Category Archives: piękno

Paterson

Mało ostatnio oglądam filmów, trochę z powodu pasji fotograficznej, a trochę pospolitego lenistwa, ale kilka dni temu obejrzałam jeden, który mnie oczarował. Jima Jarmuscha najbardziej uwielbiam za jego wczesne filmy, Inaczej niż w raju i Poza prawem. Gdybym wiedziała, że Paterson jest do nich tak podobny (choć zarazem inny), już rok temu poleciałabym do kina. Podobny, bo niby monotonny, o zwykłych ludziach, z powtarzającymi się miejskimi krajobrazami. Inny, bo dojrzalszy, z lepszymi ujęciami i lepszym montażem, a przede wszystkim bardzo dojrzały i oryginalny w wymowie. Bez ironii, przymrużenia oka wobec bohatera, choć zarazem lekki. Jarmusch zupełnie inaczej, niż zwykle się to czyni, potraktował tematykę życia pomiędzy tym, co mamy, a tym, co nam się marzy. Często przedstawia się ten rozdźwięk jako dramat, czasem ironicznie. Jarmusch ukazuje go poetycko, nie jako rozdźwięk, lecz jako współbrzmienie. Paterson wie, że gdzieś za rogiem, na wyciągnięcie ręki, jest inne życie. Ale zamiast po nie sięgnąć, wplata jego elementy do swojego świata. Cieszy się, mogąc spełniać marzenia żony. To nie jest tak, że nie odczuwa tęsknoty za czymś innym – ta tęsknota jest stałym elementem jego życia, jego naturalną składową. Jest nią również lęk przed nieznanym, przed każdą sytuacją, która wyrywa go ze strefy komfortu – jak wtedy, gdy psuje się jego autobus albo gdy pies ciągnie go w innym niż zwykle kierunku. Życie Patersona to życie rybki w akwarium, która wie, że jest rybką. Może mogłaby przeskoczyć do innego wymiaru, lecz wtedy musiałaby opuścić swoje akwarium, w którym zasadniczo jest jej dobrze. I tak sobie żyje między komfortem a tęsknotą, misternie splatając je ze sobą.

 

Reklamy

Amatorka

Bardzo Was przepraszam, mam ostatnio lekki kryzysik (który to już?) aktywności na blogu. Trudno mi się zebrać do jakiegoś solidnego wpisu, a nawet fotograficznego dawno nie było. Dziś trochę się zrehabilituję, a przy okazji zaproszę do odwiedzania mojej nowo założonej strony ze zdjęciami na Facebooku.

duchy

Duchy na moście Jordana

hdr1

Jeszcze jedna zimowa wizja z cypla

_MG_0933

Gdzieś daleko, za lodami

_MG_1034

Oraz za chaszczami…

hdr

Widok maltański

_MG_1665c

Widok maltański w innej tonacji

_MG_1602

Miodzik

_MG_1673b

I ostatni (na dziś) maltański widok

_MG_1686

A dla kontrastu – coś monochromatycznego 🙂

Postaram się odezwać ponownie w nieodległej przyszłości!

Nocne zdjęcia

_mg_5638

Fajnie się teraz robi „nocne” zdjęcia, bo zmrok zapada wcześnie i zapalają się lampy. Nie trzeba czatować do 22.00, wystarczy 0 16.00 czekać ze statywem w strategicznym miejscu. W dodatku o tej porze siedzą jeszcze ludzie w takich przybytkach jak biurowce, uczelnie czy Urząd Miasta, a co za tym idzie, palą się światła w oknach i zdjęcia mają więcej uroku.

Jest jednak pewien minus zimowych zdjęć, mianowicie temperatura. Trudno manipulować przy ustawieniach aparatu w rękawiczkach, a zasadniczo jestem zmarzlakiem, więc już jest ciężko, a co dopiero wtedy, gdy temperatura spadnie kilka stopni poniżej zera. A pewnie będę chciała fotografować i w takich okolicznościach przyrody, bo śnieg, szron albo choćby lód są wdzięcznym tematem, czy też raczej wątkiem fotograficznym.

