Category Archives: odpowiedzialność

Jedna jest tylko racja

Taka myśl na dziś: im bardziej jesteśmy wychowywani w systemie „Jedna jest tylko racja i to jest moja racja” (co najczęściej przybiera formę „Rodzic/wychowawca ma zawsze rację, a ty jesteś głupi”), tym bardziej w dorosłości kierujemy się przekonaniem, że dwie racje nie mogą współistnieć. Jeśli ja nie narzucę ci swojej racji, ty narzucisz mi swoją, więc po prostu nie mogę się zgodzić, żebyś miał swoją rację, bo ona mi zagraża. Coś o tym wiem, bo całe życie borykam się z poczuciem, że czyjaś racja mi zagraża i że muszę mu udowodnić (a w ostateczności narzucić, choć to się zwykle wiąże ze strachem, że jednak ten stłamszony wyrwie się na wolność) swoją, bo inaczej on mi zabierze moją. Niestety nie wszyscy są zdolni do autorefleksji, nie wszyscy mają na nią siłę lub chęć, nie wszystkim pokazano, że można inaczej, stąd tyle osób czujących, że ktoś inny nie może żyć i myśleć tak, jak chce, bo im to zagraża. Mam wrażenie, że ten problem się ostatnio nasilił, a może po prostu ci ludzie zaczęli się zbierać w grupy i teraz rzeczywiście czują, że mają możliwość narzucania. Ale to się zawsze wiąże z dwiema niedogodnościami. Po pierwsze, grupa nigdy nie myśli dokładnie jak ty, więc choć początkowo przyciągnęło cię do niej jakieś podobieństwo, z czasem zaczynasz przyjmować jej dyskurs, a twój własny gdzieś się zaciera albo zostaje wyparty. Po drugie, żyjesz w ciągłym strachu, ciągłym poczuciu, że musisz walczyć, bo zagrażają ci wszystkie cudze racje, wszystkie inne narody, religie, mentalności. Więc tak ogólnie mam wrażenie, że praca nad sobą w zakresie uznawania inności jest bardziej satysfakcjonująca i rozwijająca, choć trudna.

Reklamy

Tymczasem na fejsie: O radykalizacji

Chyba właśnie poczułam, jak to jest, że ludzie się radykalizują. Wygłaszasz jakąś myśl, jedni cię chwalą, inni przestają się odzywać. Naturalnie więc grawitujesz ku tym, którzy pochwalili. No bo ci drudzy się nie odzywają, a w ogóle to jesteś obrażona, bo ty tylko wyraziłaś swoje zdanie. I tak coraz bardziej, coraz bardziej w jedną stronę.

Bo kto ma siłę, żeby iść samotnie?

Albo może być tak: im więcej krzywdy wyrządzi tobie lub twojej sprawie jedna strona, tym bardziej grawitujesz ku drugiej. Można wtedy być ślepym na to, że druga strona stosuje podobne metody.

A trzecia strona? A czwarta? Może gdzieś istnieją. Czasem na świecie, czasem tylko w nas.

Tymczasem na fejsie: O prawdzie

Czasem coś piszę na fejsie pod wpływem chwili, dla znajomych, a po pewnym czasie dochodzę do wniosku, że chciałabym to upublicznić. Blog ma ograniczony zasięg, ale dłuższą trwałość wpisów, więc od czasu do czasu będę robić remanent w zapiskach z ostatnich tygodni i wrzucać je tutaj. Wiem, że nie odkrywam tymi wpisami żadnej Ameryki, chociaż właściwie odkrywam – dla siebie. Czasem pierwszy raz, czasem kolejny. Może akurat trafię u kogoś na taki moment, że się zastanowi albo nawet przytaknie.

