Category Archives: maniactwo

Kilka tegorocznych motylków i innych bobrów

Nie udaje mi się regularnie pisać na blogu, więc przynajmniej poczęstuję Was paroma zwierzakami, które udało mi się tego lata sfotografować. Mam nadzieję, że to nie koniec! Nie udało mi się na przykład sfotografować czapli siwych, które czasem widuję, ostatnio nawet na wysokości mojego osiedla.

Bobrów jest w tym roku od cholery. Lis długo mieszkał w parku, ale chyba przeniósł się na Wildę. Sarenki objawiają się tu i ówdzie. Z motylami myślałam, że będzie dramat, ale jednak w końcu się objawiły. A że w międzyczasie pojechałam na wakacje, udało mi się wyhaczyć jeden prawdziwy rarytasik.

_MG_4310

Lis (Poznań Rataje)

_MG_4448

Wiewórka (Poznań Rataje)

_MG_4294

Bóbr (Poznań Rataje)

_MG_4832

Rusałka admirał (Poznań Rataje)

_MG_4393

Polowiec szachownica (Poznań – okolice Rataj i Poligrodu)

_MG_4813

Dostojka malinowiec (Poznań Rataje)

_MG_4760

Rusałka kratkowiec (Poznań Rataje)

_MG_4749

Rusałka ceik (Poznań, chyba Rataje)

_MG_5178

Osadnik egeria (Poznań Rataje)

_MG_5242

Rusałka pokrzywnik (Beskid Żywiecki, okolice Rajczy)

_MG_5783

Krasopani hera (Słowacja, Góry Strażowskie). To właśnie ten rarytas, o którym pisałam, bo w Polsce jest bardzo rzadka i z moją spostrzegawczością na pewno bym jej nie zobaczyła.

_MG_4171tt

Kowalik (Poznań Rataje)

Nieustająco obiecuję się poprawić i pisać więcej, ale nie deklaruję od kiedy 😉

Reklamy

Nocne zdjęcia

_mg_5638

Fajnie się teraz robi „nocne” zdjęcia, bo zmrok zapada wcześnie i zapalają się lampy. Nie trzeba czatować do 22.00, wystarczy 0 16.00 czekać ze statywem w strategicznym miejscu. W dodatku o tej porze siedzą jeszcze ludzie w takich przybytkach jak biurowce, uczelnie czy Urząd Miasta, a co za tym idzie, palą się światła w oknach i zdjęcia mają więcej uroku.

Jest jednak pewien minus zimowych zdjęć, mianowicie temperatura. Trudno manipulować przy ustawieniach aparatu w rękawiczkach, a zasadniczo jestem zmarzlakiem, więc już jest ciężko, a co dopiero wtedy, gdy temperatura spadnie kilka stopni poniżej zera. A pewnie będę chciała fotografować i w takich okolicznościach przyrody, bo śnieg, szron albo choćby lód są wdzięcznym tematem, czy też raczej wątkiem fotograficznym.

_mg_5710

Wschód słońca nad Maltą, październik

Powyższe zdjęcie to trochę insza inszość, bo znacznie mniej bolesne jest robienie zdjęć o zachodzie słońca niż przed wschodem. Po pierwsze, mniej więcej wiadomo wtedy, jak będzie wyglądało niebo, czy jest zachmurzone i czy można liczyć na jakieś fajne barwy, a przed świtem to loteria – prognoza pogody nie jest nieomylna. Ponadto nie lubię wcześnie wstawać, a tym bardziej nie uśmiecha mi się wychodzenie z domu, gdy jest jeszcze niemal całkiem ciemno (i zimno!), i jazda rowerem do miejsca fotografowania. Dwa razy jednak się skusiłam – drugi nie był tak malowniczy, ale podczas pierwszej sesji widoki z nawiązką wynagrodziły mi wstawanie i marznięcie (był październik, ale temperatura przed wschodem wynosiła jakieś 3-4 stopnie). Poniżej jeszcze jedno zdjęcie z tamtego poranka.

_mg_5732

Takie chwile i rano, i wieczorem potrafią być magiczne – trudno to sensownie opisać bez nurzania się w kiczu, ale czuje się wtedy ogromną zażyłość nie tyle z przyrodą, bo nie zawsze fotografuję przyrodę, trudno zresztą w mieście oddzielić przyrodę od wytworów człowieka, ile z pięknem. Czasem patrzę na widok, który fotografuję, i dosłownie opada mi szczęka. A jeszcze bardziej, jeśli udaje mi się uchwycić to piękno na zdjęciu, co niestety nie jest takie powszechne.

Poniżej kilka zdjęć wieczornych wykonanych między październikiem a grudniem.

_mg_8618

Widok z tarasu tzw. Gargamela, czyli dość pokracznej budowli mającej imitować zamek Przemysła II, o którym nikt nie wie, jak wyglądał

_mg_8747

Może znalazłyby się w moich zbiorach bardziej dramatyczne zdjęcia mostu św. Rocha, ale lubię to ze względu na barwy, księżyc, a także dlatego, że wykonałam je z pomostu dla wędkarzy, który wkrótce potem ktoś (nie ja!) zepsuł, a następnie go zdemontowano, wskutek czego teraz można fotografować tylko z brzegu i nie obejmie się całego odbicia.

_mg_9234

A z tych dramatycznych (już bez pomostu) to choćby takie

odzysk

Miały być odpaździernikowo dogrudniowe, a to jest z września. Ale przedostatniego 🙂 Fontanna i budynek Teatru Wielkiego w Poznaniu. Niestety przypadkowo skasowałam oryginał i pozostał mi jedynie gorszy jakościowo „odzysk z fejsa”. Przy tym rozmiarze – mam nadzieję – nie widać różnicy.

Jak pokochałam Maltę

IMG_9259

Widok z okolic zegara słonecznego

Porobiło się tak, że najchętniej fotografuję krajobrazy. Mam już wprawdzie nowy obiektyw „na ptaszki” (55-250mm) i nawet w tym wpisie pokażę Wam efekty jego używania, ale i tak najczęściej wyprawiam się na zdjęciowe łowy z małym obiektywem i statywem. Okazało się, że najbliższe i najwdzięczniejsze miejsce na takie łowy to Jezioro Maltańskie, do którego mam jakichś piętnaście minut rowerem. Przez ostatnie trzy miesiące dowiedziałam się o tym miejscu więcej niż przez wszystkie dotychczasowe lata (a mieszkam na Ratajach od roku 1993), poznałam chyba wszystkie pomosty, punkty widokowe na brzegu, a także sporo fauny – ot, choćby bobra, perkoza rdzawoszyjego czy też samotnego młodego łabędzia, któremu nadałam imię Ash. Ash przesiaduje zwykle na jednym z pomostów przy końcu jeziora. To ponoć nic dziwnego, że jest sam, bo łabędzie odłączają się od rodziców w wieku kilku miesięcy, a rodzinę zakładają dopiero w wieku 4-5 lat. Trochę jednak się o niego martwię. Mam nadzieję, że jesienią dołączy do jakiejś grupy i odleci z nią.

_MG_0473

Ash na pomoście

IMG_9621t

Perkoz rdzawoszyi

Bobra Wam nie pokażę, bo zdjęcie nieostre, ale mogę opowiedzieć, jak go spotkałam. Otóż przyczaiłam się na fontannę, która wreszcie zaczęła działać – wcześniej bowiem wieczorami, kiedy powinna mienić się kolorami, na ogół nie działała. Ale naprawili. No i znalazłam sobie takie miejsce, nie napiszę gdzie, które wydawało się obiecujące do zrobienia fajnych prawie-nocnych zdjęć. Rozstawiłam statyw i fotografuję, coraz bardziej świadoma, że w trzcinach za plecami coś się gramoli. W końcu wylazło. Może trochę przyczynili się do tego wrzeszczący ludzie w pontonie z silnikiem, którzy panoszyli się po całym jeziorze. W każdym razie bóbr wygramolił się z wody jakieś dwa metry ode mnie. Było już bardzo szaro, ale nie ciemno.  Trochę się na niego pogapiłam, a ponieważ od razu nie zwiał, poszłam po aparat, jakimś cudem nawet przypomniałam sobie, by włączyć lampę, ale niestety aparat nie złapał ostrości (chyba nawet wiem dlaczego), więc choć pokazałam jedno ze zdjęć znajomym na fejsie, to Wam nie pokażę 😉 W każdym razie bydlak był wielki i nie ma wątpliwości, że to bóbr. Potem zwiał do wody, popłynął kawałek dalej, gdzie trzcina była gęstsza, i tyle go widziałam.

Wszystkie te wieczory i związane z nimi przygody obudziły we mnie głęboką miłość do tego miejsca. Niby miejskie jezioro, oblegane przez spacerowiczów, rowerzystów, biegaczy, rolkarzy, nawet osoby pijące piwo w przyjeziornych knajpkach, ale drzemie w nim kawał magii – wielokrotnie samotnie stałam ze statywem na pomoście, przy którym latem jest popularna plaża, gdy wokół zapadał zmrok. Tylko kaczki pluskały, muzyka dobiegała z dala, aż nagle, o dziewiątej, ciemno już było, zaczynała płynąć po wodzie melodia dobiegająca prawdopodobnie aż z kościoła w Zielińcu – w każdym razie kiedyś byłam tam wieczorem i tak samo grało. Zaprawdę, powiadam Wam – kawał solidnej magii. Nie raz tam zmarzłam, ale zwykle nie odczuwałam tego podczas robienia zdjęć. Albo byłam zbyt zaaferowana, albo zimno dawało się we znaki dopiero na rowerze, gdy trzeba było mierzyć się z wiatrem.

Każdy wieczór jest inny. Inny jest każdy zachód słońca, każdy zmierzch. Czasem zdjęcia w „niebieskiej godzinie” – krótko przed całkowitym zapadnięciem ciemności – faktycznie wychodzą niebieskie (właściwie granatowe), a czasem bardziej szare. Jeszcze tego do końca nie rozgryzłam, ale wydaje mi się, że większe szanse na niebieskość są wtedy, gdy niebo jest albo całkowicie czyste, albo jednolicie zaciągnięte chmurami. Gdy trochę tak, a trochę tak – wychodzi szarość z chmurką.

Im bardziej zaprzyjaźniam się z tym miejscem i z tamtejszą fauną, tym bardziej niepokoją mnie sytuacje w rodzaju tych gości, którzy szaleją motorówkami. Mam nadzieję, że była to jakaś jednorazowa impreza, a nie, że na przykład otwarto wypożyczalnię i odtąd będą tak szaleć codziennie. Wydaje mi się, że przeszkadza to nie tylko zwierzętom, ale także znakomitej większości ludzi wypoczywających tam i uprawiających różne formy rekreacji.

Jestem też ostrożna w kwestii nowej ledowej tablicy, która powstała w miejscu starej tablicy wyników. Jeszcze jej nie widziałam, ale z opisu wnoszę, że będzie wyświetlała filmiki reklamowe, co moim zdaniem bardzo źle wpłynie na estetykę miejsca i zepsuje przyjemność obcowania z zachodami słońca.

Ale zobaczymy. Na razie zostawiam Was z filmem ukazującym feerię barw fontanny (polecam obejrzenie do końca, bo pod sam koniec coś się dzieje) oraz kilkoma zdjęciami jeziora.

