość, profesjonalizm, piękne melodie i teksty (choć czasem, w odróżnieniu od tekstów Gaby, pisane kulawą angielszczyzną). Nie śledzę dokonań niemieckiego duetu płyta po płycie, ale panowie Veljanow i Horn chyba na zawsze zapisali się w moim sercu.

Z Gabą zetknęłam się jeszcze bardziej banalnie – swego czasu miałam problemy z dobudzeniem się, więc rano, po dźwięku budzika, włączałam radio i słuchając tego, co mówią lub grają, powoli przełączałam się w tryb dzienny. Pewnego razu radio puściło piosenkę o tym, że „ryżu z ulicy nie wyzbierasz gdy raz rozsypany”. Spodobała mi się na tyle, że wklepałam słowa w gugla, wyskoczyła mi Gaba, przesłuchałam na youtubie kilka następnych kawałków, trafiłam na jej interpretację Tears of the Dragon, wsiąkłam. Potem były dwa koncerty, trzy płyty i wreszcie pierwszy nowy materiał od pięciu lat, pierwszy od czasu, odkąd jej słucham – a więc radość słuchania czegoś, co dopiero się narodziło, ale i obawa, jakie to będzie.

Tym, co uderza w „Eskapiście”, jest doskonałe brzmienie. Odkopałam nawet swój staroświecki kompakt, ale okazało się, że jedna kolumna trzeszczy (ciekawe, że wcześniej tego nie zauważyłam), więc używam słuchawek. Płyta jest doskonale zagrana, zaśpiewana, zmiksowana i wyprodukowana. Po tym względem trudno ją nazwać inaczej niż perfekcyjną.

A utwory? Od początku słuchania Gaby mam z nią to, co ze wszystkimi artystami, którym dałam kredyt zaufania (albo raczej – którzy wdarli się w moje serce tak głęboko, że nic ich nie wyciągnie): mogą mi się podobać dwa utwory na płycie, a i tak ją kupię. Rozumiem, że artysta powinien być wierny sobie, a nie słuchaczom – oni mogą jedynie zdecydować, czy on jeszcze (już) jest ich, czy już (jeszcze) nie. Pochlebiam sobie, że to coś w rodzaju dojrzałej miłości, a nie durnego zakochania, które kończy się wtedy, gdy zauważamy, że druga strona nie jest naszym lustrzanym odbiciem. Gaba nigdy nie mówi o swoich miłośnikach „fani”, zawsze „słuchacze”, i może to właśnie jest ta różnica – ona szanuje nas, a my ją.

Nie nastawiałam się więc, że każdy utwór powali mnie na kolana. Singlowe Wielkie wrażenie, które usłyszałam jeszcze przed wydaniem albumu, wzbudziło dwojakie uczucia. Po pierwsze – od razu wiedziałam, że utwór stanie się hitem, klasykiem z gatunku tych, które za dwadzieścia lat będą lecieć w „Złotych przebojach”. A to dla mnie duży minus, bo wbrew temu, co napisałam powyżej, w pewnym stopniu jestem psychofanką (i snobką), która chciałaby, żeby artystka śpiewała tylko dla niej, ewentualnie dla niszowego grona wybrańców, a nie dla całej Polski. Z drugiej strony trzeba Gabie przyznać, że ma ogromne wyczucie do pisania i wybierania na single utworów absolutnie hitowych i gwarantujących częstą emisję radiową, która – mam nadzieję – przekłada się na sprzedaż płyt. Na poprzedniej płycie tę samą rolę odegrały Niejasności – bez których, nawiasem mówiąc, nie zostałabym snobistyczną psychofanką.