Uwaga, banał! Ale wart przypominania. Uważam, że powinniśmy zawsze dążyć do prawdy i obiektywizmu, i nie bać się zmienić zdania, gdyby się okazało, że nie mieliśmy racji. Warto mieć autorytety, bo nikt z nas nie jest alfą i omegą, ale trzeba mieć w sobie gotowość na to, by samemu sobie powiedzieć „Sprawdzam”, gdy dochodzą do nas jakieś nowe poszlaki. Bo czasem się okazuje, że broniąc z żelazną konsekwencją swoich „prawd”, w istocie bronimy kłamstwa. Napisałam to już parę razy i powtórzę – nonkonformizm nie polega tylko na nieufności wobec tego, co płynie z zewnątrz. Najtrudniejsze jest ciągłe sprawdzanie własnych ugruntowanych przekonań, konfrontowanie ich z faktami. Dlatego nie dziwi mnie, choć smuci, że wielcy „nonkonformiści” często są ślepi na fakty i trzymają się jakiejś raz ustalonej wersji, co jest w istocie typowym konformizmem, podczas gdy osoby mozolnie dążące do obiektywizmu i wciąż rewidujące swoje przekonania w obliczu nowej wiedzy, nowo odkrywanych faktów, nie są doceniane.

Są przypadki, w których prawdy nie docieczemy. Jeśli coś rozegrało się w zamkniętym gronie i A mówi a, a B mówi b, nie możemy mieć stuprocentowej pewności, które z nich mówi prawdę. Wtedy zwykle o naszej opinii decyduje to, komu bardziej ufamy – warto jednak postawić na marginesie mały znak zapytania. Podobnie wtedy, gdy uważamy, że prawda leży pośrodku – bo może wcale tak nie jest.

Podobnie w sprawach wielkich. Ja na przykład nie wierzę w Boga i żyję zgodnie z tą niewiarą, ale nie mam dowodów na to, że on nie istnieje. Dlatego staram się nie kpić z osób wierzących, nie szerować memów obrażających ich wiarę, a od nich z kolei oczekuję, że nie będą się oburzać na moje poglądy ani instruować mnie, jak mam żyć. Bo one też nie mogą mieć pewności. Jeśli przyjmujemy, że obiektywizm jest wspólną płaszczyzną dla całej myślącej i dyskutującej ludzkości, mimo rozbieżności dyskusje stają się łatwiejsze i bardziej cywilizowane, a my sami przestajemy żyć w rozdwojonym świecie, w którym istnieje prawda zinternalizowana i prawdy wyparte.

Niedoemancypowani

Tyle się mówi o seksizmie w kontekście dyskryminacji kobiet, a tak mało o tym, co stereotypizacja ról robi mężczyznom (i co w dalszej kolejności szkodzi także kobietom, podobnie jak wtłaczanie kobiet w niezdrowe ramy szkodzi mężczyznom, bo przecież żyjemy razem, jeśli nie w domu, to w społeczeństwie). Niedawno przeczytałam na blogu pewnej pani artykuł  o tym, jak to biedne, „niedoruchane” dziewczyny męczą się z facetami, którzy nie chcą z nimi spać.

Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby w tym tekście zamienić płcie rolami. Jaka awantura by wybuchła, że kobiety mają prawo to robić, kiedy i jeśli chcą, a jak się facetowi nie podoba, to niech chodzi do burdelu, bo widać do związku nie dojrzał. I w ogóle męska opresja itd., itp. Wygląda na to, że w drugą stronę to nie działa – mężczyzna ma być ogierem, który zaspokaja kobietę wtedy, kiedy ona ma na to ochotę.

Jeden wielki seksistowski bullshit.

Mężczyzna – podobnie jak kobieta – ma prawo mieć niskie libido, ma też prawo być aseksualny. Niestety w naszej kulturze „być mężczyzną” oznacza być zawsze gotowym i chętnym. Jeśli ktoś nie pasuje do tego schematu, jest wykpiwany, a najczęściej także totalnie zakompleksiony, bo kupuje te bzdury o męskości i o tym, że coś z nim nie tak. Dostrzegacie tę dysproporcję? Kobietom wolno się kochać, kiedy i jeśli chcą, z kim chcą i jak chcą, ale mężczyznom nie – oni muszą!

W moim odczuciu osób aseksualnych lub o libido niższym niż to, które można by uznać za normę na bazie filmów, książek czy opowieści przy piwie, jest mnóstwo. Warto też wspomnieć, że pojęcie aseksualności bywa rozumiane rozmaicie. Bynajmniej nie oznacza impotencji (choć prawdopodobnie tej etykiety najbardziej boją się faceci), nie musi też oznaczać braku zainteresowania seksem. Wiele osób określających siebie jako aseksualne stosuje ten termin w opozycji do hetero/homoseksualności: nie pociągają ich ani mężczyźni, ani kobiety. W ogóle nie pociągają ich ludzie. Nie wyklucza to jednak aktywności seksualnej, bo zwykle są to osoby sprawne fizycznie w tym względzie i podobnie jak inni zdolne do czerpania przyjemności z orgazmu[1].