_mg_5710

Wschód słońca nad Maltą, październik

Powyższe zdjęcie to trochę insza inszość, bo znacznie mniej bolesne jest robienie zdjęć o zachodzie słońca niż przed wschodem. Po pierwsze, mniej więcej wiadomo wtedy, jak będzie wyglądało niebo, czy jest zachmurzone i czy można liczyć na jakieś fajne barwy, a przed świtem to loteria – prognoza pogody nie jest nieomylna. Ponadto nie lubię wcześnie wstawać, a tym bardziej nie uśmiecha mi się wychodzenie z domu, gdy jest jeszcze niemal całkiem ciemno (i zimno!), i jazda rowerem do miejsca fotografowania. Dwa razy jednak się skusiłam – drugi nie był tak malowniczy, ale podczas pierwszej sesji widoki z nawiązką wynagrodziły mi wstawanie i marznięcie (był październik, ale temperatura przed wschodem wynosiła jakieś 3-4 stopnie). Poniżej jeszcze jedno zdjęcie z tamtego poranka.

_mg_5732

Takie chwile i rano, i wieczorem potrafią być magiczne – trudno to sensownie opisać bez nurzania się w kiczu, ale czuje się wtedy ogromną zażyłość nie tyle z przyrodą, bo nie zawsze fotografuję przyrodę, trudno zresztą w mieście oddzielić przyrodę od wytworów człowieka, ile z pięknem. Czasem patrzę na widok, który fotografuję, i dosłownie opada mi szczęka. A jeszcze bardziej, jeśli udaje mi się uchwycić to piękno na zdjęciu, co niestety nie jest takie powszechne.

Poniżej kilka zdjęć wieczornych wykonanych między październikiem a grudniem.

_mg_8618

Widok z tarasu tzw. Gargamela, czyli dość pokracznej budowli mającej imitować zamek Przemysła II, o którym nikt nie wie, jak wyglądał

_mg_8747

Może znalazłyby się w moich zbiorach bardziej dramatyczne zdjęcia mostu św. Rocha, ale lubię to ze względu na barwy, księżyc, a także dlatego, że wykonałam je z pomostu dla wędkarzy, który wkrótce potem ktoś (nie ja!) zepsuł, a następnie go zdemontowano, wskutek czego teraz można fotografować tylko z brzegu i nie obejmie się całego odbicia.

_mg_9234

A z tych dramatycznych (już bez pomostu) to choćby takie

odzysk

Miały być odpaździernikowo dogrudniowe, a to jest z września. Ale przedostatniego 🙂 Fontanna i budynek Teatru Wielkiego w Poznaniu. Niestety przypadkowo skasowałam oryginał i pozostał mi jedynie gorszy jakościowo „odzysk z fejsa”. Przy tym rozmiarze – mam nadzieję – nie widać różnicy.

Wspomnienie lata

_mg_3683

Dostojka latonia

Coraz trudniej spotkać motyle, ale może to dobry moment, by powspominać szał, który ogarnął mnie w lipcu. Otóż odkryłam niedaleko miejsca mojego zamieszkania kępę kwiatów odwiedzanych przez setki motyli – najwięcej osetników, ale były też pawiki, dostojki latonie, polowce szachownice, bielinki, przestrojniki i dużo małych motylków. Aż do wyjazdu na wakacje chodziłam tam niemal codziennie, a gdy po dwóch tygodniach wróciłam, osty przekwitły i motyli już nie było – przynajmniej tych większych. Podejmowałam jednak wyprawy i od czasu do czasu udało mi się jakiegoś sfotografować we wdzięcznej pozie.

_mg_2054

Rusałka osetnik – król świata, a przynajmniej tego skrawka

_mg_3697

Cytrynek

Ciepły wrzesień pozwolił mi dopaść parę kolejnych okazów. Szczególnie wdzięcznym miejscem do sesji okazał się poznański Ogród Botaniczny, gdzie wciąż bytowało mnóstwo pawików, ale przy odrobinie szczęścia spotykało się i inne gatunki. Przy okazji można było popatrzeć na roślinki, a nawet odwiedzić festiwal herbaty.