_MG_0352

Z prawej za pomostem to oczywiście Ash

_MG_0420

CH Malta z kaczką

_MG_0509

Wieczór sfotografowany z trawiastego półwyspu niedaleko term

_MG_0551

Raz jeszcze fontanna – tym razem statycznie

_MG_0529

Dobra, macie tego bobra

Wychodzę na chwilę

IMG_7649

Jest taka sprawa, że nabyłam lustrzankę. Jest też taka sprawa, że umiejętności związane z jej używaniem nie rodzą się automatycznie w głowie i w oku, co może nie było dla mnie szczególnym zaskoczeniem, ale przyczyną pewnej frustracji i owszem. Na szczęście kilka zaledwie dni po tym, jak nabytek wylądował w mych rękach, zostałam pocieszona przez posiadacza podobnej zabawki, niejakiego Prezesa, że jemu też początkowo zdjęcia wychodziły gorsze niż z idiotencamery i dopiero po pół roku zaczęły jakoś wyglądać. Dodam, że „jakoś” w jego przypadku znaczy „naprawdę nieźle”.

No więc ćwiczę. Ćwiczę namiętnie. Tak namiętnie, że współmałżonek wertuje encyklopedię zdrowia w poszukiwaniu odpowiedniej jednostki chorobowej. Już wcześniej wprawdzie zdarzało się, że po powrocie z zakupów rzucałam siatki w korytarzu, wołałam „Wychodzę na chwilę!”, brałam aparat (mój wcześniejszy model, o którym zaraz) i zbiegałam przez park nad Wartę, by obfotografować zachód słońca. Czasem nawet nie było trzeba wracać z zakupów – wystarczyło światło odbijające się w oknach przeciwległego bloku.

IMG_6656

Mój poprzedni aparat, właśnie. Choć „poprzedni” to jednak krzywdzące określenie, bo z racji mieszczenia się w torebce nadal bywa w użyciu i podejrzewam, że nie rozstanę się z nim na dobre. Nie był pierwszy, ale był moją pierwszą cyfrówką, i choć można robić na nim automatycznie wszystko, od początku zawzięłam się, żeby ustawiać ręcznie, co tylko się da. Podobnie zresztą robię z nowym, co oczywiście nie jest optymalnym wyjściem, bo niemal przy każdym ujęciu trzeba zmieniać ustawienia (i przeważnie wykonać kilka zdjęć, nim się znajdzie jakieś w miarę dobre), a nie zawsze jest na to czas. Uparłam się jednak, że chcę jak najwięcej się nauczyć, a czas na tryb automatyczny czy półautomatyczny przyjdzie potem.

Poprzednim aparatem fotografowałam kilka lat i wiele się nauczyłam, choć może po moich zdjęciach tego nie widać 😉 Dużo z tej wiedzy przydaje mi się teraz, gdy mam nowy, też zresztą Canona, więc i rozkminienie teorii okazało się łatwiejsze. Praktyka to całkiem inna para kaloszy, ale mam na nią całą resztę życia. Jedna natomiast rzecz z czasem coraz mocniej mi doskwierała, mianowicie aparacik ów nie dawał możliwości własnoręcznego ustawienia czasu naświetlania i przysłony. Można było dać mu do zrozumienia, czego dusza pragnie, manipulując ISO i przełącznikiem makro/normalne/pejzaż, ale o uzyskanie wymarzonego efektu było trudno. A kusiły mnie choćby zdjęcia nocne.

IMG_7723

Długo się przymierzałam do zakupu nowego aparatu. Mając niewielką wiedzę (bo tej nabywa się dopiero w praktyce, o czym zdają się nie pamiętać różni mądralińscy z forów fotograficznych), nie umiałam określić, jaki aparat będzie dla mnie dobry, a każdy doradzał co innego. W końcu wybrałam najprostsze rozwiązanie: oto ktoś zapytał fotografa publikującego fajne zdjęcia na fejsie, jakiego używa sprzętu, a on odpowiedział: „Nie specjalnego, Canon taki a taki, obiektyw taki a taki”. Postanowiłam, że taki właśnie aparat kupię. Skończyło się na nowszym modelu, bo tamtego nie było już w sprzedaży. Okazało się zresztą, że to aparat dość popularny wśród moich znajomych. Na drugi obiektyw wciąż pracuję, na razie używam standardowego 18-55mm, który nieźle nadaje się do pejzaży, natomiast trudno robić nim zdjęcia czegoś, co nie chce pozować ni podejść, np. ptaszków. Upatrzyłam już sobie nawet obiektyw 55-250mm, ale pomijając aspekt finansowy, chcę na razie trochę poćwiczyć na tym, który mam. Czasem się wściekam – ot, choćby podczas wczorajszej wycieczki rowerowej, gdy przyuważyłam kokoszkę wodną w Parku Sołackim, a na Rusałce kaczkę z małymi – ale czuję, że jeszcze nie czas na dokładanie kolejnego przedmiotu w tej mojej fotoszkole, bo i bez tego daleka jestem od jakiegokolwiek ogarniania. Uczę się cierpliwości – zdarza mi się pojechać rowerem nad Maltę o zachodzie słońca, znaleźć fajną miejscówkę, rozstawić  statyw, zmarznąć, a po powrocie do domu stwierdzić, że mam może jedno znośne zdjęcie. Najgorsze, że torturuję znajomych z Facebooka swoją twórczością, czasem nawet tą słabszą, bo jakoś nie mogę się pogodzić z tym, że wieczór poszedł na marne.

Inna rzecz, że dziś wiele osób przegląda internet na komórkach, gdzie nie zawsze da się odróżnić dobre zdjęcie od niedobrego, co może być pewną pociechą w przypadku tych gorszych, za to w przypadku lepszych frustruje. No i algorytmy fejsa, które arbitralnie decydują, co komu pokazać, a co nie.

IMG_7829

Tak więc odkrywam, że pod wieloma względami fotografowanie przypomina pisanie – namęczysz się, a pies z kulawą nogą tego nie doceni. Tyle tylko, że przynajmniej omiecie wzrokiem, a to i tak więcej niż w przypadku twórczości literackiej czy choćby tego wpisu. Ale chwilowo nowe hobby przysłania mi większość starych, co w jednych przypadkach mnie martwi, a w innych cieszy. Besztam się na przykład za to, że rzadko biegam, natomiast brak pisania mnie wręcz raduje, bo niepublikowana twórczość powoli przestawała mieścić się w szufladzie. W szufladzie mojej cierpliwości, that is. Spieszę jednak zapewnić, że nie z powodu frustracji zaprzestałam pisania. Na pewno kiedyś doń wrócę, choćby i za dwadzieścia lat. Tylko to bieganie… no dobra, może dzisiaj się uda, bo pogoda mało fotograficzna.

W każdym razie nie zanosi się na to, żebym w najbliszej przyszłości przestała wrzucać na fejsa zdjęcia, w nadmiernej być może liczbie. Mam nadzieję, że nie stanie się to dla nikogo powodem wyłączenia mnie z feedu. A współmałżonek pewnie jeszcze nie raz usłyszy „Wychodzę na chwilę!” i będzie doskonale wiedział, że nie ma się mnie spodziewać wcześniej niż za godzinę.

Chciałabym kiedyś robić dobre zdjęcia. Trzymajcie kciuki.

IMG_6863

IMG_7413

Transatlantyk 2015 – rozgrzewka

Właśnie przestudiowałam program tegorocznego Transatlantyku i wypisałam sobie 21 filmów. Zaznaczam, że nie interesują mnie żadne ekstrawagancje typu kino łóżkowe czy kulinarne – chcę oglądać dobre filmy. Osiem dni, trzy kina, wypisanych przeze mnie 21 filmów to niewielki ułamek tego, co będzie się tu działo. Filmy oscarowe i niszowe, dokumenty, kino festiwalowe, kino sportowe z genialnymi zdjęciami. Bilety na niektóre sekcje po 15 zł., na inne po 5 lub za darmo. Oczywiście będę musiała wykreślić jeszcze połowę, bo nie mam tyle czasu, część filmów jest o tych samych porach, a Muza wymyśliła, że bezpłatne wejściówki będą do odebrania godzinę przed seansem, co praktycznie oznacza brak możliwości ich zdobycia, jeśli nie ustawię się (lub kogoś) w kolejce dwie godziny wcześniej. Ale i tak czeka mnie cudowny tydzień. Od dwóch lat planuję wakacje w taki sposób, żeby na Transatlantyk być w Poznaniu. Więc błagam, nie mówcie mi, że ten festiwal jest niepotrzebny. W ciągu tych ośmiu dni przewija się tu tyle genialnego kina, ile nie zobaczy się we wszystkich kinach Poznania przez cały rok. Owszem, część tych filmów (np. te nominowane do Oscarów) już była w kinach, a część będzie. Ale większości nie było i nie będzie.

Podobno Kaczmarek wyciągał od miasta wielkie pieniądze i podobno większość tych pieniędzy szła nie tyle na kino, ile na imprezy dookolne. Podobno nie ze wszystkimi artystami się rozliczył. Mnie osobiście owe dookolne imprezy nic a nic nie obchodzą, mam gdzieś bankiety, warsztaty i zapraszanie przebrzmiałych gwiazd (a raczej wdów po gwiazdach) w stylu Yoko Ono. Ponadto denerwuje mnie mieszanie ideolo do sztuki, a zwłaszcza akcje przeciwko GMO. Byłabym szczęśliwa, gdyby festiwal polegał wyłącznie na prezentacjach filmowych. Więc mam prośbę do tych, którzy narzekają na festiwal i z radością odsyłają go do Łodzi – jeśli te wszystkie filmy można sprowadzić i pokazać w tych samych cenach za dużo mniejsze pieniądze, to niech ktoś to, kurde, zrobi!!! Bo z punktu widzenia kinomanki odjazd festiwalu jest gigantyczną stratą.

Nalepka

I jeszcze jedna porcja refleksji z fejsa, sprzed dwóch tygodni, ale jakże aktualna.

Dzisiaj spotkała mnie przykrość. Zerwałam nalepkę z bardzo wulgarnym symbolem obrażającym pewną grupę społeczną, patrzę, a na tej nalepce „Lech Poznań”. W pierwszej chwili pomyślałam, że chyba czas przestać się spierać z tymi wszystkimi ludźmi, którzy stawiają znak równości między środowiskiem kibicowskim a gnojkami, którzy takie rzeczy rozpowszechniają i co za tym idzie, poniżają ludzi i nawet jeśli sami tego nie robią, sankcjonują ich dręczenie, a nawet zabijanie. No bo trudno z tym polemizować, skoro przykłady na ten znak równości mamy na każdym kroku.

Tylko że to znowu jest tak, jak z tym zawłaszczaniem polskiej flagi i miana patriotów. Ohydną manipulacją, z którą bardzo trudno jest walczyć. Zgraja ksenofobów i nienawistników wyciera sobie gęby symbolami Polski, ogłasza się jedynymi prawdziwymi patriotami i każdego, kto sprzeciwia się ich wizji, nazywa zdrajcą. Tak samo pewien typ nieprzyjemnych osobników próbuje zawłaszczyć symbole klubów i całą zawodową piłkę nożną i wmówić społeczeństwu, że ci, którzy nie są z nimi, nie są prawdziwymi kibicami. Jeśli ktoś to kupuje, albo zaczyna trzymać z nimi sztamę, bo nie chce być gorszy, albo stwierdza, że kibice to zło i on nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Otóż ja uwielbiam piłkę nożną, uwielbiam Lecha i gardzę tymi, którzy przyklejają ukradkiem nalepki i wykrzykują obraźliwe hasła, ale tylko, kiedy są w grupie albo ukryci za ekranem komputera w swoich bezpiecznych mieszkaniach. Nie, w sumie nawet nimi nie gardzę, tylko jest mi ich żal. Bo wiem, że w gruncie rzeczy to są słabi, nieszczęśliwi i samotni ludzie, którzy wyrażają nienawiść do innych, żeby zagłuszyć fakt, że nienawidzą siebie.