W jednym zgadzam się z autorką: jeśli istnieje znaczna dysproporcja w tym względzie, para albo powinna się rozstać, albo poszukać jakiegoś sposobu na kompensację dla osoby, której brakuje seksu w związku. Tyle że do tego ostatniego potrzebna jest otwartość, której – jak z artykułu wynika – owi mężczyźni nie prezentują (nie chcą rozmawiać, obrażają się, udają, że nie ma tematu). Zamiast jednak sarkać, że nasz facet to duży dzieciak, zadajmy sobie pytanie, czy same jesteśmy całkiem w porządku. Czy zamiast wysyłać faceta na terapię, nie powinnyśmy zacząć od uznania jego prawa do odmienności? Czy miarą naszej dojrzałości nie byłoby powiedzenie: „Słuchaj, nasze potrzeby seksualne się rozmijają, może jednak nie jesteśmy dla siebie stworzeni?”. Sugerowanie, że problem leży po drugiej stronie, zawsze obnaża naszą słabość, niezdolność do wzięcia części odpowiedzialności za sytuację – albo za uznanie, że sytuacja jest, jaka jest, bez niczyjej winy. Związki czasem się nie udają. Początkowo ludzie są bardziej skłonni do robienia tego, co lubi druga osoba. Są zakochani, chcą się przypodobać. Potem, gdy przysłowiowa adrenalina opada i bycie razem staje się codziennością, woleliby po prostu być sobą. Czasem obie strony potrafią się w tym odnaleźć, czasem nie.

Nie krzywdźmy siebie. Pogódźmy się z tym, że nikt nie ma obowiązku być taki jak druga osoba – również w sferze seksualnej. Jeśli nie można inaczej, zwróćmy sobie wolność bez oskarżeń. A jeśli chcemy pomóc naszemu facetowi, to owszem, namawiajmy go na wgląd w siebie, polecajmy wizytę u psychologa – ale nie dlatego, że coś jest nie tak z jego sferą seksualną, tylko dlatego, że tkwi zawieszony między swoją tożsamością a wymaganiami społeczeństwa. Polecajmy mu terapię, by mógł być sobą bez poczucia winy. Nie leczmy go z „obniżonej” seksualności, bo to równie wstrętne jak leczenie z homoseksualności – pomóżmy mu wyleczyć się z kompleksów, z niepewności, z przekonania, że jest z nim coś nie tak.

To się powoli zmienia, ale mężczyźni wciąż są daleko w polu za kobietami, jeśli chodzi o wyzwalanie się z maskulinistycznych konwenansów, uświadamianie sobie swojej tożsamości i uczenie się żyć po swojemu bez kompleksów. Na zasadzie Paragrafu 22 działa tu stereotyp, że prawdziwy mężczyzna musi być silny – stereotyp, który nie tylko odpycha mężczyzn od gabinetów psychologów, ale i skłania do wypierania ze świadomości własnych dylematów. Oczywiście to też stereotyp. W wielu wypadkach jest inaczej, niemniej wydaje mi się, że w przekroju całego społeczeństwa, przynajmniej polskiego, samoświadomość kobiet (świadomość swoich praw, potrzeb, emocji, swojego ciała) jest znacznie wyższa niż samoświadomość mężczyzn. Jeśli więc czytają to mężczyźni, zapewniam, że zastanawianie się nad sobą Was nie zabije i że póki nikogo nie krzywdzicie, możecie być tacy, jacy jesteście – a jeśli wydaje Wam się, że krzywdzicie, nie uciekajcie przed tym, tylko poszukajcie rozwiązania, najlepiej wespół z tą osobą. Jeśli zaś czytają to kobiety, apeluję o to, żeby w ocenianiu mężczyzn unikały seksistowskich klisz, przed którymi same tak się buntują.

 

[1] Jako że może to być konfundujące, zamieszczam link do bloga o aseksualności (zwracam szczególną uwagę na rozróżnienie między pożądaniem [sexual attraction], czyli tym, że pociąga nas jakaś osoba, a libido, czyli popędem seksualnym w ogóle).