_mg_4605

Rusałka pokrzywnik

_mg_4469

Pawik – obawiam się, że lepszego zdjęcia tego motyla już w życiu nie zrobię

Tymczasem nadeszła jesień, motylki idą spać – jedne na zawsze, inne tymczasowo. Być może w najbliższych miesiącach będę robić więcej zdjęć nocnych, bo noc dłuższa. Może sfotografuję jakieś fajne ptaki. Motyle muszą poczekać – ale bez obaw, wrócą i one, i ja z aparatem na łąkę. Na razie zostawiam Was z kilkoma przyjemnymi okazami!

strzepotekruczajnik

Strzępotek ruczajnik

_mg_4683

Dostojka raz jeszcze

_mg_5063

Pawik ponownie

_mg_1990

Osetnik

Dobranoc, motylki! Śpijcie dobrze. Pięknych snów – i widzimy się wiosną!

Jak pokochałam Maltę

IMG_9259

Widok z okolic zegara słonecznego

Porobiło się tak, że najchętniej fotografuję krajobrazy. Mam już wprawdzie nowy obiektyw „na ptaszki” (55-250mm) i nawet w tym wpisie pokażę Wam efekty jego używania, ale i tak najczęściej wyprawiam się na zdjęciowe łowy z małym obiektywem i statywem. Okazało się, że najbliższe i najwdzięczniejsze miejsce na takie łowy to Jezioro Maltańskie, do którego mam jakichś piętnaście minut rowerem. Przez ostatnie trzy miesiące dowiedziałam się o tym miejscu więcej niż przez wszystkie dotychczasowe lata (a mieszkam na Ratajach od roku 1993), poznałam chyba wszystkie pomosty, punkty widokowe na brzegu, a także sporo fauny – ot, choćby bobra, perkoza rdzawoszyjego czy też samotnego młodego łabędzia, któremu nadałam imię Ash. Ash przesiaduje zwykle na jednym z pomostów przy końcu jeziora. To ponoć nic dziwnego, że jest sam, bo łabędzie odłączają się od rodziców w wieku kilku miesięcy, a rodzinę zakładają dopiero w wieku 4-5 lat. Trochę jednak się o niego martwię. Mam nadzieję, że jesienią dołączy do jakiejś grupy i odleci z nią.

_MG_0473

Ash na pomoście

IMG_9621t

Perkoz rdzawoszyi

Bobra Wam nie pokażę, bo zdjęcie nieostre, ale mogę opowiedzieć, jak go spotkałam. Otóż przyczaiłam się na fontannę, która wreszcie zaczęła działać – wcześniej bowiem wieczorami, kiedy powinna mienić się kolorami, na ogół nie działała. Ale naprawili. No i znalazłam sobie takie miejsce, nie napiszę gdzie, które wydawało się obiecujące do zrobienia fajnych prawie-nocnych zdjęć. Rozstawiłam statyw i fotografuję, coraz bardziej świadoma, że w trzcinach za plecami coś się gramoli. W końcu wylazło. Może trochę przyczynili się do tego wrzeszczący ludzie w pontonie z silnikiem, którzy panoszyli się po całym jeziorze. W każdym razie bóbr wygramolił się z wody jakieś dwa metry ode mnie. Było już bardzo szaro, ale nie ciemno.  Trochę się na niego pogapiłam, a ponieważ od razu nie zwiał, poszłam po aparat, jakimś cudem nawet przypomniałam sobie, by włączyć lampę, ale niestety aparat nie złapał ostrości (chyba nawet wiem dlaczego), więc choć pokazałam jedno ze zdjęć znajomym na fejsie, to Wam nie pokażę 😉 W każdym razie bydlak był wielki i nie ma wątpliwości, że to bóbr. Potem zwiał do wody, popłynął kawałek dalej, gdzie trzcina była gęstsza, i tyle go widziałam.

