Category Archives: miastoznawstwo

Amatorka

Bardzo Was przepraszam, mam ostatnio lekki kryzysik (który to już?) aktywności na blogu. Trudno mi się zebrać do jakiegoś solidnego wpisu, a nawet fotograficznego dawno nie było. Dziś trochę się zrehabilituję, a przy okazji zaproszę do odwiedzania mojej nowo założonej strony ze zdjęciami na Facebooku.

duchy

Duchy na moście Jordana

hdr1

Jeszcze jedna zimowa wizja z cypla

_MG_0933

Gdzieś daleko, za lodami

_MG_1034

Oraz za chaszczami…

hdr

Widok maltański

_MG_1665c

Widok maltański w innej tonacji

_MG_1602

Miodzik

_MG_1673b

I ostatni (na dziś) maltański widok

_MG_1686

A dla kontrastu – coś monochromatycznego 🙂

Postaram się odezwać ponownie w nieodległej przyszłości!

Reklamy

Fotografuję w zimie

_mg_9502

Witanie nowego roku

Drodzy Czytelnicy! Mam świadomość, że ten blog coraz bardziej skręca w stronę fotografii. Zastanawiałam się nawet, czy nie założyć drugiego specjalnie w tym celu, ale w niektórych okresach (jak teraz, he he) niewiele zamieszczam innych wpisów i wówczas pierwszy z blogów leżałby odłogiem. Poza tym człowiek to całość, a nie tylko wycinek jego zainteresowań i dokonań. Może kiedyś uznam, że osobny blog fotograficzny jest potrzebny – na razie zostaję tutaj zarówno z fotografią, jak i z całą resztą. Nie gniewajcie się więc, jeśli kiedyś zamiast wrzucać zdjęcia będę recenzować filmy albo, o zgrozo, snuć rozważania. Ale nie gniewajcie się też, że wrzucam zdjęcia 🙂

_mg_9664

Bezśnieżny, ale z lekka mroźny spacer po dnie Malty, z której spuszczono wodę celem oczyszczenia (na pierwszym planie rzeczka Cybina, zwykle ukryta pod powierzchnią jeziora)

Czekałam na śnieg i się doczekałam. Warta wprawdzie nie zamarzła (Cybina owszem), ale płynęło nią sporo śryżu – trochę wciąż płynie – co udało mi się uwiecznić z pewnego szczególnego miejsca, do którego wybierałam się od dawna, a teraz mam za sobą dwie sesje w nim. Było warto! Choć okazało się, że nie jestem jedyną osobą, która wpadła na ten pomysł.

Na zdjęciach z pierwszej sesji woda i śryż płyną jeszcze obiema odnogami, na tych z drugiej (dzieliły je zaledwie trzy dni!) już tylko tą szerszą.

_mg_9791_mg_9860_mg_9882

28_30hdr0030hdr

Wybrałam się też na „Gargamela”, żeby sfotografować starówkę ze śniegiem na dachach. Niestety na samej powierzchni Starego Rynku śnieg jest regularnie uprzątany, a reszta rozdeptywana. Może będzie drugi rzut zimy i wtedy zdążę z aparatem, zanim biel zniknie.

_mg_0267hdr386

Na koniec jedno zdjęcie typowo „dzienne” (choć słońce chyliło się już mocno ku zachodowi), ale za to z kominem! Mam nadzieję, że tej zimy będę miała jeszcze okazję porobić trochę śnieżno-mroźnych fotografii.

_mg_0170

Nocne zdjęcia

_mg_5638

Fajnie się teraz robi „nocne” zdjęcia, bo zmrok zapada wcześnie i zapalają się lampy. Nie trzeba czatować do 22.00, wystarczy 0 16.00 czekać ze statywem w strategicznym miejscu. W dodatku o tej porze siedzą jeszcze ludzie w takich przybytkach jak biurowce, uczelnie czy Urząd Miasta, a co za tym idzie, palą się światła w oknach i zdjęcia mają więcej uroku.

Jest jednak pewien minus zimowych zdjęć, mianowicie temperatura. Trudno manipulować przy ustawieniach aparatu w rękawiczkach, a zasadniczo jestem zmarzlakiem, więc już jest ciężko, a co dopiero wtedy, gdy temperatura spadnie kilka stopni poniżej zera. A pewnie będę chciała fotografować i w takich okolicznościach przyrody, bo śnieg, szron albo choćby lód są wdzięcznym tematem, czy też raczej wątkiem fotograficznym.

_mg_5710

Wschód słońca nad Maltą, październik

Powyższe zdjęcie to trochę insza inszość, bo znacznie mniej bolesne jest robienie zdjęć o zachodzie słońca niż przed wschodem. Po pierwsze, mniej więcej wiadomo wtedy, jak będzie wyglądało niebo, czy jest zachmurzone i czy można liczyć na jakieś fajne barwy, a przed świtem to loteria – prognoza pogody nie jest nieomylna. Ponadto nie lubię wcześnie wstawać, a tym bardziej nie uśmiecha mi się wychodzenie z domu, gdy jest jeszcze niemal całkiem ciemno (i zimno!), i jazda rowerem do miejsca fotografowania. Dwa razy jednak się skusiłam – drugi nie był tak malowniczy, ale podczas pierwszej sesji widoki z nawiązką wynagrodziły mi wstawanie i marznięcie (był październik, ale temperatura przed wschodem wynosiła jakieś 3-4 stopnie). Poniżej jeszcze jedno zdjęcie z tamtego poranka.

_mg_5732

Takie chwile i rano, i wieczorem potrafią być magiczne – trudno to sensownie opisać bez nurzania się w kiczu, ale czuje się wtedy ogromną zażyłość nie tyle z przyrodą, bo nie zawsze fotografuję przyrodę, trudno zresztą w mieście oddzielić przyrodę od wytworów człowieka, ile z pięknem. Czasem patrzę na widok, który fotografuję, i dosłownie opada mi szczęka. A jeszcze bardziej, jeśli udaje mi się uchwycić to piękno na zdjęciu, co niestety nie jest takie powszechne.

Poniżej kilka zdjęć wieczornych wykonanych między październikiem a grudniem.

_mg_8618

Widok z tarasu tzw. Gargamela, czyli dość pokracznej budowli mającej imitować zamek Przemysła II, o którym nikt nie wie, jak wyglądał

_mg_8747

Może znalazłyby się w moich zbiorach bardziej dramatyczne zdjęcia mostu św. Rocha, ale lubię to ze względu na barwy, księżyc, a także dlatego, że wykonałam je z pomostu dla wędkarzy, który wkrótce potem ktoś (nie ja!) zepsuł, a następnie go zdemontowano, wskutek czego teraz można fotografować tylko z brzegu i nie obejmie się całego odbicia.

_mg_9234

A z tych dramatycznych (już bez pomostu) to choćby takie

odzysk

Miały być odpaździernikowo dogrudniowe, a to jest z września. Ale przedostatniego 🙂 Fontanna i budynek Teatru Wielkiego w Poznaniu. Niestety przypadkowo skasowałam oryginał i pozostał mi jedynie gorszy jakościowo „odzysk z fejsa”. Przy tym rozmiarze – mam nadzieję – nie widać różnicy.

Jak pokochałam Maltę

IMG_9259

Widok z okolic zegara słonecznego

Porobiło się tak, że najchętniej fotografuję krajobrazy. Mam już wprawdzie nowy obiektyw „na ptaszki” (55-250mm) i nawet w tym wpisie pokażę Wam efekty jego używania, ale i tak najczęściej wyprawiam się na zdjęciowe łowy z małym obiektywem i statywem. Okazało się, że najbliższe i najwdzięczniejsze miejsce na takie łowy to Jezioro Maltańskie, do którego mam jakichś piętnaście minut rowerem. Przez ostatnie trzy miesiące dowiedziałam się o tym miejscu więcej niż przez wszystkie dotychczasowe lata (a mieszkam na Ratajach od roku 1993), poznałam chyba wszystkie pomosty, punkty widokowe na brzegu, a także sporo fauny – ot, choćby bobra, perkoza rdzawoszyjego czy też samotnego młodego łabędzia, któremu nadałam imię Ash. Ash przesiaduje zwykle na jednym z pomostów przy końcu jeziora. To ponoć nic dziwnego, że jest sam, bo łabędzie odłączają się od rodziców w wieku kilku miesięcy, a rodzinę zakładają dopiero w wieku 4-5 lat. Trochę jednak się o niego martwię. Mam nadzieję, że jesienią dołączy do jakiejś grupy i odleci z nią.

_MG_0473

Ash na pomoście

IMG_9621t

Perkoz rdzawoszyi

Bobra Wam nie pokażę, bo zdjęcie nieostre, ale mogę opowiedzieć, jak go spotkałam. Otóż przyczaiłam się na fontannę, która wreszcie zaczęła działać – wcześniej bowiem wieczorami, kiedy powinna mienić się kolorami, na ogół nie działała. Ale naprawili. No i znalazłam sobie takie miejsce, nie napiszę gdzie, które wydawało się obiecujące do zrobienia fajnych prawie-nocnych zdjęć. Rozstawiłam statyw i fotografuję, coraz bardziej świadoma, że w trzcinach za plecami coś się gramoli. W końcu wylazło. Może trochę przyczynili się do tego wrzeszczący ludzie w pontonie z silnikiem, którzy panoszyli się po całym jeziorze. W każdym razie bóbr wygramolił się z wody jakieś dwa metry ode mnie. Było już bardzo szaro, ale nie ciemno.  Trochę się na niego pogapiłam, a ponieważ od razu nie zwiał, poszłam po aparat, jakimś cudem nawet przypomniałam sobie, by włączyć lampę, ale niestety aparat nie złapał ostrości (chyba nawet wiem dlaczego), więc choć pokazałam jedno ze zdjęć znajomym na fejsie, to Wam nie pokażę 😉 W każdym razie bydlak był wielki i nie ma wątpliwości, że to bóbr. Potem zwiał do wody, popłynął kawałek dalej, gdzie trzcina była gęstsza, i tyle go widziałam.

Wszystkie te wieczory i związane z nimi przygody obudziły we mnie głęboką miłość do tego miejsca. Niby miejskie jezioro, oblegane przez spacerowiczów, rowerzystów, biegaczy, rolkarzy, nawet osoby pijące piwo w przyjeziornych knajpkach, ale drzemie w nim kawał magii – wielokrotnie samotnie stałam ze statywem na pomoście, przy którym latem jest popularna plaża, gdy wokół zapadał zmrok. Tylko kaczki pluskały, muzyka dobiegała z dala, aż nagle, o dziewiątej, ciemno już było, zaczynała płynąć po wodzie melodia dobiegająca prawdopodobnie aż z kościoła w Zielińcu – w każdym razie kiedyś byłam tam wieczorem i tak samo grało. Zaprawdę, powiadam Wam – kawał solidnej magii. Nie raz tam zmarzłam, ale zwykle nie odczuwałam tego podczas robienia zdjęć. Albo byłam zbyt zaaferowana, albo zimno dawało się we znaki dopiero na rowerze, gdy trzeba było mierzyć się z wiatrem.

Każdy wieczór jest inny. Inny jest każdy zachód słońca, każdy zmierzch. Czasem zdjęcia w „niebieskiej godzinie” – krótko przed całkowitym zapadnięciem ciemności – faktycznie wychodzą niebieskie (właściwie granatowe), a czasem bardziej szare. Jeszcze tego do końca nie rozgryzłam, ale wydaje mi się, że większe szanse na niebieskość są wtedy, gdy niebo jest albo całkowicie czyste, albo jednolicie zaciągnięte chmurami. Gdy trochę tak, a trochę tak – wychodzi szarość z chmurką.

Im bardziej zaprzyjaźniam się z tym miejscem i z tamtejszą fauną, tym bardziej niepokoją mnie sytuacje w rodzaju tych gości, którzy szaleją motorówkami. Mam nadzieję, że była to jakaś jednorazowa impreza, a nie, że na przykład otwarto wypożyczalnię i odtąd będą tak szaleć codziennie. Wydaje mi się, że przeszkadza to nie tylko zwierzętom, ale także znakomitej większości ludzi wypoczywających tam i uprawiających różne formy rekreacji.

Jestem też ostrożna w kwestii nowej ledowej tablicy, która powstała w miejscu starej tablicy wyników. Jeszcze jej nie widziałam, ale z opisu wnoszę, że będzie wyświetlała filmiki reklamowe, co moim zdaniem bardzo źle wpłynie na estetykę miejsca i zepsuje przyjemność obcowania z zachodami słońca.

Ale zobaczymy. Na razie zostawiam Was z filmem ukazującym feerię barw fontanny (polecam obejrzenie do końca, bo pod sam koniec coś się dzieje) oraz kilkoma zdjęciami jeziora.

_MG_0352

Z prawej za pomostem to oczywiście Ash

_MG_0420

CH Malta z kaczką

_MG_0509

Wieczór sfotografowany z trawiastego półwyspu niedaleko term

_MG_0551

Raz jeszcze fontanna – tym razem statycznie

_MG_0529

Dobra, macie tego bobra

Włóczęgi po Poznaniu 6 – ul. Hutnicza i Plac Lipowy

IMG_5325

ul. Hutnicza – „Osada”

Po kilku latach przerwy wznawiam sekcję „Włóczęgi po Poznaniu”. Wznawiam, bo jest okazja, choć nie obiecuję większej liczby wpisów, a to choćby dlatego, że inni robią lepsze zdjęcia i piszą ciekawiej.

W każdym razie udaliśmy się dziś w dwa miejsca, o których słyszałam i widziałam je na fotografiach, a nigdy dotąd w realu. Pierwszym z nich była tzw. Osada – kolonia domów wybudowanych pierwotnie dla pracowników kolei, mieszcząca się pomiędzy ulicami Hutniczą, Wspólną i 28 czerwca. Miejsce jest dobrze ukryte i choć wielokrotnie przejeżdżałam obok niego tramwajem albo nawet przechodziłam, długo nie miałam pojęcia o jego istnieniu, zwłaszcza że nie jest wspomniane w książce Ulicami mojego Poznania Zbigniewa Zakrzewskiego, z której czerpię większość wiedzy o mieście.

IMG_5326IMG_5328

IMG_5332

Te domy też należą do Osady – szkoda, że je pomalowano na taki nietypowy kolor.

Plac Lipowy mieści się niedaleko, pomiędzy ul. Lipową, Bluszczową i Bzową. Nie widnieje nawet na niektórych planach miasta, bo jest nieduży, ale warto zajrzeć i tam, i na okoliczne uliczki – choćby rzeczoną Lipową, gdzie odkryliśmy taki ładny dom (białe kropki na zdjęciu to opady śniegu 🙂 ).

IMG_5337

IMG_5335

Plac Lipowy

Serdecznie polecam odwiedziny w tych miejscach. Tymczasem koleżanka donosi, że nieopodal Osady, u zbiegu ulic Wspólnej i Tokarskiej, znajduje się największe podwórko (chyba już raczej podwórze?) w Poznaniu. Jest więc pretekst do kolejnej wycieczki.

Osiedle

IMG_3190

Patrzę na Ciebie, Biedronko.

Mieszkam na starym (mniej więcej w moim wieku ;)), dużym osiedlu, którego chwilami nienawidzę, ale przeważnie je kocham. Nienawidzę go wtedy, gdy ktoś celowo oblewa piwem klatkę schodową będącą w trakcie generalnego remontu. Wtedy, gdy ktoś mi rozbija pod oknem butelki albo napier**la w nocy młotkiem i nawet nie można się na niego poskarżyć administracji, bo cholera wie, na którym to piętrze, w którym mieszkaniu. Gdy rozwalają mi dzwonek. Gdy z okazji rzeczonego remontu robią mi syf pod drzwiami (a nawet na drzwiach) i pozostawiają tak przez miesiąc. Najbardziej jednak nienawidzę furgonetek parkujących przed przejściami dla pieszych w taki sposób, że można zza nich wejść prosto pod samochód.

