Category Archives: inspiracje

Fotografuję w zimie

_mg_9502

Witanie nowego roku

Drodzy Czytelnicy! Mam świadomość, że ten blog coraz bardziej skręca w stronę fotografii. Zastanawiałam się nawet, czy nie założyć drugiego specjalnie w tym celu, ale w niektórych okresach (jak teraz, he he) niewiele zamieszczam innych wpisów i wówczas pierwszy z blogów leżałby odłogiem. Poza tym człowiek to całość, a nie tylko wycinek jego zainteresowań i dokonań. Może kiedyś uznam, że osobny blog fotograficzny jest potrzebny – na razie zostaję tutaj zarówno z fotografią, jak i z całą resztą. Nie gniewajcie się więc, jeśli kiedyś zamiast wrzucać zdjęcia będę recenzować filmy albo, o zgrozo, snuć rozważania. Ale nie gniewajcie się też, że wrzucam zdjęcia 🙂

_mg_9664

Bezśnieżny, ale z lekka mroźny spacer po dnie Malty, z której spuszczono wodę celem oczyszczenia (na pierwszym planie rzeczka Cybina, zwykle ukryta pod powierzchnią jeziora)

Czekałam na śnieg i się doczekałam. Warta wprawdzie nie zamarzła (Cybina owszem), ale płynęło nią sporo śryżu – trochę wciąż płynie – co udało mi się uwiecznić z pewnego szczególnego miejsca, do którego wybierałam się od dawna, a teraz mam za sobą dwie sesje w nim. Było warto! Choć okazało się, że nie jestem jedyną osobą, która wpadła na ten pomysł.

Na zdjęciach z pierwszej sesji woda i śryż płyną jeszcze obiema odnogami, na tych z drugiej (dzieliły je zaledwie trzy dni!) już tylko tą szerszą.

_mg_9791_mg_9860_mg_9882

28_30hdr0030hdr

Wybrałam się też na „Gargamela”, żeby sfotografować starówkę ze śniegiem na dachach. Niestety na samej powierzchni Starego Rynku śnieg jest regularnie uprzątany, a reszta rozdeptywana. Może będzie drugi rzut zimy i wtedy zdążę z aparatem, zanim biel zniknie.

_mg_0267hdr386

Na koniec jedno zdjęcie typowo „dzienne” (choć słońce chyliło się już mocno ku zachodowi), ale za to z kominem! Mam nadzieję, że tej zimy będę miała jeszcze okazję porobić trochę śnieżno-mroźnych fotografii.

_mg_0170

Reklamy

Jak pokochałam Maltę

IMG_9259

Widok z okolic zegara słonecznego

Porobiło się tak, że najchętniej fotografuję krajobrazy. Mam już wprawdzie nowy obiektyw „na ptaszki” (55-250mm) i nawet w tym wpisie pokażę Wam efekty jego używania, ale i tak najczęściej wyprawiam się na zdjęciowe łowy z małym obiektywem i statywem. Okazało się, że najbliższe i najwdzięczniejsze miejsce na takie łowy to Jezioro Maltańskie, do którego mam jakichś piętnaście minut rowerem. Przez ostatnie trzy miesiące dowiedziałam się o tym miejscu więcej niż przez wszystkie dotychczasowe lata (a mieszkam na Ratajach od roku 1993), poznałam chyba wszystkie pomosty, punkty widokowe na brzegu, a także sporo fauny – ot, choćby bobra, perkoza rdzawoszyjego czy też samotnego młodego łabędzia, któremu nadałam imię Ash. Ash przesiaduje zwykle na jednym z pomostów przy końcu jeziora. To ponoć nic dziwnego, że jest sam, bo łabędzie odłączają się od rodziców w wieku kilku miesięcy, a rodzinę zakładają dopiero w wieku 4-5 lat. Trochę jednak się o niego martwię. Mam nadzieję, że jesienią dołączy do jakiejś grupy i odleci z nią.

_MG_0473

Ash na pomoście

IMG_9621t

Perkoz rdzawoszyi

Bobra Wam nie pokażę, bo zdjęcie nieostre, ale mogę opowiedzieć, jak go spotkałam. Otóż przyczaiłam się na fontannę, która wreszcie zaczęła działać – wcześniej bowiem wieczorami, kiedy powinna mienić się kolorami, na ogół nie działała. Ale naprawili. No i znalazłam sobie takie miejsce, nie napiszę gdzie, które wydawało się obiecujące do zrobienia fajnych prawie-nocnych zdjęć. Rozstawiłam statyw i fotografuję, coraz bardziej świadoma, że w trzcinach za plecami coś się gramoli. W końcu wylazło. Może trochę przyczynili się do tego wrzeszczący ludzie w pontonie z silnikiem, którzy panoszyli się po całym jeziorze. W każdym razie bóbr wygramolił się z wody jakieś dwa metry ode mnie. Było już bardzo szaro, ale nie ciemno.  Trochę się na niego pogapiłam, a ponieważ od razu nie zwiał, poszłam po aparat, jakimś cudem nawet przypomniałam sobie, by włączyć lampę, ale niestety aparat nie złapał ostrości (chyba nawet wiem dlaczego), więc choć pokazałam jedno ze zdjęć znajomym na fejsie, to Wam nie pokażę 😉 W każdym razie bydlak był wielki i nie ma wątpliwości, że to bóbr. Potem zwiał do wody, popłynął kawałek dalej, gdzie trzcina była gęstsza, i tyle go widziałam.

Wszystkie te wieczory i związane z nimi przygody obudziły we mnie głęboką miłość do tego miejsca. Niby miejskie jezioro, oblegane przez spacerowiczów, rowerzystów, biegaczy, rolkarzy, nawet osoby pijące piwo w przyjeziornych knajpkach, ale drzemie w nim kawał magii – wielokrotnie samotnie stałam ze statywem na pomoście, przy którym latem jest popularna plaża, gdy wokół zapadał zmrok. Tylko kaczki pluskały, muzyka dobiegała z dala, aż nagle, o dziewiątej, ciemno już było, zaczynała płynąć po wodzie melodia dobiegająca prawdopodobnie aż z kościoła w Zielińcu – w każdym razie kiedyś byłam tam wieczorem i tak samo grało. Zaprawdę, powiadam Wam – kawał solidnej magii. Nie raz tam zmarzłam, ale zwykle nie odczuwałam tego podczas robienia zdjęć. Albo byłam zbyt zaaferowana, albo zimno dawało się we znaki dopiero na rowerze, gdy trzeba było mierzyć się z wiatrem.

Każdy wieczór jest inny. Inny jest każdy zachód słońca, każdy zmierzch. Czasem zdjęcia w „niebieskiej godzinie” – krótko przed całkowitym zapadnięciem ciemności – faktycznie wychodzą niebieskie (właściwie granatowe), a czasem bardziej szare. Jeszcze tego do końca nie rozgryzłam, ale wydaje mi się, że większe szanse na niebieskość są wtedy, gdy niebo jest albo całkowicie czyste, albo jednolicie zaciągnięte chmurami. Gdy trochę tak, a trochę tak – wychodzi szarość z chmurką.

Im bardziej zaprzyjaźniam się z tym miejscem i z tamtejszą fauną, tym bardziej niepokoją mnie sytuacje w rodzaju tych gości, którzy szaleją motorówkami. Mam nadzieję, że była to jakaś jednorazowa impreza, a nie, że na przykład otwarto wypożyczalnię i odtąd będą tak szaleć codziennie. Wydaje mi się, że przeszkadza to nie tylko zwierzętom, ale także znakomitej większości ludzi wypoczywających tam i uprawiających różne formy rekreacji.

Jestem też ostrożna w kwestii nowej ledowej tablicy, która powstała w miejscu starej tablicy wyników. Jeszcze jej nie widziałam, ale z opisu wnoszę, że będzie wyświetlała filmiki reklamowe, co moim zdaniem bardzo źle wpłynie na estetykę miejsca i zepsuje przyjemność obcowania z zachodami słońca.

Ale zobaczymy. Na razie zostawiam Was z filmem ukazującym feerię barw fontanny (polecam obejrzenie do końca, bo pod sam koniec coś się dzieje) oraz kilkoma zdjęciami jeziora.

_MG_0352

Z prawej za pomostem to oczywiście Ash

_MG_0420

CH Malta z kaczką

_MG_0509

Wieczór sfotografowany z trawiastego półwyspu niedaleko term

_MG_0551

Raz jeszcze fontanna – tym razem statycznie

_MG_0529

Dobra, macie tego bobra

Chłopiec o imieniu Sherlock

sherlock_series_tv_poster_by_marrakchi-d5bcpfa

Bałam się, że pisanie o tym serialu będzie jak odkrywanie na nowo Ameryki. Wszak napisano już pewnie o nim całe tomy, a przynajmniej zapisano wiele forumowych ścian. Dzięki Blogowi Ysabell poznałam jednak słowo headcanon, które dało mi pretekst. Każdy odbiorca sztuki ma osobistą wizję, w której na to, co uniwersalne, nakładają się jego osobiste przeżycia, zainteresowania, obsesje. To właśnie jest headcanon. Wszyscy oglądamy tego samego Sherlocka, a każde z nas widzi co innego. Dywagując nad cudzą psychiką, nie sposób uniknąć sięgania do skarbnicy własnych doświadczeń. Wszak to z głębi siebie sięgamy ku innym, to z głębi siebie obserwujemy wszystko, co istnieje poza nami. Pozwólcie zatem, że wydobędę z tej głębi to, co się tam kłębi na temat Sherlocka.

Na początek mała uwaga: nie da się pominąć niewygodnego faktu, że mówimy o postaci, która – choćbyśmy nie wiem jak ją kochali – jest fikcyjna. Co więcej, mówimy o postaci serialowej wzorowanej na literackiej i choć przeniesienie historii w XXI wiek pozwoliło scenarzystom potraktować oryginał dość luźno, wciąż są to wariacje na temat, a nie całkiem nowa melodia. O ile osobiście wolałabym, żeby to jednak była nowa melodia z wplecionymi motywami z pierwotnej – nie mogę na przykład wybaczyć scenarzystom, że po licznych sugestiach, jakoby Sherlock i Watson mieli się ku sobie, ożenili Johna – o tyle rozumiem, że miłośnicy Conan Doyle’a (ja czytałam jego książki trzydzieści lat temu i nie pamiętam z nich wiele) pewnych rzeczy mogliby im nie wybaczyć. Niestety, napięcie pomiędzy oryginałem a wizją autorską i może także kwestie komercyjne (widz raz po raz musi się poczuć zaskoczony) powodują, w moim odczuciu, pewne niekonsekwencje w prowadzeniu postaci i ich wzajemnych relacji. Cóż jednak – w prawdziwym życiu też często prowadzimy się niekonsekwentnie.

Niekonsekwencją, którą trudno mi przeskoczyć, jest pokazanie matki Sherlocka jako osoby niezbyt charyzmatycznej i raczej ustępliwej wobec synów. Owszem, jest matematyczką, która poświęciła karierę, by wychować wybitnie uzdolnione latorośle, co może uzasadniać sugestie, że – niczym ojciec Davida Helfgotta w filmie Blask – przelała na synów swoje ambicje intelektualne, zaniedbując, a nawet tłamsząc ich rozwój emocjonalny, lecz całe to straszenie Sherlocka mamą przez Mycrofta i rozpaczliwe zastanawianie się tego ostatniego, „dlaczego nie pozwalała nam się bawić z innymi dziećmi”, traci na wiarygodności na widok tej pospolitej, pospolicie sprzeczającej się z mężem kobiety. Pozostaje mieć nadzieję, że i w tym względzie scenarzyści szykują jakąś niespodziankę. Odnoszę bowiem wrażenie, że Sherlock w takiej postaci, w jakiej ukazany jest w serialu, nie mógł zaistnieć bez dzieciństwa skażonego zaniedbaniem emocjonalnym, nadmiernymi wymaganiami i prawdopodobnie także wychowywaniem poprzez szantaż. Podobnie zresztą rzecz się ma z Mycroftem, którego początkowo postrzegałam jako oprawcę, lecz teraz i w nim widzę ofiarę.

Serialowy Sherlock wydaje się mieć rozliczne problemy mentalne i emocjonalne, co – jakkolwiek w jego przypadku przerysowane – nie jest całkowicie niemożliwe, bowiem takie problemy mają tendencję do występowania w grupach, a zaburzenia osobowości często przybierają postać mieszaną. Jak zwykł mawiać on sam, „Kiedy wyeliminuje się niemożliwe, prawdą musi być to, co pozostało, choćby i było wysoce nieprawdopodobne”.

Nie podejmę się oceny, czy – jak sugeruje Watson – Sherlock ma zespół Aspergera. Pewne rzeczy (umysł działający genialnie w wybranych dziedzinach, nieświadomość konwencji społecznych) mogą na to wskazywać, ale za mało wiem na temat tego schorzenia. Zaburzenia ze spektrum autyzmu wydają się zależeć raczej od czynników biologicznych, co stawia je poza głównym obszarem moich zainteresowań, którym jest wpływ czynników wychowawczych na naszą konstrukcję psychiczną. A w Sherlocku pojawia się sporo sugestii, jakoby na osobowość bohatera znacząco wpłynęły doświadczenia z dzieciństwa.

Sherlock nie jest ani psychopatą, jak mówią o nim niektórzy, ani „wysokofunkcjonującym socjopatą”, jak mówi on sam. (Do pewnego momentu cechy psychopaty wydaje się przejawiać Mycroft, lecz później scenarzyści go zmiękczają). Owszem, czasem bezlitośnie wykorzystuje ludzi, ale kiedy indziej jest gotów narazić życie, by pomóc przyjaciołom. W moim odczuciu obaj bracia są produktem dzieciństwa naznaczonego wrodzoną innością oraz matczynymi ambicjami, lękami, być może nieudolnością rodzicielską. Dodatkowo Mycroft lubił się dowartościowywać kosztem wrażliwego braciszka.

Wrażliwość jest słowem kluczowym dla zrozumienia Sherlocka. A symbolem tej wrażliwości jest tajemniczy Rudobrody, o którym przypomina bratu Mycroft, ilekroć ten daje się owładnąć – szkodliwym w odczuciu starszego brata – emocjom. Z czasem dowiadujemy się, że Rudobrody był ukochanym psem Sherlocka, który „musiał zostać uśpiony”, co chłopiec przeżył tak głęboko, że od tej pory każde zaangażowanie emocjonalne kojarzy mu się z bólem. Nie wiemy jeszcze rzeczy niezmiernie istotnej, mianowicie – dlaczego uśpiono Rudobrodego. Moim zdaniem byłoby zbyt proste, gdyby zwyczajnie zachorował. Może na przykład pogryzł dotkliwie kogoś, kogo Sherlock nie lubił, co wzbudziło w chłopcu poczucie winy i przekonanie – które zabrał ze sobą w dorosłe życie – że zaangażowanie emocjonalne zniszczy nie tylko ciebie, ale i tych, których kochasz? Jeśli dodamy do tego trudności w kontaktach społecznych oraz kompleksy (Sherlock był mniej błyskotliwym z braci, co – biorąc pod uwagę fakt, że wychowywali się w izolacji – wywołało w nim poczucie, że jest głupi), otrzymujemy obraz człowieka pełnego lęku przed zranieniem i absolutnie niezdolnego wyobrazić sobie, że komuś może na nim zależeć (to ostatnie dobrze pokazano w odcinku, w którym John prosi go, by został drużbą na jego ślubie – dopóki nie powie wprost, że chodzi o Sherlocka, ten nie dopuszcza do siebie możliwości, że sformułowanie „najlepszy przyjaciel” może się odnosić do niego).

Psychiatra i psychoanalityczka Karen Horney uznałaby obu Holmesów za neurotyków. Neurotyk w jej ujęciu to osoba, której prawidłowy rozwój został w dzieciństwie zahamowany w wyniku niekorzystnych okoliczności.