Ale to niejedyna przyczyna dwoistości mych uczuć. Mam też problem z tekstem Wielkiego wrażenia. Z jednej strony mogę się obiema rękami, mózgiem i sercem podpisać pod słowami „Rozumiem, ale czuję bardziej”, z drugiej – nie bardzo ogarniam, o czym lub o kim jest ten tekst. Tylko please, nie wsiadajcie na mnie, że mam patrzeć sercem, bo ja właśnie sercem widzę jedynie jakieś skrawki, ładne frazy, ale nie umiem ich zebrać do kupy. Mam taką interpretację, że poprzez owo kierowanie się czuciem podmiot liryczny jest płynny niczym „Człowiek nieciągły” z opowiadania Ani Kańtoch: dryfuje za emocją to tu, to tam, nie mogąc nigdzie zakotwiczyć. Dziś wypowiedziane słowa jutro mogą okazać się kłamstwem. Tylko trochę mnie przeraża to wielkie wrażenie, które nie wiadomo kiedy może się przeobrazić w wielką obojętność.

Nawet jeśli odbijam się od warstwy lirycznej niektórych utworów i ubolewam nad tym, bo chciałabym czuć tę płytę jeszcze głębiej w sobie, zniewala mnie talent poetycki Gaby, jej umiejętność tworzenia niesamowitych wizji z prostych słów. Gaba jest poetką przez duże P, nie tylko poprzez to, jak potrafi składać słowa, ale chyba przede wszystkim poprzez swoją inność. Trochę przywodzi mi na myśl Emily Dickinson, choć na szczęście nie jest tak wycofana.

Ale i kiedy przemawia najprościej w świecie – tak, że wydawałoby się, iż nie zdoła uniknąć kiczu – lepi piękne światy. Zdecydowanie moim ulubionym tekstem jest Z marcepana, drugi polskojęzyczny utwór na płycie:

Pozostawiona samej sobie łykam jak komunię
z ich kawy niedopitej i siadam gdzie siedzieli
lecz pamięta dzikie zwierzę miesiące oswajania
wciąż szeptem i dotykiem, „ty jedna i jedyna”…

Ciarki przechodzą, gdy się słucha Gaby śpiewającej te słowa; słowa świadczące o wielkiej wrażliwości, kruchości, a jednocześnie o gigantycznej sile, która pozwoliła jej wyjść z tą kruchością do świata. Przypomina mi się Over Petera Hammilla, płyta w całości poświęcona rozstaniu. Mówił, że nagrywał tę płytę, gdy już nie bolało, ale słuchając takich utworów jak Betrayed, śmiem w to wątpić.

Żeby było ciekawiej, drugim obok lirycznego Z marcepana moim ulubionym utworem jest energetyczny, punkowy wręcz X. W pewnym momencie, gdzieś za połową, granie tak się zagęszcza, że odlatuję w przestworza niczym kosmonauta z okładki. Od tekstu, niestety, odbijam się podobnie jak od Wielkiego wrażenia, ale ponieważ utwór jest hałaśliwy, nie mam problemu z chłonięciem samej muzyki.

Na razie, po tych kilku przesłuchaniach, do moich faworytów należą też Mastodon Heart, Christmas Party Song (ten ostatni za tekst, ale też za to, jak Gaba operuje w nim głosem – w ogóle zresztą śpiewa na tej płycie genialnie) i cover jej ulubionego Queens of the Stone Age – Keep Your Eyes Peeled. Pewnie w miarę słuchania i odkrywania nowych rzeczy ta hierarchia odrobinę się poprzestawia, zważywszy płynność naszych wrażeń, nawet tych wielkich. Więc trochę jednak kłamię – ale czuję bardziej i kocham 🙂

X
Z marcepana

Stare dzieje 11 – suplement

No i teraz wyszło na to, że w moim poprzednim wpisie lekceważę picie alkoholu przez młodzież i nie widzę nic złego w tym, że ktoś w wieku szesnastu lat parokrotnie się upił. Otóż jest to duże uproszczenie, o czym wiedzą osoby, które uważnie przeczytały tamten wpis. Ktoś powie, że moje rozważania nie są obiektywne, bo nie mam dzieci i nie wiem, jak to jest patrzeć na sprawę z punktu widzenia rodzica. Miana obiektywnej sobie nie uzurpuję i nie jestem pewna, czy w ogóle istnieje spojrzenie na tę kwestię dość szerokie, by je nazwać obiektywnym. Każdy przypadek jest inny, każde dziecko, każdy rodzic i każda sytuacja. Sądzę natomiast, że mój punkt widzenia jest o tyle wartościowy, iż zawierają się w nim zarówno odczucia ówczesnej mnie, jak i refleksje mnie starszej o dwadzieścia parę lat.