Przeważnie jednak kocham swoje osiedle.

Ołtarz starego boga - nieczynna fontanna z czasów komuny. Mogliby te relikty wyremontować i

Ołtarz starego boga – nieczynna fontanna z czasów komuny. Mogliby te relikty wyremontować i „uczynnić”.

Kocham je, bo jest swojskie. Ludzie starsi i w średnim wieku (bezrobotni? renciści? po pracy?) przesiadują na ławeczkach, plotkując. Najbardziej bawi mnie sąsiadująca z trzepakiem ławeczka ustawiona zaraz przy śmietniku, który to śmietnik wydaje się absolutnie rozmówcom nie przeszkadzać. Część tych ludzi mieszka tu od początku – jeśli nie chodziła razem do szkoły, to ich dzieci razem chodziły. Ja jestem z tych średnich – wprowadziłam się już w dorosłości, ale dość dawno, żeby się odróżniać (nie tylko wiekiem, ale i stażem) od studentów wynajmujących mieszkania. Można więc powiedzieć, że uchodzę za „swoją”, chociaż przesiadywanie na ławeczkach jeszcze mi nie przysługuje. Ale z panią w sklepie czasem się poplotkuje, a najświeższe wieści ma zwykle sąsiad przesiadujący na wózku przed blokiem.

Rzeczona ławeczka - wiem, że słabe zdjęcie, ale przynajmniej nikt  się nie rozpozna i mnie nie pozwie, ze publikuję jego wizerunek.

Rzeczona ławeczka – słabe zdjęcie, ale przynajmniej nikt się nie rozpozna i mnie nie pozwie, ze publikuję jego wizerunek.

Osiedle łatwo mogłoby popaść w ruinę i miało już momenty, gdy wydawało się ku temu zmierzać. Wciąż jednak (wraz z całą spółdzielnią mieszkaniową) jest chyba wypłacalne, bo i o zieleń zadbało, i o ławeczki, i bloki maluje od środka. Nie wiem wprawdzie, czym to malowanie się skończy. Zupełnie niezrozumiała jest natomiast dla mnie likwidacja boiska do siatkówki plażowej i ustawienie w tym miejscu dwóch, słownie dwóch, huśtawek, podczas gdy kilka innych znajduje się na wysokości tego samego bloku, a w siatkę nie ma teraz gdzie grać – chyba że na POSiRze, ale za kasę. No i teraz, latem, na plaży.

O właśnie, plaża. Plaża jest zasadniczo niepotrzebna, choć mile widziana. Mile widziana dlatego, że ma boisko, leżaki i hamaki (ale tylko dwa, bo jeden już ktoś zepsuł), a niepotrzebna, bo nad Wartą się plażuje, gdzie tylko się da i kiedy pogoda pozwala. To całe gadanie o „odwracaniu się miasta od rzeki” zupełnie do mnie nie trafia – owszem, mogliby położyć na nabrzeżu jakiś równy chodnik albo nawet zrobić drogę rowerową, ale oznaczałoby to znaczne zwiększenie liczby spacerowiczów, rowerzystów, rolkarzy, ludzi toczących wózki z dziećmi – i cały brzeg stałby się autostradą. A to nie cieszyłoby chyba ani wędkarzy, ani młodych ludzi, którzy chcą sobie w spokoju posiedzieć i popatrzeć na zachód słońca, ani takich osób jak ja, które lubią się powłóczyć, popatrzeć na ptaki, coś sfotografować albo po prostu powdychać smrodek rzeki. Apeluję jednak do młodych oglądających zachód słońca, żeby sprzątali po sobie butelki i paczki po chipsach – wystarczy wziąć w siatkę i wyrzucić do jednego ze śmietników przy plaży. Śmietniki zresztą pojawiły się także między mostami św. Jadwigi i Rocha, czyli na wysokości akademików. Widać uznano, że studenci rokują nadzieje na zrozumienie, do czego taki obiekt służy.

Zachód słońca nad Wartą

Zachód słońca nad Wartą

Osiedle bez parku i Warty nie byłoby takie samo. Kto wie, czy nie jest to główny powód mojej miłości i przyczyna, dla której wolę żyć w małym mieszkanku w wielkim bloku, bez balkonu i z ciemną kuchnią, niż kombinować jakąś przeprowadzkę. Choć równie możliwe, że to po prostu z lenistwa, że o braku funduszy nie wspomnę.

IMG_2965

Susza jaka jest, każdy widzi.

IMG_2627

Czechy 2014 – Praga, Pilzno, Karlowe Wary, Letohrad

mala strana

Kościół na Malej Stranie

Pierwszy raz udaliśmy się w podróż PolskimBusem. Do niedawna chyba nie było bezpośredniego połączenia z Poznania do Pragi, za to połączenia kolejowe były nieco lepsze, choć w przypadku opcji oszczędnościowej oznaczało to minimalnie dwie przesiadki. W zeszłym roku, wyjeżdżając z Poznania wcześnie rano, około siedemnastej byliśmy w Brnie; sprawdzanie możliwości dotarcia do Pragi o ludzkiej porze tego lata ujawniło, że musielibyśmy wyjechać o drugiej w nocy – w przeciwnym razie, tłukąc się z 3–4 przesiadkami, bylibyśmy tam między 21.00 a 22.00. To dość późno, kiedy trzeba jeszcze dojechać metrem do miejsca noclegowego i je znaleźć, a biorąc pod uwagę możliwość spóźnień i tego, że któryś z pociągów nam zwieje, woleliśmy pojechać PolskimBusem o piątej rano (co oznaczało wstanie o nieludzkiej 3.30). Trochę się obawialiśmy, bo różne krążą o tym przewoźniku opinie, ale znajomi na ogół byli zadowoleni z jego usług. My też nie mamy powodów do narzekań. Autobus przyjechał na czas, był wygodny, podróż przebiegła sprawnie. Dopiero roboty drogowe po czeskiej stronie trochę ją opóźniły, ale 45 minut spóźnienia na dworcu Florenc to żadne spóźnienie – byliśmy na miejscu krótko po czternastej i chwilę później wsiedliśmy do metra, by dojechać na stację Chodov i znaleźć akademik/hotel Volha.

Volha mieści się w dzielnicy Kunratice, obok osiedli mieszkaniowych, ale i obok lasu. Schodząc w głąb ulicy K Verneráku, czujemy się jak w małym miasteczku (ma nawet pałacyk, którego jednak z bliska nie zobaczyliśmy) – domki jednorodzinne, knajpka, sklepiki. To zupełnie inna Praga niż ta śródmiejska, do której jednak metrem można dojechać w kilkanaście minut (niewiele mniej zajmuje nam dojście z akademika do stacji metra).

IMG_0574

Pierwszego dnia standard – zwiedzamy Wyszehrad (udaje nam się znaleźć groby Čapka i Smetany), potem wzdłuż Wełtawy idziemy do centrum, zaliczamy zegar z kościotrupkiem. Odkrywamy Costa Coffee – to znaczy właściwie P. odkrywa, bo jest zachwycony objętością kawy maxi. Ja jestem mniej zachwycona ceną i tym, że wifi nie działa. Oglądamy synagogę – jakaś Hiszpanka robi sobie przy niej zdjęcie; nic dziwnego, bo to Synagoga Hiszpańska.

Drugi dzień do głównie Hradczany i Malá Strana, choć zaczynamy od muzeum efektów specjalnych z filmów Karela Zemana – stosunkowo drogie, małe i niezbyt imponujące. Upał daje się we znaki, więc i na piwo trzeba wstąpić – ogólnie nie przepadamy, ale tmavý kozel ujdzie. Na obiad jakieś mięsko z kombinowanym knedlikiem, czyli trochę houskovego, a trochę bramborovego. Houskovy knedlik pewnie znacie, smakuje trochę jak pyza drożdżowa, tylko bardziej zbita, a bramborovy, czyli ziemniaczany, to prawdopodobnie pyra zmieszana z mąką i jajkiem. Zjadliwy, acz bez zachwytów.

Troja

Trojsky Zamek

Dzień trzeci, ostatni – najpierw grób Kafki na żydowskim cmentarzu na Olszanach, potem podróż do pałacyku Troja (Trojský Zámek), położonego na północy, obok zoo. Całkiem ładne, fotogeniczne miejsce z przyjemnymi ogrodami, no i nie tak zatłoczone jak starówka czy Hradczany. Trafiliśmy akurat na rosyjską parę młodą, która brała tam ślub, a może tylko urządzała sesję zdjęciową.

Wróciliśmy na Holeszowice i postanowiliśmy obejrzeć pobliskie tereny praskich targów. Najpierw jednak – przy jednej z uliczek w bok od Plynárni – znaleźliśmy knajpkę przylegającą do małego hoteliku i zjedliśmy w niej niedrogi obiad. Warto w tym miejscu wspomnieć, że popularne w większości Czech „denní menu”, czyli zestaw tanich posiłków obowiązujący w określonych godzinach (przeważnie do 14.00, choć zdarza się do 13.00 lub 15.00), w Pradze raczej nie występuje, a przynajmniej rzadko. Zwłaszcza centrum stolicy jest nastawione na zarobek i nie będzie nikomu potaniać obiadów, bo nie.

Targi okazały się całkiem interesujące architektonicznie. Byliśmy nawet w środku, bo akurat odbywała się prezentacja sprzętu turystycznego firmy o swojsko brzmiącej nazwie Jurek. Ciekawe, czy ktoś pomyślał, żeby tam zorganizować festiwal fantastyki – miejsce całkiem dobrze się nadaje.

targi

Targi

Jako że gorąc doskwierał, schroniliśmy się w pobliskim obszernym parku Stromovka . Polecamy – po stawie pływają łyski, a nawet kokoszki. Kokoszkę zresztą widzieliśmy także na Wełtawie.

W drodze powrotnej zepsuł się tramwaj, dzięki czemu mieliśmy okazję odwiedzić kolejny antykwariat (wspomniałam już, że P. wchodzi do każdego, prawda?) oraz zwiedzić stację metra Vltavská – najbardziej penerską, pardon, zaniedbaną, jaką widzieliśmy w Pradze. Ale za to zdecydowanie nieturystyczną, a zwiedzanie nieturystycznych miejsc jest solą każdej wyprawy.

Następnego ranka żegnamy Volhę i udajemy się w kolejny etap podróży – do Pilzna. Chyba już wtedy zauważam, że sygnał dźwiękowy na praskim dworcu – cztery nutki – z czymś mi się kojarzy. W drodze powrotnej utwierdzę się w tym mniemaniu. A skoro Czechy, to Smetana – po powrocie do domu przystąpię więc do odsłuchu najbardziej znanych jego dzieł i odkryję, że to pierwsze (i wiodące) cztery dźwięki Wyszehradu.

volha

Nasza droga do kuchni w akademiku Volha

Podróż do Pilzna to tylko półtorej godziny, ale z racji upału daje nam się we znaki. Potem długa droga do tramwaju, żeby nie musieć kupować dwóch biletów (nie mają przesiadkowych, a nie odkryłam, że znacznie bliżej jest autobus, który też zawiózłby nas w pobliże akademika Bolevecká, gdzie mamy zamówiony kolejny nocleg). I tu radość, bo łazienka nie jest wspólna z sąsiadami. W Pradze mieliśmy szczęście przez dwie pierwsze noce, potem już musieliśmy się dzielić łazienką i przedsionkiem. Bez tragedii, ale zawsze przyjemniej mieć własne. Bardzo zresztą prawdopodobne, że przy zamawianiu prosiłam o taki pokój, tyle że później wyleciało mi to z głowy. Niestety nie udało nam się znaleźć kuchni, zresztą i tak pewnie nie byłoby tam naczyń – ale w końcu nie w takich warunkach człek sobie radził. Wyjęliśmy grzałkę, kubki i mogliśmy spokojnie przystąpić do konsumpcji chińskich zupek – oczywiście na kolację, bo obiad zjedliśmy w pobliskiej restauracji. Był to zresztą nasz najdroższy obiad podczas tej wyprawy (a może i w życiu), choć trzeba dodać, że okraszony deserem w postaci sernika i kawy (do samego obiadu piliśmy piwo), które P. smakowały, a mnie średnio. W każdym razie zostawiliśmy tam równowartość 90 złotych, czego moja poznańska dusza do dziś nie może przeboleć.

kangur

Największy kangur widoczny przez płot

W odróżnieniu od Volhy, pilzneński akademik jest położony w stosunkowo cichym miejscu. W Pradze problemem była niewielka z pozoru ulica, którą samochody (i motory!) zjeżdżały do Kunratic. Ciężarówki podskakiwały na garbach, znowuż w drugą stronę dodawano gazu, bo pod górkę. Gdybyśmy mieli okna od strony osiedla albo gdyby było dość chłodno, by je na noc zamykać, pewnie nie zauważylibyśmy problemu. W Pilznie natomiast akademik, choć mieścił się w pobliżu skrzyżowania dwóch dużych ulic, był od nich dostatecznie oddalony i odgrodzony (drzewami, z jednej strony również kilkupiętrowymi domami), by samochody nie przeszkadzały. Trochę hałasowali studenci (lub inni turyści), ale najpóźniej o północy wszystko się uspokajało.

Pierwszego wieczoru spacer do zoo, od którego dzieliło nas jakieś 15 minut drogi piechotą. Ku naszej radości zza płotu prezentują swe wdzięki dziesiątki małych kangurków, a także wiele innych stworzeń, które spokojnie można oglądać, idąc wzdłuż (zamkniętego już o tej porze) ogrodu. Następnego dnia od rana zwiedzanie Pilzna – to chyba najgorętszy dzień naszej wyprawy, temperatura dochodzi do 35 stopni w cieniu. Zwiedzamy starówkę (piękna synagoga!), plac Emila Škody przed zakładem produkującym samochody tej marki, sprawdzamy, o której następnego dnia mamy autobus do Karlowych Warów, gdzie chcemy pojechać na jednodniową wycieczkę. Potem P. namawia mnie na kino. Cóż, tam przynajmniej jest klima (a w całej Plzeň Plaza – wifi), ponadto zaś z napisów (dubbingu nie ryzykujemy) można się nauczyć trochę czeskiego. Idziemy więc na Usvit planety opic (Ewolucję planety małp), który właśnie wszedł do kin. Świetny, mądry film, no i faktycznie uszczknęliśmy trochę języka – dowiedzieliśmy się na przykład, że „wojna wybuchła” to po czesku válka vypukla 😉 W drodze powrotnej idziemy obejrzeć stadion Viktorii, zwanej pieszczotliwie Viktorką – niedawnego mistrza, a teraz wicemistrza Czech.

Widok z wieży kościoła św. Bartłomieja

Widok z wieży kościoła św. Bartłomieja

Ponoć Náměsti Republiky to największy plac, a kościół św. Bartłomieja – najwyższy kościół w całych Czechach. Być może, chociaż specjalnie nie rzucają się w oczy. Tak czy owak widok z kościelnej wieży jest niezły, choć typowy – mnóstwo czerwonych dachów, jak w Pradze, Greifswaldzie czy Bystrzycy Kłodzkiej. Wyróżnia się wspomniana synagoga i może trochę to, że skrajem rynku jeżdżą tramwaje (niestety także autobusy i samochody, co jest już mniej romantyczne). Nieopodal placu mieści się wejście do podziemi, które zwiedzamy z przewodnikiem. Ostatniego wieczoru znów „odwiedzamy” zoo – w cudzysłowie, bo ponownie jesteśmy po zamknięciu, ale teraz idziemy wzdłuż płotu do końca, oglądając i fotografując wszystkie zwierzaki, jakie wyściubią nos, a jest ich sporo.