Wskutek rozmaitych ujemnych wpływów dziecku może jednak nie być dane rozwijać się zgodnie z jego potrzebami i przyrodzonymi dyspozycjami. Tego rodzaju niesprzyjające okoliczności są zbyt liczne, aby móc je tu wszystkie wymienić. Lecz gdy się je podsumuje, wszystkie sprowadzają się do tego, że ludzie z otoczenia dziecka zbyt pogrążeni są w swoich własnych stanach nerwicowych, aby móc dziecko kochać, a nawet dostrzegać w nim określoną indywidualność. Ich postawy wobec dziecka warunkują własne neurotyczne potrzeby i reakcje. Mówiąc po prostu, dorośli bywają dominujący, przesadnie opiekuńczy, onieśmielający, skorzy do gniewu i nerwowi, nadmiernie wymagający, nadmiernie pobłażliwi, zmienni i niekonsekwentni, faworyzujący kogoś z rodzeństwa dziecka, obłudni, obojętni itd. Rzecz nie sprowadza się nigdy do jednego czynnika, zazwyczaj istnieje cała konstelacja wywierająca niepożądany wpływ na rozwój dziecka.

W wyniku tych wpływów w dziecku nie rozwija się poczucie przynależności, nie czuje sensu pojęcia „my”, dręczy je natomiast poczucie niepewności i niejasny lęk, który nazywamy lękiem podstawowym. Wyraża się on w poczuciu izolacji i bezradności w świecie odczuwanym jako potencjalnie wrogi. Ów lęk podstawowy ciąży na dziecku, paraliżując spontaniczne przejawy autentycznych uczuć wobec innych osób i zmusza je do szukania szczególnych sposobów kontaktowania się z nimi. Musi ono – czyniąc to nieświadomie – układać sobie te stosunki tak, aby nie rozbudzać ani nie wzmacniać, lecz łagodzić swój niepokój. [Karen Horney, Nerwica a rozwój człowieka, Rebis 2015, str. 12–13]

Aby złagodzić lęk towarzyszący nam w kontaktach z innymi i niepewność co do samych siebie, chwytamy się różnych strategii. Czasem będzie to szukanie oparcia w innych (w grupie bądź w jednej osobie, którą postrzegamy jako silną) kosztem rezygnacji z własnej indywidualności, innym razem, odwrotnie, próba dominowania nad innymi – bo tylko mając władzę, jesteśmy w stanie uwierzyć we własną wartość – jeszcze innym przekonywanie siebie i innych, że interesuje nas tylko wybrana dziedzina życia (np. praca), a inne (cała sfera życia osobistego i wszystko, w czym czujemy się słabi) są nam obojętne.

Weźmy Draco Malfoya i jego krzepkich kumpli, Crabbe’a i Goyle’a. Ci ostatni reprezentują pierwszą ze wspomnianych grup. Najwyraźniej nie sądzą, że mają do zaoferowania cokolwiek poza siłą własnych mięśni, więc ochoczo rezygnują z indywidualności w zamian za służenie komuś charyzmatycznemu, kto (jak im się zdaje) wie, czego chce. Draco, ze swej strony, jest neurotykiem nastawionym na dominację – czuje się szczęśliwy jedynie wtedy, gdy ma władzę i ludzie się go boją. Nie istnieje dla niego inna opcja niż panowanie, bo tylko ono pozwala mu czuć, że jest coś wart. Nietrudno zgadnąć, że pod tą fasadą kryje się samotność i przekonanie, że nikt nie może go pokochać, ba! – nawet polubić, takiego, jaki jest naprawdę. Jeśli zdradzi się ze słabością lub potrzebami emocjonalnymi, cała konstrukcja fałszywego ja runie, a on zostanie z niczym – jego prawdziwe ja jest bowiem słabo ukształtowane, trudne do uchwycenia i bardzo podatne na zranienie.

Silne tendencje do budowania fałszywego ja na bazie władzy, a także pozycji społecznej/zawodowej zdradza Mycroft Holmes. Ma tendencje do upokarzania brata i dzięki aluzjom dowiadujemy się, że robił to już w dzieciństwie. Wiele jego krytycznych zachowań wobec Sherlocka można interpretować raczej jako obawę o wizerunek rodziny niż troskę o brata, choć im dalej w las, tym bardziej scenarzyści starają się pokazać, że gdzieś pod tą zimną fasadą ukrywa się człowiek wrażliwy i autentycznie zatroskany. Trudno się dziwić, wszak wzrastali w tym samym domu – chłodny, dystansujący się od emocji Mycroft i impulsywny, targany sprzecznymi uczuciami Sherlock.

Sherlock najlepiej wpisuje się w schemat trzeciego ze wspomnianych przeze mnie typów neurotyka – tego, który buduje swoją samoocenę na fundamencie czegoś, w czym jest dobry (rozwiązywania zagadek kryminalnych), udając jednocześnie (także wobec siebie), że inne dziedziny życia zupełnie go nie interesują. Kontakty z ludźmi są dla niego trudne, więc wmówił sobie, że jest ponad to. Nie może przecież ryzykować śmieszności, prawda? A im bardziej staje się znany, tym większym zagrożeniem byłaby najdrobniejsza porażka. Zagrożeniem dla jego reputacji, lecz może nawet bardziej – dla psychiki. Bo Sherlock jest w środku małym, delikatnym chłopcem. Porzucenie osłony ochronnej byłoby w jego przypadku nie tylko trudne, ale i bardzo niebezpieczne – nie jest bowiem gotowy stawić czoła życiu bez niej. Nie znaczy to jednak, że człowiek, który nie miał szans rozwinąć prawdziwego, zdrowego ja [warto się zapoznać z pojęciami true self i false self sformułowanymi przez pediatrę i psychoanalityka Donalda Winnicotta] na zawsze pozostanie uwięziony w fałszywym, neurotycznym świecie. Jego dekonstrukcja musi się jednak odbywać stopniowo i musi jej towarzyszyć konsolidacja ja prawdziwego. W serialu widać, jak Sherlock zmienia się pod wpływem bliskości z Johnem – jak zaczyna dostrzegać, że ktoś może w nim cenić nie tylko jego błyskotliwy umysł, i że on sam może się zbliżyć z kimś, kto – co Sherlock lubi podkreślać – nie dorównuje mu intelektualnie. Filmowy Watson świetnie rozwija w Sherlocku „ludzkie” cechy i choć pewnie w życiu jest to znacznie trudniejsze niż w serialu, z pewnością jego empatia i dobrze pojęta akceptacja (to znaczy taka, która nie pozwala wejść na głowę, ale wybacza i tłumaczy) są bardzo pomocne.

O ile u Mycrofta jedynym widocznym skutkiem emocjonalnych deficytów wydaje się dające czasem o sobie znać łagodne poczucie straty, o tyle Sherlock radzi sobie znacznie gorzej – jest impulsywny, nie może znieść bezczynności; gdy długo nie znajduje godnego siebie zadania, ćpa albo strzela do ścian. Te zachowania wskazują na osobowość chwiejną emocjonalnie, co w moim odczuciu nie tylko nie kłóci się z prezentowaną przez niego na użytek świata chłodną fasadą, lecz doskonale ją tłumaczy: im większa wrażliwość, tym łatwiej cię zranić, więc na wszelki wypadek zamykasz się w grubym pancerzu.

Takie jest moje spojrzenie na Sherlocka. Wzrusza mnie, bo jest wrażliwym chłopcem o skomplikowanej psychice, choć czasem mam ochotę dać mu w mordę, gdy źle traktuje Johna, który jest jego mimowolnym terapeutą. Terapeutą w ograniczonym, rzecz jasna, zakresie. Bo wyobrażacie sobie Sherlocka na fotelu (nie, nie na kozetce) u psychoterapeuty?

Cóż, może warto. Warto sobie wyobrazić Sherlocka próbującego się obrać ze swoich lęków, wstydów, z całego tego balastu, który przytłoczył jego prawdziwe ja i nie pozwala mu się rozwijać. Ile barier trzeba pokonać, żeby osiągnąć postęp! Tak właśnie wygląda terapia zaburzeń osobowości. Wymaga cholernie dużo odwagi. Każde spotkanie z terapeutą to zdejmowanie po kawałku pancerza z pełną świadomością, że pod spodem jest coś wstydliwego, miękkiego i nieokreślonego. I że to coś to jesteś właśnie ty.

Z drugiej strony – przygoda to równie ekscytująca jak najciekawsze zagadki kryminalne. Uda się dotrzeć do sedna czy się nie uda? Uda się jakoś to sedno ogarnąć i na dobre zrzucić pancerz? A może wcale nie trzeba się go pozbywać – wystarczy wiedzieć, kiedy go używać, a kiedy chować do szafy?

Bo to nie tak, że Sherlock po terapii przestanie być Sherlockiem. Będzie po prostu Sherlockiem po terapii. Wciąż genialnym, wciąż ekscentrycznym, tyle że lepiej czytającym mapę swojej psychiki i otwartym na nowe możliwości – na przykład na miłość.

Ale bez obaw – nie sądzę, żeby to się stało w serialu. Jedynym poważnym kandydatem był dla mnie John, a on jest już zajęty. Sherlock zawsze będzie cierpiał, bo to nas wzrusza. Poza tym lubię sobie pomyśleć: „Ten Sherlock jest o tyle bardziej stuknięty niż ja, a przecież go uwielbiam”, co ma oznaczać, że nie jestem beznadziejnym przypadkiem.

Atraktory

Z natury skłaniam się ku poglądom umiarkowanym i wszelka skrajność budzi we mnie lęk. Może dlatego Mini wykłady o maxi sprawach Leszka Kołakowskiego doczytałam tylko do połowy, bo prawie zawsze się z nim zgadzałam i zrobiło się to nudne.

Zdarza się jednak, że pod czyimś wpływem przechodzę krótkotrwałą fascynację jakąś ideą. Kiedyś napisałam, że uwodzą mnie idee, ale tak naprawdę robią to ludzie – czasem ktoś, kogo znam, czasem pisarka czy muzyk. Trudno mi przejść obojętnie wobec wyrazistych osobowości – najczęściej budzą we mnie albo miłość, albo niechęć i opór. Trochę mnie to wkurza, że jakaś jednostka potrafi tak na mnie wpłynąć. Pocieszam się, że gdyby naprawdę doszło do sytuacji, w której miałabym pod wpływem idola zrobić coś złego, cofnęłabym się przed tym, ale stuprocentowej pewności mieć nie mogę, bo takie rzeczy nie dzieją się skokowo, tylko płynnie – zaakceptujesz jedno, drugie, trzecie i niepostrzeżenie znajdujesz się po drugiej stronie.

Chciałam napisać, że na szczęście nie wybieram sobie do tej fascynacji osób naprawdę niebezpiecznych, ale to też nie takie proste. Ktoś może mieć dobre serce, a być owładnięty jakimiś poglądami, które mnie (na trzeźwo) wydają się przerażające. Natomiast osoby umiarkowane, stonowane, mądre rzadko bywają charyzmatyczne. Ale to nie jest ich wada. Raczej moją jest wadą, że daję się uwieść charyzmie zamiast mądrości i empatii. I jeśli chcecie wiedzieć, to właśnie staram się to zmienić. Pewnie nigdy nie uda się w pełni, bo charyzma nie byłaby charyzmą, gdyby nie działała, ale trochę przefiltrować emocje przez rozum nie zawadzi.

Nie, żebym była jakimś wyjątkiem, bo o takim ścieraniu się idei pisze na przykład Greg Egan w opowiadaniu Niestabilne orbity w przestrzeni kłamstw. Wielu z nas niejednokrotnie zmieniało poglądy, a później wracało do wcześniejszych lub zmieniało je na jeszcze inne. Może jedyną różnicą jest moja świadomość, jak wielką rolę w moich fluktuacjach ideowych odgrywają poszczególni ludzie. Których niniejszym pozdrawiam, bo jak widać – nic bardzo złego mi jeszcze nie zrobili :p

https://i1.wp.com/d.gr-assets.com/books/1287341765l/156783.jpg

Minirecenzje filmowe – kwiecień 2015

Timbuktu

W kwietniu widziałam nieco mniej filmów, ale wszystkie warte wzmianki. Najpierw jeden zaległy – W lepszym świecie duńskiej reżyserki Susanne Bier. Obraz z roku 2011, ale jakże aktualny. Piękny film, piękne zdjęcia, piękna muzyka. I dylemat, czy na agresję odpowiadać agresją, ryzykując eskalację przemocy, czy też ją ignorować, ryzykując, że agresor poczuje się bezkarny. Szczerze mówiąc, nie wierzę w istnienie dobrej odpowiedzi na to pytanie, ale wybieram tę, którą daje reżyserka.

Motyl: Still Alice; film, za który Oscara dostała odtwórczyni głównej roli, Julianne Moore. Moim zdaniem film wart raczej Oscara za scenariusz, który jest jego najmocniejszym punktem. Opowieść o pani naukowiec zajmującej się językiem, która w sile wieku, aktywna zawodowo, zapada na alzheimera. Co więcej, okazuje się, że odmiana, na którą cierpi, jest dziedziczna i że każde z jej trojga dzieci może ją mieć. Nie uważam tego filmu za wielkie dzieło, ale jest wart obejrzenia. Polski tytuł absurdalny.

Podczas festiwalu Afrykamera zobaczyłam dwa filmy: Run to opowieść osadzona w Wybrzeżu Kości Słoniowej. Tytuł to przezwisko głównego bohatera, który ciągle musi uciekać… Dobry, wartościowy film, skłaniający do poszerzenia wiedzy na tematy Czarnego Lądu – podobnie jak kolejny, Timbuktu, którego akcja z kolei toczy się w Mali. Ten obraz zgromadził w sali kinowej znacznie większą publiczność, bo jest bardziej znany – kandydował do Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Warto przy okazji wspomnieć, że w filmie słyszymy bodaj pięć języków: francuski, angielski, arabski i dwa używane w Mali. To jeden z symboli zagmatwanego afrykańskiego życia. Film poetycki, piękny, okrutny. Film o tym, jak różnie można pojmować islam („Nie obchodzi mnie dżihad innych ludzi, bo cały mój czas pochłania własny. Mój dżihad to ciągłe doskonalenie się, by być bliżej Boga”), o potrzebie wolności skonfrontowanej z brutalnością radykałów będących w istocie zakłamanymi konformistami. Scena gry w piłkę bez piłki przejdzie do mojej osobistej klasyki. Trzeba obejrzeć.

I wreszcie Aferim! (kalendarz mówi, że obejrzałam go 1 maja, ale skoro już dołączyłam do kwietniowych recenzji, to niech będzie) – film w koprodukcji kilku krajów, ale przede wszystkim rumuński, o Rumunach i ich narodowej tożsamości. Aferim znaczy „brawo” po turecku (słowo z czasów imperium osmańskiego, nie wiem, czy dziś używane). Kolejny film, po którym mogę napisać: „Świetne zdjęcia”. Czarno-biały, klimatyczny, pokazujący komplikację pierwszej połowy XIX wieku na Wołoszczyźnie. Śmieszny i straszny. „W tym filmie nic się nie dzieje, ale jest fajny” – podsumował po wyjściu jeden ze współwidzów. Ano.

Rozrywka

 

sztuka (acz nie mięsa)

Osoba z najbliższej rodziny żachnęła się kiedyś, że nie mam czasu na załatwienie jakiejś ważnej sprawy papierkowej, a na rozrywkę mam. Na rozrywkę, to znaczy na kino. Uderzyło mnie, jak odmiennie rozumiemy oglądanie filmów – dla mnie to jest obcowanie z kulturą, dla niej – zabawa, oderwanie się od codzienności. Nie chcę przez to powiedzieć, że kino nie może mi dostarczyć zabawy i jeśli nie ucieczki, to przynajmniej zmiany perspektywy na codzienność, ale chodzę tam po sztukę, po wrażenia artystyczne, po katharsis i przemyślenia. Zaczęłam się zastanawiać, co właściwie w życiu robię dla rozrywki – i w ogóle czym ona jest.

Wyszło mi, że nie ma czegoś takiego. Kiedy idę ze znajomymi na piwo, idę po to, by z nimi porozmawiać, pobyć, wymienić myśli, czerpać radość z przebywania w dobrym towarzystwie. Kiedy biegam – myślę, obserwuję, wydziela mi się serotonina czy inne -iny. Oczywiście, że robię to dla przyjemności, podobnie jak wiele innych rzeczy – ot, choćby wypicie kawy czy pójście na spacer – ale rozrywką bym tego nie nazwała. Chyba najbliżej rozrywki jestem wtedy, gdy gram w pinball na komputerze. Ale po pierwsze, to nie jest rozrywka, tylko nałóg; po drugie, robię to, żeby sobie udowodnić (na ogół nieskutecznie), jaka jestem dobra, wreszcie po trzecie – robię to w ramach prokrastynacji.