Pewne jest to, że w tamtych czasach ciągnęło mnie do papierosów, alkoholu, używek. Postrzegam to jako wyraz buntu oraz rozpaczliwą chęć znalezienia w życiu czegoś, co wytrąci mnie z depresyjnej nudy. Mniej więcej od trzynastego roku życia – w jakimś miejscu określiłam to jako wiek, w którym zaczęłam myśleć własnym mózgiem, choć równie dobrze można powiedzieć, że mózg właśnie mi się zamulił przez hormony związane z dojrzewaniem – uważałam, że życie jest całkowicie bezsensowne i trzymała mnie przy nim tylko… he he, wcale nie myśl o samobójstwie, lecz wiara w to, że kiedy stanę się dorosła, wszystko magicznie się odmieni. Do tej dorosłości trzeba było jednak dotrwać (a wydawała się strasznie odległa), więc szukało się rzeczy, które choć na chwilę wyrwą człowieka z marazmu codzienności. O takie rzeczy wcale nie było łatwo. DKF Absolwent w kinie Wilda był jedną z ważniejszych licealnych odskoczni, a przy okazji pozwolił na zobaczenie wielu dobrych filmów (acz z niektórych, jak wspomniałam, musiałam wyjść przed końcem). Czasem, jeśli akurat nie miało się szlabanu, szło się na jakiś koncert. Raz przeczytałam na szkolnej gazetce ogłoszenie, że będzie spotkanie kółka literackiego, ale kiedy poszłam o danej godzinie do danej sali, odbiłam się od drzwi. Albo kółko nie powstało, albo przeniesiono spotkanie – a ponieważ kółkiem miała się opiekować nauczycielka, której nie znałam, nie było mowy, żebym się odważyła do niej podejść i spytać.

Była też grupa młodzieżowa, która spotykała się w punkcie Monaru przy placu Asnyka. Nie pamiętam, jak tam trafiłam. Chyba przez koleżankę z podstawówki. Powiedziała mi, że idzie na taką grupę, gdzie się gada i robi różne fajne rzeczy, np. zabawki dla dzieci z domu dziecka. Ta grupa nie miała żadnego związku z podstawową działalnością Monaru – powstała dla młodych ludzi, którzy albo chcieli robić coś ciekawego, albo byli takimi trochę outsiderami i szukali sensu życia. Poszłam tam jednak tylko raz czy dwa, bo moi rodzice z typową dla siebie wnikliwością stwierdzili, że jeszcze poznam jakichś narkomanów i zacznę brać. Na nic się zdało tłumaczenie im, że a) w grupie nie ma narkomanów, tylko zwykła młodzież taka jak ja, b) nawet jeśli spotkam jakiegoś narkomana, to skoro przychodzi do Monaru, raczej chce się leczyć niż wciągać kogoś w ćpanie. Ja po prostu chciałam poznać fajnych ludzi i robić coś fajnego. Nawet jeśli czasami miałam ochotę zapalić trawę czy wziąć jakieś prochy, oddział Monaru byłby ostatnim miejscem, w którym próbowałabym je zdobyć. Koleżanka z klasy dość mocno siedziała w temacie – wystarczyło ją poprosić, żeby coś dla mnie załatwiła. Nigdy się nie odważyłam, co akurat wyszło mi na dobre. Ale gdybym to zrobiła i nie daj Boże wpadła w jakieś tarapaty, przynajmniej wiedziałabym, gdzie szukać pomocy.

Później, pod koniec liceum, zdarzało mi się wpadać do Monaru ot tak, żeby pogadać. Właściwie pamiętam tylko jedną pracowniczkę, Krystynę. Może najczęściej miała dyżur, a może akurat z nią lubiłam rozmawiać.