Trzęsienie umysłu (I)

W filmie Chce się żyć dziewczyna – nie pamiętam imienia, więc nazwę ją Anią – przyprowadza Mateusza, niepełnosprawnego, niemówiącego i uważanego za głęboko upośledzonego, na imprezę urodzinową swego bogatego ojca. Przez poprzednie tygodnie opiekowała się Mateuszem, w końcu zaczynając go traktować jako swojego chłopaka. Wreszcie ktoś zrozumiał, że nie ma do czynienia z rośliną – myśli widz. I jakież to heroiczne, że zabiera chłopaka na elegancką kolację do ojca, wiedząc, że zebrani będą kręcić nosami.

Rzeczywiście – ojciec i jego świta patrzą krzywo, mamy poczucie, że za chwilę dojdzie do awantury. „Kogo przyprowadzisz za rok? – pyta ojciec. – W zeszłym roku bezdomny, teraz on…” Po czym zwraca się do Mateusza: „Przepraszam cię za swoją córkę”.

Chwilę siedzę oszołomiona, próbując ogarnąć, co tu się wydarzyło. Te dwa wypowiedziane zdania, a zwłaszcza bezpośrednie zwrócenie się do Mateusza, całkowicie odwracają sytuację, przenicowują nasze dotychczasowe wyobrażenia o Ani i o tym, gdzie na osi dobro/zło znajduje się ona, a gdzie ojciec.

Uwielbiam takie momenty w literaturze i filmie – kto wie, czy nie najlepsze „twisty”, jakie można nadać dziełu fabularnemu. Siedzisz sobie wygodnie w fotelu, przekonany, że kibicujesz właściwej stronie, a tu cała wizja sypie się w wyniku jednego gestu, kilku słów. A więc to tak? Nie z miłości czy nawet sympatii, tylko z chęci zemsty na ojcu Ania omamiła Mateusza, dając mu nadzieję, że wreszcie dla kogoś zaczął się liczyć, a w rzeczywistości w najmniejszym stopniu nie biorąc pod uwagę jego uczuć? Prawdopodobnie podzielała przekonanie większości, że chłopak jest zbyt upośledzony, by cokolwiek rozumieć, a dawane przez niego sygnały ignorowała w imię swoich celów. Wizerunek ojca natomiast ociepla się, gdy ten odzywa się wprost do chłopaka. Nawet jeśli nie sądzi, by ten go rozumiał, widzi w nim człowieka i czuje potrzebę przywrócenia mu godności.

Ale to znowuż nie jest tak, że wystarczy obrócić kalejdoskop do góry nogami i wszystko stanie się takie, jakie jest naprawdę. Po pierwsze, nie wiemy, co naprawdę czuje Ania. Może oprócz chęci prowokowania ojca jest w niej autentyczne poczucie solidarności z ludźmi wykluczonymi, bo się z nimi identyfikuje? Ojciec ma nową rodzinę, o matce i ewentualnym rodzeństwie nie wiemy nic. Zniknięcie Ani z życia Mateusza po tym incydencie zdecydowanie przemawia jednak na jej niekorzyść. Owszem, może jej być wstyd, ale przecież musiała się spodziewać takiego rozwoju wydarzeń, ba – biorąc pod uwagę, że to „recydywa”, jesteśmy skłonni sądzić, że prowokacja była jej celem – więc to, że nie pojawia się więcej, zdaje się potwierdzać tezę, że chłopak był dla niej wyłącznie narzędziem walki z ojcem.

Po drugie – i bardziej istotne – jeśli między rodzicami a dzieckiem źle się dzieje, zwykle nie jest to wina dziecka. Owszem, zdarza się, że opiekunowie wszystko zrobili dobrze, a z dziecka i tak wyrasta niezłe ziółko, lecz chyba znacznie częściej problemy dzieci są wynikiem błędów rodziców, którzy z kolei są produktem swoich, także niedoskonałych rodziców… i tak w nieskończoność. Postrzegam to jako rodzaj grzechu pierworodnego, za który wszyscy pokutujemy i zbawić nas może jedynie korzystny zbieg okoliczności i/lub ciężka praca: albo we wczesnym okresie życia trafimy na kogoś bardzo mądrego i empatycznego, kto te błędy naprawi, skrzywienia złagodzi, albo osiągniemy to dzięki mozolnej pracy nad sobą. Zdecydowanie korzystniejsze jest to pierwsze, bo kiedy już okrzepliśmy w złym schemacie, naprawdę trudno jest go zmienić. Niestety nie od nas to zależy, więc jeśli wchodzimy w dorosłość tacy powykrzywiani, pozostaje już tylko drugi sposób. Powolne zmienianie siebie, które potrwa do końca życia.