Tak więc coraz słuszniejszym wydaje mi się wniosek, że słowo „rozrywka” w moim słowniku nie istnieje. Przyjemność – jak najbardziej. Nawet dużo przyjemności. Ale rozrywka? Rozrywka kojarzy mi się z słuchaniem disco polo. Wolę bardziej wysmakowane rozkosze. Choć oczywiście mam świadomość, że jest to różnica konwencjonalna, bo dla innej osoby to słowo może mieć inny odcień. Ważniejsze jest clue sprawy, czyli to, ile sensu czerpiemy z rzeczy, które robimy. Czy oddając się przyjemnościom, zabijamy tylko czas i uciekamy, czy też raczej gonimy za (przepraszam wegetarian) mięsem – czymś większym, głębszym, pełniejszym, bardziej żywym.

A tera idę grać w wilka i zająca. Nara!

PS. Dzięki dyskusji, która się wywiązała z koleżanką na temat znaczenia słów, udało mi się znalaźć ładne rozróżnienie między moim pojmowaniem rozrywki i przyjemności. Otóż rozrywka jest bierna, a przyjemność czynna. Rozrywka jest ślepa, przyjemność – świadoma. Oczywiście słowa bywają zdradliwe, ale na czymś trzeba się oprzeć w komunikacji 😉

Minirecenzje filmowe – luty 2015

pobrany plik

W lutym obejrzałam kilka filmów, które są ostatnio na takim topie, że nie warto o nich zbyt wiele pisać, bo wszyscy albo już je obejrzeli, albo przynajmniej się o nich nasłuchali. Odnotuję jedynie, że są wśród nich Zaginiona dziewczyna (rozczarowanie, bo podeszłam do filmu ze złym kluczem – myślałam, że to będzie dramat, a był kryminałothriller), Whiplash (też lekkie rozczarowanie, bo przeczytawszy te wszystkie ochy i achy, spodziewałam się czegoś wybitnego, a film jest w moim odczuciu bardzo uproszczony i niespójny psychologicznie, zaś solówki na perkusji nieciekawe), Grand Budapest Hotel (umiarkowana satysfakcja, bo mniej więcej takiego filmu się spodziewałam, może odrobinę lepszego – trzeba jednak przyznać, że wizualna perełka) i Dzikie historie (film bardzo dobry, acz niektóre sceny dla mnie zbyt brutalne; wolałam łagodniejsze opowieści, jak ta o Panu Bombce).

Z nieco mniej sławnych obejrzałam Dziewczynkę z kotem (nawet by mi się podobała, gdyby ktoś nie kazał mi żywić wobec niej głębokich emocji, których nie żywiłam), Wyśnione miłości (nie w moim guście) oraz trzy filmy, o których chcę napisać szerzej, acz z różnych powodów.

Sugar Man – dokument z roku 2012 o piosenkarzu Sixto Rodriguezie, który wydał w Stanach dwie płyty i pies z kulawą nogą o nim nie słyszał, ale jego muzyka cudownym zrządzeniem losu zawędrowała do RPA i stała się symbolem walki z apartheidem. Dziennikarz z RPA zaczyna poszukiwać śladów Rodrigueza, przekonany, że artysta nie żyje, a tymczasem odnajduje go żywego w mieście, w którym ten spędził całe życie – Detroit. Film jest stary i pewnie byłam ostatnią osobą na Ziemi, która go nie widziała, ale jeśli przypadkiem nie, polecam z całego serca, bo to opowieść o pięknej postaci i z piękną muzyką.

Mandarynki – gruzińsko-estoński kandydat do Oscara (gdy będę wrzucać ten tekst, pewnie będzie już wiadomo, czy go dostał). Kibicuję mu z całego serca, choć to niepatriotyczne, bo jest cudowny. Film o bezsensie wojny, mimo dramatyzmu zaskakująco stoicki i na swój sposób pogodny, jakby reżyser poprzez postać głównego bohatera chciał powiedzieć, że konflikty przychodzą i odchodzą, a życie trwa. Zwróćcie uwagę na oszczędną, ale świetnie ilustrującą całość muzykę.

La isla mínima – film hiszpański i tam dość popularny, a u nas nieznany, więc warto o nim napisać. Nie przepadam za filmami rozrachunkowymi – wolę opowieści o przemianie duchowej bohatera niż o tym, że ktoś, kto teraz jest po jasnej stronie mocy, kiedyś robił coś złego i tak naprawdę wcale się nie zmienił. Ciekawsze jest obserwowanie młodszego z bohaterów, ale więcej nie powiem, bo może jednak kiedyś obejrzycie. Fabuła kryminalna wydaje mi się bardzo pretekstowa i dziurawa. Nastrój się broni, ale nie przez cały czas.

Ideo, przytul mnie

Odkąd pamiętam, uwodziły mnie idee. A może wcześniej byli ludzie – ludzie, za którymi szłam, bo nie chciałam być sama. Nigdy nie chciałam, zawsze byłam. Ludzi wybiera się w oparciu o złudzenie, że coś nas z nimi łączy. A stąd już tylko krok do idei, które uwodzą poprzez ludzi, poprzez książki. Jestem idealnym obiektem do uwodzenia. Nigdy nie należałam do tych osób, które już w przedszkolu miały skrystalizowane przekonania i pewnie kroczyły w obranym kierunku. W większości spraw brakuje mi jasności i nawet najbardziej demagogiczny argument podany z odpowiednim przekonaniem potrafi mnie zbić z pantałyku. Krótko mówiąc, mam problem ze zdefiniowaniem swojej tożsamości. A to idea mnie za sobą pociągnie, a to człowiek, nierzadko oboje. Wtedy radość, że wreszcie znalazłam coś, z czym mi po drodze.

A potem te drogi się rozchodzą. Najpierw ukłucie w sercu, że to chyba nie całkiem tak. I na którymś rozwidleniu albo mnie zostawiają, albo czmycham. Znów jestem sama i znów czekam na ideę, która mnie przytuli. I znów nie dotrwam z nią do końca drogi. Jak w piosence Freddy’ego – I can’t live with you, I can’t live without you; I can’t breathe if you stay, but I can’t live if you go away… Zbyt słaba, by być sama, zbyt racjonalna, by podporządkować się komukolwiek, czemukolwiek.

Ale to nie jest smutna bajka. To hołd dla wszystkich – prawie wszystkich – którzy mnie uwiedli. Bo z każdego takiego spotkania wyniosłam coś, co do dziś noszę w sobie. Z jednego więcej, z innego mniej, z jeszcze innego nauczkę, że nawet w największym uniesieniu, a może szczególnie wtedy, potrzeba krzty sceptycyzmu. I te wszystkie nauki, te samorodki znalezione na każdej z dróg, składają się na to, czym jestem. Pewnie nadal będę się dawała uwodzić w złudnej nadziei, że tym razem to na zawsze. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek miała się stać istotą w pełni uformowaną. Rosnę z każdym dniem – chyba że akurat maleję. Do śmierci będę się kształtować i do śmierci tęsknić za pełnią, której nie osiągnę. Ale w odróżnieniu od tych w pełni uformowanych wciąż będę znajdować okruchy złota.

Kto wie, może gdzieś na końcu drogi czeka nagroda dla tych, co przyszli sami. Nawet jeśli nie znają swojego imienia.

Krzyk dzięcioła

IMG_1458

Za młodu byłam straszną łamagą i nigdy bym nie pomyślała, że kiedyś będę czerpać taką przyjemność ze sportu. A już na pewno nie przyszłoby mi do głowy, że będę biegać. Inna rzecz, że wtedy po prostu nie było zwyczaju biegania. Nie było też odpowiedniej odzieży, butów, porad w gazetach. Niemniej trafiali się ludzie, którzy biegali. Raz nawet z koleżanką spróbowałam, ale skończyło się na jednokrotnym obiegnięciu bloku.

Byłam łamagą, ale chętnie mierzyłam się ze swoją łamagowatością, jeśli miałam ku temu odpowiedni bodziec. Takim bodźcem było wędrowanie po górach. Być może na łonie natury łatwiej wykrzesać z siebie te pierwotne siły, które pozwalały przetrwać naszym przodkom. W górach potrafiłam się piąć z wywieszonym ozorem, żeby stanąć na szczycie, i właściwie roztaczający się stamtąd widok był tylko dodatkowa premią, bo głównie chodziło o sam fakt, że zdołało się pokonać słabość ciała i tam wejść.

Po wielu latach przerwy kupiłam rower i odkryłam, że piękne okoliczności przyrody można znaleźć także w samym Poznaniu i jego okolicach. Na rowerze można się zmęczyć i narobić fajnych zdjęć, ale moja jazda nie ma w sobie tej skrajności co włażenie na dwutysięcznik – kiedy nogi bolą i wrócić ciężko, zawsze jest wymówka w postaci sesji zdjęciowej albo poleżenia na trawie. Chociaż owszem, dotarcie na dwóch kołach dokądś, dokąd w przeciwnym razie trzeba by jechać pociągiem lub autobusem, przynosi sporą satysfakcję.

Nadal jednak nie sądziłam, że będę biegać. Po pierwsze, przebiegnięcie nawet małego odcinka (np. gonitwa za tramwajem) zawsze bardzo mnie męczyło, a po drugie, wydawało mi się to nudne. Zaczęło się przypadkowo – P. się odchudzał i wymyślił sobie, żebyśmy pobiegali. Początkowo przebiegaliśmy kawałek parku, zdychaliśmy i wracaliśmy piechotą. Pewnego jednak razu, gdy akurat byłam sama, zawzięłam się i obiegłam cały park (z grubsza 3,5 km). Jakimś cudem mi się udało, ale byłam totalnie padnięta i przez dwa lata nie powtórzyłam tego wyczynu. Potem… biegaliśmy coraz rzadziej. Podobnie jak przy pływalni czy rowerze, czar nowości prysł. Chyba tylko faktowi, że park rozpościera się zaraz za blokiem, zawdzięczam fakt, że całkowicie nie porzuciłam biegów. Drugą zaletą tego sportu jest to, że teoretycznie nie trzeba ponosić żadnych kosztów (poza butami do biegania, które kupiłam zaraz na początku swojej przygody). Oczywiście to czysta teoria, bo w samym ubiegłym roku wydałam z półtorej stówy na kurtki, bluzy i podobne artykuły, ale a) mam nadzieję, że długo posłużą (tym bardziej że powoli muszę się rozglądać za nowymi butami), b) nie wymaga to płacenia za każdym razem, jak w przypadku pływalni czy łyżew).

No więc biegałam sobie raz po raz i nawet dokładnie nie pamiętam, kiedy mnie wzięło, żeby tę częstotliwość zwiększyć. Jakoś chyba wiosną ubiegłego roku. Nie pamiętam też, jak to się stało, że ponownie obiegłam dookoła cały park, ale zrobiłam to raz, drugi i stopniowo odkryłam, że wcale nie jest to ponad moje siły, a przynajmniej nie zawsze. Raczej nie będę biegać maratonów ani nawet półmaratonów (podziwiam wszystkich znajomych, którzy to robią), bo wciąż jestem łamagą i w dodatku, jak to się ładnie mówi, mam już swoje lata. Niespecjalnie też mnie interesuje, czy biegam szybciej, czy wolniej, i nie chcę bić żadnych swoich rekordów. Frajdę natomiast mam z tego nieziemską i jeśli tylko pogoda, zdrowie oraz obowiązki pozwalają, biegam codziennie. Oczywiście tak korzystny splot okoliczności niemal się nie zdarza – zwłaszcza w zimie, kiedy wcześnie się ściemnia, a pogoda bywa różna – ale na przykład w tym tygodniu miałam okazję trzy dni z rzędu obserwować zachód słońca nad Wartą i zapewniam was, że każdego dnia był inny.

Nie ma jednego czynnika, który wyjaśniałby moją radość z biegania. Jest to raczej kombinacja kilku czynników. Pierwszy to wspomniane już przy okazji górskich wędrówek zmagania z naturą – własną i tą na zewnątrz. Ukształtowanie terenu, jakość nawierzchni, wiatr, zimno lub gorąco oraz moje samopoczucie (plus stopień zatłoczenia parku, po części związany z warunkami meteo) składają się na to, jak będzie mi się danego dnia biegało. Większość tych czynników jest zmienna, ale w wypadku pokonywania tej samej trasy jeden jest stały – ten pierwszy. Przez wiele lat spacerowania, a nawet jeżdżenia rowerem po parku nie poznałam go pod tym względem tak dobrze jak w ciągu kilku miesięcy, nawet kilku tygodni biegania. Doskonale wiem, gdzie się biegnie z górki, gdzie pod górkę, a gdzie jest względnie płasko. Na tym opiera się cała dynamika mojego biegu – tu sobie odpocznę, tu będę musiała się zmęczyć, bo pod górę, ale dam radę, bo wiem, że później będzie spory odcinek w dół, a dalej dłuuugo prosto. Potem znów górka – tu, mniej więcej w ⅔ drogi, przeważnie oszukuję i idę szybkim krokiem, zbierając siły na ostatni odcinek – lekko w dół, górka, dłużej w dół, górka, dół, górka i już koniec, można jeszcze zbiec na dół i przejść się nad Wartą, bo podobno po każdym biegu powinno się trochę pochodzić, żeby krew, która spłynęła do łydek, się rozeszła.

Więc walka z naturą, z tymi górkami na ziemi i w sobie, ze zmęczeniem. Czasem jest gorzej i wtedy skracam trasę mniej więcej o ⅓, czyli za stawem od razu myk do góry, a nie wokół POSiR-u. Dzisiaj też chciałam tak zrobić, bo jakoś wyjątkowo nogi mnie bolały, ale miałam już w planach pisanie niniejszego tekstu, więc nie wypadało. To właśnie jest cudowne i jakże odmienne od siedzenia przed komputerem w ciepłym pomieszczeniu, gdzie wystarczy pokonać kilka metrów, żeby zrobić ciepłą herbatę czy wyjąć coś z lodówki. Nie będę się krygować, że odzywają się we mnie atawizmy z czasów polowania na mamuty, chociaż na pewno jest w tej walce coś pierwotnego. Tylko ty i ziemia pod butami, twoje mięśnie, serce, oddech. Żadnych kłamstw, krętactwa, użerania się z absurdami stworzonymi przez ludzi. Pokonywanie fizycznych przeszkód i fizycznej słabości potrafi niesamowicie poprawić samopoczucie (dotleniasz się, wydzielają się endorfiny, rośnie poziom serotoniny), a przy tym jest – przynajmniej dla mnie – znacznie łatwiejsze niż pokonywanie słabości natury psychologicznej. Zmusić się do biegania? Małe piwo; właściwie muszę się raczej zmuszać do niebiegania, jeśli na przykład pada deszcz albo boli mnie gardło. Ale zmusić się do pracy, do przetłumaczenia kolejnego zdania, kolejnej strony – to o wiele trudniejsze zadanie i trudno znaleźć w sobie ekwiwalent tej pasji, która sprawia, że chce się biegać. Może dlatego, że satysfakcja z biegania jest natychmiastowa, a satysfakcja z wykonania pracy przychodzi dopiero wtedy, gdy się ją wykonało, a czasem wtedy, gdy dostało się pieniądze albo gdy książka wyszła.