Wszystkie te wieczory i związane z nimi przygody obudziły we mnie głęboką miłość do tego miejsca. Niby miejskie jezioro, oblegane przez spacerowiczów, rowerzystów, biegaczy, rolkarzy, nawet osoby pijące piwo w przyjeziornych knajpkach, ale drzemie w nim kawał magii – wielokrotnie samotnie stałam ze statywem na pomoście, przy którym latem jest popularna plaża, gdy wokół zapadał zmrok. Tylko kaczki pluskały, muzyka dobiegała z dala, aż nagle, o dziewiątej, ciemno już było, zaczynała płynąć po wodzie melodia dobiegająca prawdopodobnie aż z kościoła w Zielińcu – w każdym razie kiedyś byłam tam wieczorem i tak samo grało. Zaprawdę, powiadam Wam – kawał solidnej magii. Nie raz tam zmarzłam, ale zwykle nie odczuwałam tego podczas robienia zdjęć. Albo byłam zbyt zaaferowana, albo zimno dawało się we znaki dopiero na rowerze, gdy trzeba było mierzyć się z wiatrem.

Każdy wieczór jest inny. Inny jest każdy zachód słońca, każdy zmierzch. Czasem zdjęcia w „niebieskiej godzinie” – krótko przed całkowitym zapadnięciem ciemności – faktycznie wychodzą niebieskie (właściwie granatowe), a czasem bardziej szare. Jeszcze tego do końca nie rozgryzłam, ale wydaje mi się, że większe szanse na niebieskość są wtedy, gdy niebo jest albo całkowicie czyste, albo jednolicie zaciągnięte chmurami. Gdy trochę tak, a trochę tak – wychodzi szarość z chmurką.

Im bardziej zaprzyjaźniam się z tym miejscem i z tamtejszą fauną, tym bardziej niepokoją mnie sytuacje w rodzaju tych gości, którzy szaleją motorówkami. Mam nadzieję, że była to jakaś jednorazowa impreza, a nie, że na przykład otwarto wypożyczalnię i odtąd będą tak szaleć codziennie. Wydaje mi się, że przeszkadza to nie tylko zwierzętom, ale także znakomitej większości ludzi wypoczywających tam i uprawiających różne formy rekreacji.

Jestem też ostrożna w kwestii nowej ledowej tablicy, która powstała w miejscu starej tablicy wyników. Jeszcze jej nie widziałam, ale z opisu wnoszę, że będzie wyświetlała filmiki reklamowe, co moim zdaniem bardzo źle wpłynie na estetykę miejsca i zepsuje przyjemność obcowania z zachodami słońca.

Ale zobaczymy. Na razie zostawiam Was z filmem ukazującym feerię barw fontanny (polecam obejrzenie do końca, bo pod sam koniec coś się dzieje) oraz kilkoma zdjęciami jeziora.

_MG_0352

Z prawej za pomostem to oczywiście Ash

_MG_0420

CH Malta z kaczką

_MG_0509

Wieczór sfotografowany z trawiastego półwyspu niedaleko term

_MG_0551

Raz jeszcze fontanna – tym razem statycznie

_MG_0529

Dobra, macie tego bobra

Wychodzę na chwilę

IMG_7649

Jest taka sprawa, że nabyłam lustrzankę. Jest też taka sprawa, że umiejętności związane z jej używaniem nie rodzą się automatycznie w głowie i w oku, co może nie było dla mnie szczególnym zaskoczeniem, ale przyczyną pewnej frustracji i owszem. Na szczęście kilka zaledwie dni po tym, jak nabytek wylądował w mych rękach, zostałam pocieszona przez posiadacza podobnej zabawki, niejakiego Prezesa, że jemu też początkowo zdjęcia wychodziły gorsze niż z idiotencamery i dopiero po pół roku zaczęły jakoś wyglądać. Dodam, że „jakoś” w jego przypadku znaczy „naprawdę nieźle”.