Ogólnie w czasach licealnych nie bardzo było się czym zająć, jeśli było się osobą bez talentów sportowych czy muzycznych, niełatwo nawiązującą kontakty i raczej smutną. Dużo korespondowałam, wielkim oknem na świat była dla mnie lektura tygodnika „Na przełaj”, stwarzająca wrażenie, że gdzieś w Polsce dzieje się mnóstwo ciekawych rzeczy, czytałam książki i maniakalnie słuchałam muzyki (audycje Kaczkowskiego, Beksińskiego, Szachowskiego, Chojnackiego), ale zasadniczo moje życie było smętne. Szkoła – dom, szkoła – dom, lekcje trzeba odrobić, nauczyć się, pyry obrać. Może byłam typem depresyjnym, ale kiedy wspominam rozmowy z koleżankami, wydaje mi się, że większość miała tak samo. Nic dziwnego, że szukało się ucieczki od tej monotonii – papierosek na przerwie, alkohol na wycieczce, a jakby się napatoczyło, to może i coś więcej.

A teraz z dorosłego punktu widzenia: nie chodzi wcale o bagatelizowanie upijania się jako czegoś niegroźnego; czegoś, przez co spory odsetek młodzieży musi przejść jak przez ospę czy różyczkę. Chociaż może nawet jest to dobre porównanie, bo po ospie czy różyczce też mogą wystąpić powikłania, a jednak kiedy ktoś zachoruje, nie wpadamy od razu w popłoch. Tak naprawdę chodziło mi o coś innego: o to, że w opisywanym przeze mnie przypadku dorośli skupili się na epizodzie alkoholowym, całkowicie ignorując szerszą perspektywę. Perspektywę, w której mieści się i samotność młodego człowieka, i chęć spróbowania zakazanego, i wreszcie – last but not least – prawo do popełnienia błędu. Kiedy myślę o tym ostatnim, dochodzę do wniosku, że większość mojego życia definiowały błędy i niepowodzenia. To one stanowiły rozpoznawalne momenty w historii, punkty orientacyjne wyznaczane najpierw przez rodziców: „Wtedy się upiłaś”, „Wtedy wróciłaś w nocy z koncertu Lady Pank”, a potem przeze mnie samą: „Wtedy zawaliłam to czy tamto”, „Wtedy się zakochałam w Iksie, a on mnie olał” (albo gorzej: „…i powiedziałam o tym komuś, a ona powiedziała innym i był wstyd”), „Wtedy wysłałam opowiadanie na konkurs i nic nie wygrałam”. Sukcesy nie zasługiwały na uwagę, były tylko uniknięciem porażki.

Jeśli teraz napiszę, że z młodzieżą powinno się rozmawiać, wyśmiejecie mnie. Wiadomo, że młodzież nie słucha rodziców, a nauczycieli tym bardziej. Wiadomo, że żadnemu staremu prykowi nie będą się zwierzać ze swoich problemów. Ja jednak doskonale pamiętam mądre rzeczy, które ktoś do mnie mówił, co niestety nie zdarzało się często. Kiedy nauczyciel lub inna dorosła osoba traktował nas jak równorzędnych partnerów w rozmowie, potrafiliśmy rozmawiać, choć potrzeba było trochę czasu na przełamanie. Taka osoba powinna też wiedzieć, że istnieją pewne granice prywatności, których nie należy naruszać – pewne rzeczy, o które nie wolno pytać. To nie jest tak, że bierze się delikwenta na dywanik i pyta, jakie ma problemy, a on zaraz się zwierza z całego życia. Chodzi raczej o to, żeby dać przesłanie: „Jakby co, to tu jestem”, a zamiast wrzeszczeć, że młody człowiek zrobił coś skandalicznego, podsunąć mu jakiś konstruktywny sposób na spędzanie wolnego czasu. I przede wszystkim w swojej głowie, w jego głowie, nie definiować go w oparciu o to, co najgorsze, tylko dostrzegać i wyróżniać to, co dobre. Nie wiem, czy u wszystkich to zadziała – u mnie działało, acz niestety przypadki widzenia we mnie człowieka przez osobę dorosłą były rzadkością.