Ciekawe, czy o tym wszystkim myślał reżyser, gdy budował tę postać – postać, której imienia nawet nie zapamiętałam, ale która mogłaby być tak wieloma z nas. Ilekroć dostrzegam w fabułach (lub ich fragmentach) głębię, której większość otaczających mnie osób nie wydaje się dostrzegać, zastanawiam się, czy nie nadinterpretuję. Ale chyba nie, bo żeby wymyślić taki twist, potrzeba wnikliwości. A nawet gdyby w niektórych wypadkach okazywało się, że pomyślałam o czymś, co nie było zamiarem twórcy, dziełu to nie zaszkodzi, a tych, z którymi podzielę się refleksjami, może skłonić do wartościowego namysłu. Oby 🙂

Atraktory

Z natury skłaniam się ku poglądom umiarkowanym i wszelka skrajność budzi we mnie lęk. Może dlatego Mini wykłady o maxi sprawach Leszka Kołakowskiego doczytałam tylko do połowy, bo prawie zawsze się z nim zgadzałam i zrobiło się to nudne.

Zdarza się jednak, że pod czyimś wpływem przechodzę krótkotrwałą fascynację jakąś ideą. Kiedyś napisałam, że uwodzą mnie idee, ale tak naprawdę robią to ludzie – czasem ktoś, kogo znam, czasem pisarka czy muzyk. Trudno mi przejść obojętnie wobec wyrazistych osobowości – najczęściej budzą we mnie albo miłość, albo niechęć i opór. Trochę mnie to wkurza, że jakaś jednostka potrafi tak na mnie wpłynąć. Pocieszam się, że gdyby naprawdę doszło do sytuacji, w której miałabym pod wpływem idola zrobić coś złego, cofnęłabym się przed tym, ale stuprocentowej pewności mieć nie mogę, bo takie rzeczy nie dzieją się skokowo, tylko płynnie – zaakceptujesz jedno, drugie, trzecie i niepostrzeżenie znajdujesz się po drugiej stronie.

Chciałam napisać, że na szczęście nie wybieram sobie do tej fascynacji osób naprawdę niebezpiecznych, ale to też nie takie proste. Ktoś może mieć dobre serce, a być owładnięty jakimiś poglądami, które mnie (na trzeźwo) wydają się przerażające. Natomiast osoby umiarkowane, stonowane, mądre rzadko bywają charyzmatyczne. Ale to nie jest ich wada. Raczej moją jest wadą, że daję się uwieść charyzmie zamiast mądrości i empatii. I jeśli chcecie wiedzieć, to właśnie staram się to zmienić. Pewnie nigdy nie uda się w pełni, bo charyzma nie byłaby charyzmą, gdyby nie działała, ale trochę przefiltrować emocje przez rozum nie zawadzi.

Nie, żebym była jakimś wyjątkiem, bo o takim ścieraniu się idei pisze na przykład Greg Egan w opowiadaniu Niestabilne orbity w przestrzeni kłamstw. Wielu z nas niejednokrotnie zmieniało poglądy, a później wracało do wcześniejszych lub zmieniało je na jeszcze inne. Może jedyną różnicą jest moja świadomość, jak wielką rolę w moich fluktuacjach ideowych odgrywają poszczególni ludzie. Których niniejszym pozdrawiam, bo jak widać – nic bardzo złego mi jeszcze nie zrobili :p

https://i1.wp.com/d.gr-assets.com/books/1287341765l/156783.jpg

Żadne emocje nie są nielegalne

Nie ma czegoś takiego jak złe emocje, usłyszałam od znajomej pani psycholog. Nie mamy wpływu na to, co czujemy – to po prostu przypływa. Cokolwiek czujemy – nienawiść, zazdrość, chęć skrzywdzenia kogoś – nie jesteśmy za to odpowiedzialni i nie musimy się tego wstydzić. Zawsze natomiast możemy mieć wpływ na swoje czyny.