No więc ćwiczę. Ćwiczę namiętnie. Tak namiętnie, że współmałżonek wertuje encyklopedię zdrowia w poszukiwaniu odpowiedniej jednostki chorobowej. Już wcześniej wprawdzie zdarzało się, że po powrocie z zakupów rzucałam siatki w korytarzu, wołałam „Wychodzę na chwilę!”, brałam aparat (mój wcześniejszy model, o którym zaraz) i zbiegałam przez park nad Wartę, by obfotografować zachód słońca. Czasem nawet nie było trzeba wracać z zakupów – wystarczyło światło odbijające się w oknach przeciwległego bloku.

IMG_6656

Mój poprzedni aparat, właśnie. Choć „poprzedni” to jednak krzywdzące określenie, bo z racji mieszczenia się w torebce nadal bywa w użyciu i podejrzewam, że nie rozstanę się z nim na dobre. Nie był pierwszy, ale był moją pierwszą cyfrówką, i choć można robić na nim automatycznie wszystko, od początku zawzięłam się, żeby ustawiać ręcznie, co tylko się da. Podobnie zresztą robię z nowym, co oczywiście nie jest optymalnym wyjściem, bo niemal przy każdym ujęciu trzeba zmieniać ustawienia (i przeważnie wykonać kilka zdjęć, nim się znajdzie jakieś w miarę dobre), a nie zawsze jest na to czas. Uparłam się jednak, że chcę jak najwięcej się nauczyć, a czas na tryb automatyczny czy półautomatyczny przyjdzie potem.

Poprzednim aparatem fotografowałam kilka lat i wiele się nauczyłam, choć może po moich zdjęciach tego nie widać 😉 Dużo z tej wiedzy przydaje mi się teraz, gdy mam nowy, też zresztą Canona, więc i rozkminienie teorii okazało się łatwiejsze. Praktyka to całkiem inna para kaloszy, ale mam na nią całą resztę życia. Jedna natomiast rzecz z czasem coraz mocniej mi doskwierała, mianowicie aparacik ów nie dawał możliwości własnoręcznego ustawienia czasu naświetlania i przysłony. Można było dać mu do zrozumienia, czego dusza pragnie, manipulując ISO i przełącznikiem makro/normalne/pejzaż, ale o uzyskanie wymarzonego efektu było trudno. A kusiły mnie choćby zdjęcia nocne.

IMG_7723

Długo się przymierzałam do zakupu nowego aparatu. Mając niewielką wiedzę (bo tej nabywa się dopiero w praktyce, o czym zdają się nie pamiętać różni mądralińscy z forów fotograficznych), nie umiałam określić, jaki aparat będzie dla mnie dobry, a każdy doradzał co innego. W końcu wybrałam najprostsze rozwiązanie: oto ktoś zapytał fotografa publikującego fajne zdjęcia na fejsie, jakiego używa sprzętu, a on odpowiedział: „Nie specjalnego, Canon taki a taki, obiektyw taki a taki”. Postanowiłam, że taki właśnie aparat kupię. Skończyło się na nowszym modelu, bo tamtego nie było już w sprzedaży. Okazało się zresztą, że to aparat dość popularny wśród moich znajomych. Na drugi obiektyw wciąż pracuję, na razie używam standardowego 18-55mm, który nieźle nadaje się do pejzaży, natomiast trudno robić nim zdjęcia czegoś, co nie chce pozować ni podejść, np. ptaszków. Upatrzyłam już sobie nawet obiektyw 55-250mm, ale pomijając aspekt finansowy, chcę na razie trochę poćwiczyć na tym, który mam. Czasem się wściekam – ot, choćby podczas wczorajszej wycieczki rowerowej, gdy przyuważyłam kokoszkę wodną w Parku Sołackim, a na Rusałce kaczkę z małymi – ale czuję, że jeszcze nie czas na dokładanie kolejnego przedmiotu w tej mojej fotoszkole, bo i bez tego daleka jestem od jakiegokolwiek ogarniania. Uczę się cierpliwości – zdarza mi się pojechać rowerem nad Maltę o zachodzie słońca, znaleźć fajną miejscówkę, rozstawić  statyw, zmarznąć, a po powrocie do domu stwierdzić, że mam może jedno znośne zdjęcie. Najgorsze, że torturuję znajomych z Facebooka swoją twórczością, czasem nawet tą słabszą, bo jakoś nie mogę się pogodzić z tym, że wieczór poszedł na marne.