W szkole tak pół na pół, bo z całą pewnością nikt się nami specjalnie nie zainteresował – owszem, parę nauczycielek próbowało rozmawiać, lecz owo „wsparcie” do złudzenia przypominało próby wyciągnięcia z nas informacji, kto jeszcze z nami pił – ale jednocześnie nie było stygmatyzacji, która by się za nami ciągnęła do końca szkoły. Wychowawczyni, jak już się uspokoiła, palnęła nam mówkę na temat: „Uważajcie, z kim pijecie”, którą do dziś zachowałam w pamięci jako wartościową wskazówkę. Przez następne dwa lata nikt nam już sprawy nie wypominał (w domu wypominano mi ją przez następnych dwadzieścia) i nikt nie oceniał nas przez pryzmat tamtego zdarzenia. Nigdy o tym nie myślałam, ale kiedy dostawałam te piątki na maturze, może, tylko może, osoba, która kiedyś wnioskowała o usunięcie mnie ze szkoły, się zawstydziła.

Tak więc szkoła stanęła na wysokości zadania przynajmniej pod jednym względem: dania drugiej szansy. Czasem jednak młody człowiek potrzebuje czegoś więcej, żeby wyrosnąć na kogoś, kto nie postrzega siebie jako jednej wielkiej porażki, a życia jako pasma nieszczęść. Wydaje mi się, że ja sama w tamtym wieku bardzo potrzebowałam takiego wsparcia, choć nie mam pewności, czy potrafiłoby mnie ono przekształcić, sprawić, że naprawdę zaczęłabym inaczej patrzeć na swoje życie. Sądzę, że w pewnym stopniu tak, bo przecież nawet później i w dużej mierze własnymi siłami zaczęłam sobie wypracowywać lepsze wzorce. Tyle że im później i im bardziej samotnie, tym jest trudniej.

Światowidzenie

Dziś spróbuję Wam opowiedzieć, jak widzę świat.

Carl Gustav Jung wyróżnił cztery podstawowe „funkcje świadomości” (które pokrótce można zdefiniować jako sposoby odbierania i przetwarzania przez nas rzeczywistości): myślenie, uczucie, percepcję i intuicję. Myślenie jest opozycyjne w stosunku do uczuć, a percepcja do intuicji[1]. Zdaniem Junga zwykle u danej jednostki dominuje jedna cecha, a któraś z sąsiadujących z nią na obrazku (czasem obie) ją uzupełnia, natomiast ta przeciwległa (tu po skosie) jest praktycznie niedostępna.

Bynajmniej nie traktuję Junga jako wyroczni, ale ta teoria ładnie wyjaśnia, dlaczego niektórzy ludzie żadną miarą nie potrafią się ze sobą porozumieć i dlaczego niektórym logiczna argumentacja przychodzi bardzo łatwo, a dla innych mordęgą jest poszukiwanie słów mogących wyrazić to, co chcieliby przekazać. Podoba mi się też koncepcja, że funkcje opozycyjne nie mogą współistnieć, bo usprawiedliwia moje trudności z logicznym myśleniem. Nie sądzę wprawdzie, aby Jung miał rację, twierdząc, że funkcja przeciwległa do dominującej „z reguły w ogóle nie podlega jego [tj. danego człowieka] woli” (str. 28), bo nawet osoba o orientacji typowo uczuciowej (choć właściwsze wydaje mi się określenie „emocjonalnej”) musi, choć czasem zajmuje jej to wiele czasu, jakoś wyciszyć emocje i włączyć choćby szczątkowy rozsądek, by funkcjonować w społeczeństwie, i odwrotnie, osoba zorientowana intelektualnie też na ogół miewa jakieś życie uczuciowe.