Nie byłoby jednak tyle radości – prawdopodobnie byłoby jej za mało, by kontynuować – gdyby to bieganie odbywało się w jakimś tunelu mgielnym, z którego nie widać nic poza ziemią pod stopami. Bo bieg to także otoczenie – ludzie, psy, pozdrawiający mnie biegacze, drzewa raz łyse, raz zielone, raz kolorowe. Powietrze pachnące deszczem, krzyk dzięcioła, krakanie wron, gawronów i kawek, które tylko czekają, by na biegacza nasrać. Łyski spacerujące nad brzegiem stawu, kos z zadartym ogonem, wrony kochające się, jakby nie wiedziały, że zima. No i zachody słońca, jeśli uda mi się wycyrklować. Poczytuję sobie za wielkie szczęście, że mieszkam w miejscu pozwalającym mi (potencjalnie) codziennie obserwować zachód słońca nad Wartą. Zwłaszcza teraz, w zimie, gdy zachodzi wcześnie, a przy tym nie trzeba zbiegać na sam brzeg, bo drzewa są łyse i wszystko widać. Brzeg ze względu na nierówną nawierzchnię bardziej nadaje się do spacerów, które oczywiście często praktykuję po bieganiu. Czasem nawet mam ze sobą aparat i udaje mi się zrobić parę zdjęć, choć ostatnio tego unikam, bo strój do biegania jest zwykle cieńszy niż ten do chodzenia, a w szczególności do stania, więc marznę podczas tych sesji, co grozi uszczerbkiem na zdrowiu, który z kolei grozi przerwą w bieganiu 😉

Mogę sobie tylko życzyć, żeby okoliczności pozwoliły mi jak najdłużej, najczęściej i najpełniej korzystać z tej przyjemności, bo jest jedną z większych, jakich zaznałam w życiu – i w odróżnieniu od wielu innych mam ją na wyciągnięcie ręki. Albo nogi.

 

 

Scenariusz na życie

Pozostaję pod wrażeniem filmu, który obejrzałam kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia. Nagrałam go kiedyś z telewizji i akurat w tamtym momencie uznałam, że czas obejrzeć. Film okazał się jednym z najlepszych, jakie widziałam w życiu, a jakby tego było mało, bodaj trzy dni później, w Wigilię, zmarł jego reżyser. Co ciekawe, to już drugi film Krzysztofa Krauzego, który będzie mi się kojarzył ze śmiercią nie na ekranie, lecz w świecie rzeczywistym. Swego czasu uczęszczałam na DKF Kamera w kinie Muza, prowadzony przez Kazimierza Młynarza, który przed każdym filmem wygłaszał prelekcję, a także zapowiadał pokaz przyszłotygodniowy. Nie pamiętam, jaki film oglądaliśmy w tamtym tygodniu, za to pamiętam doskonale, że pan Kazimierz bardzo gorąco zapraszał na następny. „Byłem wstrząśnięty” – brzmiały jego słowa o polecanym filmie. Tydzień później, kilka godzin przed projekcją, niespodziewanie dowiaduję się, że… zmarł Kazimierz Młynarz. Odszedł we wtorek, dzień przed seansem DKF-u.

Seans oczywiście się odbył. Jeden z wieloletnich członków klubu poinformował o śmierci prowadzącego i zapowiedział film – ten, który wstrząsnął Kazimierzem Młynarzem, choć wolałabym wierzyć, że ten wstrząs nie przyczynił się do jego śmierci. Na mnie Dług też zrobił wrażenie, choć nigdy już się nie dowiem, ile z emocji, które wtedy odczuwałam, wiązało się z treścią filmu, a ile z wiadomością o śmierci pana Kazimierza.

Z Placem Zbawiciela będzie inaczej, bo najpierw był film, a potem śmierć. Tym razem, niestety, zdecydowanie przedwczesna śmierć reżysera. Żal tym większy, że Krauze zrobił stosunkowo niewiele filmów i że wydawał się iść w swojej twórczości w pożądanym przeze mnie kierunku. Największe bowiem wrażenie wywarły na mnie te filmy, które nakręcił wespół z żoną, Joanną Kos-Krauze: Papusza i wspomniany Plac Zbawiciela. O ile wcześniej kręcił filmy głównie o mężczyznach, o tyle małżonkowie Krauze wzięli pod lupę także postacie kobiece, a ich obserwacje ludzkiej natury stały się bardziej wnikliwe niż kiedykolwiek przedtem.

Większość moich rozmówców wprawdzie zgadza się co do wartości Placu Zbawiciela, lecz część z nich twierdzi, że film jest dołujący i że nie chcieliby obejrzeć go ponownie. Ja przeciwnie. Fascynuje mnie doskonała znajomość ludzkiej psychologii, jaką demonstruje małżeństwo Krauze. Te wszystkie wypowiedziane mimochodem słowa, które zebrane w całość tworzą układankę objaśniającą motywy postępowania bohaterów: matka poniewierana przez męża, prawdopodobnie sama pochodząca z patologicznej rodziny, przekonana, że wszystko, co złe, musi pozostać w czterech ścianach, poniewierająca własnym synem, który w efekcie jest niezdolny do podejmowania samodzielnych decyzji, a dowartościowania szuka w ramionach kochanek – i wrzucona w ten układ prosta, mimo ukończonych studiów, dziewczyna ze wsi, która chce dobrze, ale sytuacja ją przerasta. I wiele, wiele innych tropów. Jakież to doskonałe pole do obserwacji dla psychologów, ale i dla nas, zwykłych ludzi, którzy – jak wszyscy – mamy zapisane w świadomości jakieś skrypty, scenariusze życia, które nieświadomie realizujemy. Czasem taki scenariusz jest dobry, choć pewnie zawsze znajdzie się coś, co można by w nim ulepszyć. Gorzej, gdy w ogóle jest spaczony – a to zdarza się często, bo nasi rodzice też mieli swoje scenariusze, które nie zawsze były dobre. Do zmiany takiego scenariusza potrzeba wysiłku, a przede wszystkim pewnej świadomości tego, że robimy coś źle. Ja, niestety, dostrzegam pewne swoje cechy w każdym z trojga bohaterów filmu, i nie są to bynajmniej dobre cechy. Takie filmy jak ten pomagają mi przyjrzeć się sobie, nabrać pewnego dystansu do własnych zachowań, a to – mam nadzieję – pomaga w zmianie owego „scenariusza na życie”.

A ponieważ to wpis na pożegnanie roku i powitanie następnego, życzę Wam wszystkim dobrych scenariuszy i jak najmniej bolesnego prostowania tych gorszych – tych, które nie tylko przeszkadzają nam w osiągnięciu szczęścia, ale w dodatku równie źle wpływają na następne pokolenia. Jeśli macie co prostować, życzę samoświadomości, zaciśnięcia zębów i sukcesu.

Swoją drogą ciekawe, co powiedziałby o Placu Zbawiciela pan Kazimierz.

10 książek, które wstrząsnęły (moim) światem

Jakiś czas temu zostałam wywołana na Facebooku do przedstawienia listy dziesięciu książek, które wywarły wpływ na moje życie. Najpierw trochę się wzbraniałam, ale kiedy zaczęłam myśleć o tym, co mogłabym na tej liście umieścić, zapaliłam się do pomysłu. Bo chociaż tu się kryguję, że nie znoszę czytania, książki odegrały w moim życiu znaczącą rolę. Każdą z ujętych w zestawieniu pozycji staram się umieścić w kontekście, jaki towarzyszył lekturze.

Jak wszystkie aktualizacje statusu, lista pojawiła się i znikła w otchłani, a ja postanowiłam ją wyłowić, zanim stanie się to niemożliwe. Wyłowić i zamieścić tutaj – może nie dla potomności, ale przynajmniej na nieco dłużej i dla paru czytelników, którzy nie są moimi fejsbukowymi znajomymi.

Kolejność książek z grubsza chronologiczna – w sensie chronologii czytania. Tytuły podaję w tym języku, w którym czytałam książkę.

1. Joseph Conrad – Lord Jim. Tak naprawdę przejście z dzieciństwa w dorosłość odczułam, czytając swoją pierwszą książkę Conrada – W oczach Zachodu – ale Lord Jim postawił kropkę nad i, pokazując, że w zmaganiach z życiem nie chodzi o „ja przeciw światu”, tylko raczej o „ja przeciw sobie”. Do tej kategorii zaliczam też – przeczytaną kilka lat później – Dżumę Camusa.

2. Ray Bradbury – Słoneczne wino. Najmniej znana z przetłumaczonych na polski, jedyne wydanie pochodzi z roku 1965. Stała na półce u nas w domu, choć mój tata nigdy nie interesował się zbytnio fantastyką. Bo w zasadzie to nie jest fantastyka, choć realizm też nie. Książka o dzieciach, choć i nie o dzieciach. Złożona z oddzielnych historyjek połączonych postaciami 12-letniego Douglasa i jego brata Toma. W niej przecudna historia o dwojgu ludziach, których połączyłaby wielka miłość, gdyby on nie urodził się o 50 lat za późno. O tym, jak człowiek odkrywa, że żyje. I wiele innych.

3. Edward Stachura – wybór wierszy. Ważniejszy był spektakl Życie to nie teatr w Teatrze Nowym, gdzie Jacek Różański śpiewał teksty Stachury; ale ma być o książkach, więc taki mikroskopijny tomik dostany od cioci. Dziś czytam niewiele poezji, ale Steda wciąż uwielbiam.

4. Jan Drzeżdżon – Miasto automatów. Drzeżdżon to jeden z pisarzy, których książki zalegały na półkach księgarń, gdy prawie nic innego w nich nie było. Pewnie dlatego ktoś kupił mi tę książkę pod choinkę, gdy byłam bodaj w ósmej klasie. Odbiłam się wtedy od niej, wróciłam przed maturą – i wpadłam po uszy. Wysmakowana proza, uczta wyobraźni. Jeden z wielu zapomnianych, niedocenionych (zwłaszcza przez czytelników, bo przez krytykę był chwalony) pisarzy. Co ciekawe, publikował w dwóch językach – polskim i kaszubskim.

5. Witold Gombrowicz – Ferdydurke. Nigdy nie miałam odruchu nielubienia lektur; przeciwnie, wiele z nich bardzo lubiłam i do dziś lubię, ale Gombro powalił mnie na łopatki. Do dziś moja ulubiona jego książka, być może obok pierwszego tomu Dziennika. Nie podoba mi się wiele rzeczy, które słyszałam o autorze, ale bardzo się identyfikuję z tym jego poszukiwaniem swego miejsca wśród ludzi, niechęcią do bycia zagarniętym. A forma – przecudna!

6. Susan Hill – Jestem królem zamku. Ludzie często mówią, że trzeba pielęgnować dziecko w sobie, ale naprawdę tak nie myślą. Osoby wrażliwe, kierujące się uczuciami i intuicją są traktowane jak niespełna rozumu. Ja niestety/stety do takich należę, więc losy Kingshawa i jego zmagań z Hooperem bardzo mnie wciągnęły. Kingshaw i Hooper to dwaj jedenastoletni chłopcy. Ale książka kierowana raczej do nieco starszego czytelnika i być może dlatego przyrównywana czasem do Władcy much, choć całkiem inna.

7. Julio Cortázar – zbiory opowiadań. Bywały lepsze lub gorsze, ale wciągnęła mnie jego inność, surrealistyczna fantastyczność (lub odwrotnie). Później były powieści, a i tak najbardziej lubię opowiadania (te zgromadzone w zbiorze Muzy należą do najlepszych). Przez niego wylądowałam na hispanistyce. Borges i Bioy Casares to już pokłosie tego wylądowania, choć z czasem stali mi się może nawet bliżsi.

8. Wilkie Collins – The Woman in White. Pewnie się zastanawiacie, co ta książka tu robi, bo to w zasadzie sensacyjny romans, ale jaki! Najpierw czytano to w „Trójce”, trafiłam na jeden z odcinków, wciągnęło mnie, jakiś czas potem wypożyczyłam ze śp. biblioteki British Council. Pierwsza książka, jaką w całości przeczytałam po angielsku – to chyba wystarczający powód, by ją tu umieścić. Collins pozostaje w cieniu Dickensa, pisał znacznie mniej, ale zarówno Kobieta w bieli, jak i Kamień księżycowy to fascynujące i „szybkosięczytające” lektury.

9. Ayn Rand – The Fountainhead. Tym razem dawno już nieczynna biblioteka w równie nieczynnym konsulacie amerykańskim w Poznaniu. O Ayn Rand słyszałam, bo w pewnym okresie życia fascynował się nią Neil Peart, perkusista i tekściarz mojego ulubionego zespołu Rush. Źródło zafascynowało mnie już na pierwszej stronie. Ma wielką moc, która jest jednocześnie dobra i zła. Dobra, bo wychwala bycie sobą i dodaje odwagi tym, którzy mają jej za mało. Zła, bo sama jest tak silna, że wciąga w orbitę swoich wpływów. Potrzebowałam lat, by ułożyć sobie sprawy z tą książką, oddzielić ziarno od plew i wyjść z tej walki silniejsza.

10. Walter M. Miller Jr – Kantyczka dla Leibowitza. Książka o wszystkim. O ścieraniu się starego z nowym, plusach i minusach obu. O nas, o świecie, o zapętlaniu się historii. Niezwykła, bogata opowieść.

11. Greg Egan – Diaspora. Greg w ogóle jest cudowny, a ta książka najbardziej mnie porwała (choć przyznaję, że jestem o kilka do tyłu). O tym, gdzie się zaczyna i kończy człowieczeństwo. O tęsknotach. O samotności.

12. Philip Pullman – trylogia His Dark Materials. Pullman porwał mnie fabułą, rozprawianiem się z religią nie na zasadzie samej negacji, lecz przeciwnie – poprzez wskazywanie jej wad i zalet świeckiego humanizmu. Fantastyczno-przygodowa opowieść dla dzieci starszych, przypowieść z morałem dla młodzieży i dorosłych.

Wyszło dwanaście? Sorry. Powinno być więcej. Gdzie Ursula Le Guin, Iain Banks? Gdzie Dżuma, Zbrodnia i kara? Gdzie Borges i jego mniej utytułowany kumpel Bioy Casares? Gdzie wszystkie wspaniałe książki z dzieciństwa, z Chłopcami z Placu Broni, Tanią i Alonką, Dziećmi z Bullerbyn? Dla tych ostatnich warto by stworzyć osobną listę.

Dziki liryzm

Okladka_plyty_Escapist_6474938

Nasamprzód muszę coś wyznać: gdzieś na przełomie wieków przestałam absorbować nową muzykę. Zatrzymałam się na etapie słuchania tego, co poznałam do tamtej pory, wyjątek czyniąc jedynie dla ulubionych, a wciąż nagrywających artystów. Kiedy próbuję sobie przypomnieć fascynacje, które zaczęły się w tym stuleciu, oprócz kilkorga latynoskich pieśniarzy (w ramach zboczenia zawodowego, ale też dlatego, że są tego warci) przychodzą mi do głowy tylko dwie: Deine Lakaien i Gaba Kulka.

Deine Lakaien poznałam dzięki koledze, który sprezentował mi płytę Kasmodiah. Wessało mnie błyskawicznie, od innego kolegi pożyczyłam niemal całą dyskografię. I podobnie jak w przypadku największych idoli, zupełnie ignorowałam fakt, że nie podoba mi się wiele utworów, a nawet całe płyty. Liczyło się to, co się podoba: wrażliwość, profesjonalizm, piękne melodie i teksty (choć czasem, w odróżnieniu od tekstów Gaby, pisane kulawą angielszczyzną). Nie śledzę dokonań niemieckiego duetu płyta po płycie, ale panowie Veljanow i Horn chyba na zawsze zapisali się w moim sercu.

Z Gabą zetknęłam się jeszcze bardziej banalnie – swego czasu miałam problemy z dobudzeniem się, więc rano, po dźwięku budzika, włączałam radio i słuchając tego, co mówią lub grają, powoli przełączałam się w tryb dzienny. Pewnego razu radio puściło piosenkę o tym, że „ryżu z ulicy nie wyzbierasz gdy raz rozsypany”. Spodobała mi się na tyle, że wklepałam słowa w gugla, wyskoczyła mi Gaba, przesłuchałam na youtubie kilka następnych kawałków, trafiłam na jej interpretację Tears of the Dragon, wsiąkłam. Potem były dwa koncerty, trzy płyty i wreszcie pierwszy nowy materiał od pięciu lat, pierwszy od czasu, odkąd jej słucham – a więc radość słuchania czegoś, co dopiero się narodziło, ale i obawa, jakie to będzie.

Tym, co uderza w „Eskapiście”, jest doskonałe brzmienie. Odkopałam nawet swój staroświecki kompakt, ale okazało się, że jedna kolumna trzeszczy (ciekawe, że wcześniej tego nie zauważyłam), więc używam słuchawek. Płyta jest doskonale zagrana, zaśpiewana, zmiksowana i wyprodukowana. Po tym względem trudno ją nazwać inaczej niż perfekcyjną.