Może jestem adwokatem przegranej sprawy, zwłaszcza w taki gorący dzień, ale chciałam to napisać, więc napisałam.

Minirecenzje filmowe – kwiecień 2015

Timbuktu

W kwietniu widziałam nieco mniej filmów, ale wszystkie warte wzmianki. Najpierw jeden zaległy – W lepszym świecie duńskiej reżyserki Susanne Bier. Obraz z roku 2011, ale jakże aktualny. Piękny film, piękne zdjęcia, piękna muzyka. I dylemat, czy na agresję odpowiadać agresją, ryzykując eskalację przemocy, czy też ją ignorować, ryzykując, że agresor poczuje się bezkarny. Szczerze mówiąc, nie wierzę w istnienie dobrej odpowiedzi na to pytanie, ale wybieram tę, którą daje reżyserka.

Motyl: Still Alice; film, za który Oscara dostała odtwórczyni głównej roli, Julianne Moore. Moim zdaniem film wart raczej Oscara za scenariusz, który jest jego najmocniejszym punktem. Opowieść o pani naukowiec zajmującej się językiem, która w sile wieku, aktywna zawodowo, zapada na alzheimera. Co więcej, okazuje się, że odmiana, na którą cierpi, jest dziedziczna i że każde z jej trojga dzieci może ją mieć. Nie uważam tego filmu za wielkie dzieło, ale jest wart obejrzenia. Polski tytuł absurdalny.

Podczas festiwalu Afrykamera zobaczyłam dwa filmy: Run to opowieść osadzona w Wybrzeżu Kości Słoniowej. Tytuł to przezwisko głównego bohatera, który ciągle musi uciekać… Dobry, wartościowy film, skłaniający do poszerzenia wiedzy na tematy Czarnego Lądu – podobnie jak kolejny, Timbuktu, którego akcja z kolei toczy się w Mali. Ten obraz zgromadził w sali kinowej znacznie większą publiczność, bo jest bardziej znany – kandydował do Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Warto przy okazji wspomnieć, że w filmie słyszymy bodaj pięć języków: francuski, angielski, arabski i dwa używane w Mali. To jeden z symboli zagmatwanego afrykańskiego życia. Film poetycki, piękny, okrutny. Film o tym, jak różnie można pojmować islam („Nie obchodzi mnie dżihad innych ludzi, bo cały mój czas pochłania własny. Mój dżihad to ciągłe doskonalenie się, by być bliżej Boga”), o potrzebie wolności skonfrontowanej z brutalnością radykałów będących w istocie zakłamanymi konformistami. Scena gry w piłkę bez piłki przejdzie do mojej osobistej klasyki. Trzeba obejrzeć.

I wreszcie Aferim! (kalendarz mówi, że obejrzałam go 1 maja, ale skoro już dołączyłam do kwietniowych recenzji, to niech będzie) – film w koprodukcji kilku krajów, ale przede wszystkim rumuński, o Rumunach i ich narodowej tożsamości. Aferim znaczy „brawo” po turecku (słowo z czasów imperium osmańskiego, nie wiem, czy dziś używane). Kolejny film, po którym mogę napisać: „Świetne zdjęcia”. Czarno-biały, klimatyczny, pokazujący komplikację pierwszej połowy XIX wieku na Wołoszczyźnie. Śmieszny i straszny. „W tym filmie nic się nie dzieje, ale jest fajny” – podsumował po wyjściu jeden ze współwidzów. Ano.

Rozrywka

 

sztuka (acz nie mięsa)

Osoba z najbliższej rodziny żachnęła się kiedyś, że nie mam czasu na załatwienie jakiejś ważnej sprawy papierkowej, a na rozrywkę mam. Na rozrywkę, to znaczy na kino. Uderzyło mnie, jak odmiennie rozumiemy oglądanie filmów – dla mnie to jest obcowanie z kulturą, dla niej – zabawa, oderwanie się od codzienności. Nie chcę przez to powiedzieć, że kino nie może mi dostarczyć zabawy i jeśli nie ucieczki, to przynajmniej zmiany perspektywy na codzienność, ale chodzę tam po sztukę, po wrażenia artystyczne, po katharsis i przemyślenia. Zaczęłam się zastanawiać, co właściwie w życiu robię dla rozrywki – i w ogóle czym ona jest.

Wyszło mi, że nie ma czegoś takiego. Kiedy idę ze znajomymi na piwo, idę po to, by z nimi porozmawiać, pobyć, wymienić myśli, czerpać radość z przebywania w dobrym towarzystwie. Kiedy biegam – myślę, obserwuję, wydziela mi się serotonina czy inne -iny. Oczywiście, że robię to dla przyjemności, podobnie jak wiele innych rzeczy – ot, choćby wypicie kawy czy pójście na spacer – ale rozrywką bym tego nie nazwała. Chyba najbliżej rozrywki jestem wtedy, gdy gram w pinball na komputerze. Ale po pierwsze, to nie jest rozrywka, tylko nałóg; po drugie, robię to, żeby sobie udowodnić (na ogół nieskutecznie), jaka jestem dobra, wreszcie po trzecie – robię to w ramach prokrastynacji.

Tak więc coraz słuszniejszym wydaje mi się wniosek, że słowo „rozrywka” w moim słowniku nie istnieje. Przyjemność – jak najbardziej. Nawet dużo przyjemności. Ale rozrywka? Rozrywka kojarzy mi się z słuchaniem disco polo. Wolę bardziej wysmakowane rozkosze. Choć oczywiście mam świadomość, że jest to różnica konwencjonalna, bo dla innej osoby to słowo może mieć inny odcień. Ważniejsze jest clue sprawy, czyli to, ile sensu czerpiemy z rzeczy, które robimy. Czy oddając się przyjemnościom, zabijamy tylko czas i uciekamy, czy też raczej gonimy za (przepraszam wegetarian) mięsem – czymś większym, głębszym, pełniejszym, bardziej żywym.

A tera idę grać w wilka i zająca. Nara!

PS. Dzięki dyskusji, która się wywiązała z koleżanką na temat znaczenia słów, udało mi się znalaźć ładne rozróżnienie między moim pojmowaniem rozrywki i przyjemności. Otóż rozrywka jest bierna, a przyjemność czynna. Rozrywka jest ślepa, przyjemność – świadoma. Oczywiście słowa bywają zdradliwe, ale na czymś trzeba się oprzeć w komunikacji 😉

Minirecenzje filmowe – styczeń 2015

film_9394_original_1

Dostałam zaproszenie od kina na specjalny pokaz dla najwierniejszych widzów roku 2014. Podobno jestem wśród 25 osób, które w ubiegłym roku obejrzały najwięcej filmów. Bardzo to miłe – nie przypuszczałam, że się załapię do tak wąskiego grona. Miałam raczej wrażenie, że to w tym roku, w ostatnich tygodniach, non stop siedzę w kinie. No i faktycznie – z pomocą Facebooka, na którym zwykle zamieszczam refleksje, obliczyłam, że od początku stycznia byłam w Muzie już osiem razy. Idę na rekord. Oczywiście tylko mój własny, bo w odróżnieniu od państwa Kalinowskich wychodzę czasem z kina.

Ale nie o rekordy tu chodzi, tylko o to, żeby wartościowe filmy nie zaginęły w otchłaniach niepamięci. A może i te mniej wartościowe. Postanowiłam więc notować w pliku filmy obejrzane w kinie i poza nim, a z tych ciekawszych zdawać sprawozdania na blogu, tak jak to wcześniej czyniłam w przypadku Transatlantyku. Może komuś przyda się taka ściąga. Ale nie uwzględniam reklamacji w razie różnicy gustów 😉

Biały bóg. Przyznaję, że sceny pokazujące okrucieństwo wobec psów są drastyczne i mimo iż film jest metaforą, rozumiem, jeśli ktoś z tego względu nie chce go oglądać. Jeśli uważacie, że dacie radę, to warto. Gdzieś czytałam, że to metafora Węgier epoki Orbána. Tego nie wiem – podobno większość Węgrów popiera jego rządy, ale nie byłaby to pierwsza sytuacja, w której „praworządni obywatele” popierają władzę, a ludzie twórczy i potrzebujący więcej przestrzeni się duszą. Film o wolności i o tym, co robi z człowiekiem (i psem) zniewolenie.

Biały cień. Tu na odwrót, przerażająca dosłowność – albinosi w Afryce Wschodniej (Tanzania) mordowani na zlecenie szamanów, używających ich organów do odprawiania rytuałów. W filmie akurat w imię Chrystusa, choć pewnie tylko dlatego, że akurat do tego kościoła zapisał się szaman – choć nie wątpię, że reżyser pokazał taką sytuację celowo, bo czyni ona odbiór filmu w kulturze chrześcijańskiej bardziej szokującym. Okrucieństwo i ból, ale także możliwość zobaczenia codzienności w dużym mieście czarnej Afryki i nawet kilka zabawnych scen – oraz dylemat bohatera, co zrobić dalej ze swoim życiem. O ile w ogóle będzie miał wybór. I życie.

Długie, szczęśliwe życie. Po trosze starszy o rok brat Lewiatana, pod pewnymi względami lepszy, pod innymi słabszy. Słabszy pod względem dramatyzmu, stopniowania napięcia, kręcenia niektórych scen. Ale mnie się właśnie podoba taki bardziej kameralny, ten dramatyzm stonowany, emocje jak lawa we wnętrzu wulkanu. Z pewnością – w moim odczuciu – lepiej ukazane są charaktery i stosunki międzyludzkie. Więcej odcieni. Tylko samotność bohatera ta sama.

c.d.n.

Krzyk dzięcioła

IMG_1458

Za młodu byłam straszną łamagą i nigdy bym nie pomyślała, że kiedyś będę czerpać taką przyjemność ze sportu. A już na pewno nie przyszłoby mi do głowy, że będę biegać. Inna rzecz, że wtedy po prostu nie było zwyczaju biegania. Nie było też odpowiedniej odzieży, butów, porad w gazetach. Niemniej trafiali się ludzie, którzy biegali. Raz nawet z koleżanką spróbowałam, ale skończyło się na jednokrotnym obiegnięciu bloku.

Byłam łamagą, ale chętnie mierzyłam się ze swoją łamagowatością, jeśli miałam ku temu odpowiedni bodziec. Takim bodźcem było wędrowanie po górach. Być może na łonie natury łatwiej wykrzesać z siebie te pierwotne siły, które pozwalały przetrwać naszym przodkom. W górach potrafiłam się piąć z wywieszonym ozorem, żeby stanąć na szczycie, i właściwie roztaczający się stamtąd widok był tylko dodatkowa premią, bo głównie chodziło o sam fakt, że zdołało się pokonać słabość ciała i tam wejść.

Po wielu latach przerwy kupiłam rower i odkryłam, że piękne okoliczności przyrody można znaleźć także w samym Poznaniu i jego okolicach. Na rowerze można się zmęczyć i narobić fajnych zdjęć, ale moja jazda nie ma w sobie tej skrajności co włażenie na dwutysięcznik – kiedy nogi bolą i wrócić ciężko, zawsze jest wymówka w postaci sesji zdjęciowej albo poleżenia na trawie. Chociaż owszem, dotarcie na dwóch kołach dokądś, dokąd w przeciwnym razie trzeba by jechać pociągiem lub autobusem, przynosi sporą satysfakcję.