Mimo tych zastrzeżeń (które mogą wynikać z niezrozumienia) koncepcję uważam za udaną. Pomyślałam nawet, że fajnie byłoby napisać książkę dziejącą się w świecie, w którym w debacie publicznej używa się języka uczuć, a nie myśli. Ten język jest oczywiście obecny i dziś, a co więcej, chyba jest używany i odbierany w podobny sposób: ktoś przemawiający językiem dobroci i empatii zostaje zlekceważony, a ktoś mówiący językiem histerii gromadzi wyznawców, podobnie jak w koncepcji „myśleniowej” demagogia wygrywa z logiką (trudno mi się zresztą oprzeć wrażeniu, że demagogia idzie w parze z histerią). Jak widać, sama dominacja jednej funkcji nad drugą wcale nie musi oznaczać wyższości lub niższości danej funkcji. Mimo to ciekawie byłoby napisać lub choćby poczytać opowieść o społeczności, w której dyskutuje się nie na argumenty, lecz – no właśnie, na co? Na poezję? Koncepcja pociągająca, acz nie sposób nie zauważyć, że i tu, podobnie jak w społeczności „myślicieli”, niekoniecznie zwyciężałby ten, kto ma najbogatszy świat wewnętrzny, ba! – nawet ten, kto tworzy najlepszą poezję, bo po pierwsze, samo to pojęcie jest względne, a po drugie, istniałyby mody, kliki, koterie. Słowem – ten mój emoświat w niczym nie byłby lepszy od obecnego. I tak rządziliby w nim ci, którzy lepiej się urządzili.

Zastanawiam się, czy w społeczeństwie jest miejsce na współistnienie obu tych światów. Dość trudno to sobie wyobrazić, bo każda społeczność działa w oparciu o jakiś system, a próba używania dwóch odmiennych systemów musiałaby wywołać wojnę o wpływy, próby przeciągania jednostek lub całych instytucji z jednego systemu do drugiego. To też zresztą jest ciekawy pomysł na książkę, taki dukajowy. Odnoszę jednak wrażenie, że dotykamy tu bardzo ważnego problemu. Myślenie jako funkcja dominująca kojarzy się raczej z mężczyznami, a odczuwanie z kobietami. Być może właśnie dlatego tak mało jest kobiet polityków, kobiet piastujących wysokie stanowiska. Skoro zaś dwa systemy w jednym społeczeństwie współistnieć nie mogą, kobiety chcące mieć wpływ na to, co się dzieje w ich społeczeństwie (a trudno, żeby nie chciały, skoro w nim żyją) albo muszą uczyć się myśleć jak faceci, albo próbować narzucić im swój system, albo – co podoba mi się najbardziej – spróbować wprowadzić do ich systemu elementy swojego.

No i proszę, zapędziłam się w rozważania na temat równouprawnienia, a przystępowałam do pisania tego tekstu z zamiarem pokazania, jak sama widzę świat. Otóż jestem typem jednoznacznie emocjonalnym. Logiczne myślenie w ogóle jest dla mnie trudne i jeśli czasem przejawiam szczątkową umiejętność posługiwania się nim, to jedynie wtedy, gdy emocje są bardzo wyciszone, jak teraz, gdy siedzę i stukam w klawisze. Sama rozmowa z drugą osobą zwykle niesie pewien ładunek emocjonalny, który dostęp do logiki jeszcze bardziej mi utrudnia. Jeśli rozmówcą jest ktoś, komu ufam i dobrze się czuję w jego towarzystwie, czasem potrafię dyskutować, choć muszę się bardzo skupić, by przeprowadzić logiczny wywód (łatwiej jest po alkoholu, bo emocje cichną, ale za mało piję). Jeśli rozmawiam z kimś niechętnie nastawionym, stres rośnie i wtedy w ogóle lepiej sobie darować, bo logika nie istnieje, za to emocje buzują.