Wydaje mi się to ogromnie istotne. Mam wrażenie, że wiele osób utożsamia emocje z czynami i że może to prowadzić do bardzo złych zjawisk. Po pierwsze, do piętnowania u innych i u siebie samych emocji. Jak możesz nienawidzić własnych rodziców! Jak możesz zazdrościć przyjaciółce zamiast cieszyć się jej szczęściem! Takie piętnowanie wywołuje w nas konflikt: nie chcemy być źli, ale swoich emocji nie potrafimy zmienić. Czujemy się więc słabi, przegrani, mamy wrażenie, że jesteśmy po prostu złymi ludźmi i nie da się temu zaradzić.

Tymczasem to, co najgorsze, może się wydarzyć nie z powodu pierwotnych emocji, lecz z racji tego, że nie dajemy sobie na nie zgody. Ponieważ z tymi potępionymi emocjami czujemy się źle, możemy próbować zredukować konflikt poprzez znajdowanie dla nich „racjonalnych” wytłumaczeń – „Nienawidzę Arabów, bo są brudasami, nierobami i fundamentalistami! Nienawidzę homoseksualistów, bo są mięczakami! Nienawidzę Legii, bo to stara k…!”. A wtedy mamy już usprawiedliwienie dla czynienia zła i zachodzi poważne prawdopodobieństwo, że będziemy je czynić.

Dlatego pozwólmy sobie zaakceptować swoje emocje, a zarazem pamiętajmy, że tylko od nas zależy, co z nimi zrobimy. Możemy robić to, co opisałam powyżej, ale to najprostsza i najgorsza droga. Jeśli mamy siłę, przyglądajmy im się, analizujmy. Może na przykład nienawidzimy dlatego, że się boimy. Boimy się nieznanego albo tego, że kumple uznają nas za słabych. Strach przed nieznanym można zredukować, poznając je – czytając, słuchając, zdobywając wiedzę, która zmniejszy przepaść. Strach przed słabością to już trudniejsza sprawa. Ja staram się go redukować, akceptując słabość, ale do tego, paradoksalnie, potrzeba siły. Zastanawiam się, co ma zrobić ktoś, kto potrzebuje wsparcia grupy. Może znaleźć sobie grupę z lepszymi wzorcami? Zawsze to jakiś początek. A jeśli w dodatku będzie to grupa szanująca indywidualność? Kto wie, może właśnie zrobiliśmy ważny krok na ścieżce samorozwoju.

Selekcja nienaturalna – post scriptum

Poprzedni tekst pisałam wkurzona. Wkurzona, bo przez długi czas broniłam decyzji rządu o sprowadzeniu wyselekcjonowanych przez fundację Estera chrześcijan z Syrii przed tymi, którzy się oburzali. A tu się okazuje, że fundacja jakaś szemrana. Potem znowu się okazuje, że może wcale nie szemrana, tylko ktoś coś przekręcił. Cóż. Pozostanie niesmak i – co ważniejsze – obawy. Obawy wynikające z uświadomienia sobie, co mogłoby wyniknąć z przyjmowania ludzi wybranych przez prywatną fundację w oparciu o jej kryteria i jej metody. Nawet jeśli w przypadku tej konkretnej fundacji nic złego się nie stanie, a mam nadzieję, że wiele dobrego. Nadal trudno mi uwierzyć, że tak okropne przekłamanie zostało zdementowane dopiero po czterech dniach i mnóstwie flejmu w internecie, ale jeśli to rzeczywście było przekłamanie, a spóźniona reakcja wynikała z braku doświadczenia szefowej fundacji, to dziennikarka, która ten cytat sygnowała swoim nazwiskiem, powinna się smaż… powiedzmy, powinna pracować pół roku bez wynagrodzenia i w pocie czoła udowadniać swoją przydatność do zawodu. Albo przynajmniej spędzić kilka nieprzespanych nocy na zastanawianiu się, co narobiła. Inaczej dla mnie nie jest dziennikarką.

Sceptycyzm pozostał.