W międzyczasie jednak udajemy się do Karlowych Warów. W drodze niespodziewanie atakuje nas deszcz, chwilami ulewny; ledwie jednak wysiadamy, przestaje padać. Miasteczko okazuje się urokliwe, choć jego uzdrowiskowo-turystyczny charakter przejawia się w cenach i wszechobecności wycieczek, głównie rosyjskojęzycznych. Warto wspomnieć, że właśnie w Karlowych Warach Jan Becher założył firmę produkującą wódkę nazwaną od jego nazwiska becherovką.

Karlowe Wary

Karlowe Wary

Ostatnim przystankiem na trasie naszej wyprawy jest Letohrad. Wymyśliłam go, bo a) chciałam trochę odetchnąć prowincjonalnym powietrzem, pochodzić jeśli nie po górach, to przynajmniej po pagórkach, polach i lasach; b) był dogodnym miejscem do rozpoczęcia podróży powrotnej, bo można się z niego przemieścić do Poznania z jedną tylko przesiadką; c) obiło mi się kiedyś o uszy, że jest ładny. To ostatnie przesadnie się nie sprawdziło, bo wyglądał dokładnie tak jak większość małych miasteczek w Czechach, czyli sympatyczny, lecz nie porywający. Bardzo fajne natomiast mieliśmy lokum w pensjonacie Jitřenka – pokoik z własną łazienką i maleńką kuchenką. Chylimy czoła przed idealnym wykorzystaniem niewielkiej przestrzeni, dzięki której turysta ma prywatność i wygodę. Do tego telewizor – coś, czego ogromnie nam brakowało w poprzednich miejscach, bo to najlepszy sposób nauki języka – i wifi.

Widoczek z trasy w okolicach Letohradu

Widoczek z trasy w okolicach Letohradu

Pierwszego, nieco deszczowego dnia zwiedzaliśmy miasteczko, a potem, gdy już trochę się wypogodziło, przespacerowaliśmy się ścieżką edukacyjną po okolicznych polach i lasach. Drugiego już bardziej ambitnie – rano muzeum rzemiosł, później wędrówka szlakiem do tamy na Dzikiej Orlicy w pobliżu wioski Nekoř. Trochę żałujemy, że nie poszliśmy dalej, bo dopiero potem zaczynały się kąpieliska i w ogóle jakieś życie, a przy samej tamie głusza. I prawie jej nie widać przez drzewa. Ale wcześniej, po drodze, widoki ładne.

Następnego ranka musieliśmy niestety pożegnać Letohrad i wsiąść do pociągu, który zawiózł nas prosto do Wrocławia. Tam mieliśmy półtorej godziny przerwy, które planowaliśmy poświęcić na obiad, ale spotkała nas przykra niespodzianka: na wrocławskim dworcu nie ma już żadnego baru oprócz KFC! Są za to aż dwie kawiarnie i w jednej z nich, z braku lepszego wyjścia, przesiedzieliśmy przerwę.

Jak zawsze zbyt krótko, zbyt mało. Na osłodę życia pozostaje oglądanie czeskiej telewizji i planowanie kolejnych wypraw.

Praga - widok z wieży ratusza

Praga – widok z wieży ratusza

Postaram się wkrótce dorzucić jeszcze trochę zdjęć.

Polconowa masa krytyczna (nierelacja)

Na gorąco, zanim to wszystko ucieknie mi z głowy, a jego miejsce zajmie matka Madzi, rzezie w Syrii, kolejna porażka mojej ulubionej drużyny, a przede wszystkim tzw. szara rzeczywistość, napiszę parę słów o konwencie fantastyki Polcon 2013, w którym miałam przyjemność uczestniczyć. I od razu uprzedzam – nie będzie to relacja/recenzja, tylko (znowu!) będę ględzić o swoich uczuciach (ziew). Bo te uczucia od pierwszego dnia konwentu wręcz mnie rozpierają. Przy czym nie chodzi o zniecierpliwienie spowodowane „kolejkonem”, który owszem, był denerwujący, ale dobra pogoda i radosna ludzka banda uczyniły go znośnym. Chodzi o radość z obcowania z ludźmi, którzy cenią oryginalność, są otwarci na drugiego człowieka i z którymi czujemy się swobodnie.

Pół życia temu jeździłam na pewne imprezy organizowane pod zupełnie innym pretekstem, niby to w innym celu, ale pełniące w istocie tę samą rolę: wytwarzania bliskości między ludźmi, otwierania ich na siebie nawzajem (wprawdzie P. twierdzi, że ja otwieram się głównie w jedną stronę, ale z mojej perspektywy bombardowanie innych własnymi emocjami jest zapuszczaniem sondy do ich serc, że tak górnolotnie rzeknę), zawierania i cementowania przyjaźni. Oczywiście to wszystko dzieje się też poza konwentami, także w internecie, ale taki spęd wielu osób w jednym miejscu wytwarza pewną masę krytyczną. Doświadczyłam tego, siedząc – czy to na terenie konwentu, czy wieczorem przy piwie – ze znajomymi z internetu albo z reala i słuchając inteligentnych, mądrych i ciekawych rozmów. Nieważne, czy ktoś jest znany, czy zupełnie nieznany; jeśli już miałabym oceniać metodę tworzenia się grupek, to chyba bardziej decyduje staż konwentowy (na pierwszych Pyrkonach czułam się znacznie mniej zintegrowana niż teraz), ale można nadrobić stażem forumowym czy portalowym albo po prostu klubowym. Trochę wiek, trochę różnice zainteresowań – ci od literatury skupiają się razem, ci od gier razem, ci od czegoś jeszcze też razem – ale nie są to żadne sztywne podziały. Poza tym nachodzą na nie także choćby podziały klubowe czy forumowe, które przebiegają inaczej. Na pewno jadąc na konwent po raz pierwszy, warto się wybrać ze znajomymi, żeby mieć się o kogo oprzeć, ale nie sądzę, żeby ktoś nowy był świadomie odrzucany – ludzie mają naturalną tendencję do trzymania się z swoimi i czasem trzeba zrobić parę kroków, żeby znaleźć sobie nowych przyjaciół, zamiast stać na uboczu. Jeśli oczywiście tego szukamy na konwencie, bo zdaję sobie sprawę, że wiele osób przychodzi po prostu na punkty programu.

Fajności bycia w grupie akceptującej różnorodność doświadczyłam też ostatniego dnia, kiedy z powodu nieposiadania kaptura włożyłam tyłem naprzód (inaczej się nie da) swój słynny kapelusik przeciwsłoneczny, żeby się ochronić od deszczu, i mogłam wyglądać niestandardowo, ale wśród licznych przebierańców zdawałam się sobie banalna do bólu i w odróżnieniu od codziennej miejskiej sytuacji nie miałam poczucia, że ktoś się na mnie dziwnie gapi, a wręcz tak się rozochociłam, że chodziłam w tym kapeluszu nawet po budynku.

Wspomniałam na początku, że pół życia temu jeździłam na podobne zloty, choć niezwiązane z fantastyką. Kiedyś (już po raz drugi się odgrażam) o nich napiszę, ale to podobieństwo spotkań z epoki przedinternetowej i zakończonego właśnie konwentu jest świadectwem, że ludzie tak naprawdę potrzebują tego samego: akceptacji, rozmów, bliskości drugiej osoby, dobrej zabawy w gronie ludzi, którym mogą ufać. I podejrzewam, że znajdują to pod różnymi szyldami – jedni pod szyldem fantastyki, bo akurat nią się zainteresowali, a inni pod szyldem czegoś innego, co akurat ich kręci. Mnie wkręciła fantastyka, która tak subtelnie owijała mnie i owijała swoją pajęczyną, aż tu ani się spostrzegłam, a piję piwo z pisarzami i redaktorami. Bo jedną z lepszych rzeczy na konwencie jest to, że ma podziału na prowadzących i słuchających, na tych, którzy już coś zrobili, i na tych, którzy dopiero coś zrobią albo i nie.

Warszawa pozytywnie mnie zaskoczyła i cenami (może dlatego, że kręciliśmy się głównie po okolicach campusu, bo bliżej centrum było już niestety drożej), i ogólnym kształtem – może nie ma jakiegoś wielkiego klimatu, ale czułam się w niej dobrze. A miejscami bywa nawet ładna. Udało nam się wygospodarować czas na spacer do Łazienek i zwiedzenie kościoła w pobliżu akademika, w którym nocowaliśmy. To cieszy, ale ogólnie życie konwentowe słabo sprzyja zwiedzaniu, jak również spotkaniom z pozakonwentowymi przyjaciółmi, których w tym miejscu przepraszam, że się nie udało.

Wielu zdjęć nie zrobiłam, bo a) byłam zajęta innymi sprawami, b) mam słaby aparat; ale dla urozmaicenia relacji wrzucam kilka poniżej. Opisy jak zwykle można zobaczyć, najeżdżając myszą na zdjęcie.

Kromieryż

Biorąc pod uwagę, że Kromieryż leży zaledwie 33 km od Zlína, podróż doń kosztowała nas wyjątkowo dużo czasu i zachodu. A zapowiadało się całkiem przyjemnie, bo ze Zlína do Otrokovic, jak wspomniałam w poprzednim wpisie, kursują trolejbusy. Pojechaliśmy sobie zatem aż do ostatniego przystanku, do dworca kolejowego, co miało tę zaletę, że przy okazji kupiliśmy bilety na drogę powrotną do polskiej granicy. Pech jednak zrządził, że dworzec kolejowy okazał się leżeć zupełnie gdzie indziej niż autobusowy, a co więcej, źle oceniliśmy odległość i postanowiliśmy pójść nań pieszo. Co – jak większość rzeczy – także miało plusy, tym razem w postaci zaliczenia i sfotografowania kilku ciekawych obiektów w mieście oraz zjedzenia wcale przyjemnego obiadu w restauracji ratuszowej (i przy okazji popatrzenia na relację z Tour de France). Potem zabłądziliśmy.

W końcu jedna pani litościwie nam wytłumaczyła, jak iść. Tłumaczyła tak długo, że zdawało się, iż za nic w świecie nie zdążymy tam dojść w pół godziny, które zostało do odjazdu autobusu. Jakimś cudem jednak zdążyliśmy, a jeszcze większym cudem zauważyliśmy dworzec, który jest tak niepozorny, że do ostatniej chwili nie mieliśmy pewności, czy jakikolwiek autobus stamtąd odjedzie. Ale odjechał.

Pół godziny później byliśmy już w Kromieryżu, miasteczku niewielkim, lecz urokliwym. Trudno je opisać – to trzeba po prostu zobaczyć, niekoniecznie na moich zdjęciach, bo słońce za mocno dawało, żeby wyszły sensownie. Pokręciwszy się po mieście i zaliczywszy najważniejsze zabytki, udaliśmy się do parku zamkowego, gdzie znaleźliśmy całkiem  sympatyczne małe zoo z biegającymi luźno pawiami, a w klatce całą plejadą małych zwierzątek – ozdobnych małych kurek, dziwnego króliczka. Były też gołębie hodowlane, a przy stawie z krzyżówkami odpoczywała egzotyczna kaczka, chyba mandarynka.

Potem się dowiedzieliśmy, że przegapiliśmy Ogród Kwiatowy. Szkoda.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o nasze tegoroczne czeskie przygody. Drogi powrotnej do domu (odbywającej się w systemie Zlín – Otrokovie [trolejbus], Otrokovice – Ústi nad Orlici, Ústi nad Orlici – Kłodzko, Kłodzko – Wrocław, Wrocław – Poznań [cała reszta pociągi]) opisywać nie będę, bo poza uczestnikami zmierzającymi na festiwal Masters of Rock, z którymi minęliśmy się w Otrokovicach, zapamiętałam głównie to, że w ostatnim pociągu tak kaszlałam, iż jadąca z nami para przesiadła się do sąsiedniego przedziału. A, jeszcze to, że w Ústi nad Orlici automat z wafelkami wydał mi trzy korony, chociaż  wrzuciłam odliczoną kwotę (wafelka też wydał, nawet właściwego). Albo miał dobry dzień, albo zapomniał wydać komuś innemu, albo cena za wafelka podana na szybie nie zgadzała się z tą, którą miał w bebechach.

Za rok zapewne następna wyprawa. Celujemy tym razem w Pilzno i zachodnie Czechy, chcemy też zawadzić o Pragę. Ale to jeszcze tak odległa perspektywa, że równie dobrze możemy wylądować na Kanarach.

Cestou na Vizovice, czyli o Zlínie słów parę

Zlín trudno nazwać miastem ładnym, a jednak cechuje go niezaprzeczalna oryginalność i nieodparty urok wynikający z żelaznej konsekwencji tamtejszego budownictwa. Kto potrafi docenić dzielnicę Poruba w Ostrawie, dzieło socrealizmu lat 50., doceni też Zlín z jego modernistycznymi budowlami z lat 20. i 30. ubiegłego wieku oraz tymi, które dobudowano później, zachowując styl i kolorystykę poprzednich.

W latach 20. wywodzący się ze Zlína producent obuwia Tomáš Baťa, założyciel firmy Bata Shoes, umyślił sobie, że uczyni ze Zlína miasto modernistyczne. Przewinęli się przezeń znani architekci z Le Corbusierem na czele, dzielnie i ochoczo projektując funkcjonalistyczne budowle, od prywatnych willi po słynny Mrakodrap („Drapacz Chmur”) – wówczas drugi pod względem wysokości budynek w Europie, dziś maleństwo – zaledwie 17 kondygnacji – Wielkie Kino, Kolektivní dům (wybudowany już po wojnie, w latach 1947–51) czy Hotel Moskwa z lat 1931­–33. O ile wysokie budynki, przynajmniej Mrakodrap i Kolektivní dům, mają pewien urok, o tyle funkcjonalistyczne wille są brzydkie jak jasna cholera. Ale tylko pojedynczo. W kupie wyglądają fascynująco. To samo można powiedzieć o budowlach przemysłowych, uczelnianych czy blokach mieszkalnych: wszystkie, także te współczesne, są wybudowane w tym samym duchu, w tej samej czerwono(ceglano)-białej kolorystyce. Dlatego całość fascynuje.

Warto zobaczyć Zlín, ale niekoniecznie trzeba nocować w centrum miasta. Miasto to zresztą nieduże, 75 tys. mieszkańców. My nocowaliśmy w dzielnicy Prštné, o tu, u pana Zdenka, bardzo fajne miejsce. Prštné to dawna wieś, więc jeśli cokolwiek może zakłócać sen, to jedynie psy albo grillujący sąsiedzi. Z dworca na kwaterę można podjechać trolejbusem (cztery przystanki, chyba że chcecie zrobić zakupy w Intersparze, wtedy wysiadacie przystanek wcześniej, na przystanku Prštné), a potem, już bez bagaży, spokojnie można chodzić w tę i z powrotem pieszo. W zasięgu pieszej wędrówki (choć przy wysokich temperaturach dość męczącej) z Prštnego jest romański kościółek w Tečovicach i zamek w Malenovicach. Trolejbusem można podjechać do Otrokovic, a stamtąd autobusem do Kromieříža, ale o tym następnym razem.

W kierunku przeciwległym do Otrokovic znajdują się Vizovice, gdzie każdego lata odbywa się rockowy festiwal Masters of Rock, na który zjeżdżają całkiem znani artyści – w tym roku na przykład billboardy anonsowały m.in. Accept, Yngwiego Malmsteena, Moonspell czy Grave Diggera, którego utwór Yesterday był w mojej licealnej klasie (za sprawą jednej z koleżanek, która zaraziła i mnie) kultowy. My wstrzeliliśmy się w lukę między długim weekendem a festiwalem – kiedy w Otrokovicach przesiadaliśmy się na pociąg, metale wyruszali akurat w przeciwnym kierunku.

Vizovice, na co zwrócił mi uwagę kolega Górczas, słyną też z tego, że straszy tam słynny Jožin z bažin.