Jestem też bardzo silną empatką, choć wybiórczą. Bardzo głęboko odczuwam krzywdę słabych, bezbronnych, dyskryminowanych. Nawet się zastanawiam, czy rzeczywiście mogę to nazwać empatią, skoro współodczuwam głównie z tymi, z którymi łączy mnie jakieś wspólne doświadczenie – może niedokładnie wspólne, lecz pokrewne. Z drugiej strony, o empatii chyba w ogóle mówimy wtedy, gdy komuś się źle dzieje, bo raczej nie słyszałam, żeby ktoś czuł empatię z człowiekiem, który właśnie wygrał milion (chyba że za empatię uznamy chęć posiadania tego miliona).

Niezdolna do odczuwania empatii jestem wtedy, gdy czuję się zagrożona (co samo w sobie jest bardzo dobre, bo jeszcze tego brakowało, żebym zaczęła współczuć komuś, kto ma wobec mnie złe zamiary; z drugiej strony czasem zagrożenie postrzega się tam, gdzie wcale go nie ma, a empatia mogłaby pomóc to dostrzec) oraz wtedy, gdy rozpaczliwie zależy mi na czyichś uczuciach – wtedy jestem tak skupiona na sobie, że kompletnie nie potrafię sobie wyobrazić, co może czuć druga strona. To zaś praktycznie uniemożliwia postępowanie zgodne z oczekiwaniami tej osoby, więc na ogół wywalam wszystkie swoje uczucia na stół i niech się dzieje, co chce. Ma to swoje plusy, bo wówczas druga strona też musi się trochę otworzyć (lub uciec).

Bywa, że ta dziwna empatia bardzo mi utrudnia lekturę książek. Gdy Siri ze Ślepowidzenia Wattsa napisał dla swojej dziewczyny „bajkę na dobranoc”, w której wyjaśnia potrzebę obcowania mężczyzny i kobiety w – jak mu się zdaje – uczuciowy sposób (w rzeczywistości sprowadzający miłość do poziomu fizjologii oraz rywalizacji płci), byłam na niego tak wściekła i tak bardzo współczułam dziewczynie, że nie chciałam dalej czytać. Wróciłam po kilku dniach, gdy ochłonęłam, a po przeczytaniu reszty okazało się, że właśnie przemiana Siriego z człowieka – wydawałoby się – trwale niezdolnego do empatii w kogoś czującego najwięcej spośród swojej załogi jest dla mnie najbardziej fascynującym elementem książki. Zresztą nawet z socjopatą Sirim potrafiłam się solidaryzować, gdy argumentował, że podawanie znajomym daty swoich urodzin jest bez sensu, bo jeśli nie złożą życzeń, będzie ci przykro, a jeśli złożą, i tak nie będziesz wiedział, czy zrobili to z sympatii, czy dlatego, że tak wypada.

Podobny problem miałam podczas lektury opowiadania Rafała Kosika Nowi ludzie. Opowiadanie jest satyrą na doprowadzoną do absurdu poprawność polityczną. Jego bohater pozostaje jednym z nielicznych „standardowych” osobników w świecie, w którym za każde odstępstwo (choroby, niepełnosprawność, odmienną orientację seksualną) otrzymuje się przywileje. „Normalny” bohater staje się zatem uciśnioną mniejszością. Pomysł fajny w swojej przewrotności, ale lektura momentami bolała. Czytając, swoim zwyczajem widziałam bowiem nie satyrę, lecz ludzi. Bohater ubolewa, że nie ma lęków, a mnie boli w imieniu swoim i wszystkich, którzy je mają. Bohater żali się, że niepełnosprawni mają przywileje – widzę mojego kolegę zastanawiającego się, jak pokonać schody do urzędu, bo architekt zapomniał o windzie. Kiedy bohater ubolewa, że jest heteroseksualny, wspominam swoją refleksję z niedawnej wizyty w kinie: same parki damsko-męskie, ale żadnej damsko-damskiej ani, broń Boże, męsko-męskiej, bo niezależnie od tego, jak bardzo dwie osoby się kochają, trzymać się za rękę w miejscu publicznym można jedynie wtedy, gdy jest się przygotowanym na zrobienie z siebie widowiska, usłyszenie obraźliwych epitetów, a może i gorszy los. Mimo całej poprawności politycznej, która – zgodzę się – bywa absurdalna, ludzie odbiegający od normy wciąż mają przerąbane.