Nadal jednak nie sądziłam, że będę biegać. Po pierwsze, przebiegnięcie nawet małego odcinka (np. gonitwa za tramwajem) zawsze bardzo mnie męczyło, a po drugie, wydawało mi się to nudne. Zaczęło się przypadkowo – P. się odchudzał i wymyślił sobie, żebyśmy pobiegali. Początkowo przebiegaliśmy kawałek parku, zdychaliśmy i wracaliśmy piechotą. Pewnego jednak razu, gdy akurat byłam sama, zawzięłam się i obiegłam cały park (z grubsza 3,5 km). Jakimś cudem mi się udało, ale byłam totalnie padnięta i przez dwa lata nie powtórzyłam tego wyczynu. Potem… biegaliśmy coraz rzadziej. Podobnie jak przy pływalni czy rowerze, czar nowości prysł. Chyba tylko faktowi, że park rozpościera się zaraz za blokiem, zawdzięczam fakt, że całkowicie nie porzuciłam biegów. Drugą zaletą tego sportu jest to, że teoretycznie nie trzeba ponosić żadnych kosztów (poza butami do biegania, które kupiłam zaraz na początku swojej przygody). Oczywiście to czysta teoria, bo w samym ubiegłym roku wydałam z półtorej stówy na kurtki, bluzy i podobne artykuły, ale a) mam nadzieję, że długo posłużą (tym bardziej że powoli muszę się rozglądać za nowymi butami), b) nie wymaga to płacenia za każdym razem, jak w przypadku pływalni czy łyżew).

No więc biegałam sobie raz po raz i nawet dokładnie nie pamiętam, kiedy mnie wzięło, żeby tę częstotliwość zwiększyć. Jakoś chyba wiosną ubiegłego roku. Nie pamiętam też, jak to się stało, że ponownie obiegłam dookoła cały park, ale zrobiłam to raz, drugi i stopniowo odkryłam, że wcale nie jest to ponad moje siły, a przynajmniej nie zawsze. Raczej nie będę biegać maratonów ani nawet półmaratonów (podziwiam wszystkich znajomych, którzy to robią), bo wciąż jestem łamagą i w dodatku, jak to się ładnie mówi, mam już swoje lata. Niespecjalnie też mnie interesuje, czy biegam szybciej, czy wolniej, i nie chcę bić żadnych swoich rekordów. Frajdę natomiast mam z tego nieziemską i jeśli tylko pogoda, zdrowie oraz obowiązki pozwalają, biegam codziennie. Oczywiście tak korzystny splot okoliczności niemal się nie zdarza – zwłaszcza w zimie, kiedy wcześnie się ściemnia, a pogoda bywa różna – ale na przykład w tym tygodniu miałam okazję trzy dni z rzędu obserwować zachód słońca nad Wartą i zapewniam was, że każdego dnia był inny.

Nie ma jednego czynnika, który wyjaśniałby moją radość z biegania. Jest to raczej kombinacja kilku czynników. Pierwszy to wspomniane już przy okazji górskich wędrówek zmagania z naturą – własną i tą na zewnątrz. Ukształtowanie terenu, jakość nawierzchni, wiatr, zimno lub gorąco oraz moje samopoczucie (plus stopień zatłoczenia parku, po części związany z warunkami meteo) składają się na to, jak będzie mi się danego dnia biegało. Większość tych czynników jest zmienna, ale w wypadku pokonywania tej samej trasy jeden jest stały – ten pierwszy. Przez wiele lat spacerowania, a nawet jeżdżenia rowerem po parku nie poznałam go pod tym względem tak dobrze jak w ciągu kilku miesięcy, nawet kilku tygodni biegania. Doskonale wiem, gdzie się biegnie z górki, gdzie pod górkę, a gdzie jest względnie płasko. Na tym opiera się cała dynamika mojego biegu – tu sobie odpocznę, tu będę musiała się zmęczyć, bo pod górę, ale dam radę, bo wiem, że później będzie spory odcinek w dół, a dalej dłuuugo prosto. Potem znów górka – tu, mniej więcej w ⅔ drogi, przeważnie oszukuję i idę szybkim krokiem, zbierając siły na ostatni odcinek – lekko w dół, górka, dłużej w dół, górka, dół, górka i już koniec, można jeszcze zbiec na dół i przejść się nad Wartą, bo podobno po każdym biegu powinno się trochę pochodzić, żeby krew, która spłynęła do łydek, się rozeszła.

Więc walka z naturą, z tymi górkami na ziemi i w sobie, ze zmęczeniem. Czasem jest gorzej i wtedy skracam trasę mniej więcej o ⅓, czyli za stawem od razu myk do góry, a nie wokół POSiR-u. Dzisiaj też chciałam tak zrobić, bo jakoś wyjątkowo nogi mnie bolały, ale miałam już w planach pisanie niniejszego tekstu, więc nie wypadało. To właśnie jest cudowne i jakże odmienne od siedzenia przed komputerem w ciepłym pomieszczeniu, gdzie wystarczy pokonać kilka metrów, żeby zrobić ciepłą herbatę czy wyjąć coś z lodówki. Nie będę się krygować, że odzywają się we mnie atawizmy z czasów polowania na mamuty, chociaż na pewno jest w tej walce coś pierwotnego. Tylko ty i ziemia pod butami, twoje mięśnie, serce, oddech. Żadnych kłamstw, krętactwa, użerania się z absurdami stworzonymi przez ludzi. Pokonywanie fizycznych przeszkód i fizycznej słabości potrafi niesamowicie poprawić samopoczucie (dotleniasz się, wydzielają się endorfiny, rośnie poziom serotoniny), a przy tym jest – przynajmniej dla mnie – znacznie łatwiejsze niż pokonywanie słabości natury psychologicznej. Zmusić się do biegania? Małe piwo; właściwie muszę się raczej zmuszać do niebiegania, jeśli na przykład pada deszcz albo boli mnie gardło. Ale zmusić się do pracy, do przetłumaczenia kolejnego zdania, kolejnej strony – to o wiele trudniejsze zadanie i trudno znaleźć w sobie ekwiwalent tej pasji, która sprawia, że chce się biegać. Może dlatego, że satysfakcja z biegania jest natychmiastowa, a satysfakcja z wykonania pracy przychodzi dopiero wtedy, gdy się ją wykonało, a czasem wtedy, gdy dostało się pieniądze albo gdy książka wyszła.

Nie byłoby jednak tyle radości – prawdopodobnie byłoby jej za mało, by kontynuować – gdyby to bieganie odbywało się w jakimś tunelu mgielnym, z którego nie widać nic poza ziemią pod stopami. Bo bieg to także otoczenie – ludzie, psy, pozdrawiający mnie biegacze, drzewa raz łyse, raz zielone, raz kolorowe. Powietrze pachnące deszczem, krzyk dzięcioła, krakanie wron, gawronów i kawek, które tylko czekają, by na biegacza nasrać. Łyski spacerujące nad brzegiem stawu, kos z zadartym ogonem, wrony kochające się, jakby nie wiedziały, że zima. No i zachody słońca, jeśli uda mi się wycyrklować. Poczytuję sobie za wielkie szczęście, że mieszkam w miejscu pozwalającym mi (potencjalnie) codziennie obserwować zachód słońca nad Wartą. Zwłaszcza teraz, w zimie, gdy zachodzi wcześnie, a przy tym nie trzeba zbiegać na sam brzeg, bo drzewa są łyse i wszystko widać. Brzeg ze względu na nierówną nawierzchnię bardziej nadaje się do spacerów, które oczywiście często praktykuję po bieganiu. Czasem nawet mam ze sobą aparat i udaje mi się zrobić parę zdjęć, choć ostatnio tego unikam, bo strój do biegania jest zwykle cieńszy niż ten do chodzenia, a w szczególności do stania, więc marznę podczas tych sesji, co grozi uszczerbkiem na zdrowiu, który z kolei grozi przerwą w bieganiu 😉

Mogę sobie tylko życzyć, żeby okoliczności pozwoliły mi jak najdłużej, najczęściej i najpełniej korzystać z tej przyjemności, bo jest jedną z większych, jakich zaznałam w życiu – i w odróżnieniu od wielu innych mam ją na wyciągnięcie ręki. Albo nogi.

 

 

Dotknięcie absolutu, czyli wywiad z Gabą

Nie żeby Gaba była absolutem, ale w obecnej fazie moich emocji słuchanie jej na żywo momentami bardzo przybliżało mnie do nieba, a możliwość przeprowadzenia z nią wywiadu dla portalu Lepszy Poznań to już w ogóle było szaleństwo. (Dlatego tak mi głos drży na początku). Świetna artystka, bardzo wrażliwa i miła osoba – warto było pokonać nieśmiałość, żeby się z nią spotkać. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś nadarzy się okazja. Trochę było chaotycznie właśnie przez moją tremę, ale chyba udało mi się zadać kilka nieoczywistych pytań, choć były i takie, które pewnie słyszy podczas każdego wywiadu. Ale musiały być, bo przecież takich wywiadów słuchają zarówno osoby dobrze znające twórczość artystki, jak i te, które niewiele o niej wiedzą.

TUTAJ można przeczytać krótką relację z koncertu oraz wysłuchać wywiadu.

Kilka dni wcześniej natomiast portal Esensja opublikował moją recenzję płyty – dość stonowaną, przyznaję, ale nie chciałam przechwalić, bo wtedy czytelnicy oczekują nie wiadomo czego. Kto mnie zna, ten wie, że napisanie tak chłodnej recenzji wymagało ode mnie wysiłku 😉

link do recenzji

 

Dziki liryzm

Okladka_plyty_Escapist_6474938

Nasamprzód muszę coś wyznać: gdzieś na przełomie wieków przestałam absorbować nową muzykę. Zatrzymałam się na etapie słuchania tego, co poznałam do tamtej pory, wyjątek czyniąc jedynie dla ulubionych, a wciąż nagrywających artystów. Kiedy próbuję sobie przypomnieć fascynacje, które zaczęły się w tym stuleciu, oprócz kilkorga latynoskich pieśniarzy (w ramach zboczenia zawodowego, ale też dlatego, że są tego warci) przychodzą mi do głowy tylko dwie: Deine Lakaien i Gaba Kulka.

Deine Lakaien poznałam dzięki koledze, który sprezentował mi płytę Kasmodiah. Wessało mnie błyskawicznie, od innego kolegi pożyczyłam niemal całą dyskografię. I podobnie jak w przypadku największych idoli, zupełnie ignorowałam fakt, że nie podoba mi się wiele utworów, a nawet całe płyty. Liczyło się to, co się podoba: wrażliwość, profesjonalizm, piękne melodie i teksty (choć czasem, w odróżnieniu od tekstów Gaby, pisane kulawą angielszczyzną). Nie śledzę dokonań niemieckiego duetu płyta po płycie, ale panowie Veljanow i Horn chyba na zawsze zapisali się w moim sercu.

Z Gabą zetknęłam się jeszcze bardziej banalnie – swego czasu miałam problemy z dobudzeniem się, więc rano, po dźwięku budzika, włączałam radio i słuchając tego, co mówią lub grają, powoli przełączałam się w tryb dzienny. Pewnego razu radio puściło piosenkę o tym, że „ryżu z ulicy nie wyzbierasz gdy raz rozsypany”. Spodobała mi się na tyle, że wklepałam słowa w gugla, wyskoczyła mi Gaba, przesłuchałam na youtubie kilka następnych kawałków, trafiłam na jej interpretację Tears of the Dragon, wsiąkłam. Potem były dwa koncerty, trzy płyty i wreszcie pierwszy nowy materiał od pięciu lat, pierwszy od czasu, odkąd jej słucham – a więc radość słuchania czegoś, co dopiero się narodziło, ale i obawa, jakie to będzie.