Wiedeń

Ponieważ w Wiedniu prawie wszyscy już byli, postanowiłam podzielić się garstką luźnych anegdot zamiast szczegółowo opisywać pobyt. Niedługi zresztą, bo zaledwie ośmiogodzinny.

Autokar z Brna jedzie dwie godziny. Bilety zakupiliśmy w biurze firmy Student Agency. Kosztowały nas 780 koron za dwie osoby w dwie strony (ok. 130 zł, czyli po 65 na łebka). Wyjechaliśmy o 9:30, przyjazd 11:30, w drogę powrotną do Brna wyjeżdżaliśmy o 19.30, na miejscu byliśmy o 21.30. Standard międzynarodowy – w autobusie filmiki, muza, ciepły napój w cenie, wifi (działające tylko na terenie Republiki Czeskiej). Wygodnie. Można by rzec „ideał”, gdyby nie nieustanne bekanie siedzącej przede mną pani z chustą na głowie. Ale zaraz powiecie, że mam uprzedzenia kulturowe. Na szczęście w drodze powrotnej otoczenie było mniej uciążliwe.

Pierwszym, co rzuciło nam się w oczy po przybyciu do Wiednia, był potężnych rozmiarów diabelski młyn. Fascynujący tym bardziej, że – jak wyczytaliśmy potem w przewodniku – wybudowano go w roku 1897. Pierwotnie nie cieszył się wielką popularnością i w roku 1916 miano go wyburzyć, ale zabrakło na to kasy, wiec przetrwał. Mocno ucierpiał w czasie II wojny światowej, a przy odbudowie postanowiono zrekonstruować 15 wagoników zamiast pierwotnych 30. Kto wie, może się skuszę na przejażdżkę, jeśli jeszcze raz trafię do Wiednia. Fajne byłyby zdjęcia z góry.

IMG_8744

Drugim obiektem, który naprawdę zrobił na mnie wrażenie, był Dom Hundertwassera. Zachwyt! W przewodniku piszą, że Hundertwasser wzorował się na Gaudim, ale mnie jego budowla podobała się bardziej niż budynki tego ostatniego, może ze względu na kolorystykę. Lubię kolory wyraziste, a zarazem ciepłe i dobrze dobrane, a w przestrzeni miejskiej najczęściej mamy do czynienia albo z gryzącą się zimną żarówą, albo z mdłymi pastelami. (Z dwojga złego wolę już mdłe pastele).

Wikipedia donosi: Hundertwasserhaus jest turystyczną atrakcją Wiednia, jednak do zwiedzania nie są dostępne jego wnętrza, ponieważ budowla jest zamieszkana. Oddany do użytku 1 marca 1986 budynek mieści 50 mieszkań (o powierzchni od 30 do 150 m²), cztery restauracje, jedną praktykę lekarską oraz 16 prywatnych i 3 publiczne tarasy. Znajduje się w nim także ok. 250 drzew i krzewów.

Oraz, co niezmiernie, nomen omen, budujące: Hundertwasser nie przyjął zapłaty za zaprojektowanie tego domu. Wystarczyło mu, że dzięki temu w tym miejscu nie zostało wybudowane nic, co uznałby za brzydkie. 

 

Myślę wprawdzie, że Howardowi Roarkowi Dom Hundertwassera by się nie spodobał, lecz jego motywacja z pewnością tak.

Poza tym Wiedeń to miasto poprawne. Ma dużo ładnych budynków, ale nie zauważyłam, żeby miało jakiś klimat. Większość rzeczy jest w nim za duża i zbyt imperialna. Ceny oczywiście wysokie, chociaż wiedeńskiej kawki sobie nie odmówiłam.

Co? Brno!


Ledwie przekroczyliśmy granicę w Lichkowie, powitał nas konduktor podobny do Jaromíra Nohavicy (i podobnie mówił po polsku – skomentował P.). I tak jak w Polsce przesiadki z regio na regio przebiegały sprawnie, w Ústi los uśmiechnął się do nas jeszcze szerzej – rychlik z Pragi do Brna, który miał odjechać kilka minut przed naszym przyjazdem, spóźnił się i zdążyliśmy na niego (a omal nam nie umknął, bo poszliśmy do poczekalni, pewni, że dawno odjechał), co zaoszczędziło nam półtorej godziny czekania i sprawiło, że wylądowaliśmy w Brnie około 15.30. Mieliśmy jechać „Macochą”, która swe miano zaczerpnęła od przepaści z Krasu Morawskiego, dokąd rzekomo zrzucono złą macochę za to, że zamierzała to samo uczynić z pasierbem (co ciekawe, „macocha” to po czesku „macecha”, więc nazwa z „o” stanowi zapewne jakąś archaiczną lub regionalną formę), a pojechaliśmy „Špilberkiem”, nazwanym tak od brneńskiego zamku.

Nasz pensjonat mieścił się w dzielnicy przemysłowo-hurtowniowo-działkowej z widokiem na rzekę Svitawę i pracujące 24 godziny na dobę urządzenia firmy Linde – producenta gazów przemysłowych. A także na bażanty, które o poranku spacerowały jak gdyby nigdy nic po łączce między tym wszystkim. Nazwy najbliższych ulic – Porážka i Masná (Rzeźnia i Mięsna) sugerowały bliską obecność tej pierwszej, która jednak, podobnie jak ta poznańska (i całkiem do niej podobna) jest już nieczynna, a część budynków odnowiono (w stylu poznańskiej drukarni) i usadowiły się w nich firmy.

Hitem był betonowy mostek na Svitawie – gruba betonowa płyta bez żadnych zabezpieczeń – wybudowany jako podstawa dla przebiegającej po nim rury, lecz zarazem stanowiący miejsce przesiadywania zakochanych i myślicieli, którzy oparci o rzeczoną rurę wpatrywali się w nurt lub zażywali słońca.

W przeciwieństwie do Ostrawy Brno jest miastem niezwykle kompaktowym, więc wszędzie chodziliśmy pieszo. Z transportu miejskiego skorzystaliśmy tylko dwukrotnie: po przyjeździe – jadąc trzy przystanki tramwajem, w dniu wyjazdu – przejeżdżając tyleż przystanków autobusem. Droga do centrum zajmowała nam około pół godziny. Najpierw wiodła traktem spacerowo-rowerowo-rolkowo-wózkowym wzdłuż Svitawy, a potem na długim odcinku ulicą Mlýnską. Niewiele dłuższa byłaby trasa wzdłuż bardziej uczęszczanych ulic, ale Mlýnská zawijała się w pożądanym kierunku, więc uznaliśmy ją za optymalną. Już przy pierwszym przejściu naszą uwagę zwróciły dwie rzeczy: ładny, choć zaniedbany budynek z tabliczką „Vysoká Škola Karla Engliše” oraz, kawałek dalej, Dům Josefa Korbela, pod którym zwykle przesiadywała zgraja obdartusów.

Vysoką Školę znalazłam w internecie z adnotacją, że od 1 września przenosi się do nowego budynku. Co nie dziwi, bo dzielnica trochę podupadła i sama siedziba też, choć z drugiej strony – budynek jest ładny i lepiej byłoby go wyremontować niż spisywać na straty. Może ktoś w niego zainwestuje.

Dům Josefa Korbela okazał się przybytkiem Armii Zbawienia, w którym – zgodnie z naszymi podejrzeniami – biedni i bezdomni dostają schronienie, strawę i pomoc materialną, a nawet prawną. Trzeba przyznać, że obdartusy spod domu zachowywały się spokojnie i nie budziły w nas poczucia zagrożenia, natomiast sama ulica, gdy raz wracaliśmy nią po zmroku, obudziła we mnie nieznaczny niepokój. Jak większość ulic, które w dzień lubi się za swojskość.

Nasz pensjonat teoretycznie mieścił się w dzielnicy Trnitá, ale przez Svitawę graniczył z Černovicami, a przez ulicę Másną z Komárowem. Na Komárowie, nad brzegiem rzeki Svratki, do której nieco dalej na południe wpada Svitava, mieści się stadion IV-ligowej Sparty Brno, na Černovicach zaś szpital psychiatryczny.

Idąc na północny wschód, dochodzi się do Židenic – i właśnie tam, dlaczego nas to nie dziwi, znajduje się spory cmentarz żydowski. Cmentarz dostał pieniądze z Unii, dzięki czemu wiele nagrobków odrestaurowano, ale postawiono też wiele nowych, w zupełnie współczesnym stylu, które nieco zaburzają magię tego miejsca.

Inną ciekawostką Židenic jest zbór husycki. Warto odnotować, że powoli tradycją staje się to, iż znajdujemy się w Czechach w czasie dwóch przypadających po sobie świąt narodowych: Cyryla i Metodego (5 lipca) oraz rocznicy spalenia Jana Husa (6 lipca), co oczywiście powoduje problemy ze znalezieniem dobrego noclegu za rozsądną cenę (długi weekend) oraz z zakupami. Wprawdzie duże markety przeważnie są otwarte przynajmniej w jeden z tych dni, a często i tak jak w dzień powszedni, ale ze znalezieniem otwartej apteki może już być problem, a w Czechach w markecie nie kupi się nawet aspiryny czy tabletki od bólu głowy (przynajmniej my ich nie znaleźliśmy i podejrzewamy, że po prostu nie wolno sprzedawać leków poza aptekami).

Brno jest miastem targowym. A siedziba tych targów, czyli výstavištĕ, całkiem jest podobna do poznańskiej. Budynki ma wprawdzie niższe, ale też białe, z jednym charakterystycznym okrągłym na przedzie.

Oprócz tych wszystkich atrakcji Brno ma, hm, ma centrum, a nawet starówkę. Nie wiem, dlaczego dopiero teraz do tego doszłam, bo przecież zwiedzaliśmy ją już pierwszego dnia. Może dlatego, że zamiast jednego głównego rynku posiada dwa – Námĕsti (tak, to naprawdę wymawia się „namniesti”) Svobody i Zelný Trh. Posiada też zamek Špilberk, może niezbyt okazały, ale podobno w przeszłości doskonale spełniający rolę warownej fortecy. Ze wzgórza zamkowego roztacza się niezły (byłby jeszcze nieźlejszy, gdyby nie drzewa) widok na miasto, w tym na wspomniane targi oraz katedrę.

Katedra św. Piotra i Pawła to faktycznie fajny budynek, obok praskiej i ołomunieckiej wymieniany jako jedna z najciekawszych świątyń w Czechach. Poza tym miasto ma jeszcze kilka kościołów, do których warto zajrzeć, ale nie chce mi się o nich pisać, bo jeśli się w życiu widziało z pięć, no dobra, ze dwadzieścia kościołów, to tak jakby widziało się wszystkie. Pod warunkiem, że nie jest się architektem, miłośnikiem sztuki sakralnej ani nic podobnego.

Z innych ciekawych budynków warto wymienić Mahenovo Divadlo oraz Letohrádek, czyli dworek letni, Mitrovských, który znajduje się obok targów i odbywają się w nim wystawy, a także wesela. Warto rzucić też okiem na stary ratusz, a potem na nowy z kościołem św. Michała w pakiecie.

Nie wiem, czy wynika to ze specyfiki brneńskiej starówki, czy naszego po niej chodzenia, ale jakoś nie zdołaliśmy w pełni ogarnąć tego miasta. Cały czas poruszaliśmy się z mapą, a teraz, przygotowując relację, co rusz dokonuję odkryć w stylu: „O rany, to jak wtedy tam byliśmy, wystarczyłoby przejść za ten budynek i bylibyśmy tu i tu”. Nie tak jak w Ołomuńcu, gdzie spędziliśmy zaledwie dwa dni, ale już po jednym razie wiedzieliśmy, że idąc tą długą ulicą z tramwajami, dojdziemy do rynku z ratuszem. Może to dlatego, że brneńska starówka jest pełna wąskich i krzywych uliczek, o których nigdy się nie wie, dokąd nas zaprowadzą i gdzie się skończą. Jedno natomiast jest pewne: idąc w dół, prawie na pewno dojdzie się do dworca.

Po kilku wizytach w Pradze i ubiegłorocznym odwiedzeniu kilku miast, z których najbardziej zauroczyły mnie Pardubice (kto wie, czy nie dlatego, że były pierwsze), Brno nie wywołuje jakiegoś kolosalnego wrażenia, ale jest miastem sympatycznym i bardzo podobnym do Poznania z racji targów, nieczynnej rzeźni, pewnego ogólnego zaniedbania oraz zwartego charakteru 😉 No i może też tego, że brzegi rzek nie są zbytnio zagospodarowane. Tylko Gargamela brneńczycy się nie dorobili i obawiam się, że już się nie dorobią, skoro mają prawdziwy, acz nieszczególnie imponujący zamek.

W następnych odcinkach postaram się opisać wycieczki do Wiednia i na Kras Morawski.

Potrójny pożytek

Uczę się tworzyć kolaże zdjęciowe w programie Windows Movie Maker. Pod taki kolaż podkłada się muzykę, a następnie wrzuca go na youtube ku uciesze własnej. Jeśli jest to muzyka, którą się lubi, a w dodatku ma się pozwolenie od zespołu na jej wykorzystanie, sytuacja staje się wprost sielankowa. Jak teraz – wrzuciłam zestaw zdjęć z widokami Poznania i okrasiłam go utworem Spindrift zespołu Tiles. Pożytek potrójny, bo robię reklamę swojemu miastu, sobie i – last, but not least – dobremu zespołowi. Tiles to amerykańska kapela, która powinna być sławna i nawet miała taki moment – po płycie Presents of Mind – kiedy ją grano także w polskich radiach, ale ten moment przeminął, gdyż muzycy wydają płytę średnio raz na pięć lat i traktują muzykę jako hobby, a nie sposób zarabiania pieniędzy. Moim zdaniem jak na hobbystów są bardzo profesjonalni. Zresztą posłuchajcie.

Więcej o Tiles na tej oto stronie

Czechy, etap IV – Beskid Śląsko-Morawski

Miła właścicielka penzionu jechała akurat po dziecko do przedszkola, więc przy okazji odebrała nas z dworca, dzięki czemu nie musieliśmy się wlec na drugi koniec ulicy ciągnącej się przez cały Rożnów. Ulica nazywa się Nabřeži Dukelskich Hrdinu, a ponieważ podobną nazwę nosi wiele innych ulic i placów w Czechach, zadaliśmy sobie trud sprawdzenia, o co biega. Hrdina to po czesku bohater, a „bohater Dukli” to uczestnik (i najczęściej ofiara) strasznej jatki zwanej bitwą o przełęcz dukielską . Choć miasto Dukla leży w Polsce, a przełęcz na granicy Polski i Słowacji, bitwa ta jest u nas mało znana, bo nie brało w niej udziału polskie wojsko. Swego czasu nawet odwiedziłam Duklę przy okazji bytności na obozie w nieodległym Bieczu; ponieważ jednak nasza gromadka została tam zaciągnięta przez osobę będącą historykiem sztuki, zwiedzaliśmy głównie barokowe, a może rokokowe kościółki.

W piętrowym domku pani zakwaterowała nas na górze. Były tam trzy pokoje ze wspólną łazienką i kuchenką, ale ponieważ przez całą tę wyprawę mieliśmy szczęśliwą wyłączność na łazienki, tak było i tym razem. Wprawdzie kilka godzin później pani przysłałam nam esemesa, że kogoś zakwaterowała w sąsiednim pokoju, ale okazało się, że tamci zrezygnowali, bo za mało prywatności – dzięki czemu prywatność zapewnili nam ;). W porównaniu z warunkami z Ostrawy mieliśmy tam niebo – czajnik elektryczny, naczynia, lodówka, a nawet stolik, przy którym można było spożywać. W pokoju wykładzina, można siedzieć na podłodze; w szafie mnóstwo wieszaków. I łóżka złączone.