Autora znam jako rozsądnego człowieka i jestem pewna, że sprawienie komuś bólu było ostatnią rzeczą, o jakiej by pomyślał, pisząc ten tekst. Przypuszczam, że napisanie go w łagodniejszy sposób było niemożliwe, bo satyra na poprawność nie może sama dbać o poprawność. Ja tylko opowiadam, jak odbiera pewne fragmenty tego tekstu ktoś zorientowany na emocje i być może nadempatyczny. Czasem mi szkoda, że nie potrafię tych emocji wyciszyć, ale z drugiej strony wiem, że przy lekturze innego rodzaju tekstów – tych bardziej poetyckich, zwróconych do wewnątrz – mój odbiór jest pełniejszy niż odbiór kogoś, u kogo – wracając do języka jungowskiego – myślenie dominuje nad uczuciem.

Inne elementy, które podczas lektury wzbudzają we mnie silne negatywne emocje, to sceny fizycznego lub psychicznego dręczenia. Akceptuję je w literaturze faktu czy filmach dokumentalnych, bo rozumiem, że ich rolą jest pokazanie rzeczywistości, która, choć to straszne, gdzieś tam istnieje lub istniała. Co ciekawe, akceptuję je także w horrorach, bo czymże miałyby straszyć, jeśli nie tym, co jest straszne. Przeraża mnie natomiast ich obecność w innego rodzaju literaturze czy filmie[2]. Do dziś na przykład przeżywam opis więzienia z drugiego tomu Przedksiężycowych Ani Kańtoch, a ponieważ autorkę miałam okazję poznać jako osobę niezwykle łagodną, można wnioskować, że to jednak ja jestem nadwrażliwa. Albo czytam za mało skandynawskich kryminałów.

O, wychodzi na to, że znam wszystkich pisarzy oprócz Petera Wattsa. A miałam Wam tylko opowiedzieć, jak odbieram świat 😉 Abstrahując od własnych kompleksów, myślę, że udało mi się częściowo uchwycić istotę mojego światowidzenia. Wyjaśnić, jak to jest, kiedy tak trudno wyrazić siebie prozą. Przy okazji zastanawiam się nad definicją inteligencji. Zwyczajowo łączymy ją z umiejętnością logicznego, racjonalnego myślenia – czy jednak nie istnieje inteligencja alogiczna? A jeśli ktoś byłby uczuciowcem w jeszcze większym stopniu niż ja, kompletnie irracjonalnym, ale znałby się na poezji, na sztuce, sam tworzyłby piękne rzeczy, umiałby z pasją rozmawiać o swoich zainteresowaniach, czy uznalibyśmy go za nieinteligentnego? Pewnie raczej przypisano by mu jakieś zaburzenie. Jakoś trzeba sobie tłumaczyć to, co nie pasuje do schematów.


[1] Może warto wyjaśnić, co Jung rozumie przez percepcję i intuicję: „(…) typ percypujący zauważy wszystkie szczegóły jakiegoś zdarzenia historycznego, nie dostrzeże jednak ogólnego kontekstu, w jakim ono się mieści; przeciwnie, typ intuicyjny nie zwróci uwagi na szczegóły, ale bez trudu i natychmiast dostrzeże możliwe relacje i skutki danego zdarzenia. (…) patrząc na piękny krajobraz wiosenny, typ percypujący zauważy we wszystkich szczegółach kwiaty, drzewa, kolor nieba itd., natomiast typ intuicyjny zwróci uwagę tylko na ogólny nastrój i ogólny koloryt” (Jolande Jacobi, Psychologia C.G. Junga, Wydawnictwo Ewa Korczewska L.C., 1996, str. 26–27).

[2] No dobra, oglądam Breaking Bad. To znaczy zaczęłam. Wygląda na to, że jeśli ofiara nie budzi mojej sympatii, wrażliwość znacząco spada.