Tym, co uderza w „Eskapiście”, jest doskonałe brzmienie. Odkopałam nawet swój staroświecki kompakt, ale okazało się, że jedna kolumna trzeszczy (ciekawe, że wcześniej tego nie zauważyłam), więc używam słuchawek. Płyta jest doskonale zagrana, zaśpiewana, zmiksowana i wyprodukowana. Po tym względem trudno ją nazwać inaczej niż perfekcyjną.

A utwory? Od początku słuchania Gaby mam z nią to, co ze wszystkimi artystami, którym dałam kredyt zaufania (albo raczej – którzy wdarli się w moje serce tak głęboko, że nic ich nie wyciągnie): mogą mi się podobać dwa utwory na płycie, a i tak ją kupię. Rozumiem, że artysta powinien być wierny sobie, a nie słuchaczom – oni mogą jedynie zdecydować, czy on jeszcze (już) jest ich, czy już (jeszcze) nie. Pochlebiam sobie, że to coś w rodzaju dojrzałej miłości, a nie durnego zakochania, które kończy się wtedy, gdy zauważamy, że druga strona nie jest naszym lustrzanym odbiciem. Gaba nigdy nie mówi o swoich miłośnikach „fani”, zawsze „słuchacze”, i może to właśnie jest ta różnica – ona szanuje nas, a my ją.

Nie nastawiałam się więc, że każdy utwór powali mnie na kolana. Singlowe Wielkie wrażenie, które usłyszałam jeszcze przed wydaniem albumu, wzbudziło dwojakie uczucia. Po pierwsze – od razu wiedziałam, że utwór stanie się hitem, klasykiem z gatunku tych, które za dwadzieścia lat będą lecieć w „Złotych przebojach”. A to dla mnie duży minus, bo wbrew temu, co napisałam powyżej, w pewnym stopniu jestem psychofanką (i snobką), która chciałaby, żeby artystka śpiewała tylko dla niej, ewentualnie dla niszowego grona wybrańców, a nie dla całej Polski. Z drugiej strony trzeba Gabie przyznać, że ma ogromne wyczucie do pisania i wybierania na single utworów absolutnie hitowych i gwarantujących częstą emisję radiową, która – mam nadzieję – przekłada się na sprzedaż płyt. Na poprzedniej płycie tę samą rolę odegrały Niejasności – bez których, nawiasem mówiąc, nie zostałabym snobistyczną psychofanką.

Ale to niejedyna przyczyna dwoistości mych uczuć. Mam też problem z tekstem Wielkiego wrażenia. Z jednej strony mogę się obiema rękami, mózgiem i sercem podpisać pod słowami „Rozumiem, ale czuję bardziej”, z drugiej – nie bardzo ogarniam, o czym lub o kim jest ten tekst. Tylko please, nie wsiadajcie na mnie, że mam patrzeć sercem, bo ja właśnie sercem widzę jedynie jakieś skrawki, ładne frazy, ale nie umiem ich zebrać do kupy. Mam taką interpretację, że poprzez owo kierowanie się czuciem podmiot liryczny jest płynny niczym „Człowiek nieciągły” z opowiadania Ani Kańtoch: dryfuje za emocją to tu, to tam, nie mogąc nigdzie zakotwiczyć. Dziś wypowiedziane słowa jutro mogą okazać się kłamstwem. Tylko trochę mnie przeraża to wielkie wrażenie, które nie wiadomo kiedy może się przeobrazić w wielką obojętność.

Nawet jeśli odbijam się od warstwy lirycznej niektórych utworów i ubolewam nad tym, bo chciałabym czuć tę płytę jeszcze głębiej w sobie, zniewala mnie talent poetycki Gaby, jej umiejętność tworzenia niesamowitych wizji z prostych słów. Gaba jest poetką przez duże P, nie tylko poprzez to, jak potrafi składać słowa, ale chyba przede wszystkim poprzez swoją inność. Trochę przywodzi mi na myśl Emily Dickinson, choć na szczęście nie jest tak wycofana.

Ale i kiedy przemawia najprościej w świecie – tak, że wydawałoby się, iż nie zdoła uniknąć kiczu – lepi piękne światy. Zdecydowanie moim ulubionym tekstem jest Z marcepana, drugi polskojęzyczny utwór na płycie:

Pozostawiona samej sobie łykam jak komunię
z ich kawy niedopitej i siadam gdzie siedzieli
lecz pamięta dzikie zwierzę miesiące oswajania
wciąż szeptem i dotykiem, „ty jedna i jedyna”…

Ciarki przechodzą, gdy się słucha Gaby śpiewającej te słowa; słowa świadczące o wielkiej wrażliwości, kruchości, a jednocześnie o gigantycznej sile, która pozwoliła jej wyjść z tą kruchością do świata. Przypomina mi się Over Petera Hammilla, płyta w całości poświęcona rozstaniu. Mówił, że nagrywał tę płytę, gdy już nie bolało, ale słuchając takich utworów jak Betrayed, śmiem w to wątpić.

Żeby było ciekawiej, drugim obok lirycznego Z marcepana moim ulubionym utworem jest energetyczny, punkowy wręcz X. W pewnym momencie, gdzieś za połową, granie tak się zagęszcza, że odlatuję w przestworza niczym kosmonauta z okładki. Od tekstu, niestety, odbijam się podobnie jak od Wielkiego wrażenia, ale ponieważ utwór jest hałaśliwy, nie mam problemu z chłonięciem samej muzyki.

Na razie, po tych kilku przesłuchaniach, do moich faworytów należą też Mastodon Heart, Christmas Party Song (ten ostatni za tekst, ale też za to, jak Gaba operuje w nim głosem – w ogóle zresztą śpiewa na tej płycie genialnie) i cover jej ulubionego Queens of the Stone Age – Keep Your Eyes Peeled. Pewnie w miarę słuchania i odkrywania nowych rzeczy ta hierarchia odrobinę się poprzestawia, zważywszy płynność naszych wrażeń, nawet tych wielkich. Więc trochę jednak kłamię – ale czuję bardziej i kocham 🙂

X
Z marcepana

Transatlantyk 2014 (II)

Mount Roraima

Dzisiaj o dokumentach i kinie sportowym, krótko i węzłowato. Ze sportowego obejrzałam trzy, z czego zdecydowanie odradzam Rad Company. Nastawiałam się na coś w rodzaju Where the Trail Ends, a tu totalna porażka i scenariuszowa, i realizacyjna. Jakaś didżejka coś gada od rzeczy i zapuszcza analogi, szczując cycem, paznokciami i szminką, co nijak się nie ma do wyprawiających ewolucje na rowerach chłopaków, o których nie dowiadujemy się nic oprócz ich nazwisk/ksywek. Obraz nieostry i bure kolory albo trafiła nam się taka kopia. Widoki też tyłka nie urywają. Słowem syf – mimo kilku fajnych piosenek (np. Easy Livin’ Uriah Heep).

Miało być krótko i węzłowato, a ja tu się rozwodzę o najgorszym filmie. Stop. Zdecydowanie warto obejrzeć Roraimę, dokument o wspinaczce na górę na pograniczu wenezuelsko-gujańskim, w którym – ciekawostka – jednym z bohaterów jest Stefan Glowacz, odtwórca jednej z głównych ról (Martina) w Krzyku kamienia Wernera Herzoga. Nieco mniej fajna, ale warta obejrzenia ze względu na zdjęcia jest Ostatnia wspinaczka, opowiadająca o zdobywaniu szczytu Ulvetanna na Antarktydzie.

Dokumentów obejrzałam sporo. W Powstaniu warszawskim wymyślona fabuła nie powala, ale może nadaje archiwalnym zdjęciom jakiś osobisty rys. Tak naprawdę wstrząsnęły mną dopiero ostatnie zdjęcia, pokazujące kompletnie zniszczoną Warszawę.

Obraz Brakujące zdjęcie warto było zobaczyć, by poznać historię ucisku kambodżańskiej ludności przez Czerwonych Khmerów opowiedzianą przez jednego z uciskanych. (O ile dobrze zrozumiałam, Khmerzy wysiedlili Phnom Penh w jeden dzień!) Połączenie ról uczestnika wydarzeń i reżysera chyba jednak nie wyszło filmowi na dobre. Zbyt wiele komentarza. Z drugiej strony, trudno zrobić film, który komunikowałby wszystko za pomocą zdjęć, skoro prawdziwych, niepropagandowych zdjęć z tamtego okresu praktycznie nie ma.

Zdecydowanie najbardziej z obejrzanych dokumentów przypadła mi do gustu przyrodnicza Kraina niedźwiedzi – trójwymiarowy film o życiu niedźwiedzi na Kamczatce. Wprawdzie trójwymiarowość tak naprawdę dostrzegało się tylko w kilku momentach, ale zdjęcia tak czy owak świetne. Poniżej zamieszczam trailer po rosyjsku, bo tylko taki znalazłam, ale w festiwalowej kopii narrator mówił po angielsku.

 

 

Transatlantyk 2014 (I)

Trzecia edycja festiwalu filmowego Transatlantyk za nami. Tradycyjnie sporo chodziłam do kina, postanowiłam więc utrwalić tu garść wrażeń i wrzucić znalezione w sieci trailery najciekawszych obejrzanych filmów. Wiem, że było wiele równie dobrych, na które nie udało mi się pójść – może kiedyś to nadrobię.

Z filmów fabularnych obejrzałam m.in. chiński kryminał  Czarny węgiel, cienki lód – laureata Złotego Niedźwiedzia na tegorocznym Berlinale. Film wciągający, niezły, acz ochów ani achów z siebie nie wydawałam. Zdecydowanie bardziej podobał mi się norwesko-szwedzki Obywatel roku (o jakże trafnym angielskim tytule In Order of Disappearance) – wcale nie tak zabawny, jak mogłoby wynikać z trailera, za to będący kolejnym (po niedawno obejrzanych Polowaniu i Grze) obrazem ukazującym skandynawskie społeczeństwo w niezbyt korzystnym świetle. W prezentowanym w kinie Raj przeglądzie kina czeskiego załapałam się na Święto przebiśniegu Jiřiego Menzla według prozy Hrabala. Jako że film mniej znany niż Pociągi pod specjalnym nadzorem, myślałam, że będzie słabszy, ale chyba podobał mi się bardziej. Klasyka.

W następnym odcinku dokumenty i kino sportowe.

Czechy 2014 – Praga, Pilzno, Karlowe Wary, Letohrad

mala strana

Kościół na Malej Stranie

Pierwszy raz udaliśmy się w podróż PolskimBusem. Do niedawna chyba nie było bezpośredniego połączenia z Poznania do Pragi, za to połączenia kolejowe były nieco lepsze, choć w przypadku opcji oszczędnościowej oznaczało to minimalnie dwie przesiadki. W zeszłym roku, wyjeżdżając z Poznania wcześnie rano, około siedemnastej byliśmy w Brnie; sprawdzanie możliwości dotarcia do Pragi o ludzkiej porze tego lata ujawniło, że musielibyśmy wyjechać o drugiej w nocy – w przeciwnym razie, tłukąc się z 3–4 przesiadkami, bylibyśmy tam między 21.00 a 22.00. To dość późno, kiedy trzeba jeszcze dojechać metrem do miejsca noclegowego i je znaleźć, a biorąc pod uwagę możliwość spóźnień i tego, że któryś z pociągów nam zwieje, woleliśmy pojechać PolskimBusem o piątej rano (co oznaczało wstanie o nieludzkiej 3.30). Trochę się obawialiśmy, bo różne krążą o tym przewoźniku opinie, ale znajomi na ogół byli zadowoleni z jego usług. My też nie mamy powodów do narzekań. Autobus przyjechał na czas, był wygodny, podróż przebiegła sprawnie. Dopiero roboty drogowe po czeskiej stronie trochę ją opóźniły, ale 45 minut spóźnienia na dworcu Florenc to żadne spóźnienie – byliśmy na miejscu krótko po czternastej i chwilę później wsiedliśmy do metra, by dojechać na stację Chodov i znaleźć akademik/hotel Volha.

Volha mieści się w dzielnicy Kunratice, obok osiedli mieszkaniowych, ale i obok lasu. Schodząc w głąb ulicy K Verneráku, czujemy się jak w małym miasteczku (ma nawet pałacyk, którego jednak z bliska nie zobaczyliśmy) – domki jednorodzinne, knajpka, sklepiki. To zupełnie inna Praga niż ta śródmiejska, do której jednak metrem można dojechać w kilkanaście minut (niewiele mniej zajmuje nam dojście z akademika do stacji metra).

IMG_0574

Pierwszego dnia standard – zwiedzamy Wyszehrad (udaje nam się znaleźć groby Čapka i Smetany), potem wzdłuż Wełtawy idziemy do centrum, zaliczamy zegar z kościotrupkiem. Odkrywamy Costa Coffee – to znaczy właściwie P. odkrywa, bo jest zachwycony objętością kawy maxi. Ja jestem mniej zachwycona ceną i tym, że wifi nie działa. Oglądamy synagogę – jakaś Hiszpanka robi sobie przy niej zdjęcie; nic dziwnego, bo to Synagoga Hiszpańska.

Drugi dzień do głównie Hradczany i Malá Strana, choć zaczynamy od muzeum efektów specjalnych z filmów Karela Zemana – stosunkowo drogie, małe i niezbyt imponujące. Upał daje się we znaki, więc i na piwo trzeba wstąpić – ogólnie nie przepadamy, ale tmavý kozel ujdzie. Na obiad jakieś mięsko z kombinowanym knedlikiem, czyli trochę houskovego, a trochę bramborovego. Houskovy knedlik pewnie znacie, smakuje trochę jak pyza drożdżowa, tylko bardziej zbita, a bramborovy, czyli ziemniaczany, to prawdopodobnie pyra zmieszana z mąką i jajkiem. Zjadliwy, acz bez zachwytów.

Troja

Trojsky Zamek

Dzień trzeci, ostatni – najpierw grób Kafki na żydowskim cmentarzu na Olszanach, potem podróż do pałacyku Troja (Trojský Zámek), położonego na północy, obok zoo. Całkiem ładne, fotogeniczne miejsce z przyjemnymi ogrodami, no i nie tak zatłoczone jak starówka czy Hradczany. Trafiliśmy akurat na rosyjską parę młodą, która brała tam ślub, a może tylko urządzała sesję zdjęciową.

Wróciliśmy na Holeszowice i postanowiliśmy obejrzeć pobliskie tereny praskich targów. Najpierw jednak – przy jednej z uliczek w bok od Plynárni – znaleźliśmy knajpkę przylegającą do małego hoteliku i zjedliśmy w niej niedrogi obiad. Warto w tym miejscu wspomnieć, że popularne w większości Czech „denní menu”, czyli zestaw tanich posiłków obowiązujący w określonych godzinach (przeważnie do 14.00, choć zdarza się do 13.00 lub 15.00), w Pradze raczej nie występuje, a przynajmniej rzadko. Zwłaszcza centrum stolicy jest nastawione na zarobek i nie będzie nikomu potaniać obiadów, bo nie.

Targi okazały się całkiem interesujące architektonicznie. Byliśmy nawet w środku, bo akurat odbywała się prezentacja sprzętu turystycznego firmy o swojsko brzmiącej nazwie Jurek. Ciekawe, czy ktoś pomyślał, żeby tam zorganizować festiwal fantastyki – miejsce całkiem dobrze się nadaje.

targi

Targi

Jako że gorąc doskwierał, schroniliśmy się w pobliskim obszernym parku Stromovka . Polecamy – po stawie pływają łyski, a nawet kokoszki. Kokoszkę zresztą widzieliśmy także na Wełtawie.

W drodze powrotnej zepsuł się tramwaj, dzięki czemu mieliśmy okazję odwiedzić kolejny antykwariat (wspomniałam już, że P. wchodzi do każdego, prawda?) oraz zwiedzić stację metra Vltavská – najbardziej penerską, pardon, zaniedbaną, jaką widzieliśmy w Pradze. Ale za to zdecydowanie nieturystyczną, a zwiedzanie nieturystycznych miejsc jest solą każdej wyprawy.

Następnego ranka żegnamy Volhę i udajemy się w kolejny etap podróży – do Pilzna. Chyba już wtedy zauważam, że sygnał dźwiękowy na praskim dworcu – cztery nutki – z czymś mi się kojarzy. W drodze powrotnej utwierdzę się w tym mniemaniu. A skoro Czechy, to Smetana – po powrocie do domu przystąpię więc do odsłuchu najbardziej znanych jego dzieł i odkryję, że to pierwsze (i wiodące) cztery dźwięki Wyszehradu.

volha

Nasza droga do kuchni w akademiku Volha

Podróż do Pilzna to tylko półtorej godziny, ale z racji upału daje nam się we znaki. Potem długa droga do tramwaju, żeby nie musieć kupować dwóch biletów (nie mają przesiadkowych, a nie odkryłam, że znacznie bliżej jest autobus, który też zawiózłby nas w pobliże akademika Bolevecká, gdzie mamy zamówiony kolejny nocleg). I tu radość, bo łazienka nie jest wspólna z sąsiadami. W Pradze mieliśmy szczęście przez dwie pierwsze noce, potem już musieliśmy się dzielić łazienką i przedsionkiem. Bez tragedii, ale zawsze przyjemniej mieć własne. Bardzo zresztą prawdopodobne, że przy zamawianiu prosiłam o taki pokój, tyle że później wyleciało mi to z głowy. Niestety nie udało nam się znaleźć kuchni, zresztą i tak pewnie nie byłoby tam naczyń – ale w końcu nie w takich warunkach człek sobie radził. Wyjęliśmy grzałkę, kubki i mogliśmy spokojnie przystąpić do konsumpcji chińskich zupek – oczywiście na kolację, bo obiad zjedliśmy w pobliskiej restauracji. Był to zresztą nasz najdroższy obiad podczas tej wyprawy (a może i w życiu), choć trzeba dodać, że okraszony deserem w postaci sernika i kawy (do samego obiadu piliśmy piwo), które P. smakowały, a mnie średnio. W każdym razie zostawiliśmy tam równowartość 90 złotych, czego moja poznańska dusza do dziś nie może przeboleć.

kangur

Największy kangur widoczny przez płot

W odróżnieniu od Volhy, pilzneński akademik jest położony w stosunkowo cichym miejscu. W Pradze problemem była niewielka z pozoru ulica, którą samochody (i motory!) zjeżdżały do Kunratic. Ciężarówki podskakiwały na garbach, znowuż w drugą stronę dodawano gazu, bo pod górkę. Gdybyśmy mieli okna od strony osiedla albo gdyby było dość chłodno, by je na noc zamykać, pewnie nie zauważylibyśmy problemu. W Pilznie natomiast akademik, choć mieścił się w pobliżu skrzyżowania dwóch dużych ulic, był od nich dostatecznie oddalony i odgrodzony (drzewami, z jednej strony również kilkupiętrowymi domami), by samochody nie przeszkadzały. Trochę hałasowali studenci (lub inni turyści), ale najpóźniej o północy wszystko się uspokajało.

Pierwszego wieczoru spacer do zoo, od którego dzieliło nas jakieś 15 minut drogi piechotą. Ku naszej radości zza płotu prezentują swe wdzięki dziesiątki małych kangurków, a także wiele innych stworzeń, które spokojnie można oglądać, idąc wzdłuż (zamkniętego już o tej porze) ogrodu. Następnego dnia od rana zwiedzanie Pilzna – to chyba najgorętszy dzień naszej wyprawy, temperatura dochodzi do 35 stopni w cieniu. Zwiedzamy starówkę (piękna synagoga!), plac Emila Škody przed zakładem produkującym samochody tej marki, sprawdzamy, o której następnego dnia mamy autobus do Karlowych Warów, gdzie chcemy pojechać na jednodniową wycieczkę. Potem P. namawia mnie na kino. Cóż, tam przynajmniej jest klima (a w całej Plzeň Plaza – wifi), ponadto zaś z napisów (dubbingu nie ryzykujemy) można się nauczyć trochę czeskiego. Idziemy więc na Usvit planety opic (Ewolucję planety małp), który właśnie wszedł do kin. Świetny, mądry film, no i faktycznie uszczknęliśmy trochę języka – dowiedzieliśmy się na przykład, że „wojna wybuchła” to po czesku válka vypukla 😉 W drodze powrotnej idziemy obejrzeć stadion Viktorii, zwanej pieszczotliwie Viktorką – niedawnego mistrza, a teraz wicemistrza Czech.

Widok z wieży kościoła św. Bartłomieja

Widok z wieży kościoła św. Bartłomieja

Ponoć Náměsti Republiky to największy plac, a kościół św. Bartłomieja – najwyższy kościół w całych Czechach. Być może, chociaż specjalnie nie rzucają się w oczy. Tak czy owak widok z kościelnej wieży jest niezły, choć typowy – mnóstwo czerwonych dachów, jak w Pradze, Greifswaldzie czy Bystrzycy Kłodzkiej. Wyróżnia się wspomniana synagoga i może trochę to, że skrajem rynku jeżdżą tramwaje (niestety także autobusy i samochody, co jest już mniej romantyczne). Nieopodal placu mieści się wejście do podziemi, które zwiedzamy z przewodnikiem. Ostatniego wieczoru znów „odwiedzamy” zoo – w cudzysłowie, bo ponownie jesteśmy po zamknięciu, ale teraz idziemy wzdłuż płotu do końca, oglądając i fotografując wszystkie zwierzaki, jakie wyściubią nos, a jest ich sporo.

W międzyczasie jednak udajemy się do Karlowych Warów. W drodze niespodziewanie atakuje nas deszcz, chwilami ulewny; ledwie jednak wysiadamy, przestaje padać. Miasteczko okazuje się urokliwe, choć jego uzdrowiskowo-turystyczny charakter przejawia się w cenach i wszechobecności wycieczek, głównie rosyjskojęzycznych. Warto wspomnieć, że właśnie w Karlowych Warach Jan Becher założył firmę produkującą wódkę nazwaną od jego nazwiska becherovką.

Karlowe Wary

Karlowe Wary

Ostatnim przystankiem na trasie naszej wyprawy jest Letohrad. Wymyśliłam go, bo a) chciałam trochę odetchnąć prowincjonalnym powietrzem, pochodzić jeśli nie po górach, to przynajmniej po pagórkach, polach i lasach; b) był dogodnym miejscem do rozpoczęcia podróży powrotnej, bo można się z niego przemieścić do Poznania z jedną tylko przesiadką; c) obiło mi się kiedyś o uszy, że jest ładny. To ostatnie przesadnie się nie sprawdziło, bo wyglądał dokładnie tak jak większość małych miasteczek w Czechach, czyli sympatyczny, lecz nie porywający. Bardzo fajne natomiast mieliśmy lokum w pensjonacie Jitřenka – pokoik z własną łazienką i maleńką kuchenką. Chylimy czoła przed idealnym wykorzystaniem niewielkiej przestrzeni, dzięki której turysta ma prywatność i wygodę. Do tego telewizor – coś, czego ogromnie nam brakowało w poprzednich miejscach, bo to najlepszy sposób nauki języka – i wifi.