Pierwszego dnia oczywiście nie wybieramy się w góry, bo a) jest za późno, b) dają nam się we znaki zmęczenie wędrowaniem i niedospana noc. Zachwyceni tym, że wreszcie mamy ludzkie warunki i góry za oknem (przy czym to ostatnie zachwyca głównie mnie), długo celebrujemy odpoczynek, picie kawy i tym podobne przyjemności. W końcu jednak udajemy się do miasta w poszukiwaniu knajpy obiadowej, a po posiłku po raz pierwszy (acz – jak się ma okazać – nie ostatni) odwiedzamy największy skansen w Czechach – Muzeum Wsi Wołoskiej. Okazuje się, że skansen składa się z trzech części, do których kupuje się osobne bilety (tradycyjnie przegapiamy fakt, że można też kupić jeden bilet na wszystko). Decydujemy się na największą i – jak nam się słusznie zdaje – najatrakcyjniejszą część, jaką jest Wioska Wołoska (pozostałe to Drewniane Miasteczko i Młyńska Dolina). Faktycznie wioska jest fajna, ma dużo zwierząt gospodarskich, a w niektórych domach dyżurują przebrani w odzież „z epoki” pracownicy. Co jakiś czas spada rzęsisty deszcz, przed którym ukrywamy się w wołoskich domkach. W końcu jednak się wypogadza, więc po zwiedzaniu udajemy się na urokliwy (jak prawie wszystkie w Czechach) rynek, by rzucić nań okiem oraz dokonać zakupów. Po drodze mija nas turystyczna kolejka na kółkach – „Vlaček Rožnovaček”, na którą natkniemy się jeszcze parokrotnie.

Następny dzień to wyprawa na Radhošt/Radhoszcz (1129), górę słynącą z posągu boga Radhoszcza (Radegasta), do którego ponoć ciągną pielgrzymki z całych Czech. Dziwimy się, gdzie te pielgrzymki, bo do połowy trasy nie spotykamy nikogo. Wkrótce sprawa się wyjaśnia. Czesi nie są tak głupi, by chodzić po górach. Podchodzą do posągu z przełęczy Pustevny, a co ambitniejsi z przełęczy Pindula. My jednak robimy pełną trasę i jesteśmy bardzo zadowoleni, gdy docieramy do wieży telewizyjnej, obok której stoi drewniana kapliczka Cyryla i Metodego, a nieco dalej „pomnik” świętych. Po krótkim przejściu granią trafiamy do schroniska, gdzie dokonujemy ciekawego odkrycia – otóż w menu nie figurują brambory, tylko zemňaky. Podpytuję pana – wygląda na to, że zemňak to coś w rodzaju naszej pyry, czyli potoczna nazwa funkcjonująca w tych regionach. Później w internecie spotykam się także z nazwą zemaky.

W końcu docieramy do posągu Radhoszcza. Duży jest. W ulotce wyczytaliśmy, że trzeba mu coś zrobić, żeby spełniło się nasze życzenie, lecz nie rozumiemy co. Dopiero po powrocie z pomocą słownika wydedukujemy, że należało dotknąć klamry u jego pasa. Jak zauważycie na zdjęciu, klamra znajduje się dość wysoko, więc może to i lepiej, że się nie wspinałam.

Schodzimy na przełęcz Pustevny (w polskich opracowaniach figurującą jako Pustewne). Bajeczne miejsce. Kiedyś podobno mieszkali tu pustelnicy, tylko jakoś nie udało mi się wyczytać, czy jeden po drugim, czy kilku jednocześnie (no co się śmiejecie – po cholerę jednemu pustelnikowi tyle domków?). Aha, domki są z XIX w., a pustelnicy byli wcześniej. Pewnie zapisywali się w kolejkę, żeby zastąpić aktualnego, kiedy ten zemrze, bo miejsce jest naprawdę ładne. Handel w domkach i wokół nich kwitnie jak pod Gubałówką. Można kupić różne medoviny i słynny valašsky penicilin.

Autobusem wracamy do centrum Rożnowa, robimy zakupy i dopiero udajemy się na kwaterę, zauważając po drodze drogowskaz do miejscowego browaru i postanawiając następnego dnia się tam udać. Cały dzień zresztą zamierzamy poświęcić na eksplorację okolic Rożnowa, bo na wycieczkę górską nie mamy już sił. Oczywiście nie chodzi o to, że jakoś szczególnie zmęczyła nas wspinaczka na Radhoszcz. Po prostu jesteśmy w drodze już niemal dwa tygodnie i każdego dnia pokonywaliśmy, częstokroć w upale, spore odległości. Mimo że będzie to ostatni dzień naszej wyprawy i nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś zawitamy w te strony, nie jesteśmy w stanie wspiąć się na żadną z okolicznych gór – Smrk, Lysą Horę czy Tanečnicę.

Postanowienie nasze okazuje się trafne, gdyż poranek wita nas deszczem. Pogoda ostatniego dnia będzie zmienna – raz kropi, raz pada, a raz leje. No dobrze, czasem przestaje, ale na dłużej dopiero wieczorem. Uzbrojeni w peleryny udajemy się zatem do muzeum, by obejrzeć kolejny jego fragment – Drewniane Miasteczko. Ta część jest mniejsza i mniej zajmująca od poprzedniej, ale warto do niej zajrzeć choćby po to, by obejrzeć przeniesiony żywcem z miasteczka Vĕtřkovice drewniany kościółek i otaczające go groby, a także maleńki ratusz z pocztą i sklepikiem.

Następnie chcemy skosztować piwa z Rożnowskiego Piwowaru, ale przybrowarną knajpkę otwierają dopiero o trzynastej, a pani w „velkoobchodzie”, czyli hurtowni, jest rozrywana. Idziemy więc na ścieżkę edukacyjną przy Hradisku, które jest kawałeczkiem muru pozostałym ze średniowiecznego zamku. Ścieżka byłaby super, zwłaszcza że akurat na chwilę przestało padać, gdybyśmy się nie zgubili po dwóch tablicach. Lasek niczego sobie, z niepłochliwymi dzięciołami i jeszcze bardziej niepłochliwymi szerszeniami gnieżdżącymi się w dziupli drzewa, za które udałam się za potrzebą. Moja dotychczasowa znajomość tych owadów polegała na tym, że ktoś wrzeszczy „szerszenie!”, a wszyscy uciekają, zamykają okna i/lub walą na oślep gazetą. Pierwszy raz miałam okazję przyjrzeć im się z bliska – przyznaję zresztą, że nie byłam pewna, iż to szerszenie, póki nie porównałam ich ze zdjęciami w atlasie – i jestem oczarowana ich urodą, a zwłaszcza zgrabnymi żółtymi dupkami. Serio. Strasznie żałuję, że zamiast zrobić zdjęcia, udałam się za następne drzewo.

Zgubiwszy się, podjęliśmy złą, jak się później okazało, decyzję o powrocie. Niezależnie bowiem od tego, czy byliśmy na właściwej ścieżce, prawdopodobnie i tak doszlibyśmy do grodziska albo ewentualnie obeszlibyśmy lasek inną drogą i zobaczyli chociaż skocznie narciarskie. Znów jednak zaczęło padać, więc udaliśmy się na obiad, a następnie do otwartej już browarnej knajpy, gdzie P. napił się piwa Čert, a ja miodowego. Obojgu nam smakowało. P. chciał nawet kupić półtora litra w plastiku i zabrać do domu, ale zrezygnował, mając na uwadze pięć (a jak się miało okazać, nawet sześć) czekających nas przesiadek.

Po sesji zakupowej udajemy się na ostatni spacer. Chcemy wejść na wieżę widokową na pobliskim wzgórzu, ale ktoś postawił płot na szlaku. Życie spraw niedokończonych… Kończy się kawką na rynku, kupieniem biletu na podróż do polskiej granicy i powrotem do pensjonatu, gdzie celebrujemy ostatnie chwile spokoju przed długą drogą do domu.

Wstajemy o siódmej i wleczemy się na dworzec, gdzie odjeżdża osobówka do Valašskiego Meziřiči, czyli Międzyrzecza Wołoskiego (nazwanego tak z racji faktu, iż spotykają się tam dwie odnogi rzeki Bečvy). Tam przesiadamy się na ekspres jadący do Pragi, z którego wysiadamy w Českiej Třebovej. To jedyne miejsce, gdzie mamy dłuższy, niemal godzinny postój, więc za ostatnie korony kupujemy kawę i kanapki, które – jak się okazuje – uratują nas przed głodowaniem do wieczora. Następnie hardcorowa trzyminutowa przesiadka w Usti nad Orlici, gdzie pociąg omal nam nie ucieka, bo dopiero po chwili orientujemy się, że za budynkiem dworca są kolejne tory. Tam wsiadamy już w pociąg do Polski, ale za granicą trzeba złapać polskiego konduktora i kupić bilet. Kupujemy od razu do Poznania, choć czekają nas jeszcze dwie przesiadki. Krótko po kupnie biletu zaczynają się schody – pociąg staje, konduktor lata po przedziałach i ostrzega, by pod żadnym pozorem nie otwierać okien. Okazuje się, że drzewo spadło na trakcję. Po czterdziestominutowym postoju komunikuje nam dwie wiadomości, dobrą i złą. Dobra to ta, że można już otwierać okna. Zła – że pociąg zostanie wycofany do stacji Bystrzyca Kłodzka Przedmieście i stamtąd do Kłodzka zabierze nas autobus. Następuje dłuuugie cofanie na wstecznym, a potem ładowanie do jednego autobusu ludzi i bagaży (w tym czterech rowerów) z całego pociągu. Następnie ruszamy, by po jakimś czasie wygramolić się na stacji Kłodzko Główne, dokąd wkrótce przyjeżdża… pociąg z Międzylesia. W międzyczasie bowiem drzewo usunięto. Niestety jesteśmy spóźnieni o jakieś półtorej godziny i perspektywa obiadu we Wrocku mocno się oddaliła. Ba, oddala się nawet perspektywa zdążenia na następny pociąg, ale nasz regio chyżo pomyka i ostatecznie przyjeżdżamy na stację z ośmiominutowym zapasem. Szybciutka przesiadka i siedzimy już w regio do Poznania, tak zadowoleni, jak tylko może być człowiek bardzo zmęczony.

Cóż – potwierdza się moja dewiza, że podróże trwają tak długo dlatego, żeby człowiek zamiast żałować, że wakacje się skończyły, cieszył się, iż może się wykąpać i odpocząć we własnym łóżku. Tak też było po naszej wyprawie, której jednak nie uważamy za zakończoną, gdyż planujemy znów udać się do Czech, by zwiedzić kolejne miejsca, a może i zajrzeć do tych już znajomych. Ale to najwcześniej w przyszłym roku. Na razie zakupiłam samouczek czeskiego i uczę się wytrwale.

Czechy, etap III – Ostrawa i Opawa

P. chciał się przejechać superszybkim pendolino, więc wykupiliśmy miejscówki i po godzinie jazdy byliśmy już w Ostrawie. Wrażenia z pociągu niczego sobie – wygodne siedzenia, klima (ale to ostatnie mają prawie wszystkie czeskie pociągi, nawet podmiejskie), gazetka i pół litra wody gazowanej lub niegazowanej na łebka wliczone w cenę. Niestety za późno się zorientowaliśmy, że ta woda była bez dopłaty ;). Ale gazetkę wzięliśmy.

Ostrawa przywitała nas upałem i rozkopami, a dalej było jeszcze lepiej. Nasze podejrzane lokum miało się znajdować w strategicznie położonym niedaleko dworca i centrum miejscu. Sprawdziło się  głównie to, że niedaleko dworca. Wejście w równoległą do torów uliczkę Cihelni potwierdziło jej osobliwy charakter. Po pierwsze uliczka była zrujnowana i wymarła, jeśli nie liczyć dwóch czteropiętrowych bloków (z czego jeden nosił zaszczytne miano „ubytovna”) zamieszkałych przez Romów. Po drugie, romskie dzieci mogły spokojnie grać w piłkę na ulicy, gdyż łączący ją z resztą świata most był w remoncie. Naszą noclegownię znaleźliśmy na samym końcu ulicy. Był to blok bodaj trzykondygnacyjny, dwuklatkowy, w takim samym stanie jak pozostałe. Strzegły go dwa ładne, lecz groźne (sądząc z ochrypłego szczekania) pieski, na szczęście zamknięte w zagrodzie. Na recepcji kartka, żeby dzwonić pod numer telefonu, ale wypróbowujemy najpierw dzwonek i po dłuższym czasie pojawia się pan, który kasuje od nas za noclegi oraz pobiera 200 koron kaucji za klucz. Pokój znajduje się w trzypokojowym segmencie ze wspólną łazienką i kibelkiem, który się nie zamyka. Odrobinę papieru toaletowego wetknięto za rurę, bo lepszego miejsca do umieszczenia go próżno tam szukać. Spłuczka i zbiornik poklejone taśmami. O czymś takim jak kuchnia raczej tu nie słyszano. W szafie za to wisi aż jeden wieszak. Ogólne wrażenie zatem średnie, bo choć pokój wygląda w miarę dobrze, a w łazience jest ciepła woda i haczyki na ręcznik/ciuchy, to jednak odnosimy wrażenie, że jest tu jakoś „ble”. Z czasem nasze odczucia staną się nieco bardziej pozytywne, bo po pierwsze – sąsiednie pokoje okażą się i pozostaną puste, po drugie zaś rankiem pojawi się pani sprzątaczka, która oporządzi łazienkę i korytarz oraz wyrzuci śmieci. Karalucha na szczęście spotkamy dopiero w dniu wyjazdu.

Most w remoncie, więc droga do centrum znacząco się wydłuża. Obserwujemy wprawdzie takich, którzy wdrapują się na nasyp i przebiegają przez jezdnię (jedna nitka wciąż działa, druga jest w trakcie asfaltowania), ale jako turyści wolimy zrobić grzeczny obchód. Nie mając jeszcze dostatecznego rozeznania w nazwach ulic i odległościach, pierwszego dnia przemierzamy mnóstwo kilometrów pieszo. Główny plac Ostrawy – Masarykovo Namesti – nie poraża. Jest za duży, a stojący przy nim dawny ratusz, obecnie mieszczący muzeum, zbyt filigranowy, choć nie można powiedzieć, że brzydki. Przyjemniejsze wrażenia czekają za mostem przez Odrę, w tzw. Ostrawie Śląskiej: obok innego, trochę większego dawnego ratusza (w Ostrawie jest ich kilka, gdyż miasto powstało z połączenia garstki mniejszych miast) znajdujemy drogowskaz do Zamku Śląskoostrawskiego, który okazuje się skromny, ale sympatyczny, a na dodatek założony przez Piastów. Zwiedzamy ekspozycję i odpoczywamy przy ratlerkach™ (to nasza pieszczotliwa nazwa dla doskonale gaszących pragnienie piw typu Radler) przed dłuuugą drogą powrotną na ulicę Cihelni. Po drodze jeszcze zakupy w Alberciku (wiemy, że gdzieś w pobliżu jest Penny Market, bo widzieliśmy ludzi z siatkami, ale wyczaimy go dopiero następnego dnia) i obładowani gnamy do domu, by zdążyć przed deszczem, który tylko lekko nas głaszcze.

„Dom” już zaczęliśmy oswajać. Grzałka i kubki wyjęte, psy polubione, budynek niemal pusty (nie licząc grupy Polaków, którzy przyjechali trzema samochodami, ale nocują w sąsiedniej klatce), więc czujemy się jak gospodarze. A, no i mamy papier toaletowy zakupiony w Albercie, choć nadal nie znajdujemy w ubikacji miejsca, na którym można by go umieścić, więc każdorazowo udajemy się tam z zapasem w kieszeni.