A utwory? Od początku słuchania Gaby mam z nią to, co ze wszystkimi artystami, którym dałam kredyt zaufania (albo raczej – którzy wdarli się w moje serce tak głęboko, że nic ich nie wyciągnie): mogą mi się podobać dwa utwory na płycie, a i tak ją kupię. Rozumiem, że artysta powinien być wierny sobie, a nie słuchaczom – oni mogą jedynie zdecydować, czy on jeszcze (już) jest ich, czy już (jeszcze) nie. Pochlebiam sobie, że to coś w rodzaju dojrzałej miłości, a nie durnego zakochania, które kończy się wtedy, gdy zauważamy, że druga strona nie jest naszym lustrzanym odbiciem. Gaba nigdy nie mówi o swoich miłośnikach „fani”, zawsze „słuchacze”, i może to właśnie jest ta różnica – ona szanuje nas, a my ją.

Nie nastawiałam się więc, że każdy utwór powali mnie na kolana. Singlowe Wielkie wrażenie, które usłyszałam jeszcze przed wydaniem albumu, wzbudziło dwojakie uczucia. Po pierwsze – od razu wiedziałam, że utwór stanie się hitem, klasykiem z gatunku tych, które za dwadzieścia lat będą lecieć w „Złotych przebojach”. A to dla mnie duży minus, bo wbrew temu, co napisałam powyżej, w pewnym stopniu jestem psychofanką (i snobką), która chciałaby, żeby artystka śpiewała tylko dla niej, ewentualnie dla niszowego grona wybrańców, a nie dla całej Polski. Z drugiej strony trzeba Gabie przyznać, że ma ogromne wyczucie do pisania i wybierania na single utworów absolutnie hitowych i gwarantujących częstą emisję radiową, która – mam nadzieję – przekłada się na sprzedaż płyt. Na poprzedniej płycie tę samą rolę odegrały Niejasności – bez których, nawiasem mówiąc, nie zostałabym snobistyczną psychofanką.

Ale to niejedyna przyczyna dwoistości mych uczuć. Mam też problem z tekstem Wielkiego wrażenia. Z jednej strony mogę się obiema rękami, mózgiem i sercem podpisać pod słowami „Rozumiem, ale czuję bardziej”, z drugiej – nie bardzo ogarniam, o czym lub o kim jest ten tekst. Tylko please, nie wsiadajcie na mnie, że mam patrzeć sercem, bo ja właśnie sercem widzę jedynie jakieś skrawki, ładne frazy, ale nie umiem ich zebrać do kupy. Mam taką interpretację, że poprzez owo kierowanie się czuciem podmiot liryczny jest płynny niczym „Człowiek nieciągły” z opowiadania Ani Kańtoch: dryfuje za emocją to tu, to tam, nie mogąc nigdzie zakotwiczyć. Dziś wypowiedziane słowa jutro mogą okazać się kłamstwem. Tylko trochę mnie przeraża to wielkie wrażenie, które nie wiadomo kiedy może się przeobrazić w wielką obojętność.

Nawet jeśli odbijam się od warstwy lirycznej niektórych utworów i ubolewam nad tym, bo chciałabym czuć tę płytę jeszcze głębiej w sobie, zniewala mnie talent poetycki Gaby, jej umiejętność tworzenia niesamowitych wizji z prostych słów. Gaba jest poetką przez duże P, nie tylko poprzez to, jak potrafi składać słowa, ale chyba przede wszystkim poprzez swoją inność. Trochę przywodzi mi na myśl Emily Dickinson, choć na szczęście nie jest tak wycofana.

Ale i kiedy przemawia najprościej w świecie – tak, że wydawałoby się, iż nie zdoła uniknąć kiczu – lepi piękne światy. Zdecydowanie moim ulubionym tekstem jest Z marcepana, drugi polskojęzyczny utwór na płycie:

Pozostawiona samej sobie łykam jak komunię
z ich kawy niedopitej i siadam gdzie siedzieli
lecz pamięta dzikie zwierzę miesiące oswajania
wciąż szeptem i dotykiem, „ty jedna i jedyna”…

Ciarki przechodzą, gdy się słucha Gaby śpiewającej te słowa; słowa świadczące o wielkiej wrażliwości, kruchości, a jednocześnie o gigantycznej sile, która pozwoliła jej wyjść z tą kruchością do świata. Przypomina mi się Over Petera Hammilla, płyta w całości poświęcona rozstaniu. Mówił, że nagrywał tę płytę, gdy już nie bolało, ale słuchając takich utworów jak Betrayed, śmiem w to wątpić.

Żeby było ciekawiej, drugim obok lirycznego Z marcepana moim ulubionym utworem jest energetyczny, punkowy wręcz X. W pewnym momencie, gdzieś za połową, granie tak się zagęszcza, że odlatuję w przestworza niczym kosmonauta z okładki. Od tekstu, niestety, odbijam się podobnie jak od Wielkiego wrażenia, ale ponieważ utwór jest hałaśliwy, nie mam problemu z chłonięciem samej muzyki.

Na razie, po tych kilku przesłuchaniach, do moich faworytów należą też Mastodon Heart, Christmas Party Song (ten ostatni za tekst, ale też za to, jak Gaba operuje w nim głosem – w ogóle zresztą śpiewa na tej płycie genialnie) i cover jej ulubionego Queens of the Stone Age – Keep Your Eyes Peeled. Pewnie w miarę słuchania i odkrywania nowych rzeczy ta hierarchia odrobinę się poprzestawia, zważywszy płynność naszych wrażeń, nawet tych wielkich. Więc trochę jednak kłamię – ale czuję bardziej i kocham 🙂

X
Z marcepana

Wstrząśnięta, niezmieszana

Beksińscy. Portret podwójny

Kiedy usłyszałam, że wyszła książka o obu Beksińskach (ojcu i synu, choć miała być – i częściowo jest – także o matce), ba, że napisała ją młoda, ale już doceniona reportażystka, kiedy w dodatku przeczytałam wywiad z autorką, wiedziałam, że muszę tę książkę mieć. Brzmi to egzaltowanie, ale obie te postacie były dla mnie w różnych okresach życia i poniekąd nadal są niezmiernie ważne, miałam więc ogromną chęć zajrzeć za tę kurtynę, która odgradza prywatne od publicznego, prześledzić ich wzajemne relacje, spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki był wpływ Zdzisława na losy Tomasza, zweryfikować pogłoski i półprawdy dotyczące życia i śmierci Tomka oraz śmierci (bo życia mniej) Zdzisława.

Znowu napiszę coś pretensjonalnego: śmierć Tomasza Beksińskiego była największą traumą mojego życia. I to pomimo faktu, że już od lat nie słuchałam jego audycji, nie śledziłam felietonów w „Tylko Rocku”. Czasem, kiedy odwiedzałam sklep płytowy prowadzony przez mojego kolegę, on wyciągał spod lady czasopismo i mówił: „Zobacz, co Beksiu napisał”. Podobało nam się to, co wówczas postrzegaliśmy jako bezkompromisowość – to jechanie po bandzie ze wszystkimi i wszystkim – oraz siła przebicia, jaką naszym zdaniem miał, skoro mu to publikowano. Audycji przestałam słuchać jakoś na początku lat 90. Poniekąd stało się tak zapewne dlatego, że skończyły się kultowe dla mnie audycje w „Dwójce”, poniekąd dlatego, że płyty stały się łatwo dostępne (barierę stanowiły jedynie finanse, ale ponieważ było to przed ustawą o prawie autorskim, istniało mnóstwo wypożyczalni i tzw. przegrywalni płytowych), a może i dlatego, że w eterze zrobiło się gęsto i że sama zaczęłam się udzielać w lokalnej stacji, więc wieczorami chętniej słuchałam znajomych. Nie zmienia to faktu, że wielu spośród ulubionych wykonawców poznałam właśnie dzięki audycjom „Beksia”, który nie tylko ich prezentował, lecz potrafił zafascynować nimi słuchaczy. Dysponował płytami niedostępnymi wówczas zwykłemu śmiertelnikowi, znał dobrze angielski, co także w tamtych czasach było rzadkością, tłumaczył teksty z płyt i odczytywał je w audycjach, a słuchacze nagrywali na kasety i potem spisywali. Gdy się słucha takich artystów jak Peter Hammill, King Crimson czy Marillion, teksty stanowią jeden z wymiarów, bez których odbiór tej muzyki jest znacznie uboższy (choć często wystarczający do zachwytu). Gdy się do tego doda sposób, w jaki potrafił mówić o muzyce, można bez cienia przesady powiedzieć, że Tomasz Beksiński miał ogromny wpływ na kształtowanie gustów muzycznych sporej grupy Polaków urodzonych w latach 60. i 70.

Jeśli jednak miałabym w jednym zdaniu określić, dlaczego tak potwornie wstrząsnęła mną samobójcza śmierć człowieka, którego audycji dawno przestałam słuchać, a widziałam go w życiu trzy razy, to powiedziałabym, że stanowił dla mnie symbol tego, iż ktoś „taki jak ja” może odnieść w życiu sukces. „Taki jak ja” znaczyło nadwrażliwy. Wydawało mi się, że jesteśmy ulepieni z tej samej gliny, więc tak naprawdę płacząc po nim, płakałam nad sobą – skoro bowiem ktoś, kto w moich oczach był symbolem sukcesu, odebrał sobie życie, znaczyło to dla mnie, że miejsca dla takich ludzi na świecie nie ma.

Można też spojrzeć na to inaczej: jestem słaba. Potrzebuję autorytetów, które wskażą mi drogę. A tu jeden z moich autorytetów stwierdza, że życie jest do dupy, i wynosi się z tego świata. To trochę tak, jakby się przechodziło nad przepaścią, trzymając się łańcuchów, i nagle się leci, bo jeden palik jest wyrwany ze ściany.

Z czasem przyszło opamiętanie. Mówiono, że był w depresji, że miał za sobą kilka nieudanych prób samobójczych. Ja jakoś nigdy nie myślałam o tym, żeby się zabić, choć owszem – o tym, że nie żyję naprawdę, myślałam często. Może więc mimo pewnych podobieństw nie byliśmy z tej samej gliny, a już na pewno nie należało wyciągać z jego śmierci wniosków co do mojej przyszłości. No i na szczęście miałam też inne wzorce, na których wciąż mogłam się oprzeć.

Z twórczością Zdzisława Beksińskiego zetknęłam się dzięki wystawie w Arsenale, która miała miejsce w roku 1990 (co ciekawe, autorka książki twierdzi, że między 1983 a 1995 rokiem w Polsce nie odbyła się żadna wystawa prac artysty, nie licząc małej wystawy w Warszawie w roku 1987, a nic mi się nie przyśniło, bo poznańska wystawa w internecie widnieje jak byk). Wiedziałam już, że Zdzisław jest ojcem Tomasza, więc namówiłam koleżankę i poszłyśmy. Były tam piękne, ważne obrazy ilustrujące głównie (tylko?) „fantastyczny” okres w twórczości artysty. Wyszłam zachwycona i ten zachwyt nie minął mi do dziś, choć po przeczytaniu książki chyba bardziej zauważam w niektórych obrazach motywy, których wolałabym nie widzieć. Na szczęście tylko w niektórych. Zresztą w odróżnieniu od swego syna, Zdzisław Beksiński nigdy mnie zbytnio nie interesował jako człowiek – interesowała mnie jego twórczość i to z pewnego tylko okresu. Gdyby zmarł z przyczyn naturalnych, pewnie w ogóle bym się tym nie przejęła. Poruszyło mnie jednak to, że został zabity i to z tak bezsensownej przyczyny jak forsa, w dodatku przez smarkacza, który chwilę później dał się złapać.

Nawet mi się nie śniło, że kiedyś będę miała okazję przeczytać książkę opowiadającą o obu tych postaciach, które wywarły takie piętno na moim życiu, i o ich wzajemnych relacjach. Nie zawiodłam się. Magdalena Grzebałkowska pokazuje się jako świetna reportażystka z dużym wyczuciem taktu i silną empatią. Jako osoba mądra i przyjazna ludziom, ze zrozumieniem traktująca ich słabości i dziwactwa, jakby mówiła: „Przecież wszyscy je mamy, prawda?”. Czytając takie książki, więcej wybacza się i bohaterom, i sobie. Myśląc o studentce zakochanej w 70-letnim Zdzisławie albo o 40-letnim Tomku zakochanym w 16-letniej słuchaczce, można na przykład przymknąć oko na własne dziwne zakochania. Co ciekawe, choć to Tomek jest przedstawiony jako narcystyczny arogant, który swoich słuchaczy nazywa durnymi, bardziej drażni mnie Zdzisław, taki nieatrakcyjny – neurotyk bojący się dotyku, maruda z obsesjami seksualnymi wywołującymi we mnie uczucia podobne do tych, jakie w niektórych wywołuje widok klauna. Tomek wciąż pozostaje w jakiś sposób fascynujący, nawet kiedy wiem, że kreował się na kogoś, kim absolutnie nie był. Bo nie tylko to, kim jesteśmy, ale i to, kim chcemy być, coś o nas mówi.

Znajdą się tacy, którzy uznają tę książkę za rozgrzebywanie prywatności. Ja się cieszę, że ona powstała. Odpowiedziała mi na pewne pytania, choć zarazem postawiła kolejne. Pozwoliła się zbliżyć do tajemnicy, nie wyjaśniając wszystkiego. Wciąż na przykład nie wiem, czy Tomek potrafiłby się cieszyć życiem, gdyby go inaczej wychowano. A gdyby nawet odpowiedź była twierdząca, to kto miał go tak wychować, skoro rodzice (przynajmniej Zdzisław, bo o dzieciństwie Zofii wiemy niewiele) sami odebrali dziwne wychowanie?

Mimo wykonania mnóstwa świetnej reporterskiej (i literackiej) roboty autorka nie ustrzegła się pomyłek. Począwszy od (nielicznych) literówek czy błędnych dat (dwukrotnie zamiast „1998” jest „1988”), za które należałoby winić raczej redakcję i korektę, a skończywszy na tym, że i merytorycznie nie wszystko gra. Ot, choćby wymienione w książce audycje Tomasza – jest „Klub płytowy” zamiast „Klub stereo” [edit.: tu znalazłam info, że od lipca 1990 audycja nazywała się „Klub płytowy”, więc może i częściowo racja, ale w takim razie „Klub stereo” został w ogóle pominięty]; a „Wieczór płytowy” został wymieniony jako audycja w programie IV, choć jestem niemal pewna, że leciał w II (jeśli się mylę, oświećcie mnie). Wymieniony jest też jakiś Szachnowski, w indeksie jako Szachnowski Konrad (sprawdziłam w internecie – facet z Sanoka, ale z radiem nie miał nic wspólnego), podczas gdy niemal na pewno chodzi o Tomasza Szachowskiego z „Dwójki”. No i te wystawy Zdzisława, których niby nie było, a były. Podejrzewam, że osoby, które bliżej znały Beksińskich lub po prostu śledziły ich losy, znajdą takich niedociągnięć więcej. Z drugiej strony, są to sprawy, które łatwo poprawić w kolejnym wydaniu i mam nadzieję, że autorce/wydawcy będzie się chciało to zrobić.

Puenta? Czytacie na własne ryzyko, ale dla mnie była to lektura ważna. Czasem smutna, a czasem nieoczekiwanie zabawna. Bo Beksińscy, a zwłaszcza Zdzisław, mieli tendencje do celnego podsumowywania absurdów rzeczywistości.

___________

Grzebałkowska Magdalena: Beksińscy: Portret podwójny, Znak 2014.

Krainy z głowy

W książce Michała Cetnarowskiego I dusza moja jedna z bohaterek w trudnych dla siebie chwilach wymyka się mentalnie do wyimaginowanego miejsca zwanego po prostu Krainą. Po raz pierwszy udała się tam w dzieciństwie, gdy przebywała w szpitalu, i od tej pory od czasu do czasu – kiedyś częściej, teraz, w dorosłości, rzadziej – Krainę odwiedza. Jej wycieczki przywiodły mi na myśl moje własne krainy z głowy, a ponieważ dostrzegam dwie zasadnicze różnice, postanowiłam się pokusić o porównanie.