Widoczek z trasy w okolicach Letohradu

Widoczek z trasy w okolicach Letohradu

Pierwszego, nieco deszczowego dnia zwiedzaliśmy miasteczko, a potem, gdy już trochę się wypogodziło, przespacerowaliśmy się ścieżką edukacyjną po okolicznych polach i lasach. Drugiego już bardziej ambitnie – rano muzeum rzemiosł, później wędrówka szlakiem do tamy na Dzikiej Orlicy w pobliżu wioski Nekoř. Trochę żałujemy, że nie poszliśmy dalej, bo dopiero potem zaczynały się kąpieliska i w ogóle jakieś życie, a przy samej tamie głusza. I prawie jej nie widać przez drzewa. Ale wcześniej, po drodze, widoki ładne.

Następnego ranka musieliśmy niestety pożegnać Letohrad i wsiąść do pociągu, który zawiózł nas prosto do Wrocławia. Tam mieliśmy półtorej godziny przerwy, które planowaliśmy poświęcić na obiad, ale spotkała nas przykra niespodzianka: na wrocławskim dworcu nie ma już żadnego baru oprócz KFC! Są za to aż dwie kawiarnie i w jednej z nich, z braku lepszego wyjścia, przesiedzieliśmy przerwę.

Jak zawsze zbyt krótko, zbyt mało. Na osłodę życia pozostaje oglądanie czeskiej telewizji i planowanie kolejnych wypraw.

Praga - widok z wieży ratusza

Praga – widok z wieży ratusza

Postaram się wkrótce dorzucić jeszcze trochę zdjęć.

Sen o Krakowie

IMG_9744s

Byłam niedawno przejazdem w Krakowie i nie omieszkałam zrobić paru zdjęć. Prawda, że ładne miasto?

 

Polconowa masa krytyczna (nierelacja)

Na gorąco, zanim to wszystko ucieknie mi z głowy, a jego miejsce zajmie matka Madzi, rzezie w Syrii, kolejna porażka mojej ulubionej drużyny, a przede wszystkim tzw. szara rzeczywistość, napiszę parę słów o konwencie fantastyki Polcon 2013, w którym miałam przyjemność uczestniczyć. I od razu uprzedzam – nie będzie to relacja/recenzja, tylko (znowu!) będę ględzić o swoich uczuciach (ziew). Bo te uczucia od pierwszego dnia konwentu wręcz mnie rozpierają. Przy czym nie chodzi o zniecierpliwienie spowodowane „kolejkonem”, który owszem, był denerwujący, ale dobra pogoda i radosna ludzka banda uczyniły go znośnym. Chodzi o radość z obcowania z ludźmi, którzy cenią oryginalność, są otwarci na drugiego człowieka i z którymi czujemy się swobodnie.

Pół życia temu jeździłam na pewne imprezy organizowane pod zupełnie innym pretekstem, niby to w innym celu, ale pełniące w istocie tę samą rolę: wytwarzania bliskości między ludźmi, otwierania ich na siebie nawzajem (wprawdzie P. twierdzi, że ja otwieram się głównie w jedną stronę, ale z mojej perspektywy bombardowanie innych własnymi emocjami jest zapuszczaniem sondy do ich serc, że tak górnolotnie rzeknę), zawierania i cementowania przyjaźni. Oczywiście to wszystko dzieje się też poza konwentami, także w internecie, ale taki spęd wielu osób w jednym miejscu wytwarza pewną masę krytyczną. Doświadczyłam tego, siedząc – czy to na terenie konwentu, czy wieczorem przy piwie – ze znajomymi z internetu albo z reala i słuchając inteligentnych, mądrych i ciekawych rozmów. Nieważne, czy ktoś jest znany, czy zupełnie nieznany; jeśli już miałabym oceniać metodę tworzenia się grupek, to chyba bardziej decyduje staż konwentowy (na pierwszych Pyrkonach czułam się znacznie mniej zintegrowana niż teraz), ale można nadrobić stażem forumowym czy portalowym albo po prostu klubowym. Trochę wiek, trochę różnice zainteresowań – ci od literatury skupiają się razem, ci od gier razem, ci od czegoś jeszcze też razem – ale nie są to żadne sztywne podziały. Poza tym nachodzą na nie także choćby podziały klubowe czy forumowe, które przebiegają inaczej. Na pewno jadąc na konwent po raz pierwszy, warto się wybrać ze znajomymi, żeby mieć się o kogo oprzeć, ale nie sądzę, żeby ktoś nowy był świadomie odrzucany – ludzie mają naturalną tendencję do trzymania się z swoimi i czasem trzeba zrobić parę kroków, żeby znaleźć sobie nowych przyjaciół, zamiast stać na uboczu. Jeśli oczywiście tego szukamy na konwencie, bo zdaję sobie sprawę, że wiele osób przychodzi po prostu na punkty programu.

Fajności bycia w grupie akceptującej różnorodność doświadczyłam też ostatniego dnia, kiedy z powodu nieposiadania kaptura włożyłam tyłem naprzód (inaczej się nie da) swój słynny kapelusik przeciwsłoneczny, żeby się ochronić od deszczu, i mogłam wyglądać niestandardowo, ale wśród licznych przebierańców zdawałam się sobie banalna do bólu i w odróżnieniu od codziennej miejskiej sytuacji nie miałam poczucia, że ktoś się na mnie dziwnie gapi, a wręcz tak się rozochociłam, że chodziłam w tym kapeluszu nawet po budynku.

Wspomniałam na początku, że pół życia temu jeździłam na podobne zloty, choć niezwiązane z fantastyką. Kiedyś (już po raz drugi się odgrażam) o nich napiszę, ale to podobieństwo spotkań z epoki przedinternetowej i zakończonego właśnie konwentu jest świadectwem, że ludzie tak naprawdę potrzebują tego samego: akceptacji, rozmów, bliskości drugiej osoby, dobrej zabawy w gronie ludzi, którym mogą ufać. I podejrzewam, że znajdują to pod różnymi szyldami – jedni pod szyldem fantastyki, bo akurat nią się zainteresowali, a inni pod szyldem czegoś innego, co akurat ich kręci. Mnie wkręciła fantastyka, która tak subtelnie owijała mnie i owijała swoją pajęczyną, aż tu ani się spostrzegłam, a piję piwo z pisarzami i redaktorami. Bo jedną z lepszych rzeczy na konwencie jest to, że ma podziału na prowadzących i słuchających, na tych, którzy już coś zrobili, i na tych, którzy dopiero coś zrobią albo i nie.

Warszawa pozytywnie mnie zaskoczyła i cenami (może dlatego, że kręciliśmy się głównie po okolicach campusu, bo bliżej centrum było już niestety drożej), i ogólnym kształtem – może nie ma jakiegoś wielkiego klimatu, ale czułam się w niej dobrze. A miejscami bywa nawet ładna. Udało nam się wygospodarować czas na spacer do Łazienek i zwiedzenie kościoła w pobliżu akademika, w którym nocowaliśmy. To cieszy, ale ogólnie życie konwentowe słabo sprzyja zwiedzaniu, jak również spotkaniom z pozakonwentowymi przyjaciółmi, których w tym miejscu przepraszam, że się nie udało.

Wielu zdjęć nie zrobiłam, bo a) byłam zajęta innymi sprawami, b) mam słaby aparat; ale dla urozmaicenia relacji wrzucam kilka poniżej. Opisy jak zwykle można zobaczyć, najeżdżając myszą na zdjęcie.

Transatlantyk 2013 – Where the Trail Ends

Where the Trail Ends

reż. Jeremy Grant, Argentyna/Kanada/Nepal/Chiny/USA 2012

Trudno oddać słowami to, co jest na tym filmie – jego po prostu trzeba obejrzeć i to na dużym ekranie, jeśli oczywiście to możliwe. Nawet czteroipółminutowy trailer niewiele pokazuje (prawdziwe zjeżdżanie zaczyna się tam po jakichś dwóch minutach). Ale od początku: grupa zawodników uprawiających freeride mountain biking, czyli jeżdżenie rowerami po górach (z przyczyn grawitacyjnych głównie w dół, co wymaga wtaszczenia roweru na górę, chyba że ma się akurat do dyspozycji śmigłowiec) zaczyna szukać po świecie innych terenów do uprawiania swego sportu niż stan Utah, w którym freeriding się narodził. Ponieważ należą do najbardziej znanych zawodników na świecie, udaje im się pozyskać sponsorów i zainteresować swoim projektem filmowców. Któż zresztą wie, jaka była kolej rzeczy – dość że się udało, dzięki czemu możemy oglądać ich zmagania z pofałdowaną materią na niesamowitych, na ogół bardzo odległych od cywilizacji terenach Argentyny, północnej Kanady, Królestwa Mustang (Królestwa Lo) w Nepalu i pustyni Gobi (z krótką przerwą na powrót do Utah, które mnie osobiście podoba się najbardziej).

Trudno powiedzieć, co w tym niemal dwugodzinnym filmie emocjonuje najbardziej – same wyczyny rowerzystów (rzeczy, które wyprawiają, przedtem nie wydawałyby mi się możliwe, a i dziś trudno uwierzyć, że bohaterowie filmu wciąż żyją – choć wizyty w szpitalach, czego film nie usiłuje ukryć, są w ich dyscyplinie chlebem powszednim), krajobrazy, w których się poruszają, czy niewiarygodne zdjęcia i montaż – choćby spowolnione sekwencje, w których piach i kamienie sypią się spod kół niemal zawieszonego w powietrzu roweru. Do produkcji filmu użyto podobno najnowocześniejszego sprzętu i nie wiem, czy nazywanie go najbardziej widowiskową produkcją rowerową minionej dekady nie jest przypadkiem zbyt skromne. Ale przyznaję bez bicia – wielu filmów rowerowych nie widziałam.  

Na pewno niejeden z Was, patrząc na te wyczyny, powie, że tylko wariaci mogą tak narażać życie. Ja oglądałam film rozdarta między podziwem a takimi myślami, lecz ostatecznie podziw zwyciężył. Poza tym przypomniałam sobie, że dwa lata temu rowerzysta amator zabił się na poznańskiej Cytadeli, jeżdżąc po torze wyścigowym bez kasku. Ci, których oglądamy w filmie, są zawodowcami – mają świadomość niebezpieczeństwa i robią, co w ich mocy, by uniknąć najgorszego, a zarazem móc robić to, co kochają najbardziej w świecie.

Warto też zauważyć, że przy całym swoim opętaniu jazdą znajdują podczas podróży czas na przyjrzenie się miejscowym kulturom i nawiązanie kontaktów z ludźmi. Szkoda, że względy finansowo-kinematograficzne nie pozwalają im dłużej pozostać w jednym miejscu, ale i tak miło, że pasja nie zamyka ich na inne dziedziny życia i wiedzy. Życzę im jak najlepiej, choć nie chciałabym, żeby ktoś z moich bliskich uprawiał tę dyscyplinę.