Rano Polacy z trzech samochodów  opuszczają dom, ze śmiechem i hukiem wyrzucając do kubła worki ze śmieciami. Dopiero później przeczytam w regulaminie, że „przed opuszczeniem noclegowni należy posprzątać pokój i wyrzucić śmieci”. My zaś udajemy się via browar Ostrovar do Witkowic (Vitkovic), reklamowanych jako dzielnica XIX-wiecznych przemysłowców. P. wziął z informacji turystycznej ulotkę opisującą i pokazującą na mapie godne zwiedzenia miejsca.

Zaraz po przejściu ul. Tomkovą pod wiaduktem znajdujemy się przy Hornopolni, gdzie w pawilonach przypominających nasze osiedlowe widzimy bar, a przy nim potykacz głoszący, że dziś na „dopoledni menu” jest houskovy knedlik z gulaszem za jedyne sześćdziesiąt dziewięć koron (11 zł.) – czyli to, co uważam za kwintesencję czeskiego jadła, a czego najwyraźniej sami Czesi nie doceniają. Niestety pora jest wczesna, więc tylko wzdychamy i idziemy dalej. Po drodze udaje nam się kupić bilety 24-godzinne w biletomacie, co wcale nie jest takie łatwe, bo moneta musi być włożona konkretną stroną, a nie byle jak. Później się okaże, że w czasie wakacji oraz w weekendy z jednego takiego biletu może korzystać cała rodzina – do dwóch osób dorosłych i trojga dzieci – ale na biletomacie takiej informacji nie ma, więc przepłacamy. W browarze mówią, że na zwiedzanie trzeba się, bohužel, zapisać z miesięcznym wyprzedzeniem. Znowu wzdychamy. Z mapy wynika, że do Witkowic dojedziemy, wsiadając w autobus i obok dworca autobusowego przesiadając się na tramwaj – a to się dobrze składa, bo i tak musimy obadać, jak dotrzeć do dworca, a co trudniejsze – jak dotrzeć z niego do Rožnova pod Radhoštem, który będzie naszym następnym i ostatnim celem podróży.

Wszystkiego się dowiadujemy, po czym z Namesti Republiky jedziemy tramwajem na stare Witkowice, mijając po drodze przystanek „Wysokie Piece” z ogromnym kompleksem hutniczym, który tak mi się podoba, że w drodze powrotnej wysiądziemy tam, by porobić zdjęcia. Następny przystanek to już mieszkalna część Witkowic. Spacerujemy z mapką obiektów, odhaczając Český dům, dawną szkołę dla dziewcząt, a drugą dla chłopców, przede wszystkim zaś podziwiając witkowicki ratusz, który stanie się moim ulubionym ratuszem Ostrawy, oraz dom przemysłowców Rotschildów. Na Mirovym Namesti zjadamy smaczny obiad i wypijamy równie smaczną kawę w restauracji Veronika – przy czym podkreślić należy, że był to jedyny przypadek, kiedy zupę z „dopoledniego menu” podano nam nie w maleńkich miseczkach, lecz w porządnej wazie z dużą jej ilością. Zupa z nazwy ziemniaczana, ale w smaku kwaskowa jak żurek. W każdym razie smaczna. Przy okazji dowiaduję się, że hermelin to ser, w dodatku bardzo dobry. Coś jak camembert, a może to nawet jest camembert, tylko z inną nazwą. Zjadam taki zapiekany hermelin z bramborami i sałatką i jest mi dobrze. Mirovo Namesti w Witkowicach mogę więc z czystym sumieniem polecić – nie dość, że można na nim podziwiać śliczny ratusz i sympatyczny kościół św. Pawła, to jeszcze i najeść się do syta.

Następnie wracamy do centrum i odwiedzamy nowoczesny, kompletnie odjechany ratusz, ponoć najwyższy w Czechach. Wjeżdżamy na wieżę, by podziwiać widoki i zrobić kilka fotek, po czym udajemy się do dzielnicy Pietrzkowice (Petřkovice), by odwiedzić muzeum górnictwa. Spóźniamy się na ostatnie wejście – które, jak się okazuje, jest o 16.00, lecz trzeba kupić bilet dziesięć minut wcześniej – właśnie o te dziesięć minut, co boli tym bardziej, że mniej więcej tyle straciliśmy na błądzenie przy przesiadce. Na szczęście obok jest ścieżka edukacyjna na wzgórzu Landek, więc robimy sobie mniej więcej godzinny spacer z zaliczeniem wieży widokowej i wyprawa nie idzie na marne. Landek ma 280 m. wysokości n.p.m., czyli tylko o 4 m. mniej niż najwyższe wzgórze Wielkopolski – Kobyla Góra. A przecież leży w obrębie dużego miasta.

W drodze powrotnej zakupy w odnalezionym już Penny Markecie. Niestety nie ma moich ulubionych jogurtów borůvkovych, więc muszę się zadowolić innymi smakami, np. lískooříškovym.

Choć tego dnia sporo przemieszczaliśmy się tramwajami, autobusami, a nawet trolejbusem, także wiele kilometrów pokonaliśmy pieszo. Plan na następny dzień – ostatni w Ostrawie – również jest napięty. Ponieważ o 11.45 kończy nam się ważność dobowych biletów, planujemy rano jechać do dzielnicy Poruba, by rzucić okiem na przykłady użytkowego budownictwa socrealistycznego, w szczególności zaś na zajmujący całą uliczkę Dom-Łuk. Stamtąd via stacja Ostrava Svinov, bo bliżej, pragniemy się udać do pobliskiej Opawy, leżącej już niemal na polskiej granicy i znanej mi choćby z produkcji ciastek Disko.

Plan wypala – już około 10.30 jesteśmy w Porubie i fotografujemy (a także filmujemy, bo tylko dzięki temu możemy ukazać jego całokształt) Dom-Łuk. Wycieczka po dzielnicy króciutka, ale budynki i zdobienia na nich całkiem przypadają nam do gustu. Może i socjalistyczne, lecz zarazem ciekawe i nie na jedno kopyto.

Po przybyciu na dworzec Svinov, oszklony i wyglądający trochę jak miniatura Dworca Głównego w Berlinie, rzucamy okiem na tablicę i widząc, że pociąg do Opawy odjeżdża za osiem minut, pospiesznie kupujemy bilety, lecimy na peron i wsiadamy w „City Elefanta”. Opawa to niewielkie, liczące ok. 60 tys. mieszkańców miasto, którego najciekawszą część stanowi starówka złożona (podobnie jak w wielu czeskich miastach) z dwóch rynków – Górnego i Dolnego. Na Dolnym stoi ładny biały ratusz, a w pobliżu kościół Wniebowzięcia NMP i Teatr Śląski. Z kolei najciekawszym punktem Dolnego Namesti jest kościół św. Wojciecha. Spoza rynków warto obejrzeć (bo do środka nie weszliśmy) muzeum – nie wiem jakie, ale znając życie, to pewnie Muzeum Śląskie, bo w Opawie ten przymiotnik charakteryzuje prawie wszystko.

No jasne, gapa ze mnie – przecież nad wejściem stoi jak byk: „Slezské zemské muzeum”.

Obiad zjadamy w restauracji na Rybim Trhu w sąsiedztwie cerkwi. Oglądamy jeszcze z zewnątrz stadionik hokejowy, który wygląda jak poznańska Bogdanka przed remontem, po czym, uznając, że „to by było na tyle”, wracamy na dworzec i do Ostrawy. Tym razem wysiadamy na głównym i kierujemy swe kroki na Namesti Svatopluka Čecha, by zajrzeć do kościoła Niepokalanego Poczęcia NMP. Przy okazji odkrywamy ładny budynek, który okazuje się siedzibą archiwum miejskiego.

Można by sądzić, że po tak napakowanym atrakcjami dniu będziemy do następnego ranka leżeć do góry brzuchem, ale nie – po zakupach istotnie odpoczywamy w pokoju godzinkę, może dwie, jedząc, a zwłaszcza pijąc, ale także planując ostatni wieczorny spacer po Ostrawie. Następnego ranka wyjeżdżamy wszak w Beskid Śląsko-Morawski, więc trzeba wycisnąć z miasta ostatnie soki, bo kto wie, czy i kiedy znów tu będziemy. Wieczorna wycieczka okazuje się jednak średnio udana, bo nie udaje nam się znaleźć tablicy pamiątkowej poświęconej wymordowanym Żydom w Sadzie (czyli Parku) Milady Horakovej (znajdziemy ją potem w internecie), a domniemana filharmonia im. Janačka okazuje się domem kultury. Dopiero w Poznaniu wyczytam, że istotnie filharmonicy koncertują w tym domu. W nocy pieski długo nie dają spać. Ktoś się kręci wokół budynku i nawet jestem trochę przestraszona, ale to chyba jacyś goście mieszkający w sąsiednim wejściu.

Rankiem, acz niezbyt wczesnym, pakujemy się, sprzątamy, jako grzeczni turyści wyrzucamy śmieci, odbieramy kaucję za klucz (pan nawet jest w domu – niespodzianka, bo myśleliśmy, że przyjdzie nam wrzucić je do skrzynki z napisem „kliče”, a nasze 200 koron diabli wezmą), żegnamy pieski i z całym dobytkiem wleczemy się na przystanek przy ul. Hornopolni, a stamtąd na dworzec UAN. Na autobus nie musimy długo czekać, a co najważniejsze – Rožnov jest jego ostatnim przystankiem, dzięki czemu nie musimy wciąż neurotycznie czuwać, by wysiąść we właściwym miejscu.

Czechy, etap II – Ołomuniec

Ponieważ w Czechach za przejazd pociągiem płaci się tyle samo niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z osobowym, ekspresem czy którymkolwiek stadium pośrednim (wyjątkiem SuperCity Pendolino, w którym trzeba wykupić miejscówkę, aczkolwiek nie jest ona przesadnie droga), po prostu „wsiada się do pociągu byle jakiego”, czyli najbliższego, który zdąża w pożądanym przez nas kierunku. My załapaliśmy się akurat na ekspres, co dało nam podwójną korzyść w postaci szybkiej jazdy i klimatyzacji. Półtorej godziny później wysiedliśmy w Ołomuńcu i dalejże szukać naszego „penzionu”. Pierwszym ku temu krokiem był zakup planu miasta. Wiedzieliśmy, że pensjonat mieści się dość daleko od centrum, ba! – mieliśmy nawet spisane numery autobusów, którymi można tam dojechać, oczywiście z uwzględnieniem kierunku i nazwy naszego przystanku. W końcu od czego ma się internet! W odróżnieniu od peregrynacji pardubickich znaleźliśmy pensjonat bez problemu – po prostu opuściwszy autobus, ruszyliśmy we właściwym kierunku i wyszliśmy prosto na ruiny fabryki, słusznie uznając, że mamy przed sobą cukrownię, która użyczyła nazwy naszej ulicy – „U cukrovaru”. Zaraz też dostrzegłam budynek znany mi ze zdjęcia, a jakby tego było mało, oczom moim ukazał się szyld: „Penzion Janza”.

Zadzwoniliśmy dzwoneczkiem i pojawiła się pani, która po spisaniu naszych personaliów dała kluczyk do pokoiku na parterze. Pokoik niczego sobie – warto odnotować, że miał swoją łazienkę oraz że jedyny raz podczas tej wyprawy trafiło nam się łoże małżeńskie, to znaczy dwa złączone łóżka; ponadto, również jedyny raz, mieliśmy wifi oraz telewizor. Nie jestem przesadną fanką oglądania telewizji podczas wakacji, ale za granicą ma to swoje walory, bo można się trochę podszkolić z języka i wiedzy o kraju. Na topie była akurat historia małej Michalki, której porywaczy oraz jej samej policja szukała m.in. w Polsce. Już po powrocie do kraju dowiedzieliśmy się, że dziecko odnaleziono w Niemczech i to nawet żywe. Sporo mówiono też o Wimbledonie i walce Agnieszki Radwańskiej z Sereną „Williamsovą”.

Jak na nasze najdroższe miejsce noclegowe w Czechach (acz nieprzesadnie drogie, bo w przeliczeniu 42 zł od osoby za noc, czyli mniej, niż zapłaciliśmy za nieszczęsny nocleg w Kłodzku), pensjonat miał jednak pewne wady. Po pierwsze, żaden był z niego pensjonat. Większość mieszkańców wyglądała raczej na robotników niż turystów, a jako że trafiliśmy tam akurat w święto, po którym następował weekend, do późnych godzin nocnych popijali piwko i gadali pod oknem. Po drugie, nie mieliśmy dostępu do lodówki, co przy koszmarnym upale oznacza, że wszystko, czego nie skonsumowało się od razu, trzeba wyrzucić. Pani chyba chciała dobrze, umieszczając nas w pokoju oddzielnym, a nie, jak większość, umieszczonym w dwupokojowym segmencie ze wspólną łazienką. Tyle że te segmenty lodówki miały. Na piętrze znajdowała się kuchnia, w której poza czajnikiem na łańcuchu nie było nic. To znaczy nic prócz syfu. Oczywiście mieliśmy swoje kubki i sztućce, więc czajnik oraz gąbka i płyn do mycia naczyń w pełni nas usatysfakcjonowały, zwłaszcza w porównaniu z tym, co mieliśmy zastać w Ostrawie.

Ale dość utyskiwania na pensjonat. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się do centrum. W Ołomuńcu biletomaty znajdują się na większości przystanków MHD (czyli ichniego MPK); niestety nasze schronisko mieściło się w dzielnicy Holice, która do 1974 roku była wsią, co przejawia się m.in. w nazwie głównego placu „Navés Svobody”. „Navés” to to samo, co „Namesti”, tylko na wsi ;). Jizdenky musieliśmy więc nabyć u kierowcy (bo jakoś wcześniej nie przyszło nam do głowy, żeby się zaopatrzyć w większą ich liczbę), tym samym przepłacając. No ale jedziemy. Dojeżdżamy do dworca i stamtąd pieszo ku starówce. Gorąco i daleko. Święto, większość sklepów zamknięta na głucho. W końcu znajdujemy okienko z napojami, ale nie mają dużych radlerów w plastikach, więc poprzestajemy na dwóch puszkach. Obejrzawszy m.in. katedrę św. Wacława, kościół Matki Boskiej Śnieżnej, kaplicę błogosławionego Jana Sarkandera i kościoły św. Michała oraz Maurycego docieramy do rynku głównego, zwanego Velke Namesti. W odróżnieniu od wcześniejszych miast, na rynku nie ma samochodów, za to szpecą go toporne czerwone ławki á la komuna. Na szczęście nie są w stanie mocno zaszkodzić, bo urodę Velkich Namesti widać gołym okiem. Mimo odmiennego ratusza mają wiele punktów wspólnych z poznańskim Starym Rynkiem: po pierwsze, ratusz przy całej swej odmienności jest równie urokliwy, po drugie, w samo południe wyskakują z niego „pamperki” (u nas koziołki, a u nich kogut, faceci wybijający młotkiem godzinę, a potem postacie chodzące w kółko w dwóch okienkach poniżej), po trzecie, ma kilka fontann. Podobieństwo Ołomuńca do Poznania widoczne jest także poza rynkiem – dużo kloszardów, rozkopy, nad wejściem na dworzec „gapa” przypominająca tę na naszym Zachodnim. W odróżnieniu jednak od Ołomuńca Poznań nie może się poszczycić monumentalną kolumną Trójcy Świętej, wpisaną na listę zabytków UNESCO.

Male Namesti możemy jedynie odhaczyć w notatniku, bo zobaczyć nic się na nich nie da. Ba, nie da się nawet wejść, gdyż całe są rozkopane i pogrodzone. Wpadamy na obiad do pobliskiej restauracji „U andela”, po czym kupujemy pojedyncze bilety na dziś (mają tę zaletę, że są „przesiadkowe” i ważne przez 60 minut, acz tylko w dni wolne, bo w powszednie 40) oraz całodobowe na jutro i wsiadamy w tramwaj, który dowozi nas do dworca. Tam szybciutko odwiedzamy sklep, w którym zaopatrujemy się w radlery, po czym autobusem wracamy do „penzionu”. Przed nami jeszcze cały kolejny dzień pobytu w Ołomuńcu, więc nie ma sensu się forsować.