Inna rzecz, że dziś wiele osób przegląda internet na komórkach, gdzie nie zawsze da się odróżnić dobre zdjęcie od niedobrego, co może być pewną pociechą w przypadku tych gorszych, za to w przypadku lepszych frustruje. No i algorytmy fejsa, które arbitralnie decydują, co komu pokazać, a co nie.

IMG_7829

Tak więc odkrywam, że pod wieloma względami fotografowanie przypomina pisanie – namęczysz się, a pies z kulawą nogą tego nie doceni. Tyle tylko, że przynajmniej omiecie wzrokiem, a to i tak więcej niż w przypadku twórczości literackiej czy choćby tego wpisu. Ale chwilowo nowe hobby przysłania mi większość starych, co w jednych przypadkach mnie martwi, a w innych cieszy. Besztam się na przykład za to, że rzadko biegam, natomiast brak pisania mnie wręcz raduje, bo niepublikowana twórczość powoli przestawała mieścić się w szufladzie. W szufladzie mojej cierpliwości, that is. Spieszę jednak zapewnić, że nie z powodu frustracji zaprzestałam pisania. Na pewno kiedyś doń wrócę, choćby i za dwadzieścia lat. Tylko to bieganie… no dobra, może dzisiaj się uda, bo pogoda mało fotograficzna.

W każdym razie nie zanosi się na to, żebym w najbliszej przyszłości przestała wrzucać na fejsa zdjęcia, w nadmiernej być może liczbie. Mam nadzieję, że nie stanie się to dla nikogo powodem wyłączenia mnie z feedu. A współmałżonek pewnie jeszcze nie raz usłyszy „Wychodzę na chwilę!” i będzie doskonale wiedział, że nie ma się mnie spodziewać wcześniej niż za godzinę.

Chciałabym kiedyś robić dobre zdjęcia. Trzymajcie kciuki.

IMG_6863

IMG_7413

Chłopiec i świat – nibyrecenzja

Bardzo fajna brazylijska animacja, której jestem skłonna wybaczyć ekopropagandę. Odrobinę mnie drażnił uproszczony podział na dobrych i złych, wolnych i agentów zniewolenia. Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro to film dla dzieci, musi operować prostymi symbolami – myślę jednak, że dzieci tak czy owak nie zrozumiały symboliki walki kolorowego ptaka z czarnym.

Prawdopodobnie nie zrozumiały też tego, co dla mnie jest (poza samymi obrazkami) największą siłą tego filmu, a mianowicie jego zakończenia. Główny bohater – chłopiec – w trakcie swojej wędrówki spotyka osoby, które mu pomagają: najpierw starszego, schorowanego człowieka pracującego przy zbiorze bawełny, potem nastolatka pracującego w fabryce dywanów i nocami ukradkiem zakradającego się do fabryki, by tkać własny kolorowy dywan. Na końcu filmu bohater, już podrośnięty, wraca do domu, po czym… znów udaje się w świat, stając się najpierw nastolatkiem w kolorowej czapce z fabryki dywanów, a potem starszym mężczyzną z plantacji. Czy od początku pomagały mu w drodze jego przyszłe wcielenia, czy też raczej reżyser chce nam w ten sposób powiedzieć, że wszystko, co nas spotyka, w przyszłości oddajemy? Że każde wyświadczone nam dobro zmieni się w dobro, które wyświadczymy innym? Tak czy inaczej zakończenie filmu niesie ze sobą potężne przesłanie zwycięstwa wolności nad uciskiem.

Film obejrzałam z okazji festiwalu Kino Dzieci w poznańskim kinie Muza – miejmy nadzieję, że wejdzie do regularnej dystrybucji.