Peter Hammill

Przy okazji pisania artykułu o zespole Rush zapowiadałam, że napiszę kiedyś o jeszcze jednym artyście, który jest dla mnie równie ważny, a może i ważniejszy. Tym artystą jest Peter Hammill. Od wielu lat te dwie fascynacje idą u mnie w parze, a zarazem są całkowicie odmienne: w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że Rush działa bardziej na intelekt, a Hammill na emocje. Nie znaczy to bynajmniej, że nie potrafię się wzruszyć utworem Geddy’ego i spółki. Rzecz raczej w tym, że ich twórczość nie porusza aż tak delikatnych strun w duszy jak twórczość Petera. Teksty Neila Pearta są dobre i mądre, lecz rzadko można je nazwać poezją; Peter jest poetą w pełnym tego słowa znaczeniu. Śpiewa własne teksty, często (jak choćby w przypadku płyty Over, którą nagrał po rozstaniu z partnerką) dotykające ważnych doświadczeń w jego życiu i wykonane z taką dawką emocji, że przeżyłam już przy nich niejedno katharsis.

posłuchaj Betrayed

Pierwszy raz zetknęłam się z jego twórczością w roku 1990, przy okazji prezentacji przez Tomasza Beksińskiego płyty Out of Water. Chyba najlepiej pamiętanym utworem z tego albumu jest opowiadający o samobójcy A Way Out, ale moim cichym faworytem jest Not the Man, a w nim takie słowa:

But if I’m not the man
that you took me to be
Did I walk in your dreams?
I’ve no idea who that person could be.
I remember it well
I can guess what went wrong:
You believed all those words
in the popular songs

Look at me: if I’m not the man I was
then who is he?

Dalej było mnóstwo kolejnych płyt, późniejszych, a przede wszystkim wcześniejszych. Zarówno solowych, które nagrywał od 1971 roku do… teraz, jak i tych nagranych z zespołem Van der Graaf Generator (w latach 1969–1971; 1975–1977 [jako Van der Graaf] i 2005 do teraz). Nie każda płyta i nie każdy utwór, rzecz jasna, dostarczały tych samych wzruszeń, ale pośród tego mnóstwa muzyki można ich było wyłowić naprawdę sporo. W twórczości Van der Graafa moją najbardziej ukochaną płytą jest Pawn Hearts, a na niej utwór Man-Erg, którego można posłuchać TU, a tekst koniecznie trzeba przeczytać TU.

Wszystkie (?) teksty VDGG też są dziełem Petera, więc choć być może częściej niż te solowe podejmują tematykę uniwersalną, bywają równie osobiste jak tamte (wspomnijmy choćby przepojony egzystencjalną samotnością House with no Door czy opowiadający o utraconej miłości Lost). Zresztą wszystko to się miesza, bo twórczość Petera jest też po trosze teatrem (zamiłowanie do aktorstwa przejawiał już podczas studiów na politechnice w Manchesterze, udzielając się w zespole teatralnym) i nigdy nie można być do końca pewnym, czy śpiewa o własnych, czy o cudzych doświadczeniach. Co bynajmniej nie wyklucza szczerości i głębokiego przeżywania własnych tekstów.

Choć teksty Petera są dla mnie niezmiernie ważne, spieszę zapewnić, że jego twórczość nie tekstem jedynie stoi. Muzycznie, a przede wszystkim głosowo Hammill może konkurować z najlepszymi rockmanami, a do jego wpływu przyznawały się takie gwiazdy jak Johnny Rotten czy Fish. Zawsze pozostawał nieco na uboczu rockowego światka, być może dlatego, że ceni sobie prywatność. O artystycznej uczciwości nie wspominam, bo naprawdę trzeba by się było bardzo starać, żeby mu zarzucić odstąpienie od niej w jakimkolwiek momencie kariery. Owszem, zmienia się – jak każdy muzyk i każdy człowiek. Ale nawet to, że ostatnio trochę przynudza, jest dowodem na to, że pozostaje sobą. Mogę sobie wyobrazić, że ktoś, kto za dwa dni skończy 64 lata, podchodzi do życia nieco spokojniej niż za młodu – choć pewne jest, że na koncertach nadal daje czadu, a głos ani trochę nie odmawia mu posłuszeństwa.

Tak przynajmniej było w roku 2007, kiedy wystąpił w Bydgoszczy z Van der Graafem, a także wcześniej, w 1999 i 1995, gdy grał solo (przy czym „solo” to znaczy CAŁKIEM solo – nie pamiętam, czy na obu koncertach, ale chyba tak: na scenie był całkiem sam, przeplatając serie utworów śpiewanych z towarzyszeniem fortepianu z tymi śpiewanymi przy wtórze gitary). Byłam na tych trzech występach i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała okazję posłuchać go na żywo.

O, proszę, TU ktoś wrzucił jeden z moich ulubionych utworów, In the End zarejestrowany na koncercie w roku 2010. Jakość nagrania nie jest rewelacyjna, ale do zniesienia. A TU tekst utworu, będący jednym z powodów mojej doń miłości.

Przed pierwszym polskim koncertem Petera, w roku 1995, miałam okazję uczestniczyć w konferencji prasowej. Większość pytań, jak to na takich konferencjach bywa, była głupkowata, ale odpowiadał cierpliwie i z wielką życzliwością. Po drugim koncercie wyszedł do publiczności, podpisywał płyty. Ktoś podał mu rękę – wtedy Peter uścisnął dłonie wszystkim dookoła. Powiecie, że nie on jeden tak robi. Pewnie, że nie. Ale dla mnie ważne jest, że był to właśnie on.

Pora przyznać, dlaczego tak długo zwlekałam z napisaniem tego tekstu. Otóż nie potrafiłam ogarnąć w jakąś sensowną całość wieloletniej i zróżnicowanej twórczości Petera. Wiedziałam, że wyjdzie z tego chaos. Ostatecznie jednak uznałam, że chaos z Peterem Hammillem w roli głównej jest lepszy niż cisza. Poniżej linkuję kilka kolejnych ulubionych utworów. Jeśli coś z tego Wam się spodoba, jeśli zostawi w Was jakiś ślad, to znaczy, że moje zmagania z tym chaosem nie poszły na marne.

Just Good Friends (tekst)
Gog (tekst)
The Birds (tekst)
Shingle Song (z tekstem)
Tenderness (tekst)

Lacrimosa weeps again


Wspominałam ostatnio o Lacrimosie, a ona jak na zawołanie wydała nową płytę. Pokusiłam się o próbę jej zrecenzowania i oto, co wyszło.

Od najlepszych płyt duetu, a za takie uważam Elodię i Fassade, upłynęło już sporo lat. Po zupełnie nieciekawym krążku Sehnsucht zachodziła obawa, że zespół będzie się staczał po równi pochyłej, ale zapowiedź nowej płyty Revolution i jej okładka ze znajomym arlekinem dumnie dzierżącym pośród zgliszczy postrzępioną flagę obudziły nadzieję, że może znowu będzie to album, który opowiada jakąś historię i opowiada ją pięknie.

Po kilkunastu przesłuchaniach – i przeczytaniach – płyty nie jestem przekonana, czy istotnie mamy do czynienia z concept albumem. Raczej nie. O ile przewijający się w całej twórczości Lacrimosy motyw samotności, wyobcowania i tragicznej miłości obecny jest w większości utworów, o tyle trudno znaleźć nić łączącą wszystkie utwory w jedną opowieść, jak miało to miejsce w przypadku Elodii. W warstwie muzycznej też brak klamry, która by łączyła poszczególne części albumu na wzór trzyczęściowej Fassade. Nie brak natomiast dobrych kompozycji.

Jeśli bowiem w porównaniu z poprzednim albumem, na którym chyba żaden utwór nie wywoływał wzruszenia ani zachwytu, tu można to powiedzieć o co drugim, trudno mieć pretensje o jakość muzyki – tym bardziej że nie znajduję na Revolution ani jednej kompozycji, która wyróżniałaby się negatywnie do tego stopnia, by budzić niechęć. Jeśli cokolwiek ją budzi, to rażące błędy w anglojęzycznych tekstach. Na płycie są takie teksty dwa i oba z kiepską gramatyką; błędów nie ustrzegły się również umieszczone na okładce angielskie tłumaczenia tekstów niemieckich (szczególnie rzuca się w oczy nagminne pisanie „loose” w znaczeniu „lose”). Przyznaję bez bicia, że niemiecki znam słabo i zawsze cieszyło mnie umieszczanie przez Lacrimosę na okładkach angielskich tłumaczeń, bo teksty są dla mnie istotnym elementem muzycznej układanki, ale tym razem Tilo i Anne wykazali się w tym względzie wyjątkowym niechlujstwem.

Wróćmy jednak do meritum, czyli do samych kompozycji. Jako że do współpracy członkowie duetu zaprosili m.in. muzyków Kreatora i Acceptu, można było się spodziewać mocnego uderzenia. Ponieważ jednak zaprosili także – w swoim stylu – orkiestrę symfoniczną, można też było liczyć na to, że nie zapomnieli o podniosłej nucie, która charakteryzowała ich najlepsze dokonania. Jedno i drugie okazało się prawdą. Mamy tu zacne przykłady ostrego rocka w postaci Verloren czy wieńczącego płytę bardzo smacznego Revolution; nieco zniechęcający intrem, ale potem pięknie się rozwijający This Is the Night w stylu Nicka Cave’a; patetyczne Refugium i Rote Sinfonie (dech zapiera w szczególności ten pierwszy – być może najlepszy utwór na płycie) oraz zupełnie wyjątkowy Feuerzug. Wyjątkowy, bo tak przebojowy, że mógłby być grany w dowolnym radiu o dowolnej porze, a jednak nie ma w sobie nic obciachowego, przeciwnie – chce się go słuchać bez końca! Osobiście nie jestem zwolenniczką utworów śpiewanych przez Anne, ale If the World Stood Still a Day jest akurat kawałkiem dość dobrym, a przynajmniej znośnym. Właściwie jedyne kompozycje (i wykonania), o których można powiedzieć, że są nijakie, to otwierający płytę Irgendein Arsch ist immer unterwegs (pomijając ładne intro i powracający kilkakrotnie motyw fortepianowy) i Weil du Hilfe brauchst, przy czym ten ostatni broni się tekstem:

„Przychodzisz na ten świat
lecz nie możesz do niego wejść.
Przychodzisz na ten świat
lecz życie cię nie wpuszcza.
Więc czekasz –
czekasz, aż coś się zdarzy.
Czekasz na tego, kto zrozumie,
że potrzebujesz pomocy.
Na tego, kto wydobędzie cię z głębi samej siebie
i zabierze do domu”.

(Tłumaczenie niedoskonałe, ale ci, którzy czują te klimaty, zrozumieją).

Podsumowując najnowsze dokonanie Lacrimosy, można wyrazić żal z powodu pewnych niedociągnięć i braku klamry kompozycyjnej, której istnienie sugerowała tytułowa „Rewolucja”, lecz trzeba docenić dobre, budzące emocje utwory, które dają nadzieję, że szwajcarsko-fiński duet jeszcze niejednym nas pozytywnie zaskoczy. Ktoś, kto lubił dawne płyty zespołu, nie powinien się nastawiać na ich powtórkę, lecz na porcję zupełnie nowych doznań okraszonych mocną rockową nutą, ale i przetkanych srebrzystą nicią romantycznego patosu. (Och, wiem, że to pretensjonalne – równie pretensjonalne jak ich twórczość).

„Nikt nie jest sam na tej ziemi
Ale każdy jest samotny na tym świecie”.

Cały Tilo. Niby bez sensu, a fani i tak wiedzą, o co chodzi.

Lacrimosa: Revolution
Hall of Sermon 2012

posłuchaj Refugium
posłuchaj Feuerzug