Wieczorem kręcimy się trochę po Holicach, trafiając – o dziwo – na czynny sklep. W tym sklepie małe „zonk”, bo nie potrafimy pani wytłumaczyć, że chcemy wodę gazowaną. „CO2” nie działa. Próbujemy z chorwacka: „gazirana”. Też bez skutku. Okazuje się, że po czesku gazowana to „perliva” albo „sycena”…

Sobota. Po nocnej burzy upał zelżał do jakichś trzydziestu stopni. Zaopatrzeni w dobowe bilety, jedziemy z przesiadką niemal na sam rynek, by obejrzeć ruchome figurki na zegarze. Przy zegarze cotygodniowy jarmark z serami i gadżetami dla turystów. Nabywamy tradycyjny serek z pobliskiej wioski Brničko. Słynne twarożki ołomunieckie można kupić z automatu w centrum informacyjnym, ale jakoś nie mamy poczucia, że taki serek z automatu rzuci nas na kolana. Kupuję natomiast bilet na wieżę, by stamtąd obfotografować starówkę. Wreszcie porządne zakupy – polska kawa, parę chińskich zupek, chleb, mleko, „pomazanka”, czyli pasta do smarowania chleba. Następnie spacerujemy wzdłuż murów miejskich, by ostatecznie, nie mając pomysłu ni sił na dalsze zwiedzanie, skorzystać z faktu posiadania 24-godzinnych biletów i wsiąść do tramwaju jadącego w kierunku przeciwnym do naszej kwatery, by z jego okien pokontemplować miasto. Holice to południowy wschód, a my jedziemy na zachód, do pętli „Krematorium”. Po dojechaniu zwiedzamy przyjemny cmentarzyk z kilkoma kaplicami i synagogą. Tytułowe krematorium jest bardzo nowoczesne i w niczym nie przypomina orientalnej budowli z Pardubic.

Dzień kończymy wieczornym spacerem po Holicach, po czym udajemy się na spoczynek, by następnego ranka wyruszyć w kolejną podróż. Tym razem do Ostrawy, gdzie zarezerwowaliśmy trzy noclegi w miejscu, którego opis i wizerunek w internecie wydaje nam sie cokolwiek podejrzany.

Czechy, etap I – Pardubice, Hradec Kralove

Przyszła pora na Telesfora… to znaczy na pierwszy odcinek relacji z podróży po północno-wschodnich Czechach i północnych Morawach. Wybór obszaru eksploracji okazał się bardzo wdzięczny, gdyż wszystkie odwiedzone przez nas miejsca znajdują się daleko od Niemiec i Austrii, co oznacza niższe ceny i niewielką liczbę turystów. A nie od dziś wiadomo, że turysta niczego nie unika bardziej niż innych turystów. Najbardziej wprawdzie nie lubimy spotykać za granicą swoich rodaków, ale choć przez większość czasu nie oddalaliśmy się zbytnio od polskiej granicy, Polaków spotkaliśmy znacznie mniej, niż moglibyśmy spotkać choćby w Wielkiej Brytanii czy Irlandii.

Z premedytacją odpuściliśmy sobie podróż do Pragi, jako że oboje bywaliśmy już w tym skądinąd pięknym, ale też zatłoczonym mieście. Cały pomysł podróży wziął się zresztą z tego, że P. bardzo chciał odwiedzić Ostrawę, gdyż słyszał, że jest nieciekawa, nieturystyczna i podobna do Bydgoszczy, w której spędził dwanaście lat życia. Od siebie dodam, że Bydgoszcz ma parę urokliwych miejsc i w ogóle budzi mój sentyment, ale nie miałam najmniejszego zamiaru jechać tylko do Ostrawy i z powrotem, zwłaszcza że z Poznania bliżej jest w inne partie Czech. Postanowiliśmy rozpocząć od Pardubic, do których z Kłodzka kursują dwa pociągi dziennie. Aby zdążyć na pierwszy, musielibyśmy wstać o dzikim świcie, co kłóciło się z naszymi tegorocznymi planami, w myśl których wakacje oznaczają wypoczynek, a nie zarwane nocki i stres. Znowuż jadąc drugim, wylądowalibyśmy w Pardubicach późnym wieczorem, co wobec nieznajomości miasta i świadomości, że do zaklepanej noclegowni jest z dworca dość daleko, też nie wydawało się dobrym pomysłem. Postanowiliśmy więc wybrać opcję trzecią – zanocować w Kłodzku i przy okazji je zwiedzić, a następnego dnia wyruszyć wcześniejszym pociągiem.

Z perspektywy czasu pomysł okazał się dobry jedynie o tyle, że faktycznie udało nam się trochę pochodzić po Kłodzku, które dotąd zwiedzaliśmy jedynie z bagażami na plecach w przerwach między pociągami. Znaliśmy więc most i rynek, ale nie tak dobrze jak dworzec Kłodzko Miasto, na którym spędziliśmy wiele długich chwil. Tym razem miało być podobnie.

Po pierwsze, pensjonat, w którym zarezerwowaliśmy nocleg – choć nazwa „pensjonat” jest tu użyta nieco na wyrost – mieścił się dokładnie naprzeciwko dworca. Z okna łazienki widać było napis „Kłodzko Miasto” na peronie, a w sypialni co rusz rozbrzmiewał dziki pisk hamującego pociągu. Myślałam, że okaże się to problemem, ale nie – problemem była drąca się do późnej nocy ekipa, która popijała piwko przy stolikach pod naszym oknem, a także brak ciepłej wody. W boilerze wprawdzie płonął jakiś mały ogieniek, który jednak zdawał się nie wpływać pozytywnie na temperaturę wody, a jako że na przyklejonej doń kartce wystosowano stanowczy zakaz uruchamiania pod groźbą kary pieniężnej, a pora była zbyt późna, by odwiedzać mieszkającą w sąsiednim wejściu właścicielkę, budząc jej dzieci i psy, umyliśmy się w zimnej. Jak przygoda, to przygoda. Poza tym uznałam, że po takiej zaprawie może być już tylko lepiej. I w pewnym sensie miałam rację.

Ale zanim ruszyliśmy dalej, rzeczywiście udało nam się zwiedzić twierdzę (bez części podziemnej), a także kościół joannitów, do którego naprawdę warto zajrzeć. Cały dzień, właściwie już od nocy, po Kotlinie Kłodzkiej błąkała się burza. Namieszała też w rozkładzie jazdy – pociąg z Pardubic, który po zawróceniu na Kłodzku Głównym miał odjechać z powrotem, spóźnił się o 70 minut, wskutek czego kwitliśmy na stacji ponad godzinę, z tęsknotą wpatrując się w okna opuszczonej przedwcześnie kwatery (mimo wszystko przytulnej w porównaniu ze smaganym wiatrem peronem, bo mającej i telewizor, i czajnik, i całkiem wygodne wyrka). W końcu doczekaliśmy się przyjazdu pociągu w tę, a następnie z powrotem. W porównaniu z towarzyszami z przedziału, udającymi się do Hradca Kralove na festiwal Rock for People, byliśmy w dobrej sytuacji, bo po pierwsze jechaliśmy tylko do Pardubic (oni musieli się przesiąść), a po drugie mieliśmy zaklepany dach nad głową, a ich czekały noce na grząskim polu namiotowym. Później dowiedzieliśmy się, że w ostatnim dniu imprezy przerwano koncerty z powodu nawałnicy, a będące jej główną gwiazdą Faith No More (które notabene dwa dni wcześniej zagrało w Poznaniu) w ogóle nie wystąpiło, gdyż zamókł mu sprzęt.

Nocleg był zaklepany mejlowo, ale pewne obawy się tliły, bo żadna z rezerwowanych przez nas noclegowni nie prosiła o zaliczki. Gdzieś z tyłu mojej głowy kołatała się myśl, że po dotarciu na miejsce dowiemy się, iż nasza rezerwacja zniknęła, a w schronisku nie ma wolnych miejsc. Na szczęście było odwrotnie – wojskowa noclegownia przy ulicy Tepleho świeciła pustkami, a stojące przy wejściu na pogaduszkach panie już z daleka pytały, czy my to my. Żebyście jednak nie sądzili, że wszystko poszło jak z płatka, warto wspomnieć o specyficznym sposobie numeracji domów w Czechach, niemającym kompletnie nic wspólnego z ich kolejnością na ulicy. Są to na ogół numery dość kosmiczne, idące w tysiące. Na niektórych ulicach zdarzało nam się widzieć numerację podwójną, przy czym ta druga była w miarę normalna. Niestety na ul. Tepleho takiego luksusu nie uświadczyliśmy. Szczęście, że na stronie internetowej było zdjęcie schroniska, a ja zapisałam sobie na kartce: „czteropiętrowy biały budynek”. To nieco zawęziło obszar poszukiwań. Gorzej, że na boku budynku widniał numer 1899, podczas gdy my szukaliśmy 2796.

Tak czy owak – udało się. Otrzymaliśmy pokój ładny, przestronny. Dużo miejsca na graty, w szafie wieszaki. W łączniku łazienka oraz lodówka (!), de facto dla nas, bo drugi pokój stał  pusty. Na piętrze kuchnia ze wszystkim, co potrzebne (może z wyjątkiem odpowiednio dużych kubków). Chińskie zupki poszły w ruch. Potem kąpiel i nawet szalejąca w nocy burza nie zakłóciła nam snu – a przynajmniej nie tak, jak krzykacze w Kłodzku.

Rano wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. P. twierdził, że jest gorąco, ale się mylił – gorąco to dopiero miało być. Pierwszego dnia było po prostu przyjemnie ciepło. Kazałam mu się cieszyć, że mieszkamy przy ulicy Tepleho, a nie Gorkeho („horky” to po czesku gorący). Patron naszej ulicy, Jakub Teply, był rzeźbiarzem, autorem m.in. płaskorzeźby na rynku przedstawiającej Jonasza połykanego przez rybę. Ulica Gorkeho, czyli chyba Maksyma Gorkiego, biegła równolegle. My tymczasem ulicami Palacha/17 listopada/Hradecką dotarliśmy na brzeg Łaby. Zapraszam do Pardubic wszystkich, którzy twierdzą, że Poznań odwrócił się od rzeki: u nas przynajmniej ławki stoją przodem do Warty, a tam jedyna, którą znaleźliśmy, ustawiona była do Łaby tyłem. Stamtąd udaliśmy się na zamek, mijając po drodze miliony kortów tenisowych, na których zapamiętale grali młodsi (czasem bardzo młodzi) i starsi. Rozumiemy już, dlaczego Czesi mają tylu dobrych tenisistów i dlaczego Łukasz Kubot trenuje w tym kraju.

Zamek Pernsztejnów, choć ma tę wadę, że nie jest położony na wzgórzu i nic z niego nie widać, a co więcej, nie widać także jego, póki się nie podejdzie naprawdę blisko – jest urokliwy i może się poszczycić stadkiem uroczych pawi, z czego przynajmniej dwoma białymi. Bezpośrednio z zamku przechodzi się na równie ładną starówkę, której centralnym punktem są Pernštynske Namesti z przepięknym ratuszem i płaskorzeźbami na kamienicach. Drażni jedynie fakt, że na części placu urządzono parking, co zresztą okazuje się w Czechach stałą praktyką. W Hradcu będzie jeszcze gorzej.

Warto za drobną opłatą wspiąć się na położoną obok rynku Zieloną Bramę, by obfotografować z niej miasto. Umożliwia fajny widok i na rynek, i na Łabę, i na kościół św. Bartłomieja oraz Namesti Republiki z „divadlem” (teatrem). Ogólnie pardubicka starówka ujęła mnie swoim urokiem, kameralnością, brakiem większej liczby turystów. Również dzielnica Dukla, w której mieszkaliśmy (i w której znajduje się tor do wyścigów konnych, gdzie rozgrywana jest słynna gonitwa Wielka Pardubicka), wywarła pozytywne wrażenie. Po dwóch dniach czuliśmy się tam niemal jak w domu – a że czasem zdarzyło nam się przeoczyć naszą ulicę i dojść gdzieś w kosmos, to już inna sprawa.

Obok znajduje się dzielnica Na Skřivanku, której nazwa zainspirowała nas do pewnych poszukiwań. Postanowiliśmy mianowicie prześledzić, co ma z nią wspólnego znane i u nas biuro tłumaczeń. Prawda okazała się banalna – Skřivanek, czyli Skowronek, to dość popularne czeskie nazwisko. Nosi je także założyciel biura, który jest prażaninem i prawdopodobnie nic go nie łączy z pardubicką dzielnicą. A dlaczego dzielnica nazywa się „Na Skowronku”, to już jej słodka tajemnica.

W sympatycznej noclegowni (wojskowej dziś chyba tylko z nazwy) spędziliśmy trzy noce, ale drugi dzień naszego pobytu przeznaczony był głównie na wycieczkę do oddalonego o jakieś 30 km Hradca Kralove. Tego dnia panował PRAWDZIWY upał – trudno powiedzieć, ile było stopni, bo w Czechach rzadko wyświetla się temperaturę w miejscach publicznych, ale już po powrocie do Pardubic, gdy zegar wskazywał 19.50 i było przyjemnie chłodno, natknęliśmy się na taki wyświetlacz przy stacji benzynowej. Pokazywał 33 stopnie, więc nawet nie chcę wiedzieć, ile było w południe. To i fakt, że w dworcowym kiosku nie mieli mapy Hradca, w pewien sposób rzutowało na nasze wrażenia z miasta. Staraliśmy się jednak w miarę ogarnąć starówkę i nawet zrobiliśmy trochę zdjęć, choć słońce tak paliło, że właściwie nie widziałam, co fotografuję.

Pierwszą okazją do wyjęcia aparatu z futerału było dotarcie na Masarykovo Namesti. Nazwę tę nosi wiele placów w czeskich miastach – zwłaszcza na wschodzie kraju. Pochodzący z Moraw Tomáš Garrigue Masaryk (dochodzenie wykazało, że „Garrigue” to nie jego drugie imię, lecz dodatkowe nazwisko przyjęte po amerykańskiej żonie) był bowiem pierwszym prezydentem niepodległej Czechosłowacji.

Po krótkim błądzeniu dotarliśmy w końcu na starówkę skupioną wokół dwóch placów – główny to Velke Namesti, a pomniejszy, jak już pewnie się domyślacie, Male Namesti. Na Velkim królują katedra pw. Ducha Świętego i Biała Wieża, na prawo od której znajduje się niezbyt okazały ratusz. Male Namesti to głównie fajne kamieniczki. Warto też zobaczyć stojącą niedaleko tych dwóch placów dawną synagogę. Ponieważ jednak słońce dawało potwornie, udaliśmy się najpierw do jednej z knajpek celem skonsumowania zimnego piwa – najlepiej ciemnego albo radlera, bo za typowym piwem nie przepadamy. Ucieszyliśmy się, widząc w karcie „tmave”, ale niestety – kelner wydawał się zaprogramowany na słowo „bohužel” (dosł. „Bogu żal”, czyli niestety). Najwyraźniej uczestnicy festiwalu rockowego wypili większość piwa w mieście. W tym konkretnym barze ostało się ino jasne. Cóż było robić – przy tej temperaturze człowiek wypije wszystko, byle z lodówki.

Nawodniwszy organizmy, udaliśmy się pospiesznie do restauracji U Kralovny Eliški, aby załapać się na południowe menu. Czeskie knajpy mają miły zwyczaj oferowania w godzinach lunchu potraw (zwykle 2–3 do wyboru) po niewygórowanych cenach. Zazwyczaj „dopoledni menu” obowiązuje w godz. 12­­–14, ale zdarzyło nam się trafić na takie restauracje, w których podawano je do 15.00 albo, bohužel, do 13.00.