Pierwsza różnica polega na tym, że bohaterka, Ewa, od dziecka bywa w tej samej krainie, a jej przewodnikiem jest ten sam Kapitan Krzyżak. Zastanawiam się, czy jest możliwe, żeby dorosła, w miarę dojrzała społecznie osoba od dzieciństwa miała tę samą „ucieczkową” krainę. Wątpliwości moje biorą się stąd, że moje krainy znacząco ewoluowały w okresie dojrzewania. Wcześniej opowieści, które opowiadałam sobie przed snem, miały charakter przygodowy – ot, na przykład uciekłam z domu i mieszkałam wraz z grupą innych dzieci na bezludnej wysepce na rzece we własnoręcznie wybudowanych szałasach, samodzielnie zdobywając pożywienie i wszystko, co było nam potrzebne do życia. Światy te jednak często się zmieniały – stare mi się nudziły, nie miałam już pomysłów na nowe przygody w nich, więc góra co kilka miesięcy pojawiały się nowe, prawdopodobnie zainspirowane lekturami czy filmami. Mniej więcej w wieku lat trzynastu moje światy dokonały dość znaczącej wolty, polegającej na tym, że na pierwszy plan wysunął się wątek miłosny. Ciekawi mnie, że u Ewy tak się nie stało, choć z drugiej strony, może miała więcej szczęścia w życiu uczuciowym i przeżywała na jawie to, co ja przeżywałam w głowie. Dziś, podobnie jak dorosła Ewa, do swoich krain zaglądam już mniej regularnie niż kiedyś; wciąż jednak daleka jestem od ich porzucenia i nie sądzę, by to kiedykolwiek miało nastąpić. Historie nadal wytrzymują góra kilka miesięcy, choć czasem zdarza się, że pewne postacie powracają nawet po latach.

Zastanawiam się, czy rzeczywiście zdarza się ludziom siedzieć od dzieciństwa w tej samej krainie, a jeśli tak, co to oznacza. Może ci krainowi monogamiści to potencjalni, a czasem nawet realni autorzy sag, podczas gdy tacy jak ja piszą opowiadania, a jeśli uda im się kiedyś napisać powieść, muszą się bardzo spieszyć, żeby kraina nie uciekła? Mogę posądzać Ewę o brak wyobraźni, ale z drugiej strony, czy ja z kolei nie jestem tą niedojrzałą, z krainowym ADHD, skoro nie potrafię przeżyć w jednej krainie więcej niż kilku miesięcy?

Umówmy się, że światu potrzebne są i sagi, i krótsze formy. Wspomniałam jednak, że widzę dwie różnice w porównaniu z własnymi krainami. Jaka zatem jest ta druga? Otóż w Kraina z głowy Ewy, a konkretnie obecny w niej Kapitan Krzyżak, ma moc wpłynięcia na jej postępowanie w świecie rzeczywistym. Można uznać, że w tej sytuacji spełnia rolę superego, które przekazuje jej instrukcje do wypełnienia po tym, jak już bohaterka ocknie się do rzeczywistości. Zastanawiam się, czy to możliwe, skoro ten świat zasadniczo zrodził się z potrzeby ucieczki. Być może tak, bo skoro nasze głowy i my sami jesteśmy polem bitwy różnych instynktów i opcji, które niczym ludziki z Króla Maciusia na wyspie bezludnej walczą ze sobą o prymat, to i do eskapistycznej krainy może zapukać sumienie. Faktem jest jednak, że moje własne krainy takiej opcji nie posiadają, a przynajmniej do tej pory jej nie wykryłam. Działają na zasadzie wykluczenia, na zasadzie albo-albo. Albo przebywasz w świecie jawy, albo jesteś u nas. W pewnym momencie życia wypracowałam sobie nawet zawór bezpieczeństwa, coś w rodzaju budzika, który ma mi zadzwonić, gdy za głęboko wejdę w wyobrażoną krainę. Nie napiszę, na czym ten system polega, bo coś muszę zostawić dla siebie, ale takie przebudzenia bywają bolesne. Czasem pozwalam krainie prześnić się do końca – wszystko zależy od tego, czy instynkt, który prawdopodobnie nie zawsze ma rację, wyczuwa zagrożenie, czy też nie. Tak czy inaczej, nie miałam przyjemności/przykrości przeżyć przebudzenia wewnątrz krainy, jak Ewa, i szczerze mówiąc, nie bardzo w to jej przebudzenie wierzę. Być może dlatego, że autor nie rozwinął tego tematu tak, jak bym chciała – jest to zaledwie jeden z kilku wątków, a Ewa jest jedną z bohaterek. Szkoda, bo o ile samo pojawienie się Krainy mnie zafrapowało, o tyle jej kształt i sposób, w jaki ostatecznie wpłynęła na bohaterkę, moim zdaniem zostały przedstawione pobieżnie. Siłą rzeczy przypomina się inna kraina z głowy – Rondua z Kości księżyca Jonathana Carrolla, kraina nie tyle ucieczkowa, co raczej pościgowa, i być może dlatego niebudząca we mnie podejrzeń, gdy zaczyna coraz mocniej ingerować w to, co bohaterka przeżywa na jawie. Łatwiej sobie wyobrazić, że w naszą jawę wkracza coś, od czego uciekamy, a co nocami nas ściga i dopada, niż że wkracza w nią to, ku czemu uciekamy – kraina marzeń, w której chronimy się przed niedostatkami życia.

Wszystko to jednak są luźne rozważania, które w żadnym razie nie mają na celu ani krytykowania autora, ani wywyższania swoich krain ponad inne. Są tacy, którzy powiedzą, że samo posiadanie jakichś wyimaginowanych krain w głowie jest dowodem zdziecinnienia, a może i szaleństwa. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że próbuję być pisarką, a pisarzowi nie szkodzi, jeśli jest z lekka stuknięty. Ciekawi mnie natomiast, czy i Wy macie takie krainy i jak one u Was funkcjonują – choć do zwierzeń nie zmuszam, bo wiem, że to dość intymna sprawa i sama też powiedziałam Wam tylko tyle, ile uznałam za dopuszczalne 🙂

Styl to więcej niż człowiek

Karel Čapek znany jest w Polsce głównie z dwóch rzeczy: książeczki o niesfornym piesku Daszeńka (sfilmowanej i pokazywanej jako dobranocka) oraz tego, że wymyślił słowo „robot” – choć on sam utrzymywał, że autorem tego ostatniego jest jego brat Josef[1].

Listy z podróży, które dopiero dwa lata temu ukazały się w naszym języku, poleciła mi koleżanka. Zachwalała ich humor, finezję, trafne obserwacje, a przede wszystkim fakt, że wiele čapkowych spostrzeżeń pozostaje w mocy, choć od opisanych przez niego podróży minął niemal wiek.

Opowieść zaczyna się w latach 20. we Włoszech, gdzie „faszyści w mundurach wyglądają dostojnie jak nasi kominiarze; również takie jakieś czarne czapeczki z kitką noszą, i zęby im tak świecą; kuriozalne wrażenie” [str. 16]. Dalej autor przenosi nas do krajów lepiej mi znanych, najpierw do Anglii i Szkocji, gdzie „jedynie Owce, Krowy i Konie przeżuwają piękno przyrody rozważnie i bez pośpiechu” [str. 141], potem zaś do Hiszpanii, Holandii i Skandynawii, wszystkie wyprawy ilustrując dowcipnymi, ale i poetyckimi refleksjami oraz… własnymi rysunkami (nie ma ich tylko przy pierwszej podróży – być może nie zabrał ze sobą ołówka).

Humor autora chwilami przywodzi na myśl Trzech panów w łódce (nie licząc psa) Jerome’a K. Jerome’a; o ile jednak u Anglika humor jest głównym motorem książki, o tyle zapiski Czecha stanowią cudowny konglomerat dobrodusznej kpiny, poezji i celnej refleksji humanistycznej. Od czasu do czasu Čapek pozwala sobie nawet na wiersz i choć ten element nie wychodzi mu najlepiej, rekompensuje to melodyjna, malownicza proza:

Nieś mnie, Królowo Jeziora, po stalowoszarym i błękitnym Loch Tay, pośród bezludnych kopulastych wzgórz pod niebem, które częstuje mnie deszczem i słońcem; nieś mnie, czyściutki statku, po migotliwym jedwabiu jeziora Tay.

Nieś mnie, czerwony furgonie pocztowy, przez najzieleńszą z zielonych dolin, przez dolinę guzowatych drzew, przez dolinę spienionej rzeki, przez dolinę kudłatych owiec, przez glen nordyckiej obfitości. Zaczekaj, srebrna osiko, zostań, rozłożysty i kędzierzawy dębie, czarna sosenko i jaskrawa olcho, zaczekaj, dziewczyno o dzikich oczach.

Ale nie; nieś mnie, sapiący pociągu, na północ, na północ, między czarne góry [str.126–127].

Ten rytm litanii, a może tylko przekuty na słowa stukot pociągowych kół, przywodzi na myśl twórczość Edwarda Stachury i choć Czech zdaje się podróżnikiem bardziej cywilizowanym, nietrawionym żądzą przemieszczania się z miejsca na miejsce w takim stopniu jak nasz poeta, obserwujemy u niego to samo zadziwienie światem i pewną bezradność w obliczu prób opisania go, choć obaj robią to lepiej niż zdecydowana większość śmiertelników:

na przykład te granitowe kopuły pod Norefjellem wskazują, że świat, gdy go stwarzano, nie został ulepiony ot tak, z jakiejś gorącej kaszy, ale był obrabiany z wielką starannością, szlifowany i oskrobywany, piłowany i wygładzany, aż na koniec taki lodowiec z zadowoleniem i znawstwem przejechał kciukiem przez góry pod Krøderen i czuł się ukontentowany ich zaokrągleniem; rzeczywiście, dobrze się to udało; niechaj mi ktoś pokaże drugi taki zręczny lodowiec! (…)

A kto nie rozumie kamienia, niewiele wie o urodzie  i wielkiej powadze świata [str. 408–409].

Zobaczyliśmy już Čapka humorystę i Čapka poetę, lecz myliłby się ten, kto by sądził, że na tym koniec. O nie, w kolejce czekają jeszcze Čapek erudyta, Čapek humanista, Čapek… jeśli moralizator, to bardzo delikatny i zawsze zaczynający od rachunku sumienia.

Listy z podróży boleśnie unaoczniają nam różnicę pomiędzy wykształceniem, jakie odbierał człowiek na początku ubiegłego wieku, a współczesnym. Zgoda, wtedy kształciło się mniej ludzi, ale jakże bogate było to wykształcenie, jakże szerokie horyzonty tego, kto je otrzymał! Być może zresztą nie jest to kwestia epoki, lecz otwartego i chłonnego umysłu; wciąż jednak żal, że takie umysły rzadko bywają dziś doceniane. Čapek pisze o architekturze i sztuce w sposób bardzo osobisty, kpiarski i wnikliwy zarazem, pokazując, że informacje wykute w szkole nie zastąpią własnego gustu i własnych przemyśleń, lecz są potrzebne jako baza do lepszego zrozumienia zjawisk.

Machar znalazł w Rzymie sztukę antyczną. To dziwne. Co się mnie tyczy, znalazłem tu głównie barok. Koloseum to barok. Cały Rzym cesarski bez wątpienia jest barokowy. Potem przyszło chrześcijaństwo i za jednym zamachem położyło kres cesarskiemu barokowi. W rezultacie Rzym artystycznie usnął; i przebudził się dopiero przy pierwszej okazji, gdy rozluźniła się sroga obroża, w której trzymało go chrześcijaństwo, i gdy znów mógł rozkwitnąć w nowym przypływie baroku, tym razem pod znakiem papiestwa. Rzym papieski jest po prostu kontynuacją Rzymu cesarskiego, przynajmniej jeśli chodzi o architekturę; i teraz napiszę zapewne wielkie głupstwa, ale pozwólcie mi na to. A więc powiedziałbym to mniej więcej tak, że tu, we Włoszech, występują – przypuśćmy – dwie tendencje rozwojowe: pierwsza rzymska, barokowa, światowa, katolicka, preferująca ogromne rozmiary, przepych, dynamikę i efekty zewnętrzne; oraz druga, prymitywniejsza, surowsza, bardziej ludowa, mógłbym chyba obrazowo rzec – etruska, która doszła do głosu dzięki chrześcijaństwu, która tworzyła mozaiki, zeszła do katakumb, wyzwoliła rzeźbę i architekturę, wypowiadała się po dziecięcemu i intymnie [str. 24].

Styl, przede wszystkim szczerość stylu! – i precz z malowniczością i pulchnością, jeżeli tworzycie architekturę. Styl! – to wszystko, to więcej niż człowiek; stylem bowiem zmierza człowiek prosto do absolutu [str. 17].

 Wrażliwość Čapka na ludzką niedolę obserwujemy choćby w relacji z przemysłowego Glasgow, gdzie „życie (…) nie jest ani piękne, ani malownicze; nie zaznało bożego tchnienia, jest surowe i brudne, i lepkawe, hałaśliwe, śmierdzące i duszne, bezładne i ciężkie, cięższe od głodu i bardziej bezładne od nędzy; i poczułem na swoich barkach zmęczenie setek tysięcy, i uciekłem, Glasgow, bo nie miałem odwagi patrzeć i porównywać” [str. 137–138]. W Hiszpanii aż siedemnaście stron (z czego ⅓ zajmują rysunki) poświęca opisowi korridy, miotając się między zachwytem nad pięknem walki a odrazą dla siebie, że bierze udział w tak poniżającym spektaklu. „Nie mogłem uporządkować myśli, wstydziłem się czegoś, ale nie wiem dobrze, czy swego okrucieństwa, czy swej słabości” [str. 263]. Zauważa zarazem, że poza areną nie zdarzyło mu się zobaczyć w tym kraju żadnego przypadku okrucieństwa wobec zwierząt.

Przy okazji wystawy w Anglii pokpiwa z imperializmu Brytyjczyków, którzy produkty sprowadzone z kolonii uważają za własne, lecz tamtejszych ludzi za ubogich krewnych; w Holandii pozwala sobie na delikatny przytyk wobec autorytaryzmu: „Jeszcze jedno rzuca się w oczy na niderlandzkich ulicach: psy. Otóż nie mają one kagańców; w rezultacie stale śmieją się niemal w głos i nie walczą ze sobą, i nikogo nie gryzą, i nie warczą na siebie ze znaną nam środkowoeuropejską irytacją; co pokazuje, że wolność bez kagańca to nie byle co, tylko właśnie coś dla psa i dla nas, ludzi, i że to wspaniały dar boży, amen” [str. 306].

 Znowuż wspominając podróż do Hiszpanii, odbytą w roku 1929, a więc 84 (!) lata temu, dzieli się zaskakująco dziś aktualnymi refleksjami na temat globalizacji:

Są ludzie, którzy kochają cały świat, póki ten świat chce mieć asfaltowe szosy albo wierzyć w jednego Boga, albo pozamykać bodegi i restauracje. Są ludzie, którzy potrafiliby kochać świat, gdyby miał jedno, właśnie to ich cywilizacyjne oblicze. Ale ponieważ mimo to nie zaszliśmy dotychczas z miłością zbyt daleko, spróbujmy osiągnąć ją w inny sposób. Znacznie radośniej jest kochać świat, ponieważ ma tysiące twarzy i wszędzie jest inny, a przy tym wykrzykiwać: „Chłopcy, skoro już tak się kochamy, utwórzmy Ligę Narodów; ale, do cholery, niech będą to Narody ze wszystkim, co się z tym wiąże, każdy z innymi włosami i z innym językiem, ze swymi zwyczajami i kulturą, a jeśli trzeba, to niech będzie, że również ze swoim Panem Bogiem; bo każda różnica jest godna miłości już chociażby dlatego, że pomnaża życie. Niechaj łączy nas wszystko, co nas dzieli!” [str. 294–295]

Karel Čapek zmarł na zapalenie płuc w roku 1938. Wojny nie dożył. Mniej szczęścia miał Josef, który za krytykę hitleryzmu trafił do obozu koncentracyjnego Bergen-Belsen, gdzie pożegnał się z życiem w kwietniu 1945 roku. Warto sięgnąć po zapiski Karela, by odbyć podróż do świata sprzed katastrofy, która na wiele dekad spustoszyła ludzkie dusze, i skonfrontować go z dzisiejszym. Trochę będzie nam smutno, że takie pisanie, takie patrzenie, jest dziś rzadkością – a trochę wesoło, bo dostaniemy kawał solidnej literatury (i reportażu, jako że większość zapisków powstawała z myślą o publikacji w gazetach), materiału do przemyśleń i do zachwytu. Czyli tego, czym karmi się dusza wrażliwego, refleksyjnego czytelnika. Sam bowiem fakt publikacji tej książki, na wysokim zresztą poziomie edytorskim, i to, że ja piszę o niej tu, a inni gdzie indziej, świadczy, że takie pisarstwo wciąż jest nam potrzebne i że człowiek pozostaje człowiekiem zarówno w epoce szkicownika, jak i smartfonu.

Nie można pominąć postaci tłumacza, która w przypadku utworu Čapka pełni rolę szczególną. Przekład wyszedł spod pióra Piotra Godlewskiego (1929–2010), znawcy literatury czeskiej i słowackiej, który publikacji swego ostatniego dzieła nie dożył. Każde zdanie polskiego tekstu zaświadcza, że o ile tłumacz mógł mieć większe niż większość z nas powody do pośpiechu, o tyle się temu pośpiechowi nie poddawał, cyzelując zapiski i nie ustając w staraniach o to, by ostateczny produkt jak najmniej stracił z uroku oryginału, a może nawet coś zyskał. Gdy będziemy szaleńczo stukać w klawiaturę, by zdążyć oddać w terminie kolejny tekst, warto wspomnieć rzetelność człowieka, który czując na plecach oddech ostatecznego deadline’u, nie pozwolił sobie nawet na odrobinę niedbałości.

Karel Čapek, Listy z podróży, W.A.B. 2011.

Polconowa masa krytyczna (nierelacja)

Na gorąco, zanim to wszystko ucieknie mi z głowy, a jego miejsce zajmie matka Madzi, rzezie w Syrii, kolejna porażka mojej ulubionej drużyny, a przede wszystkim tzw. szara rzeczywistość, napiszę parę słów o konwencie fantastyki Polcon 2013, w którym miałam przyjemność uczestniczyć. I od razu uprzedzam – nie będzie to relacja/recenzja, tylko (znowu!) będę ględzić o swoich uczuciach (ziew). Bo te uczucia od pierwszego dnia konwentu wręcz mnie rozpierają. Przy czym nie chodzi o zniecierpliwienie spowodowane „kolejkonem”, który owszem, był denerwujący, ale dobra pogoda i radosna ludzka banda uczyniły go znośnym. Chodzi o radość z obcowania z ludźmi, którzy cenią oryginalność, są otwarci na drugiego człowieka i z którymi czujemy się swobodnie.

Pół życia temu jeździłam na pewne imprezy organizowane pod zupełnie innym pretekstem, niby to w innym celu, ale pełniące w istocie tę samą rolę: wytwarzania bliskości między ludźmi, otwierania ich na siebie nawzajem (wprawdzie P. twierdzi, że ja otwieram się głównie w jedną stronę, ale z mojej perspektywy bombardowanie innych własnymi emocjami jest zapuszczaniem sondy do ich serc, że tak górnolotnie rzeknę), zawierania i cementowania przyjaźni. Oczywiście to wszystko dzieje się też poza konwentami, także w internecie, ale taki spęd wielu osób w jednym miejscu wytwarza pewną masę krytyczną. Doświadczyłam tego, siedząc – czy to na terenie konwentu, czy wieczorem przy piwie – ze znajomymi z internetu albo z reala i słuchając inteligentnych, mądrych i ciekawych rozmów. Nieważne, czy ktoś jest znany, czy zupełnie nieznany; jeśli już miałabym oceniać metodę tworzenia się grupek, to chyba bardziej decyduje staż konwentowy (na pierwszych Pyrkonach czułam się znacznie mniej zintegrowana niż teraz), ale można nadrobić stażem forumowym czy portalowym albo po prostu klubowym. Trochę wiek, trochę różnice zainteresowań – ci od literatury skupiają się razem, ci od gier razem, ci od czegoś jeszcze też razem – ale nie są to żadne sztywne podziały. Poza tym nachodzą na nie także choćby podziały klubowe czy forumowe, które przebiegają inaczej. Na pewno jadąc na konwent po raz pierwszy, warto się wybrać ze znajomymi, żeby mieć się o kogo oprzeć, ale nie sądzę, żeby ktoś nowy był świadomie odrzucany – ludzie mają naturalną tendencję do trzymania się z swoimi i czasem trzeba zrobić parę kroków, żeby znaleźć sobie nowych przyjaciół, zamiast stać na uboczu. Jeśli oczywiście tego szukamy na konwencie, bo zdaję sobie sprawę, że wiele osób przychodzi po prostu na punkty programu.

Fajności bycia w grupie akceptującej różnorodność doświadczyłam też ostatniego dnia, kiedy z powodu nieposiadania kaptura włożyłam tyłem naprzód (inaczej się nie da) swój słynny kapelusik przeciwsłoneczny, żeby się ochronić od deszczu, i mogłam wyglądać niestandardowo, ale wśród licznych przebierańców zdawałam się sobie banalna do bólu i w odróżnieniu od codziennej miejskiej sytuacji nie miałam poczucia, że ktoś się na mnie dziwnie gapi, a wręcz tak się rozochociłam, że chodziłam w tym kapeluszu nawet po budynku.

Wspomniałam na początku, że pół życia temu jeździłam na podobne zloty, choć niezwiązane z fantastyką. Kiedyś (już po raz drugi się odgrażam) o nich napiszę, ale to podobieństwo spotkań z epoki przedinternetowej i zakończonego właśnie konwentu jest świadectwem, że ludzie tak naprawdę potrzebują tego samego: akceptacji, rozmów, bliskości drugiej osoby, dobrej zabawy w gronie ludzi, którym mogą ufać. I podejrzewam, że znajdują to pod różnymi szyldami – jedni pod szyldem fantastyki, bo akurat nią się zainteresowali, a inni pod szyldem czegoś innego, co akurat ich kręci. Mnie wkręciła fantastyka, która tak subtelnie owijała mnie i owijała swoją pajęczyną, aż tu ani się spostrzegłam, a piję piwo z pisarzami i redaktorami. Bo jedną z lepszych rzeczy na konwencie jest to, że ma podziału na prowadzących i słuchających, na tych, którzy już coś zrobili, i na tych, którzy dopiero coś zrobią albo i nie.

Warszawa pozytywnie mnie zaskoczyła i cenami (może dlatego, że kręciliśmy się głównie po okolicach campusu, bo bliżej centrum było już niestety drożej), i ogólnym kształtem – może nie ma jakiegoś wielkiego klimatu, ale czułam się w niej dobrze. A miejscami bywa nawet ładna. Udało nam się wygospodarować czas na spacer do Łazienek i zwiedzenie kościoła w pobliżu akademika, w którym nocowaliśmy. To cieszy, ale ogólnie życie konwentowe słabo sprzyja zwiedzaniu, jak również spotkaniom z pozakonwentowymi przyjaciółmi, których w tym miejscu przepraszam, że się nie udało.

Wielu zdjęć nie zrobiłam, bo a) byłam zajęta innymi sprawami, b) mam słaby aparat; ale dla urozmaicenia relacji wrzucam kilka poniżej. Opisy jak zwykle można zobaczyć, najeżdżając myszą na zdjęcie.

Późny debiut

Arkadiatrimmed_OKLADKA

Człowiek całe życie czekał na tę chwilę i oto znalazł się w takim momencie, w którym jest niemal pewne, że ona nastąpi. I oczywiście nie będzie taka, jak się chciało.

Choćby dlatego, że właściwie nie wiadomo – debiut to czy nie debiut. Po drodze bowiem mniej lub bardziej pokątnie wydałam aż trzy książki – jedną na papierze (można ją nazwać klubówką, bo wyszła w niewielkim nakładzie, a wydawcą jest Klub Fantastyki Druga Era), a drugą i trzecią w wersji elektronicznej, dostępnej za darmo tu i tu. Szczególnej uwadze polecam tę trzecią, bo a) jest zbiorem opowiadań z całego dotychczasowego żywota, w większości publikowanych już w różnych czasopismach, ale kto by to ogarnął; b) w tym wypadku wyjątkowo doradzam wersję pdf, gdyż zawiera ona dzieło stworzone w programie Scribus, a mówiąc po ludzku, jest złożona tak, jak się składa książki/czasopisma do druku, tylko mniej profesjonalnie, bo dopiero zaczynam się w to bawić. Tak czy owak, zawiera okładkę przednią i tylną oraz ozdobniki i w ogóle jest urocza, choć podejrzewam, że głównie dla mnie.

Drugim powodem, dla którego owo zbliżające się wydarzenie nie sprawia, że wylatuję z radości nad poziomy (choć prawie), jest świadomość, iż po późnym debiucie, zwłaszcza znanej (hem, hem – w pewnych kręgach) tłumaczki, oczekuje się wiele, a moja książka niezupełnie jest taka, jaką bym sobie wymarzyła. Niestety nie po raz pierwszy obserwuję fenomen polegający na tym, że dzieło jest niemal doskonałe, nim się je wyśle do wydawcy, w chwilę po wysłaniu zaczynają się myśli, co jeszcze powinno się było zmienić, a kiedy udostępnia się książkę szerokiemu czytelnikowi, autor ma ochotę zapaść się pod ziemię, tyle tam widzi, delikatnie mówiąc, niedociągnięć. Zaznaczam przy tym, że to, czego obawiałam się najbardziej, czyli obróbka redakcyjna i wszystko inne, co rzutuje na ostateczny kształt i wygląd dzieła, na razie wygląda dobrze. Batalia z redaktorem była do przewidzenia, bo kocham swoje teksty histeryczną miłością, ale udało mi się powściągnąć emocje i doprowadzić do stanu, w którym (mam nadzieję) obie strony zwyciężają, bo książka po redakcji jest lepsza, niż była przed nią. Przekonałam panią redaktor, że na niektórych rzeczach się znam; ona mnie przekonała, że nie na wszystkich. Ponadto miałam co nieco do powiedzenia w kwestii wyglądu okładki i znajdujących się na niej tekstów, więc ogólnie nie mogę narzekać, że swego dzieła nie poznaję. Może nie powinnam chwalić dnia przed zachodem słońca, bo kto wie, co się urodzi, gdy książka z wirtualnej postaci przedzierzgnie się w materialną, lecz sądzę, że najtrudniejsze już za mną.

Trzecią i ostatnią przyczyną ostrożności jest fakt, że „moje” wydawnictwo nie należy do najsłynniejszych w kraju, a więc i siłę przebicia ma mniejszą. Wiem, że potrzeba mi więcej szczęścia niż autorom wydawanym przez gigantów, by zostać zauważoną. Poniekąd może to i dobrze, bo jeśli powieść się nie spodoba, to hejtu będzie mniej niż gdyby była natrętnie promowana, a jeśli wzbudzi zainteresowanie, to będzie znaczyło, że może jednak jest coś warta.

Tak poza tym cieszę się jak cholera. I zadaję sobie pytanie, dla kogo właściwie jest ta książka. Recenzent podkreśla, że prezentuje bardzo kobiecy sposób widzenia świata, a przecież ja nigdy nie czułam się osobą o jakiejś szczególnie kobiecej mentalności – przeciwnie, zawsze tkwiłam gdzieś pomiędzy, wolałam sport, SF i hard rocka od mody, obyczajówki czy ballady. To rodzi pytanie, czym właściwie jest ów kobiecy punkt widzenia i czy coś takiego w ogóle istnieje.

Weźmy taki przykład: Kazimiera Szczuka nazywa piłkę nożną i jej otoczkę „samczym kultem”, a tymczasem inne feministki działają na rzecz upowszechnienia kobiecego futbolu w Polsce. To doskonale obrazuje dwie skrajnie odmienne wizje tego, czym jest emancypacja kobiet. Wizja pierwsza – jesteśmy kobietami, a zatem mamy inną mentalność, inne zainteresowania i rozrywki niż mężczyźni. Emancypacja oznacza dla nas wyniesienie tej mentalności i tych zainteresowań na szersze forum, sprawienie, że nasz głos będzie słyszalny w debacie publicznej. Słowem, jest to wizja, która stawia na odmienność, na podkreślanie różnic między nami a mężczyznami. Druga zaś wizja skupia się na podkreślaniu, że możemy z powodzeniem uprawiać gry uchodzące powszechnie za domenę mężczyzn – politykę, programowanie czy choćby wspomnianą piłkę nożną. Punktem wyjścia jest tu nie odmienność, lecz podobieństwo: wszak kobieta też człowiek, choć została stworzona z żebra Adama. W pierwszej wizji uznajemy, że emancypacja polega na zabraniu zabawek, udaniu się na osobne podwórko i urządzeniu się tam tak fajnie, że faceci będą prosić, żebyśmy ich wpuściły; w drugiej zostajemy na podwórku facetów, uczymy się ich zabaw, a potem – być może – robimy im „kuku” i mówimy: „Tera ja rządzę, więc będziemy się bawić moimi zabawkami”.

Oczywiście powyższy podział jest wysoce uproszczony, a pani Szczuka całkiem nieźle sobie radzi na męskim podwórku, ale samo pytanie, czym jest i czy w ogóle istnieje coś takiego jak kobiece widzenie świata, pozostaje otwarte. Na pewno nie odpowie na nie moja książka, która zresztą, jak głosi tekst na okładce, jest książką o moralności, nadziei, a przede wszystkim o miłości. To najbardziej kobieca rzecz, jaką w życiu napisałam (będą następne), ale jeśli mówimy o wrażliwości, o sposobie patrzenia na życie, jest to wyłącznie moja wrażliwość i mój sposób patrzenia, a ewentualne ich szufladkowanie pozostawiam czytelnikowi.

edit.: Cały czas tak się zastanawiam nad tymi podwórkami. No bo w sumie świat jest naszym wspólnym podwórkiem, nie facetów, kobiet, białych, czarnych, tęczowych czy jakichkolwiek. A jednocześnie istnieją w jego obszarze mniejsze i zupełnie małe podwórka, na których bawią się poszczególne grupy czy nawet jednostki. Problemy rodzą się tam, gdzie te podwórka się wzajemnie przenikają – zwłaszcza że granice pomiędzy nimi nie są wyraźnie ustalone, co sprawia, że często więcej niż jedna grupa uzurpuje sobie prawo do danego terenu – a także wynikają z faktu, że podwórko nadrzędne jest zwykle podporządkowane aktualnie panującym zwyczajom i ci, którzy im hołdują, niechętnie widzą zmiany.

Ale moja książka jest znacznie prostsza niż to, co tu opowiadam. Ona po prostu mówi o pewnej dziewczynie, która chce żyć i jeszcze znaleźć w tym życiu jakiś sens, a może nawet szczęście.

zapowiedź książki

Trzecia ręka ciemności

Czytam sobie w „Wiedzy i Życiu” artykuł o hermafrodytach, a jednocześnie podczytuję Poczwarki Wyndhama.

Z artykułu dowiaduję się, że osoby o cechach obu płci w większości społeczeństw na przestrzeni dziejów były stygmatyzowane, czasem zabijane, kiedy indziej zaś „tylko” narzucano im przyjęcie określonej płci (czasem tylko nominalnie, a czasem z pomocą skalpela). Zdarzały się jednak przypadki traktowania takich osób jak swoistych świętych – taką rolę pełnili na przykład u Indian Nawaho.

Znowuż w książce Wyndhama mamy świat po katastrofie ekologicznej (prawdopodobnie nuklearnej), gdzie wszystkie zmutowane organizmy z ludźmi włącznie są bezlitośnie eliminowane celem zachowania czystości gatunków. Decyzja o tym, co jest mutacją, a co nie, należy do rządu, ale dyskomfort w społeczeństwie wzbudza nawet kot bez ogona czy nadmiernie wyrośnięty koń. Trzeba też bardzo uważać na to, co się mówi – jeśli wyrazisz opinię, że lepiej poradziłbyś sobie z pracą, mając o jedną rękę więcej, może to zostać potraktowane jako prośba do diabła, aby cię tą dodatkową ręką obdarzył.

Wskutek tych dwóch jednoczesnych lektur zrodziło się w mojej głowie pytanie, jak zareagowałoby nasze społeczeństwo, gdyby nagle masowo zaczęły przychodzić na świat dzieci o cechach obojnaczych. Na początku wyparcie, marginalizacja tematu, bo przecież nie można dopuścić myśli, że takie osoby miałyby stanowić pełnoprawną i liczną część społeczeństwa. Więc stygmatyzacja, wezwania do odgórnego narzucania niemowlętom płci (albo nie tylko wezwania – zależy od tego, kto akurat by u nas rządził). Załóżmy jednak, że te dzieci się rodzą i rodzą, a rodzice je kochają, bo to w końcu ich dzieci. Coraz więcej rodziców decyduje się nie ingerować w płeć swojego dziecka; dorastając, każde z nich samo decyduje, kim się czuje – mężczyzną, kobietą, a może właśnie hermafrodytą. Trzeba przedefiniować pojęcie orientacji seksualnej, dodać nową płeć. Albo po prostu, jak uważali hipokratejczycy, uznać, że istnieje pewne spektrum, którego krańce wyznaczają osobniki stuprocentowo męskie i stuprocentowo żeńskie, a pomiędzy nimi jest cała gama możliwości pośrednich. Wyobrażam sobie, że w społeczeństwie, w którym stygmatyzuje się człowieka nawet za zakochanie się w osobie tej samej płci, musiałoby to powodować silne dysonanse. Dochodziłoby do mordów w obronie czystości płciowej. Wygłaszano by płomienne mowy o tym, jak nasze społeczeństwo się stacza i jak nie wolno nam do tego dopuścić. Ale czas robiłby swoje: z czasem większość z nas przyzwyczaiłaby się do nowej sytuacji, a dla tych w niej zrodzonych taki stan byłby naturalny.

Oczywiście razem z postrzeganiem płci zmieniłoby się postrzeganie ich tradycyjnych ról. Nie byłoby takiej polaryzacji między zajęciami „męskimi” i „żeńskimi”, wytycznych, co przystoi dziewczynce, a co chłopcu. Nie oznacza to bynajmniej, że wszyscy zostaliby sprowadzeni do wspólnego mianownika. Po prostu spektrum by się poszerzyło.

Prawda, że świetny pomysł na powieść? Te wszystkie implikacje społeczne, kulturowe, uczuciowe, seksualne, nawet zawodowe. Ursula Le Guin tylko musnęła ten temat w Lewej ręce ciemności. Mam poważną ochotę napisać coś takiego, więc uprzejmie proszę o niepodkradanie pomysłu 😉

A realnie… realnie to warto sobie wyobrazić taką ewentualność, by się trochę zdystansować do tego, co mówią niektórzy politycy i o czym piszą media.

Bibliografia:
Szamałek, Jakub: Dwa w jednym. „Wiedza i Życie” 3/2011,
Wyndham, John: Poczwarki, Wydawnictwo Literackie 1984,
Le Guin, Ursula K: Lewa ręka ciemności , czytałam dawno, ale też chyba z WL.

Peter Hammill

Przy okazji pisania artykułu o zespole Rush zapowiadałam, że napiszę kiedyś o jeszcze jednym artyście, który jest dla mnie równie ważny, a może i ważniejszy. Tym artystą jest Peter Hammill. Od wielu lat te dwie fascynacje idą u mnie w parze, a zarazem są całkowicie odmienne: w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że Rush działa bardziej na intelekt, a Hammill na emocje. Nie znaczy to bynajmniej, że nie potrafię się wzruszyć utworem Geddy’ego i spółki. Rzecz raczej w tym, że ich twórczość nie porusza aż tak delikatnych strun w duszy jak twórczość Petera. Teksty Neila Pearta są dobre i mądre, lecz rzadko można je nazwać poezją; Peter jest poetą w pełnym tego słowa znaczeniu. Śpiewa własne teksty, często (jak choćby w przypadku płyty Over, którą nagrał po rozstaniu z partnerką) dotykające ważnych doświadczeń w jego życiu i wykonane z taką dawką emocji, że przeżyłam już przy nich niejedno katharsis.

posłuchaj Betrayed

Pierwszy raz zetknęłam się z jego twórczością w roku 1990, przy okazji prezentacji przez Tomasza Beksińskiego płyty Out of Water. Chyba najlepiej pamiętanym utworem z tego albumu jest opowiadający o samobójcy A Way Out, ale moim cichym faworytem jest Not the Man, a w nim takie słowa:

But if I’m not the man
that you took me to be
Did I walk in your dreams?
I’ve no idea who that person could be.
I remember it well
I can guess what went wrong:
You believed all those words
in the popular songs

Look at me: if I’m not the man I was
then who is he?

Dalej było mnóstwo kolejnych płyt, późniejszych, a przede wszystkim wcześniejszych. Zarówno solowych, które nagrywał od 1971 roku do… teraz, jak i tych nagranych z zespołem Van der Graaf Generator (w latach 1969–1971; 1975–1977 [jako Van der Graaf] i 2005 do teraz). Nie każda płyta i nie każdy utwór, rzecz jasna, dostarczały tych samych wzruszeń, ale pośród tego mnóstwa muzyki można ich było wyłowić naprawdę sporo. W twórczości Van der Graafa moją najbardziej ukochaną płytą jest Pawn Hearts, a na niej utwór Man-Erg, którego można posłuchać TU, a tekst koniecznie trzeba przeczytać TU.

Wszystkie (?) teksty VDGG też są dziełem Petera, więc choć być może częściej niż te solowe podejmują tematykę uniwersalną, bywają równie osobiste jak tamte (wspomnijmy choćby przepojony egzystencjalną samotnością House with no Door czy opowiadający o utraconej miłości Lost). Zresztą wszystko to się miesza, bo twórczość Petera jest też po trosze teatrem (zamiłowanie do aktorstwa przejawiał już podczas studiów na politechnice w Manchesterze, udzielając się w zespole teatralnym) i nigdy nie można być do końca pewnym, czy śpiewa o własnych, czy o cudzych doświadczeniach. Co bynajmniej nie wyklucza szczerości i głębokiego przeżywania własnych tekstów.

Choć teksty Petera są dla mnie niezmiernie ważne, spieszę zapewnić, że jego twórczość nie tekstem jedynie stoi. Muzycznie, a przede wszystkim głosowo Hammill może konkurować z najlepszymi rockmanami, a do jego wpływu przyznawały się takie gwiazdy jak Johnny Rotten czy Fish. Zawsze pozostawał nieco na uboczu rockowego światka, być może dlatego, że ceni sobie prywatność. O artystycznej uczciwości nie wspominam, bo naprawdę trzeba by się było bardzo starać, żeby mu zarzucić odstąpienie od niej w jakimkolwiek momencie kariery. Owszem, zmienia się – jak każdy muzyk i każdy człowiek. Ale nawet to, że ostatnio trochę przynudza, jest dowodem na to, że pozostaje sobą. Mogę sobie wyobrazić, że ktoś, kto za dwa dni skończy 64 lata, podchodzi do życia nieco spokojniej niż za młodu – choć pewne jest, że na koncertach nadal daje czadu, a głos ani trochę nie odmawia mu posłuszeństwa.

Tak przynajmniej było w roku 2007, kiedy wystąpił w Bydgoszczy z Van der Graafem, a także wcześniej, w 1999 i 1995, gdy grał solo (przy czym „solo” to znaczy CAŁKIEM solo – nie pamiętam, czy na obu koncertach, ale chyba tak: na scenie był całkiem sam, przeplatając serie utworów śpiewanych z towarzyszeniem fortepianu z tymi śpiewanymi przy wtórze gitary). Byłam na tych trzech występach i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała okazję posłuchać go na żywo.

O, proszę, TU ktoś wrzucił jeden z moich ulubionych utworów, In the End zarejestrowany na koncercie w roku 2010. Jakość nagrania nie jest rewelacyjna, ale do zniesienia. A TU tekst utworu, będący jednym z powodów mojej doń miłości.

Przed pierwszym polskim koncertem Petera, w roku 1995, miałam okazję uczestniczyć w konferencji prasowej. Większość pytań, jak to na takich konferencjach bywa, była głupkowata, ale odpowiadał cierpliwie i z wielką życzliwością. Po drugim koncercie wyszedł do publiczności, podpisywał płyty. Ktoś podał mu rękę – wtedy Peter uścisnął dłonie wszystkim dookoła. Powiecie, że nie on jeden tak robi. Pewnie, że nie. Ale dla mnie ważne jest, że był to właśnie on.

Pora przyznać, dlaczego tak długo zwlekałam z napisaniem tego tekstu. Otóż nie potrafiłam ogarnąć w jakąś sensowną całość wieloletniej i zróżnicowanej twórczości Petera. Wiedziałam, że wyjdzie z tego chaos. Ostatecznie jednak uznałam, że chaos z Peterem Hammillem w roli głównej jest lepszy niż cisza. Poniżej linkuję kilka kolejnych ulubionych utworów. Jeśli coś z tego Wam się spodoba, jeśli zostawi w Was jakiś ślad, to znaczy, że moje zmagania z tym chaosem nie poszły na marne.

Just Good Friends (tekst)
Gog (tekst)
The Birds (tekst)
Shingle Song (z tekstem)
Tenderness (tekst)

Anka

Są ludzie, którym nie powinno się pozwolić umrzeć. I często to oni odchodzą najprędzej. Wydaje się, że mają magiczną klepsydrę Hermiony: tyle są w stanie zrobić, być w tylu miejscach jednocześnie. Kiedy znikają, to jakby nagle zniknęło pół świata.

Włączam komputer i czytam „Anna Laszuk nie żyje”. Czytam, ale nie wierzę, nie ogarniam. No bo jak to: przecież miałam Ci wysłać tę książkę, którą teraz piszę, a ona miała Ci się spodobać i może nawet miałaś powiedzieć coś o niej w radiu.

Nie ma to jak obrazić się na kogoś za to, że umarł.

Ankę poznałam ponad dwadzieścia lat temu. Spotykałyśmy się na zlotach organizowanych w ramach czegoś, co zrodziło się pod nieco tajemniczą nazwą Korespondencyjny Klub Czytelników. Cała historia zaczęła się od pani Marii Łopatkowej, pedagoga i autorki kilku książek o problemach młodzieży. Po tych książkach pani Maria zaczęła dostawać takie mnóstwo listów od młodych ludzi, że nie wyrabiała się z odpowiadaniem. Wpadła więc – ona albo ktoś z jej otoczenia – na pomysł, żeby młodzież pomagała sobie nawzajem. I tak zaczęto organizować spotkania, zloty, potem obozy, na których odbywały się różne warsztaty, pogadanki pedagogów/psychologów i takie tam, ale i tak najważniejsze były „nocne rodaków rozmowy” – w pokojach, w salach gimnastycznych (bo zloty często odbywały się w szkołach), w kuchni. Mnóstwo wygłupów, gonienia się po szkole, ale i mnóstwo tolerancji, otwartości na drugiego człowieka. I Anka, zawsze z gitarą, bo nawet jeśli jej nie przywiozła, jakaś się znalazła i koncert musiał być.

Pierwszy raz zetknęłam się z KKC (który później oficjalnie działał jako TPM, Towarzystwo Pomocy Młodzieży, bo potrzeba było pompatycznie brzmiącej nazwy, żeby wyciągnąć dotacje z budżetu) w wyniku lektury jednej z książek pani Marii, gdzie pojawiła się wzmianka o klubie. Najpierw były listy, potem zamiast iść na studniówkę (bo i tak nie miałam z kim, a poza tym nie lubiłam tańczyć) pojechałam na zimowy obóz do Biecza. Później zaczęłam jeździć na zloty, które odbywały się co parę miesięcy w różnych miejscach Polski. Jeszcze chyba w tym samym roku na jednym z takich zlotów poznałam Ankę. Później spotykałyśmy się parokrotnie. Wysyłanie listów szło Ance ciężko, ale pisanie ponoć nie, bo przy każdym spotkaniu mówiła, że ma w szufladzie pełno listów do mnie. W każdym razie doczekałam się bodaj dwóch i właśnie mam zamiar zdjąć z szafy pudło z listami i ich poszukać. Choć trochę się boję.

Boję się, ale i jestem ciekawa, bo zupełnie nie pamiętam, o czym myśmy tam rozmawiały przy tej kawie i papierosach w kuchni w Tomaszowie, chociaż z Tomaszowa pamiętam akurat herbatę, a kawę z cytryną z Torunia. Na pewno nie o orientacji seksualnej. Ty nie obnosiłaś się ze swoją, choć pewnie już wiedziałaś. Ja zupełnie się nad tym nie zastanawiałam. To znaczy nad Tobą, bo nad sobą może i tak. W każdym razie miałyśmy po 20–22 lata, więc pewnie obgadywałyśmy starych i społeczeństwo in general. Muzyki, książek i filozofowania też zabraknąć nie mogło. Poszukam tych listów, poszukam, jak już się odważę[1].

Wtedy przyjmowałam to jako rzecz naturalną, ale po latach, gdy stałaś się osobą dość znaną, czasem zadawałam sobie pytanie, dlaczego właściwie Ty, już wtedy dość charyzmatyczna, polubiłaś się z taką ofermą jak ja. Może wiedziałaś o mnie rzeczy, których ja sama wówczas nie wiedziałam, do dziś nie wiem. A może po prostu bycie ofermą nie dyskwalifikuje kogoś, kto oprócz tego posiada wachlarz zalet 😉

Najbardziej prawdopodobne, że lubiłaś się z większością ludzi.

Później skończyły się zloty i urwał nam się kontakt. Ty (o czym dowiedziałam się po latach) robiłaś mnóstwo rzeczy. Organizowałaś, pisałaś, walczyłaś, zakładałaś. Ja próbowałam coś robić, ale połowę z tego zjadały moje nerwice i niepewności. Usłyszałam Cię w radiu. Napisałam, ale nie doczekałam się odpowiedzi. Potem wydałaś książkę i czytałam w gazecie, że jakiś coming-out,  że działalność, że w ogóle. Wtedy pomyślałam, że już mi nie odpiszesz, bo jesteś sławna i masz na głowie inne sprawy. A tu parę miesięcy później przychodzi wiadomość na nk. Okazało się, że zgubiłaś list z moimi namiarami tego samego dnia, w którym go dostałaś. Na szczęście nie należę do osób ukrywających się przed Wielkim Bratem (to raczej Ty pisałaś, że z internetu jesteś noga, a konkretnie nie noga, tylko inna część ciała), więc nawet w epoce przedfejsowej dało się mnie odnaleźć.

Przekonałam się, że po drugiej stronie wciąż jest ta sama Anka co przed laty. Fajna, energiczna, kipiąca poczuciem humoru, pozytywnie zakręcona. I tak jak kiedyś, kontakt z Tobą dodawał sił, żeby robić coś fajnego, iść naprzód. Pisałaś, żebym Cię odwiedziła, ale nie potraktowałam tego poważnie. Chyba wciąż miałam gdzieś z tyłu głowy przekonanie, że Ty stałaś się kimś ważnym, a ja pozostaję ofermą. Teraz chętnie odkręciłabym sobie łeb i nalała trochę oleju.

Wymieniłyśmy kilka wiadomości, kliknęłyśmy się na fejsie. Ostatni kontakt miałyśmy na początku tego roku. W kwietniu widziałam Cię w telewizji. Nie miałam pojęcia, że chorujesz. Nie zdążyłam się pożegnać. Choć i tak nie wiem, co miałabym Ci powiedzieć. Chyba po prostu „dziękuję”. Dziękuję za Twoją odwagę i waleczność, za pozytywnego kopa, którego mi dałaś i mam nadzieję, że będziesz dawać nadal.

Jeden list, dwa mejle, jedna wiadomość na nk. I „przyjaźń” na facebooku, która już nie odezwie się Twoim głosem. Tyle mi zostało po Tobie.

Obie byłyśmy niewierzące, ale martwię się o Ciebie, bo wiem, że nie znosisz, kiedy nic się nie dzieje. Może jakaś reinkarnacyjka? Mogłabyś wcielić się w kota i czuwać nad nami.

Znając Ciebie, byłby to czarny kot.


[1] Edit: znalazłam jeden. I to nudny 😉