Przy królowej Eliszce warto się zatrzymać z dwóch powodów. Po pierwsze, urodziła się w Poznaniu, choć pies z kulawą nogą tu o niej nie słyszał. W menu (!) wyczytaliśmy, że w Polsce występuje pod imieniem Ryksa, lecz szybko się okazało, że nie chodzi o tę najbardziej znaną Ryksę, zwaną też Rychezą. O hradeckiej Eliszce możecie przeczytać tutaj. Tam też dowiecie się o pochodzeniu nazwy Hradec Kralove.

Drugim powodem, dla którego restauracja zapisała się w naszej pamięci, jest to, że właśnie tam udało nam się w końcu zjeść houskovy knedlik – będący, jak się okazało, naszym ostatnim knedlikiem podczas tej wyprawy. Znacznie łatwiej znaleźć pizzerię lub chińczyka, a jak już się trafi do knajpki oferującej miejscową kuchnię, to częściej w postaci bramborów lub bramborovej kašy, czyli po prostu puree ziemniaczanego. Knedlik nie był zresztą w gulaszu, tylko w sosie śmietanowym z dodatkiem kremówki, co nie do końca odpowiadało memu podniebieniu.

Hradec, choć ładny, nie ujął mnie tak jak Pardubice. Przede wszystkim sprawiał wrażenie większego, choć w rzeczywistości oba miasta są niemal równe. Z całą pewnością jednak pewien wpływ na mój odbiór tego grodu miał lejący się z nieba żar, brak mapy (poza niewielką mapką starówki w przewodniku) oraz to, że spędziłam w nim zaledwie kilka godzin. To ostatnie wprawdzie nie musi szkodzić wizerunkowi (jak miało się okazać choćby w przypadku Opawy), ale z pewnością nie pozwoliło na poznanie tych walorów miasta, które nie są widoczne na pierwszy rzut oka i niekoniecznie muszą się znajdować na centralnym placu.

Następnego dnia zabraliśmy graty z noclegowni i udaliśmy się na dworzec, by rozpocząć kolejny etap podróży. Tym razem udawaliśmy się dalej na wschód, przekraczając granicę Moraw. Dwie kolejne noce mieliśmy spędzić w Ołomuńcu. Ale o tym przeczytacie już w następnym odcinku.

Włóczęgi po Poznaniu 5 – tajemnicze popiersia

Udało mi się wprawić w niezły popłoch paru znajomych, którzy co nieco o historii naszego miasta wiedzą. A wszystko za sprawą niewinnego pytania: czyje popiersia widnieją na fasadzie kamienicy przy ul. Mostowej 34? W internecie udało się znaleźć jedną, słownie jedną, wzmiankę, jakoby pod tym adresem znajdowało się popiersie Karola Marcinkowskiego. Początkowo myślałam, że to ten z wąsem, co jednak znajomi zakwestionowali, twierdząc, że Karol wszędzie indziej jest przedstawiany jako chudzinka i że jeśli już, będzie to ten łysy. Ja sama, szczerze mówiąc, w ogóle wątpiłam w jego obecność na tej fasadzie. Po pierwsze, jeśli w całym przepastnym internecie znajduje się tylko jedna wzmianka o tym, nawet jeśli umieszczona na stronach informatora miejskiego, musi to budzić podejrzenia. Po drugie, uważałam, że jak na Karola przedstawiony obywatel ma stanowczo za mały nos.

O gościu z wąsem internet całkowicie milczał. Koleżanka dopatrzyła się w nim podobieństwa do Karola Libelta. Kolega z kolei podejrzewał któregoś z masonów, jako że budynek mieści się nieopodal dawnej siedziby ich loży (obecnie budynek Muzeum Etnograficznego). Ja znowuż uznałam, że jak się dobrze przyjrzeć, facet wykazuje pewne cechy wspólne z Cegielskim (głównie w postaci wąsa). Padła nawet propozycja, żebym ponownie udała się na miejsce, zapukała w okienko i grzecznie zapytała, czyje to wizerunki nad nim widnieją. Wizerunki znajdują się wprawdzie na wysokości drugiego bodaj piętra, ale byłam gotowa odbyć heroiczne śledztwo wśród mieszkańców kamienicy (swoją drogą, ciekawe, czy wiedzą). Na szczęście przypomniałam sobie o Marku Rezlerze i nawet znalazłam go na fejsie, więc zaraz poszło pytanie z linkiem do zdjęcia i naszych dywagacji, które z pewnością setnie go ubawiły.

Okazało się, że chudy ze zbyt małym nosem to jednak Karol Marcinkowski, natomiast pod postacią wąsacza skrywa się niejaki Maksymilian Jackowski. Ten sam, którego nazwiskiem ochrzczono ulicę na Jeżycach. Niestety byłam tak zaaferowana samą zagadką tożsamości przedstawionych delikwentów, że nie przyszło mi do głowy, aby zapytać o powód, dla którego ci panowie wiszą akurat tam i w dodatku razem. Ale kto wie, może pan Marek poruszy tę kwestię w jednym ze swoich kolejnych programów w WTK. Jeśli chcecie się tego dowiedzieć – piszcie do niego i namawiajcie!

Oczywiście z wyprawy w okolice Grobli przyniosłam więcej zdjęć i refleksji niźli tylko te poświęcone tajemniczym popiersiom. Na rogu Mostowej, dokładnie pod numerem 24, natknęłam się na ciekawe, choć trochę podniszczone, płaskorzeźby na fasadzie. Są one dziełem dawnego właściciela domu, sztukatora Jana Raczyborskiego. Więcej o symbolach na budynku można przeczytać tutaj.

Wszedłszy w ul. Grobla od strony Wierzbowej, doznałam olśnienia. Mniej więcej w połowie lat 90. popularnym miejscem imprez był klub o nazwie Fabryka, mieszczący się w starej fabryce musztardy. Bawiłam się tam parokrotnie. Miejsce klimatyczne; najlepiej sprawdzało się w nim techno, ale imprezy hiphopowe czy rockowe też miały urok. W tamtym okresie był to klub niemal kultowy, jeden z najważniejszych w Poznaniu, ale chyba zamknął podwoje, zanim w Polsce zagościł na dobre internet, bo trudno dziś znaleźć o nim choćby wzmiankę. Co gorsza, po latach nie pamiętałam, gdzie dokładnie się znajdował. Wiedziałam, w jakim fyrtlu i że szło się przez skwer z pomnikiem Zygi Latarnika, ale dalej już bieda. A że okolica była dość zakazana, zwykle chodziło się w grupie. Kilka miesięcy temu metodą eliminacji doszłam do wniosku, że musiał to być Pecowin, mieszczący się przy ul. Mostowej 11. Wzrokowo jednak nic mi się nie kojarzyło – i nagle podczas przechadzki Groblą na widok czerwonego budynku z kominem otworzyła mi się klapka. To było to! Owszem, budynek prawdopodobnie jest dawną fabryką Paetzów, tyle że wchodziło się doń nie od strony Mostowej, jak głosi oficjalny adres, lecz od Grobli. Ha!

Jako że wyruszyłam na wyprawę bez teoretycznej podbudowy, całkowicie zignorowałam gmach wzmiankowanej już loży masońskiej, w którym obecnie znajduje się Muzeum Etnograficzne. W ogóle go nie zauważając, fotografowałam z jego bramy odnowioną przeciwległą kamienicę z ornamentami na fasadzie i ładnymi kwiatkami na jednym z balkonów. Na sąsiedniej z kolei widniało coś, co mogło być smokami lub gryfami – oceńcie sami.

Przeszliśmy się ulicą Łazienną, dywagując, w którym z budynków mogły się niegdyś mieścić miejskie łaźnie (uczęszczali do nich m.in. mieszkańcy osiedla robotniczego z pobliskiej Czartorii), a następnie obok poewangelickiego kościoła noszącego obecnie wezwanie Wszystkich Świętych ruszyliśmy w drogę powrotną wzdłuż Mostowej, fotografując między innymi popiersia, którym poświęciłam sporo słów powyżej. Ale nie tylko. Ładnie prezentuje się ogólna panorama Mostowej widziana sprzed zakrętu między Groblą a Wszystkich Świętych.  Warto też zwrócić uwagę na kamienicę na rogu Mostowej i Grobli oraz ornamenty na wykuszach przy rozjeździe Mostowej i Dowbora-Muśnickiego.

Poza tym, podobnie jak Chwaliszewo, są to niezwykle klimatyczne tereny, choć raczej za dnia niż nocą.

A poniżej, tytułem post scriptum, kilka zdjęć z ponownego wizytowania okolic – w tym zignorowanego uprzednio Muzeum Etnograficznego.

Włóczęgi po Poznaniu 4 – cmentarz przy ul. Bluszczowej

W pewien aż nazbyt gorący wczesnomajowy dzień wybraliśmy się na eksplorację terenów pomiędzy ul. Hetmańską a Dębcem. Wystartowaliśmy z ul. Rolnej, po lewej stronie mijając budynki należące do wojska, a za nimi nowe osiedle mieszkaniowe powstałe na terenie starych koszar saperów i częściowo dawnego stadionu Warty (chyba że cały stadion mieścił się na tym gruzowisku obok – dziś trudno niestety wyczuć, gdzie dokładnie leżał, bo nawet mój tata tego nie pamięta). Na jednym z budynków przy Rolnej widnieje taka oto przedwojenna tablica:

Po dojściu do końca Rolnej przeszliśmy się ul. Wspólną do Wiśniowej, gdzie odkryliśmy niezwykle urokliwy cmentarz. Przyznaję bez bicia, że wcześniej nie miałam pojęcia o jego istnieniu, ale na tym właśnie polega urok takich wędrówek po teoretycznie znajomym mieście – zawsze odkrywa się coś nowego. Cmentarz jest stary i posiada wiele bogato zdobionych, rzeźbionych, powiedzmy wprost – wypasionych nagrobków. Na poniższych zdjęciach prezentuję kilka z nich oraz ujęcia umieszczonej w centralnym punkcie cmentarza kapliczki.

Cmentarzyk serdecznie polecam, podobnie jak całą Dębinę – bo dla mnie wszystko, co znajduje się przed torami kolejowymi, przy których leży stacja Poznań Dębina, jest właśnie Dębiną, a Dębiec zaczyna się dopiero za nimi. Tak naprawdę problem podziału jest bardziej złożony, bo przecież jeszcze za ulicami Łozową i Czechosłowacką, które uważam za kwintesencję Dębca, leży osiedle Dębina. Ale to może ze względu na bliskość Lasku Dębińskiego, którego jestem częstym gościem – tak częstym, że aż pisanie o tym miejscu wydaje mi się zbędne, choć odwiedzanie go wręcz przeciwnie.

Wiem, że jestem Wam winna kolejne wpisy z serii „Stare dzieje”, ale wiosenna pogoda sprzyja wędrówkom, wskutek czego nazbierałam już masę kolejnych zdjęć. Teraz trzeba je posortować i opisać. Spodziewajcie się więc w pierwszej kolejności dalszych „Włóczęg po Poznaniu”, a wspominek odrobinę później.

Włóczęgi po Poznaniu 3 – Łazarz

Rynek Łazarski to dla mnie nostalgiczne miejsce jeszcze z czasów komuny. Zawsze było tam pełno handlarzy starzyzną – na sprzedaż wystawiano monety, stare sprzęty kuchenne, zegary i inne cuda. Oprócz tego kwitł handel zwykłym towarem – owocami, dżinsami, tureckimi sweterkami, a dzisiaj pewnie chińszczyzną. Najważniejsze jest to, że po tych wszystkich latach handlarze starociami wciąż tam są i mają się dobrze, co naocznie sprawdziłam w pewien pochmurny dzień kwietnia. W telewizji Lech grał z Legią, ale uznałam, że to nie na moje nerwy, więc wzięłam P. i pojechaliśmy badać Łazarz.

Obszary pomiędzy rynkiem a Hetmańską znam dość dobrze. Przez parę ładnych lat regularnie bowiem chadzałam do klubu Krąg przy ul. Dmowskiego, by nauczać kursantów angielskiego, a przez chwilę też hiszpańskiego. Tamże uczęszczałam na kurs prawa jazdy. Natomiast teren pomiędzy rynkiem a dworcem kolejowym był dla mnie niemal zagadką. W nieistniejącym już szpitalu przy ul. Gąsiorowskich zmarła wprawdzie w 1997 roku moja babcia, ale byłam tam zaledwie kilka razy i nie w głowie mi wówczas było rozglądanie się. Tym razem wybrałam się wyłącznie na zwiedzanie i fotografowanie – i okazało się, że naprawdę jest co oglądać i utrwalać. Większość budynków w tym fyrtlu to stare poniemieckie kamienice z przełomu XIX i XX wieku. Niektóre bardzo zaniedbane, inne utrzymane w znośnym stanie, choć ogólnie da się zauważyć, że status majątkowy właścicieli tych domów (niezależnie od tego, czy są to prywaciarze, czy miasto) nie pozwala na ich przywrócenie do stanu, jakiego zapewne życzyliby sobie ich budowniczowie i pierwsi właściciele. Gdyby ci, którzy mieszkali w tych domach sto lat temu, mogli je teraz zobaczyć, z pewnością byłoby im strasznie przykro. Pytanie, kogo winić za taki stan rzeczy. Przeklętych Polaków, bo sobie zrobili niepodległość? Podejrzewam, że między wojnami te domy trzymały się całkiem nieźle. Hitlera i Stalina, bo nam zrobili wojnę, a potem komunę? Czy może po prostu czas, który niestety ma to do siebie, że niszczy, a nie naprawia?

Zniszczone czy nie, domy mają jednak w sobie niezwykły urok. Kamienne postacie podtrzymujące sklepienie bramy przy ul. Kanałowej, ornamenty nad drzwiami i na fasadach kamienic przy Kanałowej, Małeckiego, Granicznej, kamienny lew na dachu jednej z narożnych kamienic. Warto się wybrać i zobaczyć to wszystko na własne oczy, póki jeszcze się trzyma. A może jednak znajdą się pieniądze na odnowę choćby najcenniejszych miejsc?

We wzmiankowanej już na tych kartach książce Zbigniew Zakrzewski tak oto wspomina tamte rejony: W kamienicy narożnej przy Strusia [róg Małeckiego – przyp. Mutanta] mieściło się w lokalu dzisiejszej przychodni maleńkie kino Wilsona. Towarzysząc mej kuzynce, recenzentce prasowej filmów, korzystałem nieraz z darmowych biletów do kina. Pomoc moja wyrażała się w tym, że kiedy moja towarzyszka usiłowała pospiesznie odczytać i zanotować z migocącego ekranu, jacy aktorzy grają główne role, oświetlałem, jak się dało, jej notes lampką kieszonkową. Tym skromnym wysiłkiem rekompensowałem przyjemność oglądania spektaklu.

Kanałowa zawdzięcza swą prozaiczną nazwę tej fatalnej okoliczności, że dawniej płynął tędy kanał. Ulicę, która odziedziczyła swój wygląd jeszcze z czasów pruskich, zamieszkiwali przed wojną robotnicy, rzemieślnicy i drobni urzędnicy.

 Nazwa ulicy Granicznej bierze się stąd, że przed sześćdziesięciu laty do niej sięgała zwarta zabudowa kamieniczna. Browar Krotoszyński, posiadający przy Granicznej swe biura, zachwalał piwo swojej produkcji jako znane ze smakowitości; na piwie się nie znam, niech wypowiedzą się znawcy [Zbigniew Zakrzewski, Ulicami mojego Poznania, Wydawnictwo Poznańskie 1985].

Szkoda, że niewiele osób posługuje się dziś takim językiem. I że prawie nikt już nie pamięta tamtych czasów.

Na koniec jeszcze kilka łazarskich obrazków: