Category Archives: podróże

Śpiący apostołowie i Puszcza Śnieżnej Białki

_MG_1529

Figura św. Franciszka Ksawerego w Bolesławowie

W Masywie Śnieżnika i okolicach byłam, jeśli dobrze liczę, czternaście razy, wliczając w to krótką, półtoradniową wizytę, a także takie trwające ponad tydzień i związane z przemieszczaniem się między poszczególnymi miejscami (Od Radochowa po Kletno, Bielice i Bolesławów, a po drugiej stronie Śnieżnika – Międzygórze). Z tymi okolicami wiąże się spełnienie dwóch marzeń. Zaczęło się od tego, że zobaczyłam na mapie Polski Bielice. Wtedy jeszcze istniała granica z Czechami, więc ta wioska wydawała się znajdować zupełnie na końcu wszystkiego, otoczona z dwóch stron granią, po której owa, nomen omen, granica biegła. (Z którego to powodu we wsi trudno o zasięg telefonii komórkowej, co jednak wówczas mnie nie zaprzątało, gdyż były lata 90. i komórki nie posiadałam, a może nawet wcale jeszcze o nich nie słyszałam). Zamarzyłam, żeby pojechać do tej położonej na końcu wszystkiego wsi i odwiedzić znajdującą się nieopodal Puszczę Śnieżnej Białki, której tajemnicza nazwa przemówiła do mojej wyobraźni. Będąc w Bielicach po raz pierwszy (i spełniając pierwsze marzenie), zobaczyłam w puszczy szałas ze stryszkiem przystosowanym do spania (wejście po drabince, właz i miejsce na rozłożenie 3-4 śpiworów) i zamarzyłam o noclegu tam. Minął rok, może trochę więcej, i namówiłam dwie koleżanki, żeby przy okazji bytności w okolicy spędzić tam jedną noc. Z Nowego Gierałtowa pojechałyśmy stopem do Bielic z odrobiną wałówki i termosem, poszłyśmy do puszczy i rozłożyłyśmy śpiwory na strychu. Umyłyśmy się w strumyku, a rankiem, o 4.45, zadzwonił mój budzik i wraz z koleżanką Anią udałam się na łowy. Ania usiadła na polanie i rysowała wschód słońca, a ja spacerowałam w poszukiwaniu zwierząt. Nie miałam wtedy aparatu, więc nie robiłam zdjęć, ale poranek zaczął się od spotkania dzięcioła czarnego, który przyleciał i zaczął się drzeć na czubku drzewa na skraju polany, a potem było spore stadko saren, które dosłownie przede mną przedefilowały, i na koniec piękna kuna leśna. Chciałabym kiedyś powtórzyć to doświadczenie, ale trochę wątpię, bo z czasem człowiek leniwieje. Dopóki jednak moja pamięć działa w miarę dobrze, dopóty na pewno będę je pamiętać.

Drugie wspomnienie, o którym chcę napisać, wiąże się z miejscem, które odkryłam chyba najpierw podczas pierwszej wyprawy z koleżanką Asią, a potem podczas tej drugiej, z Anią i Dorotą. Otóż idąc szlakiem z Bielic do Bolesławowa przez przełęcz Płoszczyna, niedaleko tej ostatniej wsi trafiłyśmy na miejsce, które nazywałyśmy cmentarzykiem, bo nie wiedziałyśmy, co to jest. Teraz już wiemy, gdyż istnieje Wikipedia oraz niezbyt ładna marmurowa tabliczka przed „cmentarzykiem”, głosząca: „Góra Oliwna. Obiekt ten powstał w 1833 r. Jest to grupa rzeźb przedstawiających śpiących apostołów i modlącego się Chrystusa. Przedstawienie rzeźbiarskie nawiązuje do sceny biblijnej modlitwy w Ogrójcu. Modlący się Chrystus czuwa nad śpiącymi apostołami św. Jakubem, Piotrem i Janem. Autor tych rzeźb nie jest znany”. Co ciekawe, teraz, gdy miejsce zostało odarte z tajemnicy i odnowione, mniej mi się podoba – wciąż jednak wydaje się dość ciekawe, by zamieścić tu kilka jego zdjęć.

I na koniec – jeśli kiedyś będziecie zmuszeni, jak my w tym roku, przemieszczać się pieszo ze Stronia do Bolesławowa (lub odwrotnie), polecam spokojną spacerową trasę wiodącą przez tamę w Morawce, następnie wzdłuż „unijnej” drogi z wydzielonymi pasami dla pieszych, rowerów i samochodów, biegnącej obok kąpieliska w Starej Morawie, a potem przez samą wieś aż do Bolesławowa. My początkowo chodziliśmy wzdłuż szosy i była to mordęga, zwłaszcza że nie ma tam ani chodnika, ani pobocza. Niestety tę lepszą trasę odkryłam dopiero przedostatniego dnia.

Zostawiam Was ze śpiącymi apostołami i Jezusem, który nad nimi czuwa, a ten aniołek z kielichem to nie wiem kto. _MG_1478_MG_1481_MG_1482_MG_1484

 

Reklamy

Pocztówka z wakacji – Czeskie Budziejowice, Czeski Krumlow, Trzeboń, Tabor, Jindřichův Hradec, Szumawa

_MG_2116

Czeskie Budziejowice – Plac Przemysła Ottokara, ponoć jeden z największych rynków w Europie (widok z Czarnej Wieży)

Kurczę! Nie dam rady szczegółowo opisać naszego tegorocznego pobytu, a był najdłuższy ze wszystkich dotychczasowych, bo trwał równo dwa tygodnie. Planowaliśmy tydzień spędzić w Czeskich Budziejowicach, a tydzień na Szumawie w miejscowości Nova Pec, ale dzień przed wyjazdem z Budziejowic otrzymaliśmy (a raczej – odebraliśmy, bo wysłał go dwa dni wcześniej, ale w pensjonacie nie łapało nam wifi, więc co dwa-trzy dni braliśmy laptopa pod pachę i szliśmy z nim do knajpy, by się połączyć ze światem przy piwie lub kofoli) maila od gospodarza z Novej Peci, że piorun uderzył mu w skrzynkę od prądu i spalił instalację, w związku z czym anuluje nam pobyt. Rozważaliśmy trzy opcje: próbować znaleźć nocleg gdzie indziej na Szumawie, przedłużyć w Budziejowicach albo jechać do Pragi. Najpierw zadzwoniliśmy do kilku miejsc w okolicach Novej Peci i o dziwo nawet udało nam się dogadać, ale niestety wszędzie mówili, że miejsc nie ma. W Pradze nie odbierali telefonu, bo sobota. Kiedy więc okazało się, że nasz gospodarz może przedłużyć nam pobyt aż do piątku, uznaliśmy, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu (choć jeśli gołąb, to na pewno byłby sierpówką, bo pełno ich latało i pohukiwało wokół naszego pensjonatu i parku Stromovka) i przystaliśmy na to. Potem już na spokojnie załatwiliśmy sobie jedną noc w Pradze i stamtąd w sobotę wracaliśmy do Polski.

_MG_2271

Czeski Krumlow – detal z zamku

Na Szumawę ostatecznie skoczyliśmy, ale tylko na dzień – pociągiem z Budziejowic rano, powrót wieczorem. Zobaczyliśmy Novą Pec i rozlaną Wełtawę, która w tamtym miejscu przechodzi w jezioro Lipno. Przeszliśmy się tzw. Niedźwiedzią Ścieżką (bez obaw – nazwa pochodzi od ostatniego misia, ubitego tam ponad półtora wieku temu). Nie było jednak czasu na konkretną wycieczkę w góry ani na plażowanie nad Wełtawą. Może jeszcze kiedyś tam trafimy – oceniając na podstawie widoku z pociągu, upodobaliśmy sobie miejscowość Černá v Pošumaví, gdzie otwiera się piękny widok na jezioro Lipno i bujające się na nim jednostki pływające.

_MG_3145

Plac Przemysła Ottokara nocą – zdjęcia robione z ręki, muszę pochwalić swój aparat (Canon EOS 700D)

_MG_3158

Czeskie Budziejowice okazały się uroczym i przyjaznym miastem z dużą i ładną starówką, dwiema rzekami i mnóstwem terenów zielonych (czego, szczerze mówiąc, się nie spodziewałam – przeciwnie, z jakiegoś powodu sądziłam, że jadę do brzydkiego miasta, wartego odwiedzenia tylko ze względu na Szwejka i sąsiedztwo). Okolice bliższe i dalsze też godne uwagi – Czeski Krumlow, miasteczko znajdujące się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, oblegane przez turystów niczym praska starówka i równie piękne. Z kolei Jindřichův Hradec – spokojne miasteczko bez nadmiaru turystów, ale bardzo urokliwe ze swoimi dwoma jeziorkami, które – jeśli dobrze pamiętam – zwą się po prostu Velky Rybnik i Maly Rybnik. Po drodze odwiedziny w Trzeboniu i oprócz przechadzki obowiązkowa degustacja tamtejszego piwa Regent. Innego dnia wypad do Taboru, który z kolei odrobinę mnie rozczarował, a może mieliśmy po prostu pecha do pogody. I jeszcze Hluboka nad Vltavou z tamtejszym zamkiem, o którym przewodnik pisze, że jest drugim najczęściej odwiedzanym w Czechach. Moja reakcja na jego widok? „Wygląda, jakby go zbudowali wczoraj”. Cóż, spodziewałam się czegoś w rodzaju zamku Czocha, a tymczasem budowla jest gruntownie odnowiona. Niemniej widoki z wieży całkiem zacne. 

_MG_2692

Jindrichuv Hradec – widok z wieży zamkowej na stawy

_MG_2747

Jindrichuv Hradec

_MG_2775

Rynek w Trzeboniu

_MG_3220

Tabor – uliczka

_MG_2578

Hluboka nad Vltavou – zamek

Mimo wszystko dwanaście nocy spędzonych w Czeskich Budziejowicach to trochę za dużo. Po pierwsze, mam niedosyt, że nie zrealizowaliśmy naszych górskich planów. Po drugie, tak się przyzwyczaiłam do Budziejowic, że wyjeżdżałam stamtąd niemal ze łzami w oczach. Przystanek w Pradze nieco osłodził nam powrót, ale bardzo mi żal, że wakacje dobiegły końca. Tym bardziej że po pięciu kolejnych wakacyjnych wyjazdach do Czech podjęliśmy męską decyzję, iż przyszłoroczne wakacje spędzimy częściowo w Polsce, a częściowo na Słowacji. Na ogół jednak z takich wczesnych planów niewiele wychodzi, bo nim nadchodzi kolejne lato, już nawet ich nie pamiętamy…

_MG_2999

Wełtawa w Novej Peci

_MG_2464

Rzeka Malse w Czeskich Budziejowicach

_MG_3133t

Dzięcioł zielony „ustrzelony” w parku Stromovka

_MG_3338

Graffiti nad Wełtawą

Czechy 2015 (I) – Ústí nad Labem i okolice

Pravcicka Brana

Pravcicka Brana

W tym roku, surprise, znów spędziliśmy wakacje w Czechach. Zgodnie z zasadą „jedziemy tam, gdzie jeszcze nie byliśmy”, tym razem za bazy noclegowe obraliśmy Ústí nad Labem (które po polsku podobno nazywa się Uście nad Łabą) i Liberec. Najpierw Ústí. Podróż PolskimBusem do Pragi i stamtąd pociągiem – niby dziwnie, ale najprościej i najkrócej. Wyjechawszy z Poznania o piątej nad ranem, w Ústí lądujemy około szesnastej, a moglibyśmy i godzinę wcześniej, gdyby korki po czeskiej stronie nie spowolniły autobusu, albo przynajmniej – gdybyśmy pojechali metrem z dworca Florenc na główny zamiast błądzić pieszo. Ale i tak jest nieźle.

Ústí nad Labem to miasto brzydkie, przemysłowe. Tak piszą i do pewnego stopnia to prawda, choć ja nazwałabym je raczej postprzemysłowym, bo żywot wielu zakładów dobiegł już kresu. Ale kiedy jest się w podróży, chłonie się wszystko – ciekawostki, melodię języka. Nigdzie nie ma planu miasta, a centrum informacyjne akurat nam zamknęli, więc w oparciu o zrobione zapobiegawczo notatki znajdujemy autobus jadący w pobliże naszego noclegu, jak się okazuje – niemal pod drzwi pensjonatu. Miało to swój minus, dobrze się jednak wpisujący w charakter miasta – pensjonat mieścił się przy ruchliwej ulicy, a na dole miał knajpę. Bardziej przeszkadzała ulica, zwłaszcza że upał nie pozwalał zamknąć okna. Poza tym jednak warunki bardzo dobre.

teatr

Teatr w Usti nad Labem

W samym mieście warto obejrzeć dwa kościoły – Wniebowzięcia NMP i św. Wojciecha – oraz teatr. Pierwszy z kościołów słynie z tego, że po amerykańskich bombardowaniach roku 1945 jego wieża odchyliła się od pionu o niemal 2 metry, co jednak niespecjalnie widać.

Ciekawiej jest po drugiej stronie Łaby – znajdują się tam ruiny wybudowanego na skalistej skarpie zamku Střekov, z których roztacza się wdzięczny widok na okolicę, w tym na leżące u jego podnóża „zdymadlo”, czyli śluzę. Mniej ciekawy jest widok z ładnej skądinąd wieży widokowej, tzw. „střekovskiej vyhlidki”, stojącej na wzgórzu na wschód od zamku. Natomiast na zachód od niego mieści się odbudowany na początku naszego wieku po pożarze pałacyk Vetruše, do którego można wjechać kolejką linową. Podarowaliśmy sobie, uznając, że jest tylko trochę ładniejszy od Gargamela albo krymskiego Jaskółczego Gniazda, aczkolwiek dla widoku pewnie warto.

IMG_3568

Widok z zamku

IMG_3560

Śluza (Masarykovo Zdymadlo)

Widok na podeschniętą Łabę, w oddali kościół NMP

Widok na podeschniętą Łabę, w oddali kościół NMP

Drugiego dnia wybraliśmy się do parku narodowego Czeska Szwajcaria – pociągiem do Děčína, stamtąd podmiejskim autobusem do wsi Mezna i potem szlakiem do Bramy Pravčickiej – największego mostu skalnego w Europie. Na górze (jak nietrudno się było domyślić) komercja – punkty widokowe leżą na terenie należącym do restauracji, której trzeba zapłacić za wstęp. Jeśli nie chcesz wchodzić na punkt widokowy, ale chcesz się najeść albo wysikać, i tak musisz zapłacić za wstęp, a żarcie w samej restauracji też drogie. Widoki jednak wynagradzają wydatek (przynajmniej ten za bilet, a jeśli chodzi o jedzenie, oszczędnym polecam wziąć wałówkę – ceny nie są mordercze, ale o jakieś 50% wyższe niż na dole).

Park Narodowy Czeska Szwajcaria - Prama Pravcicka i okolice

Park Narodowy Czeska Szwajcaria – Brama Pravcicka i okolice

IMG_3585 IMG_3622IMG_3606

Przy odrobinie samozaparcia moglibyśmy zwiedzić Děčín w drodze powrotnej, lecz uznaliśmy, że wolimy przyjechać ponownie następnego dnia (to tylko kilkanaście km od Ústí). Miasteczko warte obejrzenia głównie ze względu na ogród różany przy zamku, z którego roztaczają się cudne widoki na miasto. Sam zameczek też niczego sobie, ładnie odbija się w Łabie. Kamienny most z figurkami świętych można sobie podarować. Myślałam, że będzie podobny do tego w Kłodzku (który z kolei jest podobny do tego w Pradze), a tymczasem wszystkie figurki zebrano go kupy w jednym miejscu. Synagoga z początków XX w. w głównej części miasta przetrwała dzięki niesubordynacji dwóch niemieckich urzędników. Niedaleko dość ładny kościół ewangelicki. Warto też zajrzeć na rynek, czyli Mírové Náměstí.

synagoga w Decinie

Synagoga w Decinie

Zamek

IMG_3681

Rosarium i widok z tegoż

Ogrody zamkowe

Ogrody zamkowe

Następny dzień poświęciliśmy na wizytę w Litomierzycach (Litoměřice) i pobliskim Terezinie, gdzie podczas wojny mieściło się getto oraz więzienie w tzw. Małej Twierdzy. Litomierzyce są urokliwym miasteczkiem, wartym odwiedzenia mimo remontu na rynku (swoją drogą, co ci Czesi mają z remontami – ilekroć gdzieś jedziemy, rynek jest rozkopany). Lot ptaka zastępuje wieża katedralna.

Muzeum w starym ratuszu, kościół Wszystkich Świętych i rozkopy

Muzeum w starym ratuszu, kościół Wszystkich Świętych i rozkopy

Klasztor dominikanów i kościół św. Jakuba

Klasztor dominikanów i kościół św. Jakuba

Cerkiew św. Wacława

Cerkiew św. Wacława

Widok z wieży katedralnej

Widok z wieży katedralnej

Na zwiedzenie miasta wystarczy jednak godzina (chyba że chce się zwiedzić też podziemia) – potem można wsiąść w autobus i podjechać kilka kilometrów do Terezina. W 1941 roku całą aryjską ludność wysiedlono, a miasto zmieniono w getto. Hitlerowcy traktowali je jako pokazowe – mieszkańcy mieli swoje sklepiki, szkoły, nawet terezińską walutę. Niemcom udało się nawet oszukać dwie komisje MCK, które przyjechały do miasta, by zbadać panujące tam warunki. Rzeczywistość była zgoła odmienna – spośród ponad 150 tys. osób, które trafiły do Terezina, uratowało się zaledwie nieco ponad 17 tys. Reszta albo zmarła w wyniku warunków panujących w samym getcie, albo została wywieziona do obozów koncentracyjnych i tam zgładzona. W samym Terezinie, w tzw. Małej Twierdzy, która była więzieniem już w czasach Habsburgów, urządzono obóz dla więźniów politycznych, w którym straciło życie 2600 osób (liczby podaję za anglojęzyczną Wikipedią). Na mnie największe wrażenie zrobiły rysunki dzieci ze szkoły, w której teraz mieści się Muzeum Getta – dzięki nim ta historia zyskała dla mnie bardzo indywidualny wymiar, bo obrazki są podpisane, z przy większości nazwisk widnieją daty narodzin oraz data i miejsce śmierci – zwykle Oświęcim.

IMG_3785 IMG_3787 IMG_3788

Rysunki dzieci ze szkoły w terezińskim getcie

Rysunki dzieci ze szkoły w terezińskim getcie

Brama obozu/więzienia w Małej Twierdzy

Brama obozu/więzienia w Małej Twierdzy

Wkrótce sprawozdanie z drugiej części wyprawy – Liberec, Ještěd i Kryštofovo Údolí /Novina.

Czechy 2014 – Praga, Pilzno, Karlowe Wary, Letohrad

mala strana

Kościół na Malej Stranie

Pierwszy raz udaliśmy się w podróż PolskimBusem. Do niedawna chyba nie było bezpośredniego połączenia z Poznania do Pragi, za to połączenia kolejowe były nieco lepsze, choć w przypadku opcji oszczędnościowej oznaczało to minimalnie dwie przesiadki. W zeszłym roku, wyjeżdżając z Poznania wcześnie rano, około siedemnastej byliśmy w Brnie; sprawdzanie możliwości dotarcia do Pragi o ludzkiej porze tego lata ujawniło, że musielibyśmy wyjechać o drugiej w nocy – w przeciwnym razie, tłukąc się z 3–4 przesiadkami, bylibyśmy tam między 21.00 a 22.00. To dość późno, kiedy trzeba jeszcze dojechać metrem do miejsca noclegowego i je znaleźć, a biorąc pod uwagę możliwość spóźnień i tego, że któryś z pociągów nam zwieje, woleliśmy pojechać PolskimBusem o piątej rano (co oznaczało wstanie o nieludzkiej 3.30). Trochę się obawialiśmy, bo różne krążą o tym przewoźniku opinie, ale znajomi na ogół byli zadowoleni z jego usług. My też nie mamy powodów do narzekań. Autobus przyjechał na czas, był wygodny, podróż przebiegła sprawnie. Dopiero roboty drogowe po czeskiej stronie trochę ją opóźniły, ale 45 minut spóźnienia na dworcu Florenc to żadne spóźnienie – byliśmy na miejscu krótko po czternastej i chwilę później wsiedliśmy do metra, by dojechać na stację Chodov i znaleźć akademik/hotel Volha.

Volha mieści się w dzielnicy Kunratice, obok osiedli mieszkaniowych, ale i obok lasu. Schodząc w głąb ulicy K Verneráku, czujemy się jak w małym miasteczku (ma nawet pałacyk, którego jednak z bliska nie zobaczyliśmy) – domki jednorodzinne, knajpka, sklepiki. To zupełnie inna Praga niż ta śródmiejska, do której jednak metrem można dojechać w kilkanaście minut (niewiele mniej zajmuje nam dojście z akademika do stacji metra).

IMG_0574

Pierwszego dnia standard – zwiedzamy Wyszehrad (udaje nam się znaleźć groby Čapka i Smetany), potem wzdłuż Wełtawy idziemy do centrum, zaliczamy zegar z kościotrupkiem. Odkrywamy Costa Coffee – to znaczy właściwie P. odkrywa, bo jest zachwycony objętością kawy maxi. Ja jestem mniej zachwycona ceną i tym, że wifi nie działa. Oglądamy synagogę – jakaś Hiszpanka robi sobie przy niej zdjęcie; nic dziwnego, bo to Synagoga Hiszpańska.

Drugi dzień do głównie Hradczany i Malá Strana, choć zaczynamy od muzeum efektów specjalnych z filmów Karela Zemana – stosunkowo drogie, małe i niezbyt imponujące. Upał daje się we znaki, więc i na piwo trzeba wstąpić – ogólnie nie przepadamy, ale tmavý kozel ujdzie. Na obiad jakieś mięsko z kombinowanym knedlikiem, czyli trochę houskovego, a trochę bramborovego. Houskovy knedlik pewnie znacie, smakuje trochę jak pyza drożdżowa, tylko bardziej zbita, a bramborovy, czyli ziemniaczany, to prawdopodobnie pyra zmieszana z mąką i jajkiem. Zjadliwy, acz bez zachwytów.

Troja

Trojsky Zamek

Dzień trzeci, ostatni – najpierw grób Kafki na żydowskim cmentarzu na Olszanach, potem podróż do pałacyku Troja (Trojský Zámek), położonego na północy, obok zoo. Całkiem ładne, fotogeniczne miejsce z przyjemnymi ogrodami, no i nie tak zatłoczone jak starówka czy Hradczany. Trafiliśmy akurat na rosyjską parę młodą, która brała tam ślub, a może tylko urządzała sesję zdjęciową.

Wróciliśmy na Holeszowice i postanowiliśmy obejrzeć pobliskie tereny praskich targów. Najpierw jednak – przy jednej z uliczek w bok od Plynárni – znaleźliśmy knajpkę przylegającą do małego hoteliku i zjedliśmy w niej niedrogi obiad. Warto w tym miejscu wspomnieć, że popularne w większości Czech „denní menu”, czyli zestaw tanich posiłków obowiązujący w określonych godzinach (przeważnie do 14.00, choć zdarza się do 13.00 lub 15.00), w Pradze raczej nie występuje, a przynajmniej rzadko. Zwłaszcza centrum stolicy jest nastawione na zarobek i nie będzie nikomu potaniać obiadów, bo nie.

Targi okazały się całkiem interesujące architektonicznie. Byliśmy nawet w środku, bo akurat odbywała się prezentacja sprzętu turystycznego firmy o swojsko brzmiącej nazwie Jurek. Ciekawe, czy ktoś pomyślał, żeby tam zorganizować festiwal fantastyki – miejsce całkiem dobrze się nadaje.

targi

Targi

Jako że gorąc doskwierał, schroniliśmy się w pobliskim obszernym parku Stromovka . Polecamy – po stawie pływają łyski, a nawet kokoszki. Kokoszkę zresztą widzieliśmy także na Wełtawie.

W drodze powrotnej zepsuł się tramwaj, dzięki czemu mieliśmy okazję odwiedzić kolejny antykwariat (wspomniałam już, że P. wchodzi do każdego, prawda?) oraz zwiedzić stację metra Vltavská – najbardziej penerską, pardon, zaniedbaną, jaką widzieliśmy w Pradze. Ale za to zdecydowanie nieturystyczną, a zwiedzanie nieturystycznych miejsc jest solą każdej wyprawy.

Następnego ranka żegnamy Volhę i udajemy się w kolejny etap podróży – do Pilzna. Chyba już wtedy zauważam, że sygnał dźwiękowy na praskim dworcu – cztery nutki – z czymś mi się kojarzy. W drodze powrotnej utwierdzę się w tym mniemaniu. A skoro Czechy, to Smetana – po powrocie do domu przystąpię więc do odsłuchu najbardziej znanych jego dzieł i odkryję, że to pierwsze (i wiodące) cztery dźwięki Wyszehradu.

volha

Nasza droga do kuchni w akademiku Volha

Podróż do Pilzna to tylko półtorej godziny, ale z racji upału daje nam się we znaki. Potem długa droga do tramwaju, żeby nie musieć kupować dwóch biletów (nie mają przesiadkowych, a nie odkryłam, że znacznie bliżej jest autobus, który też zawiózłby nas w pobliże akademika Bolevecká, gdzie mamy zamówiony kolejny nocleg). I tu radość, bo łazienka nie jest wspólna z sąsiadami. W Pradze mieliśmy szczęście przez dwie pierwsze noce, potem już musieliśmy się dzielić łazienką i przedsionkiem. Bez tragedii, ale zawsze przyjemniej mieć własne. Bardzo zresztą prawdopodobne, że przy zamawianiu prosiłam o taki pokój, tyle że później wyleciało mi to z głowy. Niestety nie udało nam się znaleźć kuchni, zresztą i tak pewnie nie byłoby tam naczyń – ale w końcu nie w takich warunkach człek sobie radził. Wyjęliśmy grzałkę, kubki i mogliśmy spokojnie przystąpić do konsumpcji chińskich zupek – oczywiście na kolację, bo obiad zjedliśmy w pobliskiej restauracji. Był to zresztą nasz najdroższy obiad podczas tej wyprawy (a może i w życiu), choć trzeba dodać, że okraszony deserem w postaci sernika i kawy (do samego obiadu piliśmy piwo), które P. smakowały, a mnie średnio. W każdym razie zostawiliśmy tam równowartość 90 złotych, czego moja poznańska dusza do dziś nie może przeboleć.

kangur

Największy kangur widoczny przez płot

W odróżnieniu od Volhy, pilzneński akademik jest położony w stosunkowo cichym miejscu. W Pradze problemem była niewielka z pozoru ulica, którą samochody (i motory!) zjeżdżały do Kunratic. Ciężarówki podskakiwały na garbach, znowuż w drugą stronę dodawano gazu, bo pod górkę. Gdybyśmy mieli okna od strony osiedla albo gdyby było dość chłodno, by je na noc zamykać, pewnie nie zauważylibyśmy problemu. W Pilznie natomiast akademik, choć mieścił się w pobliżu skrzyżowania dwóch dużych ulic, był od nich dostatecznie oddalony i odgrodzony (drzewami, z jednej strony również kilkupiętrowymi domami), by samochody nie przeszkadzały. Trochę hałasowali studenci (lub inni turyści), ale najpóźniej o północy wszystko się uspokajało.

Pierwszego wieczoru spacer do zoo, od którego dzieliło nas jakieś 15 minut drogi piechotą. Ku naszej radości zza płotu prezentują swe wdzięki dziesiątki małych kangurków, a także wiele innych stworzeń, które spokojnie można oglądać, idąc wzdłuż (zamkniętego już o tej porze) ogrodu. Następnego dnia od rana zwiedzanie Pilzna – to chyba najgorętszy dzień naszej wyprawy, temperatura dochodzi do 35 stopni w cieniu. Zwiedzamy starówkę (piękna synagoga!), plac Emila Škody przed zakładem produkującym samochody tej marki, sprawdzamy, o której następnego dnia mamy autobus do Karlowych Warów, gdzie chcemy pojechać na jednodniową wycieczkę. Potem P. namawia mnie na kino. Cóż, tam przynajmniej jest klima (a w całej Plzeň Plaza – wifi), ponadto zaś z napisów (dubbingu nie ryzykujemy) można się nauczyć trochę czeskiego. Idziemy więc na Usvit planety opic (Ewolucję planety małp), który właśnie wszedł do kin. Świetny, mądry film, no i faktycznie uszczknęliśmy trochę języka – dowiedzieliśmy się na przykład, że „wojna wybuchła” to po czesku válka vypukla 😉 W drodze powrotnej idziemy obejrzeć stadion Viktorii, zwanej pieszczotliwie Viktorką – niedawnego mistrza, a teraz wicemistrza Czech.

Widok z wieży kościoła św. Bartłomieja

Widok z wieży kościoła św. Bartłomieja

Ponoć Náměsti Republiky to największy plac, a kościół św. Bartłomieja – najwyższy kościół w całych Czechach. Być może, chociaż specjalnie nie rzucają się w oczy. Tak czy owak widok z kościelnej wieży jest niezły, choć typowy – mnóstwo czerwonych dachów, jak w Pradze, Greifswaldzie czy Bystrzycy Kłodzkiej. Wyróżnia się wspomniana synagoga i może trochę to, że skrajem rynku jeżdżą tramwaje (niestety także autobusy i samochody, co jest już mniej romantyczne). Nieopodal placu mieści się wejście do podziemi, które zwiedzamy z przewodnikiem. Ostatniego wieczoru znów „odwiedzamy” zoo – w cudzysłowie, bo ponownie jesteśmy po zamknięciu, ale teraz idziemy wzdłuż płotu do końca, oglądając i fotografując wszystkie zwierzaki, jakie wyściubią nos, a jest ich sporo.

W międzyczasie jednak udajemy się do Karlowych Warów. W drodze niespodziewanie atakuje nas deszcz, chwilami ulewny; ledwie jednak wysiadamy, przestaje padać. Miasteczko okazuje się urokliwe, choć jego uzdrowiskowo-turystyczny charakter przejawia się w cenach i wszechobecności wycieczek, głównie rosyjskojęzycznych. Warto wspomnieć, że właśnie w Karlowych Warach Jan Becher założył firmę produkującą wódkę nazwaną od jego nazwiska becherovką.

Karlowe Wary

Karlowe Wary

Ostatnim przystankiem na trasie naszej wyprawy jest Letohrad. Wymyśliłam go, bo a) chciałam trochę odetchnąć prowincjonalnym powietrzem, pochodzić jeśli nie po górach, to przynajmniej po pagórkach, polach i lasach; b) był dogodnym miejscem do rozpoczęcia podróży powrotnej, bo można się z niego przemieścić do Poznania z jedną tylko przesiadką; c) obiło mi się kiedyś o uszy, że jest ładny. To ostatnie przesadnie się nie sprawdziło, bo wyglądał dokładnie tak jak większość małych miasteczek w Czechach, czyli sympatyczny, lecz nie porywający. Bardzo fajne natomiast mieliśmy lokum w pensjonacie Jitřenka – pokoik z własną łazienką i maleńką kuchenką. Chylimy czoła przed idealnym wykorzystaniem niewielkiej przestrzeni, dzięki której turysta ma prywatność i wygodę. Do tego telewizor – coś, czego ogromnie nam brakowało w poprzednich miejscach, bo to najlepszy sposób nauki języka – i wifi.

Widoczek z trasy w okolicach Letohradu

Widoczek z trasy w okolicach Letohradu

Pierwszego, nieco deszczowego dnia zwiedzaliśmy miasteczko, a potem, gdy już trochę się wypogodziło, przespacerowaliśmy się ścieżką edukacyjną po okolicznych polach i lasach. Drugiego już bardziej ambitnie – rano muzeum rzemiosł, później wędrówka szlakiem do tamy na Dzikiej Orlicy w pobliżu wioski Nekoř. Trochę żałujemy, że nie poszliśmy dalej, bo dopiero potem zaczynały się kąpieliska i w ogóle jakieś życie, a przy samej tamie głusza. I prawie jej nie widać przez drzewa. Ale wcześniej, po drodze, widoki ładne.

Następnego ranka musieliśmy niestety pożegnać Letohrad i wsiąść do pociągu, który zawiózł nas prosto do Wrocławia. Tam mieliśmy półtorej godziny przerwy, które planowaliśmy poświęcić na obiad, ale spotkała nas przykra niespodzianka: na wrocławskim dworcu nie ma już żadnego baru oprócz KFC! Są za to aż dwie kawiarnie i w jednej z nich, z braku lepszego wyjścia, przesiedzieliśmy przerwę.

Jak zawsze zbyt krótko, zbyt mało. Na osłodę życia pozostaje oglądanie czeskiej telewizji i planowanie kolejnych wypraw.

Praga - widok z wieży ratusza

Praga – widok z wieży ratusza

Postaram się wkrótce dorzucić jeszcze trochę zdjęć.

Stare dzieje 13 – kolonie i obozy (IV)

Dzień dobry, to jestem ja, a to mój ślimak. Obóz wędrowny w Beskidach, rok 1988.

Skoro udało mi się wreszcie opisać, choć trochę kulawo, czasy licealne, pora dokończyć cykl kolonijno-obozowy. W wakacje pomiędzy I a II klasą liceum mama zapisała mnie na obóz wędrowny w Tatrach Zachodnich, co było jednocześnie dobrym i złym pomysłem. Dobrym dlatego, że zobaczyłam Tatry i poczułam, jak to jest wspinać się na szczyty i oglądać stamtąd świat; złym – bo kompletnie nie miałam kondycji do takiego łażenia, nie ćwicząc na wuefie i w ogóle prowadząc mało mobilny tryb życia. Łażenie okazało się więc momentami traumatyczne. Ale od początku: obóz na wariackich papierach, do dzisiaj nie wiem, przez kogo organizowany, w każdym razie z zakładu mojej mamy byłam ja z koleżanką i dopiero na miejscu miałyśmy się spotkać z innymi osobami pochodzącymi z różnych miejsc. Nie pamiętam, jak się spotkaliśmy – chyba po prostu były zarezerwowane sale w schronisku – w każdym razie minęła noc, a tu ani widu opiekuna, który miał przyjechać z resztą grupy. Tak więc obóz niby jest, a jakoby go nie było. Nikt chyba nawet nie wie, gdzie dzwonić i pytać. Część ludzi pełnoletnia, część nie. Co robić? Okazuje się, że został zamówiony miejscowy przewodnik, a jeden z obozowiczów ma uprawnienia opiekuna grup, więc podpisuje jakiś papier i wyruszamy. Nie pamiętam, jak się dostajemy na Halę Gąsienicową, ale tam właśnie mamy kolejne noclegi. Pamiętam za to, że próbowałam klepać pacierz na dolnej części piętrowego łóżka i włosy mi się wplątywały w druty górnej. W tamtych czasach klękanie na łóżku i mówienie pacierza przed snem nie było podczas obozów niczym dziwnym, z kolonii w Chomiąży nawet mam taki obrazek, że wszystkie albo prawie wszystkie dziewczyny w pokoju się modliły. Nie były to żadne wielkie modły – ot, odklepać „Ojcze Nasz”, „Zdrowaś Mario” czy co tam kto miał w repertuarze. Bycie wierzącym było wtedy normą, a niewierzącym raczej się współczuło, bo pewnie mieli ojca wojskowego albo milicjanta i nie mogli. Ja wprawdzie jeszcze za komuny przestałam chodzić do kościoła, więc można powiedzieć, że byłam w awangardzie, chociaż modlić się przestałam dużo później.

Pierwszego dnia wycieczka na Wołowiec, którą zniosłam całkiem nieźle, za to następnego, w drodze na Starorobociański, omal nie wyzionęłam ducha. Najgorszy był moment, kiedy stanąwszy na szczycie Trzydniowiańskiego dowiedziałam się, że to jeszcze nie jest ten szczyt, na który szliśmy, i muszę iść dalej. Dałabym wszystko za to, żeby mnie tam zostawili i zabrali w drodze powrotnej, ale nie chcieli. Nie wiem, jakim cudem się dowlokłam, bo nogi całkiem dosłownie uginały się pode mną przy każdym kroku. Pamiętam natomiast, że chęć ponownego zmierzenia się z tą górą w ciągu następnych lat tak mnie dręczyła, aż w końcu, jakieś dziesięć lat później, zdobyłam ją znowu – tym razem ze spokojem, bo sama, w swoim tempie, ale nadal uważam, że to strasznie męczący szczyt.

W następnych dniach zdobywaliśmy m.in. Ornak i Kominiarski Wierch (na który kilka lat później zlikwidowano szlak). Nocowaliśmy w schronisku na Ornaku. Później chyba stamtąd, choć mogę się mylić, bo nie wszystko pamiętam, szliśmy z plecakami (! – aczkolwiek były dość lekkie, przynajmniej mój – trochę ciuchów, kosmetyczka, ręcznik i tyle) na Czerwone Wierchy i jeszcze potem, zostawiwszy plecaki na przełęczy, część z nas, w tym ja, wspięła się na Giewont. Co ciekawe, mimo plecaka nie miałam ani wtedy, ani w żadnym innym momencie obozu takiego kryzysu jak tamtego dnia na Starorobociańskim.

Nocowaliśmy też w schronisku na Kalatówkach, choć czy opisuję wszystko po kolei, tego nie wiem. Podczas moich późniejszych wypraw w Tatry (już na studiach i później) zawsze nocowałam w Zakopanem, więc rozmieszczenie schronisk trochę mi umknęło, a i w samych górach nie orientuję się zbyt dobrze. Ale zerknęłam na mapę i wygląda na to, że dobrze pamiętam.

Ten obóz wbił mi się w pamięć przede wszystkim ze względu na góry, w które miałam wielokrotnie wracać, acz nie od razu, bo musiałam najpierw przetrawić traumę. Dobra okazja nadarzyła się w niższych górach dwa lata później, ale o tym za chwilę. Z obozu zapamiętałam też koleżankę, która na krem Nivea mówiła „neweja” (do dziś nie wiem, czy to był żart), oraz inną koleżankę, która rozdrażniona tym, że jej kolega/chłopak wpakował jej się do łóżka i nie chce wyjść, poszła do pokoju chłopaków i spała na jego łóżku, niezauważona, a oni opowiadali sobie historyjki o kimś, kto zmarł na kiłę. Żeby mieć spokój, zamknęła drzwi naszej sali na klucz, a tymczasem innej koleżance w nocy zachciało się siku…

Niestety, à propos ubikacji przypomniał mi się jeszcze jeden epizod – w jednym ze schronisk skradziono mi z łazienki zegarek. To znaczy zabrano, bo go tam zostawiłam, a gdy po paru minutach wróciłam, już go nie było. Mały, niepozorny zegareczek elektroniczny, ale byłam do niego przywiązana.

Podczas zimowiska w Miskolcu na Węgrzech pół roku później miałam już inny zegarek i też źle się to dla niego skończyło. To był ciekawy obóz. Trzeci raz byłam za granicą, a pierwszy nie w Niemczech. W Miskolcu mieszkaliśmy w takim dużym budynku, w którym zakwaterowano mnóstwo różnych obozów i kolonii. Jeśli miało się okna na parterze, trzeba było je zamykać, bo inaczej mimo krat można było stracić np. torebkę, zwłaszcza jeśli zostawiło się ją na stole. Wyspecjalizowane szajki – mówiono, że cygańskie – za pomocą jakichś haków, a może siatek na motyle, wyciągały te przedmioty przez zakratowane okna.

Nasz kolega z kolei ukradł walkmana w sklepie, a potem próbował go sprzedać. Nie pamiętam, czy mu się udało. Poza tym uprawiał handelek na bazarze. Chyba nie mieliśmy zbyt napiętego planu, bo utkwiło mi w głowie przede wszystkim chodzenie po sklepach (które zaowocowało kupnem dwóch tureckich sweterków i płyty The Cars), a poza tym jedynie zwiedzanie fabryki czekolady i pobliskiego, słynącego z produkcji win miasta Eger.

W Egerze chyba nic nie wypiłam, za to przyznaję bez bicia, że na tym właśnie obozie upiłam się pierwszy, drugi i trzeci (być może także czwarty) raz w życiu. Jedyną konsekwencją tego była utrata kolejnego zegarka, który przeleżał całą noc na stoliku zalany piwem i przestał się nadawać do użytku. Poza tym chwalę sobie to doświadczenie, zwłaszcza że nie zawierało mieszania alkoholi, jak mi się to przydarzyło pół roku później. Wszystko było w miarę pod kontrolą, film za bardzo mi się nie urywał, a uczucie upojenia przyjemne. Słowem – picie może nie kulturalne, ale i nie menelskie.

Następny był obóz szkolny w Bułgarii latem tego samego roku, czyli pomiędzy klasą drugą a trzecią. Rodzice dali pełno żarcia na drogę i jazda – dwie doby w pociągu z kuszetkami. Niesamowitym doświadczeniem był przejazd przez zamkniętą wówczas na świat Rumunię, gdzie każdy międzynarodowy pociąg stanowił okazję do żebrów i handelku. Nawet w nocy na stacjach czekały tłumy, żeby coś użebrać, a baby w chustach wchodziły do pociągu i chciały nam sprzedawać biseptol. A może chciały kupować? Tak czy owak nie bardzo wiedziałam, co to takiego ten biseptol. Jakiś lek.

Okazało się, że na granicy musimy się przesiąść do drugiego pociągu, w którym nie mamy już rezerwacji. Miejsca też nie było, więc siedziałyśmy z koleżankami pod stołem w Warsie, gdzie pan o imieniu Zdravko opowiadał nam jakieś historie, których my ni w ząb, i śpiewał piosenki. Chyba też chciał się umówić z moją koleżanką. W końcu po iluś godzinach pod tym stołem dojechaliśmy nad morze, do miejscowości, w której położony był nasz obóz (dziś nie pamiętam, czy pociąg dojeżdżał do samej miejscowości). W obozie nocowaliśmy w bungalowach – po cztery osoby, a były nas akurat cztery z jednej klasy.

Zaraz po przyjeździe przeżyłyśmy szok, idąc do ubikacji i odkrywając, że zamiast deski z dziurą, jak u nas w „sławojkach”, jest tam jedynie… dziura w ziemi. Przyznaję: w pierwszej chwili myślałam, że weszłam do jakiegoś nieużywanego pomieszczenia sąsiadującego z ubikacją. Ale nie. Z czasem się okazało, że te dziury są wygodniejsze i bardziej higieniczne niż nasze deski, których zawsze się niechcący dotknęło.

Panowały straszne upały, więc większość czasu spędzało się na plaży, kąpiąc się w ciepłym i czystym morzu i opalając – z użyciem zwykłej oliwki, bo w tamtych czasach nie myślano jeszcze o kremach z filtrem. Skóra schodziła płatami i nikt się tym nie przejmował. Były to również czasy, w których miałam jeszcze zdrowe gardło, więc wlewałam w nie litrami lodowate „szwepsy”. Dopiero po latach miałam się dowiedzieć, że schweppes to wcale nie jest bułgarska oranżada.

Oprócz tego opalania wożono nas na wycieczki, np. do Warny i do takiego wykutego w skale monastyru (prawdopodobnie był to ten klasztor). Wiele lat później znów tam byłam i odniosłam wrażenie, że to całkiem inne miejsce. Może dlatego, że na moim zdjęciu było czarno-białe 😉

Po zakończeniu nadmorskiej części obozu pojechaliśmy na trzy dni do Płowdiw, gdzie zrobiła na mnie wrażenie tańcząca w rytm muzyki i mieniąca się kolorami fontanna – wtedy u nas takich nie było. W Płowdiw zrobiłam też zakupy – płyty Genesis i Deep Purple, które potem miałam dwa dni wieźć pociągiem, a jeśli nie wiecie lub nie pamiętacie, płyta analogowa nie dość że jest wielka, to jeszcze opakowana tylko w cienki kartonik, więc trzeba było naprawdę pilnować, żeby dojechała w jednym kawałku. Zresztą nie; tak naprawdę złamać płytę nie było aż tak łatwo, ale o tym przekonałam się dopiero znacznie później, gdy faktycznie jakąś łamałam, choć nie pamiętam, z jakiej przyczyny. Kupiłam też polecone mi papierosy BT. Ogólnie na tym obozie zachowywałam się wzorowo, bo byłam na cenzurowanym, ale na zakup ćmików (wtedy nie mówiło się „fajek”) ostatecznie sobie pozwoliłam, choć oczywiście wypróbowałam je dopiero po powrocie. Wtedy zagraniczne ćmiki (zagraniczne cokolwiek) to było coś.

Ostatni mój letni obóz w czasach licealnych miał miejsce rok później i był wędrowny, ale tylko z nazwy. Ponieważ nie mieliśmy chodzić z plecakami, a ponadto obejmował góry znacznie niższe od Tatr (różne partie Beskidów z zahaczeniem o Gorce), mimo wcześniejszej traumy odważyłam się pojechać. Szczerze mówiąc, nie bardzo pamiętam, co tam robiliśmy, bo góry w ciągu całego pobytu zdobyliśmy dwie – Mogielnicę i bodaj Turbacz albo Lubań, przy czym na tę pierwszą poszła tylko połowa obozu. A, do kina chodziliśmy w Limanowej. Pamiętam, że dwa filmy mi się nie podobały, a jak w końcu jeden był fajny, to wciąż zasypiałam. Wędrowność obozu polegała zaś na tym, że przejeżdżaliśmy autobusem z jednego miejsca noclegowego w inne.

Obóz jednak był fajny towarzysko, zawarły się znajomości i nawet na moją osiemnastkę w październiku przyjechało kilkoro znajomych poznanych właśnie wtedy. Z czasem (i to dość krótkim), jak to bywa, kontakty się urwały. Kilka lat później zadzwonił jeden kolega, że studiuje w Poznaniu i chciałby się spotkać, ale w końcu do spotkania nie doszło. Mam jednak dużo zdjęć z tego obozu, które właśnie on robił i sam wywoływał, co bardzo mi wówczas imponowało (zdjęcie otwierające ten wpis jest właśnie jego autorstwa).

Naprawdę ostatni obóz w czasach licealnych, w zimie czwartej klasy, był już trochę innego rodzaju, bo był to obóz z TPM, o którym piszę tu. Odbywał się w Bieczu, miasteczku na Pogórzu Karpackim. Z samego miasteczka niewiele pamiętam, choć Wikipedia mówi, że ładne. Pamiętam natomiast, że jedna z naszych opiekunek miała upodobanie do architektury sakralnej i ciągnęła nas po okolicznych cerkiewkach i kościółkach (np. kościół w Dukli). Na tym obozie zadzierzgnęły się fajne kontakty, z których część przetrwała parę lat. Z wieloma osobami spotykałam się zresztą później na zlotach. A sam obóz? Dużo fajnych rozmów, takich dosyć otwartych, i ogólnie bardzo na plus. Akurat wtedy byłam na etapie silnej fascynacji subkulturą hipisowską i ubierałam się specyficznie, co wcale nie było dla mnie łatwe, bo z jednej strony lubiłam demonstrować swoje upodobania, a z drugiej czułam się potwornie spięta, gdy ktoś się na mnie gapił, ale w TPM-ie akurat był etos tolerancji, więc czułam się świetnie.

Kilka lat później pojechałam na jeszcze jeden obóz – uczelniany. O tym jednak już chyba kiedy indziej, bo to inna epoka, choć sam obóz równie, a może i bardziej beztroski.

Sen o Krakowie

IMG_9744s

Byłam niedawno przejazdem w Krakowie i nie omieszkałam zrobić paru zdjęć. Prawda, że ładne miasto?

 

Styl to więcej niż człowiek

Karel Čapek znany jest w Polsce głównie z dwóch rzeczy: książeczki o niesfornym piesku Daszeńka (sfilmowanej i pokazywanej jako dobranocka) oraz tego, że wymyślił słowo „robot” – choć on sam utrzymywał, że autorem tego ostatniego jest jego brat Josef[1].

Listy z podróży, które dopiero dwa lata temu ukazały się w naszym języku, poleciła mi koleżanka. Zachwalała ich humor, finezję, trafne obserwacje, a przede wszystkim fakt, że wiele čapkowych spostrzeżeń pozostaje w mocy, choć od opisanych przez niego podróży minął niemal wiek.

Opowieść zaczyna się w latach 20. we Włoszech, gdzie „faszyści w mundurach wyglądają dostojnie jak nasi kominiarze; również takie jakieś czarne czapeczki z kitką noszą, i zęby im tak świecą; kuriozalne wrażenie” [str. 16]. Dalej autor przenosi nas do krajów lepiej mi znanych, najpierw do Anglii i Szkocji, gdzie „jedynie Owce, Krowy i Konie przeżuwają piękno przyrody rozważnie i bez pośpiechu” [str. 141], potem zaś do Hiszpanii, Holandii i Skandynawii, wszystkie wyprawy ilustrując dowcipnymi, ale i poetyckimi refleksjami oraz… własnymi rysunkami (nie ma ich tylko przy pierwszej podróży – być może nie zabrał ze sobą ołówka).

Humor autora chwilami przywodzi na myśl Trzech panów w łódce (nie licząc psa) Jerome’a K. Jerome’a; o ile jednak u Anglika humor jest głównym motorem książki, o tyle zapiski Czecha stanowią cudowny konglomerat dobrodusznej kpiny, poezji i celnej refleksji humanistycznej. Od czasu do czasu Čapek pozwala sobie nawet na wiersz i choć ten element nie wychodzi mu najlepiej, rekompensuje to melodyjna, malownicza proza:

Nieś mnie, Królowo Jeziora, po stalowoszarym i błękitnym Loch Tay, pośród bezludnych kopulastych wzgórz pod niebem, które częstuje mnie deszczem i słońcem; nieś mnie, czyściutki statku, po migotliwym jedwabiu jeziora Tay.

Nieś mnie, czerwony furgonie pocztowy, przez najzieleńszą z zielonych dolin, przez dolinę guzowatych drzew, przez dolinę spienionej rzeki, przez dolinę kudłatych owiec, przez glen nordyckiej obfitości. Zaczekaj, srebrna osiko, zostań, rozłożysty i kędzierzawy dębie, czarna sosenko i jaskrawa olcho, zaczekaj, dziewczyno o dzikich oczach.

Ale nie; nieś mnie, sapiący pociągu, na północ, na północ, między czarne góry [str.126–127].

Ten rytm litanii, a może tylko przekuty na słowa stukot pociągowych kół, przywodzi na myśl twórczość Edwarda Stachury i choć Czech zdaje się podróżnikiem bardziej cywilizowanym, nietrawionym żądzą przemieszczania się z miejsca na miejsce w takim stopniu jak nasz poeta, obserwujemy u niego to samo zadziwienie światem i pewną bezradność w obliczu prób opisania go, choć obaj robią to lepiej niż zdecydowana większość śmiertelników:

na przykład te granitowe kopuły pod Norefjellem wskazują, że świat, gdy go stwarzano, nie został ulepiony ot tak, z jakiejś gorącej kaszy, ale był obrabiany z wielką starannością, szlifowany i oskrobywany, piłowany i wygładzany, aż na koniec taki lodowiec z zadowoleniem i znawstwem przejechał kciukiem przez góry pod Krøderen i czuł się ukontentowany ich zaokrągleniem; rzeczywiście, dobrze się to udało; niechaj mi ktoś pokaże drugi taki zręczny lodowiec! (…)

A kto nie rozumie kamienia, niewiele wie o urodzie  i wielkiej powadze świata [str. 408–409].

Zobaczyliśmy już Čapka humorystę i Čapka poetę, lecz myliłby się ten, kto by sądził, że na tym koniec. O nie, w kolejce czekają jeszcze Čapek erudyta, Čapek humanista, Čapek… jeśli moralizator, to bardzo delikatny i zawsze zaczynający od rachunku sumienia.

Listy z podróży boleśnie unaoczniają nam różnicę pomiędzy wykształceniem, jakie odbierał człowiek na początku ubiegłego wieku, a współczesnym. Zgoda, wtedy kształciło się mniej ludzi, ale jakże bogate było to wykształcenie, jakże szerokie horyzonty tego, kto je otrzymał! Być może zresztą nie jest to kwestia epoki, lecz otwartego i chłonnego umysłu; wciąż jednak żal, że takie umysły rzadko bywają dziś doceniane. Čapek pisze o architekturze i sztuce w sposób bardzo osobisty, kpiarski i wnikliwy zarazem, pokazując, że informacje wykute w szkole nie zastąpią własnego gustu i własnych przemyśleń, lecz są potrzebne jako baza do lepszego zrozumienia zjawisk.

Machar znalazł w Rzymie sztukę antyczną. To dziwne. Co się mnie tyczy, znalazłem tu głównie barok. Koloseum to barok. Cały Rzym cesarski bez wątpienia jest barokowy. Potem przyszło chrześcijaństwo i za jednym zamachem położyło kres cesarskiemu barokowi. W rezultacie Rzym artystycznie usnął; i przebudził się dopiero przy pierwszej okazji, gdy rozluźniła się sroga obroża, w której trzymało go chrześcijaństwo, i gdy znów mógł rozkwitnąć w nowym przypływie baroku, tym razem pod znakiem papiestwa. Rzym papieski jest po prostu kontynuacją Rzymu cesarskiego, przynajmniej jeśli chodzi o architekturę; i teraz napiszę zapewne wielkie głupstwa, ale pozwólcie mi na to. A więc powiedziałbym to mniej więcej tak, że tu, we Włoszech, występują – przypuśćmy – dwie tendencje rozwojowe: pierwsza rzymska, barokowa, światowa, katolicka, preferująca ogromne rozmiary, przepych, dynamikę i efekty zewnętrzne; oraz druga, prymitywniejsza, surowsza, bardziej ludowa, mógłbym chyba obrazowo rzec – etruska, która doszła do głosu dzięki chrześcijaństwu, która tworzyła mozaiki, zeszła do katakumb, wyzwoliła rzeźbę i architekturę, wypowiadała się po dziecięcemu i intymnie [str. 24].

Styl, przede wszystkim szczerość stylu! – i precz z malowniczością i pulchnością, jeżeli tworzycie architekturę. Styl! – to wszystko, to więcej niż człowiek; stylem bowiem zmierza człowiek prosto do absolutu [str. 17].

 Wrażliwość Čapka na ludzką niedolę obserwujemy choćby w relacji z przemysłowego Glasgow, gdzie „życie (…) nie jest ani piękne, ani malownicze; nie zaznało bożego tchnienia, jest surowe i brudne, i lepkawe, hałaśliwe, śmierdzące i duszne, bezładne i ciężkie, cięższe od głodu i bardziej bezładne od nędzy; i poczułem na swoich barkach zmęczenie setek tysięcy, i uciekłem, Glasgow, bo nie miałem odwagi patrzeć i porównywać” [str. 137–138]. W Hiszpanii aż siedemnaście stron (z czego ⅓ zajmują rysunki) poświęca opisowi korridy, miotając się między zachwytem nad pięknem walki a odrazą dla siebie, że bierze udział w tak poniżającym spektaklu. „Nie mogłem uporządkować myśli, wstydziłem się czegoś, ale nie wiem dobrze, czy swego okrucieństwa, czy swej słabości” [str. 263]. Zauważa zarazem, że poza areną nie zdarzyło mu się zobaczyć w tym kraju żadnego przypadku okrucieństwa wobec zwierząt.

Przy okazji wystawy w Anglii pokpiwa z imperializmu Brytyjczyków, którzy produkty sprowadzone z kolonii uważają za własne, lecz tamtejszych ludzi za ubogich krewnych; w Holandii pozwala sobie na delikatny przytyk wobec autorytaryzmu: „Jeszcze jedno rzuca się w oczy na niderlandzkich ulicach: psy. Otóż nie mają one kagańców; w rezultacie stale śmieją się niemal w głos i nie walczą ze sobą, i nikogo nie gryzą, i nie warczą na siebie ze znaną nam środkowoeuropejską irytacją; co pokazuje, że wolność bez kagańca to nie byle co, tylko właśnie coś dla psa i dla nas, ludzi, i że to wspaniały dar boży, amen” [str. 306].

 Znowuż wspominając podróż do Hiszpanii, odbytą w roku 1929, a więc 84 (!) lata temu, dzieli się zaskakująco dziś aktualnymi refleksjami na temat globalizacji:

Są ludzie, którzy kochają cały świat, póki ten świat chce mieć asfaltowe szosy albo wierzyć w jednego Boga, albo pozamykać bodegi i restauracje. Są ludzie, którzy potrafiliby kochać świat, gdyby miał jedno, właśnie to ich cywilizacyjne oblicze. Ale ponieważ mimo to nie zaszliśmy dotychczas z miłością zbyt daleko, spróbujmy osiągnąć ją w inny sposób. Znacznie radośniej jest kochać świat, ponieważ ma tysiące twarzy i wszędzie jest inny, a przy tym wykrzykiwać: „Chłopcy, skoro już tak się kochamy, utwórzmy Ligę Narodów; ale, do cholery, niech będą to Narody ze wszystkim, co się z tym wiąże, każdy z innymi włosami i z innym językiem, ze swymi zwyczajami i kulturą, a jeśli trzeba, to niech będzie, że również ze swoim Panem Bogiem; bo każda różnica jest godna miłości już chociażby dlatego, że pomnaża życie. Niechaj łączy nas wszystko, co nas dzieli!” [str. 294–295]

Karel Čapek zmarł na zapalenie płuc w roku 1938. Wojny nie dożył. Mniej szczęścia miał Josef, który za krytykę hitleryzmu trafił do obozu koncentracyjnego Bergen-Belsen, gdzie pożegnał się z życiem w kwietniu 1945 roku. Warto sięgnąć po zapiski Karela, by odbyć podróż do świata sprzed katastrofy, która na wiele dekad spustoszyła ludzkie dusze, i skonfrontować go z dzisiejszym. Trochę będzie nam smutno, że takie pisanie, takie patrzenie, jest dziś rzadkością – a trochę wesoło, bo dostaniemy kawał solidnej literatury (i reportażu, jako że większość zapisków powstawała z myślą o publikacji w gazetach), materiału do przemyśleń i do zachwytu. Czyli tego, czym karmi się dusza wrażliwego, refleksyjnego czytelnika. Sam bowiem fakt publikacji tej książki, na wysokim zresztą poziomie edytorskim, i to, że ja piszę o niej tu, a inni gdzie indziej, świadczy, że takie pisarstwo wciąż jest nam potrzebne i że człowiek pozostaje człowiekiem zarówno w epoce szkicownika, jak i smartfonu.

Nie można pominąć postaci tłumacza, która w przypadku utworu Čapka pełni rolę szczególną. Przekład wyszedł spod pióra Piotra Godlewskiego (1929–2010), znawcy literatury czeskiej i słowackiej, który publikacji swego ostatniego dzieła nie dożył. Każde zdanie polskiego tekstu zaświadcza, że o ile tłumacz mógł mieć większe niż większość z nas powody do pośpiechu, o tyle się temu pośpiechowi nie poddawał, cyzelując zapiski i nie ustając w staraniach o to, by ostateczny produkt jak najmniej stracił z uroku oryginału, a może nawet coś zyskał. Gdy będziemy szaleńczo stukać w klawiaturę, by zdążyć oddać w terminie kolejny tekst, warto wspomnieć rzetelność człowieka, który czując na plecach oddech ostatecznego deadline’u, nie pozwolił sobie nawet na odrobinę niedbałości.

Karel Čapek, Listy z podróży, W.A.B. 2011.

Polconowa masa krytyczna (nierelacja)

Na gorąco, zanim to wszystko ucieknie mi z głowy, a jego miejsce zajmie matka Madzi, rzezie w Syrii, kolejna porażka mojej ulubionej drużyny, a przede wszystkim tzw. szara rzeczywistość, napiszę parę słów o konwencie fantastyki Polcon 2013, w którym miałam przyjemność uczestniczyć. I od razu uprzedzam – nie będzie to relacja/recenzja, tylko (znowu!) będę ględzić o swoich uczuciach (ziew). Bo te uczucia od pierwszego dnia konwentu wręcz mnie rozpierają. Przy czym nie chodzi o zniecierpliwienie spowodowane „kolejkonem”, który owszem, był denerwujący, ale dobra pogoda i radosna ludzka banda uczyniły go znośnym. Chodzi o radość z obcowania z ludźmi, którzy cenią oryginalność, są otwarci na drugiego człowieka i z którymi czujemy się swobodnie.

Pół życia temu jeździłam na pewne imprezy organizowane pod zupełnie innym pretekstem, niby to w innym celu, ale pełniące w istocie tę samą rolę: wytwarzania bliskości między ludźmi, otwierania ich na siebie nawzajem (wprawdzie P. twierdzi, że ja otwieram się głównie w jedną stronę, ale z mojej perspektywy bombardowanie innych własnymi emocjami jest zapuszczaniem sondy do ich serc, że tak górnolotnie rzeknę), zawierania i cementowania przyjaźni. Oczywiście to wszystko dzieje się też poza konwentami, także w internecie, ale taki spęd wielu osób w jednym miejscu wytwarza pewną masę krytyczną. Doświadczyłam tego, siedząc – czy to na terenie konwentu, czy wieczorem przy piwie – ze znajomymi z internetu albo z reala i słuchając inteligentnych, mądrych i ciekawych rozmów. Nieważne, czy ktoś jest znany, czy zupełnie nieznany; jeśli już miałabym oceniać metodę tworzenia się grupek, to chyba bardziej decyduje staż konwentowy (na pierwszych Pyrkonach czułam się znacznie mniej zintegrowana niż teraz), ale można nadrobić stażem forumowym czy portalowym albo po prostu klubowym. Trochę wiek, trochę różnice zainteresowań – ci od literatury skupiają się razem, ci od gier razem, ci od czegoś jeszcze też razem – ale nie są to żadne sztywne podziały. Poza tym nachodzą na nie także choćby podziały klubowe czy forumowe, które przebiegają inaczej. Na pewno jadąc na konwent po raz pierwszy, warto się wybrać ze znajomymi, żeby mieć się o kogo oprzeć, ale nie sądzę, żeby ktoś nowy był świadomie odrzucany – ludzie mają naturalną tendencję do trzymania się z swoimi i czasem trzeba zrobić parę kroków, żeby znaleźć sobie nowych przyjaciół, zamiast stać na uboczu. Jeśli oczywiście tego szukamy na konwencie, bo zdaję sobie sprawę, że wiele osób przychodzi po prostu na punkty programu.

Fajności bycia w grupie akceptującej różnorodność doświadczyłam też ostatniego dnia, kiedy z powodu nieposiadania kaptura włożyłam tyłem naprzód (inaczej się nie da) swój słynny kapelusik przeciwsłoneczny, żeby się ochronić od deszczu, i mogłam wyglądać niestandardowo, ale wśród licznych przebierańców zdawałam się sobie banalna do bólu i w odróżnieniu od codziennej miejskiej sytuacji nie miałam poczucia, że ktoś się na mnie dziwnie gapi, a wręcz tak się rozochociłam, że chodziłam w tym kapeluszu nawet po budynku.

Wspomniałam na początku, że pół życia temu jeździłam na podobne zloty, choć niezwiązane z fantastyką. Kiedyś (już po raz drugi się odgrażam) o nich napiszę, ale to podobieństwo spotkań z epoki przedinternetowej i zakończonego właśnie konwentu jest świadectwem, że ludzie tak naprawdę potrzebują tego samego: akceptacji, rozmów, bliskości drugiej osoby, dobrej zabawy w gronie ludzi, którym mogą ufać. I podejrzewam, że znajdują to pod różnymi szyldami – jedni pod szyldem fantastyki, bo akurat nią się zainteresowali, a inni pod szyldem czegoś innego, co akurat ich kręci. Mnie wkręciła fantastyka, która tak subtelnie owijała mnie i owijała swoją pajęczyną, aż tu ani się spostrzegłam, a piję piwo z pisarzami i redaktorami. Bo jedną z lepszych rzeczy na konwencie jest to, że ma podziału na prowadzących i słuchających, na tych, którzy już coś zrobili, i na tych, którzy dopiero coś zrobią albo i nie.

Warszawa pozytywnie mnie zaskoczyła i cenami (może dlatego, że kręciliśmy się głównie po okolicach campusu, bo bliżej centrum było już niestety drożej), i ogólnym kształtem – może nie ma jakiegoś wielkiego klimatu, ale czułam się w niej dobrze. A miejscami bywa nawet ładna. Udało nam się wygospodarować czas na spacer do Łazienek i zwiedzenie kościoła w pobliżu akademika, w którym nocowaliśmy. To cieszy, ale ogólnie życie konwentowe słabo sprzyja zwiedzaniu, jak również spotkaniom z pozakonwentowymi przyjaciółmi, których w tym miejscu przepraszam, że się nie udało.

Wielu zdjęć nie zrobiłam, bo a) byłam zajęta innymi sprawami, b) mam słaby aparat; ale dla urozmaicenia relacji wrzucam kilka poniżej. Opisy jak zwykle można zobaczyć, najeżdżając myszą na zdjęcie.

Cestou na Vizovice, czyli o Zlínie słów parę

Zlín trudno nazwać miastem ładnym, a jednak cechuje go niezaprzeczalna oryginalność i nieodparty urok wynikający z żelaznej konsekwencji tamtejszego budownictwa. Kto potrafi docenić dzielnicę Poruba w Ostrawie, dzieło socrealizmu lat 50., doceni też Zlín z jego modernistycznymi budowlami z lat 20. i 30. ubiegłego wieku oraz tymi, które dobudowano później, zachowując styl i kolorystykę poprzednich.

W latach 20. wywodzący się ze Zlína producent obuwia Tomáš Baťa, założyciel firmy Bata Shoes, umyślił sobie, że uczyni ze Zlína miasto modernistyczne. Przewinęli się przezeń znani architekci z Le Corbusierem na czele, dzielnie i ochoczo projektując funkcjonalistyczne budowle, od prywatnych willi po słynny Mrakodrap („Drapacz Chmur”) – wówczas drugi pod względem wysokości budynek w Europie, dziś maleństwo – zaledwie 17 kondygnacji – Wielkie Kino, Kolektivní dům (wybudowany już po wojnie, w latach 1947–51) czy Hotel Moskwa z lat 1931­–33. O ile wysokie budynki, przynajmniej Mrakodrap i Kolektivní dům, mają pewien urok, o tyle funkcjonalistyczne wille są brzydkie jak jasna cholera. Ale tylko pojedynczo. W kupie wyglądają fascynująco. To samo można powiedzieć o budowlach przemysłowych, uczelnianych czy blokach mieszkalnych: wszystkie, także te współczesne, są wybudowane w tym samym duchu, w tej samej czerwono(ceglano)-białej kolorystyce. Dlatego całość fascynuje.

Warto zobaczyć Zlín, ale niekoniecznie trzeba nocować w centrum miasta. Miasto to zresztą nieduże, 75 tys. mieszkańców. My nocowaliśmy w dzielnicy Prštné, o tu, u pana Zdenka, bardzo fajne miejsce. Prštné to dawna wieś, więc jeśli cokolwiek może zakłócać sen, to jedynie psy albo grillujący sąsiedzi. Z dworca na kwaterę można podjechać trolejbusem (cztery przystanki, chyba że chcecie zrobić zakupy w Intersparze, wtedy wysiadacie przystanek wcześniej, na przystanku Prštné), a potem, już bez bagaży, spokojnie można chodzić w tę i z powrotem pieszo. W zasięgu pieszej wędrówki (choć przy wysokich temperaturach dość męczącej) z Prštnego jest romański kościółek w Tečovicach i zamek w Malenovicach. Trolejbusem można podjechać do Otrokovic, a stamtąd autobusem do Kromieříža, ale o tym następnym razem.

W kierunku przeciwległym do Otrokovic znajdują się Vizovice, gdzie każdego lata odbywa się rockowy festiwal Masters of Rock, na który zjeżdżają całkiem znani artyści – w tym roku na przykład billboardy anonsowały m.in. Accept, Yngwiego Malmsteena, Moonspell czy Grave Diggera, którego utwór Yesterday był w mojej licealnej klasie (za sprawą jednej z koleżanek, która zaraziła i mnie) kultowy. My wstrzeliliśmy się w lukę między długim weekendem a festiwalem – kiedy w Otrokovicach przesiadaliśmy się na pociąg, metale wyruszali akurat w przeciwnym kierunku.

Vizovice, na co zwrócił mi uwagę kolega Górczas, słyną też z tego, że straszy tam słynny Jožin z bažin.

Kras Morawski

I znowu, jak to u nas bywa, dłużej trwało i więcej wrażeń (nie zawsze pozytywnych) przyniosło dotarcie do jaskiń niż samo ich zwiedzanie.

Przyjechawszy pociągiem do Blanska, ruszyliśmy w ośmiokilometrową trasę do Skalnego Mlýna. Oczywiście szlakiem przez góry, bo przecież nie będziemy iść szosą, a w ogóle co to za góry, pagórki, za dwie godziny będziemy na miejscu.

Było warto, bo najedliśmy się poziomek i zobaczyliśmy dużą liczbę okazów motyla, którego po długich poszukiwaniach (już w domu) zidentyfikowałam jako oblaczka granatka. Trasa jednakowoż zajęła nam jakieś trzy i pół godziny, na koniec oferując zejście tak ostre, że następnego dnia P. nie mógł chodzić. Że nie wspomnę o przechodzeniu pod powalonymi drzewami w strachu, że któreś z nich na nas spadnie. Wyglądało na to, że jesteśmy jedynymi wariatami, którzy woleli pójść szlakiem niż czekać półtorej godziny na autobus albo przynajmniej iść szosą. Z perspektywy nie żałuję, choć może i żałuję, bo będąc na miejscu wcześniej i mniej zmęczeni, załapalibyśmy się również na inną jaskinię. Wyszło jednak tak, że najpierw odpoczywaliśmy, uzupełnialiśmy płyny i jedliśmy obiad (bardzo dobre bramboračky, a do picia oczywiście kofola), a dopiero potem powlekliśmy się do kasy, by kupić bilety do najbardziej popularnych Jaskiń Punkvy. Pani nie była pewna, czy zdążymy dotrzeć do jaskiń pieszo na właściwą godzinę, więc wykosztowaliśmy się jeszcze na kolejkę na kółkach.

Jaskinie Punkvy chyba istotnie były najlepszym wyborem. Widziałam już w życiu parę jaskiń, w tym słoweńskie Jaskinie Szkocjańskie oraz największe polskie – Niedźwiedzią i Raj (tak, wiem, że Raj jest większy, ale Niedźwiedzia bardziej mi się podobała), więc kolejne piękne formacje stalaktytów i stalagmitów mogłyby nie wywrzeć na mnie takiego wrażenia jak spływ podziemną rzeką (Punkvą właśnie) na łodzi pychówce.

Niestety żadnych zdjęć nie zaprezentuję, bo mój aparat w takich miejscach nie daje rady. Na próbę zrobiłam jedno, nic na nim nie widać nawet po obróbce. Sporo zdjęć można zobaczyć tutaj. Są nawet fotki z koncertów, które się tam odbywają ze względu na doskonałą akustykę.

Polecam jaskinie i placki. Zielonego szlaku z Blanska do Skalnego Mlýna nie polecam mimo obecności poziomek i oblaczka.

Wiedeń

Ponieważ w Wiedniu prawie wszyscy już byli, postanowiłam podzielić się garstką luźnych anegdot zamiast szczegółowo opisywać pobyt. Niedługi zresztą, bo zaledwie ośmiogodzinny.

Autokar z Brna jedzie dwie godziny. Bilety zakupiliśmy w biurze firmy Student Agency. Kosztowały nas 780 koron za dwie osoby w dwie strony (ok. 130 zł, czyli po 65 na łebka). Wyjechaliśmy o 9:30, przyjazd 11:30, w drogę powrotną do Brna wyjeżdżaliśmy o 19.30, na miejscu byliśmy o 21.30. Standard międzynarodowy – w autobusie filmiki, muza, ciepły napój w cenie, wifi (działające tylko na terenie Republiki Czeskiej). Wygodnie. Można by rzec „ideał”, gdyby nie nieustanne bekanie siedzącej przede mną pani z chustą na głowie. Ale zaraz powiecie, że mam uprzedzenia kulturowe. Na szczęście w drodze powrotnej otoczenie było mniej uciążliwe.

Pierwszym, co rzuciło nam się w oczy po przybyciu do Wiednia, był potężnych rozmiarów diabelski młyn. Fascynujący tym bardziej, że – jak wyczytaliśmy potem w przewodniku – wybudowano go w roku 1897. Pierwotnie nie cieszył się wielką popularnością i w roku 1916 miano go wyburzyć, ale zabrakło na to kasy, wiec przetrwał. Mocno ucierpiał w czasie II wojny światowej, a przy odbudowie postanowiono zrekonstruować 15 wagoników zamiast pierwotnych 30. Kto wie, może się skuszę na przejażdżkę, jeśli jeszcze raz trafię do Wiednia. Fajne byłyby zdjęcia z góry.

IMG_8744

Drugim obiektem, który naprawdę zrobił na mnie wrażenie, był Dom Hundertwassera. Zachwyt! W przewodniku piszą, że Hundertwasser wzorował się na Gaudim, ale mnie jego budowla podobała się bardziej niż budynki tego ostatniego, może ze względu na kolorystykę. Lubię kolory wyraziste, a zarazem ciepłe i dobrze dobrane, a w przestrzeni miejskiej najczęściej mamy do czynienia albo z gryzącą się zimną żarówą, albo z mdłymi pastelami. (Z dwojga złego wolę już mdłe pastele).

Wikipedia donosi: Hundertwasserhaus jest turystyczną atrakcją Wiednia, jednak do zwiedzania nie są dostępne jego wnętrza, ponieważ budowla jest zamieszkana. Oddany do użytku 1 marca 1986 budynek mieści 50 mieszkań (o powierzchni od 30 do 150 m²), cztery restauracje, jedną praktykę lekarską oraz 16 prywatnych i 3 publiczne tarasy. Znajduje się w nim także ok. 250 drzew i krzewów.

Oraz, co niezmiernie, nomen omen, budujące: Hundertwasser nie przyjął zapłaty za zaprojektowanie tego domu. Wystarczyło mu, że dzięki temu w tym miejscu nie zostało wybudowane nic, co uznałby za brzydkie. 

 

Myślę wprawdzie, że Howardowi Roarkowi Dom Hundertwassera by się nie spodobał, lecz jego motywacja z pewnością tak.

Poza tym Wiedeń to miasto poprawne. Ma dużo ładnych budynków, ale nie zauważyłam, żeby miało jakiś klimat. Większość rzeczy jest w nim za duża i zbyt imperialna. Ceny oczywiście wysokie, chociaż wiedeńskiej kawki sobie nie odmówiłam.

Co? Brno!


Ledwie przekroczyliśmy granicę w Lichkowie, powitał nas konduktor podobny do Jaromíra Nohavicy (i podobnie mówił po polsku – skomentował P.). I tak jak w Polsce przesiadki z regio na regio przebiegały sprawnie, w Ústi los uśmiechnął się do nas jeszcze szerzej – rychlik z Pragi do Brna, który miał odjechać kilka minut przed naszym przyjazdem, spóźnił się i zdążyliśmy na niego (a omal nam nie umknął, bo poszliśmy do poczekalni, pewni, że dawno odjechał), co zaoszczędziło nam półtorej godziny czekania i sprawiło, że wylądowaliśmy w Brnie około 15.30. Mieliśmy jechać „Macochą”, która swe miano zaczerpnęła od przepaści z Krasu Morawskiego, dokąd rzekomo zrzucono złą macochę za to, że zamierzała to samo uczynić z pasierbem (co ciekawe, „macocha” to po czesku „macecha”, więc nazwa z „o” stanowi zapewne jakąś archaiczną lub regionalną formę), a pojechaliśmy „Špilberkiem”, nazwanym tak od brneńskiego zamku.

Nasz pensjonat mieścił się w dzielnicy przemysłowo-hurtowniowo-działkowej z widokiem na rzekę Svitawę i pracujące 24 godziny na dobę urządzenia firmy Linde – producenta gazów przemysłowych. A także na bażanty, które o poranku spacerowały jak gdyby nigdy nic po łączce między tym wszystkim. Nazwy najbliższych ulic – Porážka i Masná (Rzeźnia i Mięsna) sugerowały bliską obecność tej pierwszej, która jednak, podobnie jak ta poznańska (i całkiem do niej podobna) jest już nieczynna, a część budynków odnowiono (w stylu poznańskiej drukarni) i usadowiły się w nich firmy.

Hitem był betonowy mostek na Svitawie – gruba betonowa płyta bez żadnych zabezpieczeń – wybudowany jako podstawa dla przebiegającej po nim rury, lecz zarazem stanowiący miejsce przesiadywania zakochanych i myślicieli, którzy oparci o rzeczoną rurę wpatrywali się w nurt lub zażywali słońca.

W przeciwieństwie do Ostrawy Brno jest miastem niezwykle kompaktowym, więc wszędzie chodziliśmy pieszo. Z transportu miejskiego skorzystaliśmy tylko dwukrotnie: po przyjeździe – jadąc trzy przystanki tramwajem, w dniu wyjazdu – przejeżdżając tyleż przystanków autobusem. Droga do centrum zajmowała nam około pół godziny. Najpierw wiodła traktem spacerowo-rowerowo-rolkowo-wózkowym wzdłuż Svitawy, a potem na długim odcinku ulicą Mlýnską. Niewiele dłuższa byłaby trasa wzdłuż bardziej uczęszczanych ulic, ale Mlýnská zawijała się w pożądanym kierunku, więc uznaliśmy ją za optymalną. Już przy pierwszym przejściu naszą uwagę zwróciły dwie rzeczy: ładny, choć zaniedbany budynek z tabliczką „Vysoká Škola Karla Engliše” oraz, kawałek dalej, Dům Josefa Korbela, pod którym zwykle przesiadywała zgraja obdartusów.

Vysoką Školę znalazłam w internecie z adnotacją, że od 1 września przenosi się do nowego budynku. Co nie dziwi, bo dzielnica trochę podupadła i sama siedziba też, choć z drugiej strony – budynek jest ładny i lepiej byłoby go wyremontować niż spisywać na straty. Może ktoś w niego zainwestuje.

Dům Josefa Korbela okazał się przybytkiem Armii Zbawienia, w którym – zgodnie z naszymi podejrzeniami – biedni i bezdomni dostają schronienie, strawę i pomoc materialną, a nawet prawną. Trzeba przyznać, że obdartusy spod domu zachowywały się spokojnie i nie budziły w nas poczucia zagrożenia, natomiast sama ulica, gdy raz wracaliśmy nią po zmroku, obudziła we mnie nieznaczny niepokój. Jak większość ulic, które w dzień lubi się za swojskość.

Nasz pensjonat teoretycznie mieścił się w dzielnicy Trnitá, ale przez Svitawę graniczył z Černovicami, a przez ulicę Másną z Komárowem. Na Komárowie, nad brzegiem rzeki Svratki, do której nieco dalej na południe wpada Svitava, mieści się stadion IV-ligowej Sparty Brno, na Černovicach zaś szpital psychiatryczny.

Idąc na północny wschód, dochodzi się do Židenic – i właśnie tam, dlaczego nas to nie dziwi, znajduje się spory cmentarz żydowski. Cmentarz dostał pieniądze z Unii, dzięki czemu wiele nagrobków odrestaurowano, ale postawiono też wiele nowych, w zupełnie współczesnym stylu, które nieco zaburzają magię tego miejsca.

Inną ciekawostką Židenic jest zbór husycki. Warto odnotować, że powoli tradycją staje się to, iż znajdujemy się w Czechach w czasie dwóch przypadających po sobie świąt narodowych: Cyryla i Metodego (5 lipca) oraz rocznicy spalenia Jana Husa (6 lipca), co oczywiście powoduje problemy ze znalezieniem dobrego noclegu za rozsądną cenę (długi weekend) oraz z zakupami. Wprawdzie duże markety przeważnie są otwarte przynajmniej w jeden z tych dni, a często i tak jak w dzień powszedni, ale ze znalezieniem otwartej apteki może już być problem, a w Czechach w markecie nie kupi się nawet aspiryny czy tabletki od bólu głowy (przynajmniej my ich nie znaleźliśmy i podejrzewamy, że po prostu nie wolno sprzedawać leków poza aptekami).

Brno jest miastem targowym. A siedziba tych targów, czyli výstavištĕ, całkiem jest podobna do poznańskiej. Budynki ma wprawdzie niższe, ale też białe, z jednym charakterystycznym okrągłym na przedzie.

Oprócz tych wszystkich atrakcji Brno ma, hm, ma centrum, a nawet starówkę. Nie wiem, dlaczego dopiero teraz do tego doszłam, bo przecież zwiedzaliśmy ją już pierwszego dnia. Może dlatego, że zamiast jednego głównego rynku posiada dwa – Námĕsti (tak, to naprawdę wymawia się „namniesti”) Svobody i Zelný Trh. Posiada też zamek Špilberk, może niezbyt okazały, ale podobno w przeszłości doskonale spełniający rolę warownej fortecy. Ze wzgórza zamkowego roztacza się niezły (byłby jeszcze nieźlejszy, gdyby nie drzewa) widok na miasto, w tym na wspomniane targi oraz katedrę.

Katedra św. Piotra i Pawła to faktycznie fajny budynek, obok praskiej i ołomunieckiej wymieniany jako jedna z najciekawszych świątyń w Czechach. Poza tym miasto ma jeszcze kilka kościołów, do których warto zajrzeć, ale nie chce mi się o nich pisać, bo jeśli się w życiu widziało z pięć, no dobra, ze dwadzieścia kościołów, to tak jakby widziało się wszystkie. Pod warunkiem, że nie jest się architektem, miłośnikiem sztuki sakralnej ani nic podobnego.

Z innych ciekawych budynków warto wymienić Mahenovo Divadlo oraz Letohrádek, czyli dworek letni, Mitrovských, który znajduje się obok targów i odbywają się w nim wystawy, a także wesela. Warto rzucić też okiem na stary ratusz, a potem na nowy z kościołem św. Michała w pakiecie.

Nie wiem, czy wynika to ze specyfiki brneńskiej starówki, czy naszego po niej chodzenia, ale jakoś nie zdołaliśmy w pełni ogarnąć tego miasta. Cały czas poruszaliśmy się z mapą, a teraz, przygotowując relację, co rusz dokonuję odkryć w stylu: „O rany, to jak wtedy tam byliśmy, wystarczyłoby przejść za ten budynek i bylibyśmy tu i tu”. Nie tak jak w Ołomuńcu, gdzie spędziliśmy zaledwie dwa dni, ale już po jednym razie wiedzieliśmy, że idąc tą długą ulicą z tramwajami, dojdziemy do rynku z ratuszem. Może to dlatego, że brneńska starówka jest pełna wąskich i krzywych uliczek, o których nigdy się nie wie, dokąd nas zaprowadzą i gdzie się skończą. Jedno natomiast jest pewne: idąc w dół, prawie na pewno dojdzie się do dworca.

Po kilku wizytach w Pradze i ubiegłorocznym odwiedzeniu kilku miast, z których najbardziej zauroczyły mnie Pardubice (kto wie, czy nie dlatego, że były pierwsze), Brno nie wywołuje jakiegoś kolosalnego wrażenia, ale jest miastem sympatycznym i bardzo podobnym do Poznania z racji targów, nieczynnej rzeźni, pewnego ogólnego zaniedbania oraz zwartego charakteru 😉 No i może też tego, że brzegi rzek nie są zbytnio zagospodarowane. Tylko Gargamela brneńczycy się nie dorobili i obawiam się, że już się nie dorobią, skoro mają prawdziwy, acz nieszczególnie imponujący zamek.

W następnych odcinkach postaram się opisać wycieczki do Wiednia i na Kras Morawski.

Morawy 2013

Meldujemy posłusznie, że jesteśmy z powrotem. Zachrypnięci, zakatarzeni, a przede wszystkim rozkaszlani, bo przez większość wyprawy walczyliśmy z jakimś wstrętnym wirusem. Wskutek tego wirusa zrezygnowaliśmy z wycieczki do Znojma oraz – co bardziej boli – w Białe Karpaty. W pewnym momencie miałam nawet myśl, żeby w ogóle skrócić wyjazd i zamiast do Zlína, wracać od razu do Polski, ale mi przeszło.

Bazy były dwie: Brno (7 nocy) i Zlín (4 noce). Z Brna przedsięwzięliśmy jednodniowe wycieczki do Wiednia i do jaskiń Morawskiego Krasu (ze zwiedzaniem Jaskiń Punkvy). Z kolei podczas pobytu w Zlínie oprócz rzeczonego miasta zaliczyliśmy też Kromieryż i Otrokovice. Ogólnie wyprawa była mniej intensywna niż ta zeszłoroczna. Pogoda wyjątkowo dopisała (ciepło, ale nie gorąco, a deszcz spadł dopiero nad ranem w dniu naszego wyjazdu do Polski), a zdrowie nie, co razem wzięte zaowocowało o wiele mniejszą ilością wypitego radlera.

Postaram się przeprowadzić porządną relację podobną do tej zeszłorocznej, ale zajmie mi to trochę czasu. Na razie tytułem zachęty wrzucam kilka zdjęć i panoramkę Zlína nakręconą z Mrakodrapa („Drapacza Chmur”) – przed wojną drugiego pod względem wysokości budynku Europy.

Czeski film

IMG_7402

Zabawy w filmowca ciąg dalszy – oto muzyczny kolaż zdjęć z naszej zeszłorocznej czesko-morawskiej wyprawy. Podłożyłam Wełtawę Smetany, którą bardzo lubię, acz niestety wydłużyło to „teledysk” do dwunastu i pół minuty, więc trochę się buforuje po drodze. No i dynamika mniejsza, bo choć zdjęć nawrzucałam sporo, to jednak musiałam trochę zwiększyć czas wyświetlania każdego z nich. Cóż, wciąż się uczę.

Dzisiaj nikt tędy nie szedł

IMG_8151

Większość zeszłego tygodnia spędziliśmy w Masywie Śnieżnika. To jedno z moich ulubionych miejsc na mapie Polski i zasadniczo mam do niego szczęście – ilekroć bywam tam w zimie, śniegu nie brakuje, acz z widocznością i „chodliwością” nieco gorzej. Tym razem w niższych partiach pod warstwą śniegu zalegał lód, co sprawiło, że parę razy wylądowaliśmy na tyłku, a nawet na plecach. Udało nam się wejść na Czarną Górę po śladach turystek, które spotkaliśmy na górze, szukające niebieskiego szlaku na Puchaczówkę. Jako że szlak był nieprzetarty, a spora część znaków zalegała pod śniegiem, zdecydowały się wracać tą samą trasą, co i my uczyniliśmy. Trasę na Śnieżnik zakończyliśmy natomiast smacznym obiadkiem w schronisku na Hali pod Śnieżnikiem, bo dalej nic nie było widać. Mind you, kiedyś w takich okolicznościach przyrody wlazłam z koleżanką Joanną na sam szczyt, orientując się, że na nim jestem, dopiero gdy wpadłam na stosowną tabliczkę, więc tym razem nie czułam już parcia. P. tym bardziej, bo kilka lat temu mieliśmy okazję podziwiać ze Śnieżnika całą panoramę Sudetów.

IMG_8166

Dzięki rezygnacji z wejścia na szczyt mogliśmy sobie pozwolić na powrót nieznanym nam jeszcze i być może nieco dłuższym niebieskim szlakiem (przez Parkową Górę, gdzie „przesiedliśmy się” na zielony, wiodący prosto do naszej kwatery). Trochę ciężko się szło z powodu śniegu. Była jakieś ślady lekko przysypane, widać, że nie z tego dnia, bo tylko leciutko prószyło. „Dzisiaj jeszcze nikt tędy nie szedł” – powiedziałam do P. i otworzyła się przede mną otchłań. Jako mieszkanka bloku o sześciu klatkach po dziewięćdziesiąt mieszkań każda jestem dotknięta swoistą agorafilią. Rozległa przestrzeń mnie upaja. Jasne, że w pewnych przypadkach schronienie się pod płaszczykiem cywilizacji jest pożądane, ale akurat w tamtym momencie – za dnia, na szlaku, przy dobrych warunkach pogodowych – poczucie znajdowania się w miejscu od wielu godzin nietkniętym przez człowieka było wyłącznie pozytywnym doświadczeniem. I o ileż lepiej smakowała wieczorna pizza w Wilczym Dole 😉

IMG_8157

Nazajutrz miałam okazję doświadczyć podobnego uczucia jeszcze bardziej dogłębnie, gdyż kontuzjowany P. został w ciepłym pokoiku, a ja samotnie udałam się w trasę szlakiem żółtym w kierunku Przełęczy Puchacza (której z braku czasu i motywacji nie osiągnęłam) i minąwszy narciarzy szusujących po stoku obok wyciągu U Bolka znalazłam się sam na sam z naturą. Przy czym była to głównie flora, gdyż o istnieniu fauny świadczyły jedynie tropy zwierząt oraz okazjonalne pajączki i jeszcze bardziej okazjonalny śpiew (czy jak tam to nazwać) sikorki.

IMG_8163

Niestety odniosłam wrażenie, że samo Międzygórze nieco podupadło. Nie żal mi nawet zbytnio dużych domów wczasowych byłego FWP, które są wystawione na sprzedaż, choć jak na relikty tamtej epoki są, a przynajmniej były, dość zgrabne, natomiast martwi fakt zamykania sklepów, w tym niektórych permanentnie. Na szczęście dowiedziałam się, że latem wciąż działa moje ulubione schronisko Stodoła, choć niestety już bez koni, które wyjechały do pobliskiej miejscowości. No i domowe pensjonaty/kwatery wciąż jakoś przędą, a co do dużych ośrodków – cóż, jeśli ktoś odważy się je kupić, będzie musiał włożyć trochę pieniędzy w remont, a potem w przyciągnięcie turystów. Czas Giganta chyba już jednak przeminął. Co zresztą specjalnie mnie nie martwi, bo tłumy, jak wspomniałam, mam na co dzień.

Stare dzieje 7 – kolonie i obozy (I)

Nim doczekacie się opisu moich lat licealnych (coś w końcu musi zostać na później, prawda?), postanowiłam napisać co nieco o pobytach na koloniach, zimowiskach i obozach. W tamtych czasach na kolonie jeździli prawie wszyscy (przynajmniej wszyscy z dużych miast, bo P. twierdzi, że od nich nie jeździł nikt, natomiast to do nich przyjeżdżała „stonka”, która wykupywała wszystkie lody ze sklepu). Nie była to aż tak droga impreza, bo dopłacało do niej państwo, więc rodzice z rozkoszą pozbywali się dzieci na trzy tygodnie, bo tyle zwykle trwały kolonie, a w zimie na dwa, bo tyle trwało zimowisko i ferie. Na ogół organizowały te imprezy zakłady pracy, w których pracowali nasi rodzice, ewentualnie macierzyste oddziały lub jakieś odgałęzienia tych zakładów. Czasem dzieci z mniejszego zakładu jechały na kolonie organizowane przez większy. Różne tam były konfiguracje, ale faktem jest, że latem wyjeżdżałam niemal co roku, a i zimą kilkakrotnie.

Początkowo trudno mi było się przyzwyczaić do tak długiego przebywania poza domem, a i w późniejszych latach różnie z tymi koloniami bywało – czasem podobało mi się bardziej, czasem mniej. Zwykle są na koloniach jakieś ofiary, które się gnębi. Nie musi to być ofiara całokolonijna – może być (i zwykle bywa) pokojowa lub grupowa. Ja taką ofiarą bywałam, ale bywałam i oprawcą. Co więcej, odnoszę wrażenie, że ktoś, kto już bywał ofiarą, ze szczególną rozkoszą staje po drugiej stronie barykady.

Ale oprócz tych bardziej ekstremalnych aspektów życia w grupie kolonie to wielka lekcja życia w społeczeństwa i dużo frajdy. Ponieważ imprezy odbywały się w różnych miejscach, warunkach i okolicznościach historycznych, postanowiłam wspomnieć o każdej z nich, szerzej opisując te, które bardziej zapadły mi w pamięć.

Puszczykowo. Jakby się bardzo chciało, toby się wróciło do Poznania na piechotę, ale na szczęście człowiek dziewięcioletni nie ma takiej świadomości. Kolonie odbywały się w szkole podstawowej, nie wiem niestety której. Cała grupa spała na metalowych łóżkach na jednej sali, wychowawczyni chyba miała jakiś parawan, za którym mogła odnaleźć odrobinę prywatności. Ogólnie warunki dość przaśne, co w tamtych czasach było normą. Łazienka w podziemiach, korytka z kranami dookoła pomieszczenia, drewniane kratki pod nogami. Może starsze grupy chodziły gdzieś pod prysznic, ale dzieciaki musiały się rozbierać do rosołu grupowo, czego trochę się wstydziłam.

Puszczykowskie kolonie pamiętam jako dość nudne – a to się szło do lasu, a to grało w coś na boisku. Ciekawostką może być to, że nasza wychowawczyni studiowała romanistykę i próbowała nas uczyć francuskich piosenek (np. „Frère Jacques”), które boleśnie kaleczyłyśmy. O, i jeszcze teraz przypomniała mi się fajna scena, jak siedzimy nad Wartą i śpiewamy „Szerokie pole, śpią chaty w dole”. Do dziś tę piosenkę pamiętam (choć możliwe, że zetknęłam się z nią ponownie później) i do dziś wzbudza we mnie tę samą przyjemną tęsknotę co wtedy. W moich wspomnieniach jest ciemno i nad głową rzeczywiście świecą gwiazdy, ale zapewne tak nie było.

Jakoś tak piątego dnia nagle zatęskniłam za domem i zaczęłam ryczeć, co później kilkakrotnie się powtarzało mimo coniedzielnych rodzicielskich wizyt, ale kiedy trzy dni przed końcem kolonii rodzice przyjechali i oznajmili, że zabierają mnie już do domu, wcale nie byłam zadowolona.

Na następne kolonie wysłano mnie do Pobierowa, czyli już znacznie dalej od domu. Zarówno miejsce, jak i sama organizacja były o niebo ciekawsze od poprzednich. Po pierwsze, impreza odbywała się w wielkim ośrodku kolonijnym z długimi pawilonami, w których mieściło się aż piętnaście grup, po jednej w każdej sali. Nasza grupa liczyła około 18–20 osób. Prócz pojedynczych metalowych łóżek było tam jedno piętrowe, ustawione zaraz przy drzwiach. Dziewczyna śpiąca na górze – chyba miała na imię Ania – lubiła czyhać na wchodzących i bić ich po głowie burakiem, czyli ręcznikiem zawiązanym w supeł. Burak obok marchewy, czyli ręcznika zwiniętego w coś na kształt rzeczonego warzywa, stanowił podstawowe narzędzie używane przy kocówach. Kocówa polega na tym, że delikwenta nakrywa się kołdrą lub kocem, żeby nie widział, kto go bije, i wali się burakami i marchewami. Czasem się to robi dlatego, że ma się do niego jakieś pretensje, a czasem ze zwykłej złośliwości.

A skoro już o łóżkach mowa, warto wspomnieć o kontrolach porządku i czystości w salach. Jeden z wychowawców albo tzw. komisja czystości złożona z wychowawców i wybranych kolonistów chodziła rano po salach i sprawdzała, czy łóżka są dobrze zasłane.  Jeśli kołdra leżała nierówno lub miała wybrzuszenia, można się było spodziewać pilota, czyli rozrzucenia pościeli i nakazu ponownego zaścielenia łóżka. Wyjątkowo złośliwych sprawdzających trudno było zadowolić.

Po umyciu się i posłaniu łóżka szło się na apel. Nie pamiętam, czy najpierw trzeba było odśpiewać hymn harcerski, czy też przed nim grupowi musieli zrobić zbiórkę w dwuszeregu i odliczanie, a następnie udać się na środek placu apelowego i wraz z pozostałymi grupowymi złożyć dyrektorce meldunek brzmiący mniej więcej tak: „Przewodnicząca X melduje grupę Y na porannym apelu. Stan grupy N, wszyscy obecni”. Jeśli ktoś był nieobecny, należało podać powód, np. „Trzech nieobecnych z powodu dyżuru w stołówce”. Niezależnie od kolejności, podczas śpiewania hymnu przeżyłam chwilę zdziwienia, kiedy po tradycyjnej zwrotce zaczynającej się od słów „Wszystko co nasze Polsce oddamy” i następującym po niej refrenie grupa starszych chłopaków zaczęła śpiewać: „Socjalistycznej biało-czerwonej myśli i czyny i uczuć żar”. Pani dyrektor była zadowolona i kazała opanować tę zwrotkę wszystkim pozostałym. Cóż zresztą miała zrobić, skoro chłopacy już zaczęli śpiewać.

Tak czy inaczej, był to jedyny przypadek mojego zetknięcia się z ową zwrotką. I nic dziwnego, bo w Wikipedii czytam: „Hymn harcerski jest hymnem Związku Harcerstwa Polskiego od 1918 roku. Oficjalnie hymnem jest jedynie pierwsza zwrotka i refren. W 1977 roku wprowadzono do hymnu dodatkową zwrotkę pióra Jerzego Majki, ale VII Zjazd ZHP w marcu 1981 roku przywrócił dawną postać, wprowadzając do Statutu ZHP zapis, że hymnem ZHP jest jedynie pierwsza zwrotka i refren”.

Choć kolonie w Pobierowie zaczęły się dla mnie fatalnie i już po jednym dniu napisałam do rodziców dramatyczny list, w którym błagałam, by mnie stamtąd zabrali, kiedy po kilku dniach odwiedzili mnie wujostwo z Kołobrzegu, posłani przez rodziców w celu sprawdzenia, co się ze mną dzieje, zastali mnie już całkiem zadowoloną. Z trzema koleżankami stworzyłyśmy paczkę o przezwiskach Ścierka, Belka, Tucznik i Chudnik (zgadnijcie, która to ja 😉 ) i bawiłyśmy się nieźle. A było co robić. Przede wszystkim plażowanie i morskie kąpiele. Bywałam już wcześniej nad morzem, ale po raz pierwszy znalazłam się tam bez rodziców, a to zupełnie nowa jakość. Na terenie kolonii grało się w najróżniejsze gry. Były konkursy i oczywiście dużo śpiewania. Pamiętam też ulubiony przysmak Anki, pseudonim Chudnik (tej, co waliła po głowie burakiem): sztuczny miód, który kupowała w plastikowych pudełkach i wyjadała palcem.

Dodać można jeszcze, że w porównaniu z Puszczykowem wychowawczyni miała większy komfort, bo zamiast za parawanem, mieszkała w kantorku z dykty wzniesionym w rogu sali.

Później było chyba zimowisko w Grywałdzie, w czwartej klasie. W tamto miejsce jeździłam zresztą czterokrotnie, dwa razy zimą i dwa razy latem (jeśli dobrze pamiętam, były to zima czwartej i siódmej klasy oraz lato przed siódmą i przed ósmą), więc pobyty dość mocno mi się zlewają i nie zdołam odpisać każdego dokładnie. Ogólne wrażenia na plus. Przede wszystkim po raz pierwszy znalazłam się w górach. Panowała pewna niezgoda co do tego, czy jesteśmy w Gorcach, czy w Pieninach, choć wygrywały w tym dyskursie Pieniny. W Wikipedii czytam: „[Grywałd] znajduje się na stokach Lubania w Gorcach”. Gwoli sprawiedliwości, podczas każdego letniego pobytu wspinaliśmy się na najwyższy szczyt Pienin – Trzy Korony. Dwóch silnych chłopaków niosło wielki kosz z prowiantem, inni dźwigali picie, a reszta szła sobie bez niczego, aż doszła.

Zima w Grywałdzie to zjazdy na sankach i nartosankach, wycieczki nyską, której przejazdy po górskich drogach nad przepaściami przyprawiały mnie o palpitacje serca, a także pierwsza podróż do Zakopanego, zakończona zresztą skandalem, bo najpierw grupa mnie zgubiła przed wejściem do kolejki na Gubałówkę (nie zdołałam się przepchnąć przez tłum), a potem wychowawczyni objechała mnie równo za to, że „się oddaliłam”.

Lato w Grywałdzie to jabłka w sadzie przy willi, w której mieszkaliśmy, koziołkowanie z górki, na której wznosił się ów sad, spływ Dunajcem na tratwach, a także doroczne mecze piłki nożnej z miejscową ludnością, złożoną głównie z Cyganów, których osada znajdowała się bliżej naszej willi niż główna część wsi. „Białych” chłopaków pamiętam tylko dwóch – Kazka i Staszka (któryś z nich był chyba synem właścicieli willi). Wysportowani Cyganie prawie nigdy nie dawali naszym chłopakom szans w tych meczach. Tylko raz, kiedy większość starszych chłopaków była poza wsią, po stronie miejscowych wystąpiły dzieciaki dużo młodsze od naszych i zebrały spore baty, co jednak skończyło się zemstą tych starszych w postaci kilkukrotnego wpuszczenia nam do okien gazu łzawiącego podczas ostatniej kolonijnej dyskoteki, która miała potrwać aż do rana, a skończyła się ewakuacją do łóżek około północy.

Jak na tamte czasy, w Grywałdzie panowały niezłe warunki. Mieszkało się w pokojach po 3­–4 osoby, no i mieliśmy normalną łazienkę – wprawdzie małą i tylko z jednym prysznicem, ale ponieważ liczba kolonistów była stosunkowo niewielka (mieścili się w jednym autokarze), każdy prędzej czy później mógł się dopchać. Zresztą nie trzeba się codziennie myć, prawda? W końcu były wakacje.

W następnym odcinku postaram się opisać obozy w Straduniu koło Trzcianki, które odbywały się w specyficznych warunkach, mianowicie w barakowozach. Miało to nawet swoją nazwę – obóz gwiaździsty. Miejsce było klimatyczne i czasy też (stan wojenny oraz Mundial 1982, na którym Polska zajęła trzecie miejsce). Napiszę też o Enerdówku i Chomiąży Szlacheckiej.

O właśnie, Chomiąża – tam to się działo! Wpadłam w złe towarzystwo i byłam z tego bardzo zadowolona 😉

Czechy, etap IV – Beskid Śląsko-Morawski

Miła właścicielka penzionu jechała akurat po dziecko do przedszkola, więc przy okazji odebrała nas z dworca, dzięki czemu nie musieliśmy się wlec na drugi koniec ulicy ciągnącej się przez cały Rożnów. Ulica nazywa się Nabřeži Dukelskich Hrdinu, a ponieważ podobną nazwę nosi wiele innych ulic i placów w Czechach, zadaliśmy sobie trud sprawdzenia, o co biega. Hrdina to po czesku bohater, a „bohater Dukli” to uczestnik (i najczęściej ofiara) strasznej jatki zwanej bitwą o przełęcz dukielską . Choć miasto Dukla leży w Polsce, a przełęcz na granicy Polski i Słowacji, bitwa ta jest u nas mało znana, bo nie brało w niej udziału polskie wojsko. Swego czasu nawet odwiedziłam Duklę przy okazji bytności na obozie w nieodległym Bieczu; ponieważ jednak nasza gromadka została tam zaciągnięta przez osobę będącą historykiem sztuki, zwiedzaliśmy głównie barokowe, a może rokokowe kościółki.

W piętrowym domku pani zakwaterowała nas na górze. Były tam trzy pokoje ze wspólną łazienką i kuchenką, ale ponieważ przez całą tę wyprawę mieliśmy szczęśliwą wyłączność na łazienki, tak było i tym razem. Wprawdzie kilka godzin później pani przysłałam nam esemesa, że kogoś zakwaterowała w sąsiednim pokoju, ale okazało się, że tamci zrezygnowali, bo za mało prywatności – dzięki czemu prywatność zapewnili nam ;). W porównaniu z warunkami z Ostrawy mieliśmy tam niebo – czajnik elektryczny, naczynia, lodówka, a nawet stolik, przy którym można było spożywać. W pokoju wykładzina, można siedzieć na podłodze; w szafie mnóstwo wieszaków. I łóżka złączone.

Pierwszego dnia oczywiście nie wybieramy się w góry, bo a) jest za późno, b) dają nam się we znaki zmęczenie wędrowaniem i niedospana noc. Zachwyceni tym, że wreszcie mamy ludzkie warunki i góry za oknem (przy czym to ostatnie zachwyca głównie mnie), długo celebrujemy odpoczynek, picie kawy i tym podobne przyjemności. W końcu jednak udajemy się do miasta w poszukiwaniu knajpy obiadowej, a po posiłku po raz pierwszy (acz – jak się ma okazać – nie ostatni) odwiedzamy największy skansen w Czechach – Muzeum Wsi Wołoskiej. Okazuje się, że skansen składa się z trzech części, do których kupuje się osobne bilety (tradycyjnie przegapiamy fakt, że można też kupić jeden bilet na wszystko). Decydujemy się na największą i – jak nam się słusznie zdaje – najatrakcyjniejszą część, jaką jest Wioska Wołoska (pozostałe to Drewniane Miasteczko i Młyńska Dolina). Faktycznie wioska jest fajna, ma dużo zwierząt gospodarskich, a w niektórych domach dyżurują przebrani w odzież „z epoki” pracownicy. Co jakiś czas spada rzęsisty deszcz, przed którym ukrywamy się w wołoskich domkach. W końcu jednak się wypogadza, więc po zwiedzaniu udajemy się na urokliwy (jak prawie wszystkie w Czechach) rynek, by rzucić nań okiem oraz dokonać zakupów. Po drodze mija nas turystyczna kolejka na kółkach – „Vlaček Rožnovaček”, na którą natkniemy się jeszcze parokrotnie.

Następny dzień to wyprawa na Radhošt/Radhoszcz (1129), górę słynącą z posągu boga Radhoszcza (Radegasta), do którego ponoć ciągną pielgrzymki z całych Czech. Dziwimy się, gdzie te pielgrzymki, bo do połowy trasy nie spotykamy nikogo. Wkrótce sprawa się wyjaśnia. Czesi nie są tak głupi, by chodzić po górach. Podchodzą do posągu z przełęczy Pustevny, a co ambitniejsi z przełęczy Pindula. My jednak robimy pełną trasę i jesteśmy bardzo zadowoleni, gdy docieramy do wieży telewizyjnej, obok której stoi drewniana kapliczka Cyryla i Metodego, a nieco dalej „pomnik” świętych. Po krótkim przejściu granią trafiamy do schroniska, gdzie dokonujemy ciekawego odkrycia – otóż w menu nie figurują brambory, tylko zemňaky. Podpytuję pana – wygląda na to, że zemňak to coś w rodzaju naszej pyry, czyli potoczna nazwa funkcjonująca w tych regionach. Później w internecie spotykam się także z nazwą zemaky.

W końcu docieramy do posągu Radhoszcza. Duży jest. W ulotce wyczytaliśmy, że trzeba mu coś zrobić, żeby spełniło się nasze życzenie, lecz nie rozumiemy co. Dopiero po powrocie z pomocą słownika wydedukujemy, że należało dotknąć klamry u jego pasa. Jak zauważycie na zdjęciu, klamra znajduje się dość wysoko, więc może to i lepiej, że się nie wspinałam.

Schodzimy na przełęcz Pustevny (w polskich opracowaniach figurującą jako Pustewne). Bajeczne miejsce. Kiedyś podobno mieszkali tu pustelnicy, tylko jakoś nie udało mi się wyczytać, czy jeden po drugim, czy kilku jednocześnie (no co się śmiejecie – po cholerę jednemu pustelnikowi tyle domków?). Aha, domki są z XIX w., a pustelnicy byli wcześniej. Pewnie zapisywali się w kolejkę, żeby zastąpić aktualnego, kiedy ten zemrze, bo miejsce jest naprawdę ładne. Handel w domkach i wokół nich kwitnie jak pod Gubałówką. Można kupić różne medoviny i słynny valašsky penicilin.

Autobusem wracamy do centrum Rożnowa, robimy zakupy i dopiero udajemy się na kwaterę, zauważając po drodze drogowskaz do miejscowego browaru i postanawiając następnego dnia się tam udać. Cały dzień zresztą zamierzamy poświęcić na eksplorację okolic Rożnowa, bo na wycieczkę górską nie mamy już sił. Oczywiście nie chodzi o to, że jakoś szczególnie zmęczyła nas wspinaczka na Radhoszcz. Po prostu jesteśmy w drodze już niemal dwa tygodnie i każdego dnia pokonywaliśmy, częstokroć w upale, spore odległości. Mimo że będzie to ostatni dzień naszej wyprawy i nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś zawitamy w te strony, nie jesteśmy w stanie wspiąć się na żadną z okolicznych gór – Smrk, Lysą Horę czy Tanečnicę.

Postanowienie nasze okazuje się trafne, gdyż poranek wita nas deszczem. Pogoda ostatniego dnia będzie zmienna – raz kropi, raz pada, a raz leje. No dobrze, czasem przestaje, ale na dłużej dopiero wieczorem. Uzbrojeni w peleryny udajemy się zatem do muzeum, by obejrzeć kolejny jego fragment – Drewniane Miasteczko. Ta część jest mniejsza i mniej zajmująca od poprzedniej, ale warto do niej zajrzeć choćby po to, by obejrzeć przeniesiony żywcem z miasteczka Vĕtřkovice drewniany kościółek i otaczające go groby, a także maleńki ratusz z pocztą i sklepikiem.

Następnie chcemy skosztować piwa z Rożnowskiego Piwowaru, ale przybrowarną knajpkę otwierają dopiero o trzynastej, a pani w „velkoobchodzie”, czyli hurtowni, jest rozrywana. Idziemy więc na ścieżkę edukacyjną przy Hradisku, które jest kawałeczkiem muru pozostałym ze średniowiecznego zamku. Ścieżka byłaby super, zwłaszcza że akurat na chwilę przestało padać, gdybyśmy się nie zgubili po dwóch tablicach. Lasek niczego sobie, z niepłochliwymi dzięciołami i jeszcze bardziej niepłochliwymi szerszeniami gnieżdżącymi się w dziupli drzewa, za które udałam się za potrzebą. Moja dotychczasowa znajomość tych owadów polegała na tym, że ktoś wrzeszczy „szerszenie!”, a wszyscy uciekają, zamykają okna i/lub walą na oślep gazetą. Pierwszy raz miałam okazję przyjrzeć im się z bliska – przyznaję zresztą, że nie byłam pewna, iż to szerszenie, póki nie porównałam ich ze zdjęciami w atlasie – i jestem oczarowana ich urodą, a zwłaszcza zgrabnymi żółtymi dupkami. Serio. Strasznie żałuję, że zamiast zrobić zdjęcia, udałam się za następne drzewo.

Zgubiwszy się, podjęliśmy złą, jak się później okazało, decyzję o powrocie. Niezależnie bowiem od tego, czy byliśmy na właściwej ścieżce, prawdopodobnie i tak doszlibyśmy do grodziska albo ewentualnie obeszlibyśmy lasek inną drogą i zobaczyli chociaż skocznie narciarskie. Znów jednak zaczęło padać, więc udaliśmy się na obiad, a następnie do otwartej już browarnej knajpy, gdzie P. napił się piwa Čert, a ja miodowego. Obojgu nam smakowało. P. chciał nawet kupić półtora litra w plastiku i zabrać do domu, ale zrezygnował, mając na uwadze pięć (a jak się miało okazać, nawet sześć) czekających nas przesiadek.

Po sesji zakupowej udajemy się na ostatni spacer. Chcemy wejść na wieżę widokową na pobliskim wzgórzu, ale ktoś postawił płot na szlaku. Życie spraw niedokończonych… Kończy się kawką na rynku, kupieniem biletu na podróż do polskiej granicy i powrotem do pensjonatu, gdzie celebrujemy ostatnie chwile spokoju przed długą drogą do domu.

Wstajemy o siódmej i wleczemy się na dworzec, gdzie odjeżdża osobówka do Valašskiego Meziřiči, czyli Międzyrzecza Wołoskiego (nazwanego tak z racji faktu, iż spotykają się tam dwie odnogi rzeki Bečvy). Tam przesiadamy się na ekspres jadący do Pragi, z którego wysiadamy w Českiej Třebovej. To jedyne miejsce, gdzie mamy dłuższy, niemal godzinny postój, więc za ostatnie korony kupujemy kawę i kanapki, które – jak się okazuje – uratują nas przed głodowaniem do wieczora. Następnie hardcorowa trzyminutowa przesiadka w Usti nad Orlici, gdzie pociąg omal nam nie ucieka, bo dopiero po chwili orientujemy się, że za budynkiem dworca są kolejne tory. Tam wsiadamy już w pociąg do Polski, ale za granicą trzeba złapać polskiego konduktora i kupić bilet. Kupujemy od razu do Poznania, choć czekają nas jeszcze dwie przesiadki. Krótko po kupnie biletu zaczynają się schody – pociąg staje, konduktor lata po przedziałach i ostrzega, by pod żadnym pozorem nie otwierać okien. Okazuje się, że drzewo spadło na trakcję. Po czterdziestominutowym postoju komunikuje nam dwie wiadomości, dobrą i złą. Dobra to ta, że można już otwierać okna. Zła – że pociąg zostanie wycofany do stacji Bystrzyca Kłodzka Przedmieście i stamtąd do Kłodzka zabierze nas autobus. Następuje dłuuugie cofanie na wstecznym, a potem ładowanie do jednego autobusu ludzi i bagaży (w tym czterech rowerów) z całego pociągu. Następnie ruszamy, by po jakimś czasie wygramolić się na stacji Kłodzko Główne, dokąd wkrótce przyjeżdża… pociąg z Międzylesia. W międzyczasie bowiem drzewo usunięto. Niestety jesteśmy spóźnieni o jakieś półtorej godziny i perspektywa obiadu we Wrocku mocno się oddaliła. Ba, oddala się nawet perspektywa zdążenia na następny pociąg, ale nasz regio chyżo pomyka i ostatecznie przyjeżdżamy na stację z ośmiominutowym zapasem. Szybciutka przesiadka i siedzimy już w regio do Poznania, tak zadowoleni, jak tylko może być człowiek bardzo zmęczony.

Cóż – potwierdza się moja dewiza, że podróże trwają tak długo dlatego, żeby człowiek zamiast żałować, że wakacje się skończyły, cieszył się, iż może się wykąpać i odpocząć we własnym łóżku. Tak też było po naszej wyprawie, której jednak nie uważamy za zakończoną, gdyż planujemy znów udać się do Czech, by zwiedzić kolejne miejsca, a może i zajrzeć do tych już znajomych. Ale to najwcześniej w przyszłym roku. Na razie zakupiłam samouczek czeskiego i uczę się wytrwale.

Czechy, etap III – Ostrawa i Opawa

P. chciał się przejechać superszybkim pendolino, więc wykupiliśmy miejscówki i po godzinie jazdy byliśmy już w Ostrawie. Wrażenia z pociągu niczego sobie – wygodne siedzenia, klima (ale to ostatnie mają prawie wszystkie czeskie pociągi, nawet podmiejskie), gazetka i pół litra wody gazowanej lub niegazowanej na łebka wliczone w cenę. Niestety za późno się zorientowaliśmy, że ta woda była bez dopłaty ;). Ale gazetkę wzięliśmy.

Ostrawa przywitała nas upałem i rozkopami, a dalej było jeszcze lepiej. Nasze podejrzane lokum miało się znajdować w strategicznie położonym niedaleko dworca i centrum miejscu. Sprawdziło się  głównie to, że niedaleko dworca. Wejście w równoległą do torów uliczkę Cihelni potwierdziło jej osobliwy charakter. Po pierwsze uliczka była zrujnowana i wymarła, jeśli nie liczyć dwóch czteropiętrowych bloków (z czego jeden nosił zaszczytne miano „ubytovna”) zamieszkałych przez Romów. Po drugie, romskie dzieci mogły spokojnie grać w piłkę na ulicy, gdyż łączący ją z resztą świata most był w remoncie. Naszą noclegownię znaleźliśmy na samym końcu ulicy. Był to blok bodaj trzykondygnacyjny, dwuklatkowy, w takim samym stanie jak pozostałe. Strzegły go dwa ładne, lecz groźne (sądząc z ochrypłego szczekania) pieski, na szczęście zamknięte w zagrodzie. Na recepcji kartka, żeby dzwonić pod numer telefonu, ale wypróbowujemy najpierw dzwonek i po dłuższym czasie pojawia się pan, który kasuje od nas za noclegi oraz pobiera 200 koron kaucji za klucz. Pokój znajduje się w trzypokojowym segmencie ze wspólną łazienką i kibelkiem, który się nie zamyka. Odrobinę papieru toaletowego wetknięto za rurę, bo lepszego miejsca do umieszczenia go próżno tam szukać. Spłuczka i zbiornik poklejone taśmami. O czymś takim jak kuchnia raczej tu nie słyszano. W szafie za to wisi aż jeden wieszak. Ogólne wrażenie zatem średnie, bo choć pokój wygląda w miarę dobrze, a w łazience jest ciepła woda i haczyki na ręcznik/ciuchy, to jednak odnosimy wrażenie, że jest tu jakoś „ble”. Z czasem nasze odczucia staną się nieco bardziej pozytywne, bo po pierwsze – sąsiednie pokoje okażą się i pozostaną puste, po drugie zaś rankiem pojawi się pani sprzątaczka, która oporządzi łazienkę i korytarz oraz wyrzuci śmieci. Karalucha na szczęście spotkamy dopiero w dniu wyjazdu.

Most w remoncie, więc droga do centrum znacząco się wydłuża. Obserwujemy wprawdzie takich, którzy wdrapują się na nasyp i przebiegają przez jezdnię (jedna nitka wciąż działa, druga jest w trakcie asfaltowania), ale jako turyści wolimy zrobić grzeczny obchód. Nie mając jeszcze dostatecznego rozeznania w nazwach ulic i odległościach, pierwszego dnia przemierzamy mnóstwo kilometrów pieszo. Główny plac Ostrawy – Masarykovo Namesti – nie poraża. Jest za duży, a stojący przy nim dawny ratusz, obecnie mieszczący muzeum, zbyt filigranowy, choć nie można powiedzieć, że brzydki. Przyjemniejsze wrażenia czekają za mostem przez Odrę, w tzw. Ostrawie Śląskiej: obok innego, trochę większego dawnego ratusza (w Ostrawie jest ich kilka, gdyż miasto powstało z połączenia garstki mniejszych miast) znajdujemy drogowskaz do Zamku Śląskoostrawskiego, który okazuje się skromny, ale sympatyczny, a na dodatek założony przez Piastów. Zwiedzamy ekspozycję i odpoczywamy przy ratlerkach™ (to nasza pieszczotliwa nazwa dla doskonale gaszących pragnienie piw typu Radler) przed dłuuugą drogą powrotną na ulicę Cihelni. Po drodze jeszcze zakupy w Alberciku (wiemy, że gdzieś w pobliżu jest Penny Market, bo widzieliśmy ludzi z siatkami, ale wyczaimy go dopiero następnego dnia) i obładowani gnamy do domu, by zdążyć przed deszczem, który tylko lekko nas głaszcze.

„Dom” już zaczęliśmy oswajać. Grzałka i kubki wyjęte, psy polubione, budynek niemal pusty (nie licząc grupy Polaków, którzy przyjechali trzema samochodami, ale nocują w sąsiedniej klatce), więc czujemy się jak gospodarze. A, no i mamy papier toaletowy zakupiony w Albercie, choć nadal nie znajdujemy w ubikacji miejsca, na którym można by go umieścić, więc każdorazowo udajemy się tam z zapasem w kieszeni.

Rano Polacy z trzech samochodów  opuszczają dom, ze śmiechem i hukiem wyrzucając do kubła worki ze śmieciami. Dopiero później przeczytam w regulaminie, że „przed opuszczeniem noclegowni należy posprzątać pokój i wyrzucić śmieci”. My zaś udajemy się via browar Ostrovar do Witkowic (Vitkovic), reklamowanych jako dzielnica XIX-wiecznych przemysłowców. P. wziął z informacji turystycznej ulotkę opisującą i pokazującą na mapie godne zwiedzenia miejsca.

Zaraz po przejściu ul. Tomkovą pod wiaduktem znajdujemy się przy Hornopolni, gdzie w pawilonach przypominających nasze osiedlowe widzimy bar, a przy nim potykacz głoszący, że dziś na „dopoledni menu” jest houskovy knedlik z gulaszem za jedyne sześćdziesiąt dziewięć koron (11 zł.) – czyli to, co uważam za kwintesencję czeskiego jadła, a czego najwyraźniej sami Czesi nie doceniają. Niestety pora jest wczesna, więc tylko wzdychamy i idziemy dalej. Po drodze udaje nam się kupić bilety 24-godzinne w biletomacie, co wcale nie jest takie łatwe, bo moneta musi być włożona konkretną stroną, a nie byle jak. Później się okaże, że w czasie wakacji oraz w weekendy z jednego takiego biletu może korzystać cała rodzina – do dwóch osób dorosłych i trojga dzieci – ale na biletomacie takiej informacji nie ma, więc przepłacamy. W browarze mówią, że na zwiedzanie trzeba się, bohužel, zapisać z miesięcznym wyprzedzeniem. Znowu wzdychamy. Z mapy wynika, że do Witkowic dojedziemy, wsiadając w autobus i obok dworca autobusowego przesiadając się na tramwaj – a to się dobrze składa, bo i tak musimy obadać, jak dotrzeć do dworca, a co trudniejsze – jak dotrzeć z niego do Rožnova pod Radhoštem, który będzie naszym następnym i ostatnim celem podróży.

Wszystkiego się dowiadujemy, po czym z Namesti Republiky jedziemy tramwajem na stare Witkowice, mijając po drodze przystanek „Wysokie Piece” z ogromnym kompleksem hutniczym, który tak mi się podoba, że w drodze powrotnej wysiądziemy tam, by porobić zdjęcia. Następny przystanek to już mieszkalna część Witkowic. Spacerujemy z mapką obiektów, odhaczając Český dům, dawną szkołę dla dziewcząt, a drugą dla chłopców, przede wszystkim zaś podziwiając witkowicki ratusz, który stanie się moim ulubionym ratuszem Ostrawy, oraz dom przemysłowców Rotschildów. Na Mirovym Namesti zjadamy smaczny obiad i wypijamy równie smaczną kawę w restauracji Veronika – przy czym podkreślić należy, że był to jedyny przypadek, kiedy zupę z „dopoledniego menu” podano nam nie w maleńkich miseczkach, lecz w porządnej wazie z dużą jej ilością. Zupa z nazwy ziemniaczana, ale w smaku kwaskowa jak żurek. W każdym razie smaczna. Przy okazji dowiaduję się, że hermelin to ser, w dodatku bardzo dobry. Coś jak camembert, a może to nawet jest camembert, tylko z inną nazwą. Zjadam taki zapiekany hermelin z bramborami i sałatką i jest mi dobrze. Mirovo Namesti w Witkowicach mogę więc z czystym sumieniem polecić – nie dość, że można na nim podziwiać śliczny ratusz i sympatyczny kościół św. Pawła, to jeszcze i najeść się do syta.

Następnie wracamy do centrum i odwiedzamy nowoczesny, kompletnie odjechany ratusz, ponoć najwyższy w Czechach. Wjeżdżamy na wieżę, by podziwiać widoki i zrobić kilka fotek, po czym udajemy się do dzielnicy Pietrzkowice (Petřkovice), by odwiedzić muzeum górnictwa. Spóźniamy się na ostatnie wejście – które, jak się okazuje, jest o 16.00, lecz trzeba kupić bilet dziesięć minut wcześniej – właśnie o te dziesięć minut, co boli tym bardziej, że mniej więcej tyle straciliśmy na błądzenie przy przesiadce. Na szczęście obok jest ścieżka edukacyjna na wzgórzu Landek, więc robimy sobie mniej więcej godzinny spacer z zaliczeniem wieży widokowej i wyprawa nie idzie na marne. Landek ma 280 m. wysokości n.p.m., czyli tylko o 4 m. mniej niż najwyższe wzgórze Wielkopolski – Kobyla Góra. A przecież leży w obrębie dużego miasta.

W drodze powrotnej zakupy w odnalezionym już Penny Markecie. Niestety nie ma moich ulubionych jogurtów borůvkovych, więc muszę się zadowolić innymi smakami, np. lískooříškovym.

Choć tego dnia sporo przemieszczaliśmy się tramwajami, autobusami, a nawet trolejbusem, także wiele kilometrów pokonaliśmy pieszo. Plan na następny dzień – ostatni w Ostrawie – również jest napięty. Ponieważ o 11.45 kończy nam się ważność dobowych biletów, planujemy rano jechać do dzielnicy Poruba, by rzucić okiem na przykłady użytkowego budownictwa socrealistycznego, w szczególności zaś na zajmujący całą uliczkę Dom-Łuk. Stamtąd via stacja Ostrava Svinov, bo bliżej, pragniemy się udać do pobliskiej Opawy, leżącej już niemal na polskiej granicy i znanej mi choćby z produkcji ciastek Disko.

Plan wypala – już około 10.30 jesteśmy w Porubie i fotografujemy (a także filmujemy, bo tylko dzięki temu możemy ukazać jego całokształt) Dom-Łuk. Wycieczka po dzielnicy króciutka, ale budynki i zdobienia na nich całkiem przypadają nam do gustu. Może i socjalistyczne, lecz zarazem ciekawe i nie na jedno kopyto.

Po przybyciu na dworzec Svinov, oszklony i wyglądający trochę jak miniatura Dworca Głównego w Berlinie, rzucamy okiem na tablicę i widząc, że pociąg do Opawy odjeżdża za osiem minut, pospiesznie kupujemy bilety, lecimy na peron i wsiadamy w „City Elefanta”. Opawa to niewielkie, liczące ok. 60 tys. mieszkańców miasto, którego najciekawszą część stanowi starówka złożona (podobnie jak w wielu czeskich miastach) z dwóch rynków – Górnego i Dolnego. Na Dolnym stoi ładny biały ratusz, a w pobliżu kościół Wniebowzięcia NMP i Teatr Śląski. Z kolei najciekawszym punktem Dolnego Namesti jest kościół św. Wojciecha. Spoza rynków warto obejrzeć (bo do środka nie weszliśmy) muzeum – nie wiem jakie, ale znając życie, to pewnie Muzeum Śląskie, bo w Opawie ten przymiotnik charakteryzuje prawie wszystko.

No jasne, gapa ze mnie – przecież nad wejściem stoi jak byk: „Slezské zemské muzeum”.

Obiad zjadamy w restauracji na Rybim Trhu w sąsiedztwie cerkwi. Oglądamy jeszcze z zewnątrz stadionik hokejowy, który wygląda jak poznańska Bogdanka przed remontem, po czym, uznając, że „to by było na tyle”, wracamy na dworzec i do Ostrawy. Tym razem wysiadamy na głównym i kierujemy swe kroki na Namesti Svatopluka Čecha, by zajrzeć do kościoła Niepokalanego Poczęcia NMP. Przy okazji odkrywamy ładny budynek, który okazuje się siedzibą archiwum miejskiego.

Można by sądzić, że po tak napakowanym atrakcjami dniu będziemy do następnego ranka leżeć do góry brzuchem, ale nie – po zakupach istotnie odpoczywamy w pokoju godzinkę, może dwie, jedząc, a zwłaszcza pijąc, ale także planując ostatni wieczorny spacer po Ostrawie. Następnego ranka wyjeżdżamy wszak w Beskid Śląsko-Morawski, więc trzeba wycisnąć z miasta ostatnie soki, bo kto wie, czy i kiedy znów tu będziemy. Wieczorna wycieczka okazuje się jednak średnio udana, bo nie udaje nam się znaleźć tablicy pamiątkowej poświęconej wymordowanym Żydom w Sadzie (czyli Parku) Milady Horakovej (znajdziemy ją potem w internecie), a domniemana filharmonia im. Janačka okazuje się domem kultury. Dopiero w Poznaniu wyczytam, że istotnie filharmonicy koncertują w tym domu. W nocy pieski długo nie dają spać. Ktoś się kręci wokół budynku i nawet jestem trochę przestraszona, ale to chyba jacyś goście mieszkający w sąsiednim wejściu.

Rankiem, acz niezbyt wczesnym, pakujemy się, sprzątamy, jako grzeczni turyści wyrzucamy śmieci, odbieramy kaucję za klucz (pan nawet jest w domu – niespodzianka, bo myśleliśmy, że przyjdzie nam wrzucić je do skrzynki z napisem „kliče”, a nasze 200 koron diabli wezmą), żegnamy pieski i z całym dobytkiem wleczemy się na przystanek przy ul. Hornopolni, a stamtąd na dworzec UAN. Na autobus nie musimy długo czekać, a co najważniejsze – Rožnov jest jego ostatnim przystankiem, dzięki czemu nie musimy wciąż neurotycznie czuwać, by wysiąść we właściwym miejscu.

Czechy, etap II – Ołomuniec

Ponieważ w Czechach za przejazd pociągiem płaci się tyle samo niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z osobowym, ekspresem czy którymkolwiek stadium pośrednim (wyjątkiem SuperCity Pendolino, w którym trzeba wykupić miejscówkę, aczkolwiek nie jest ona przesadnie droga), po prostu „wsiada się do pociągu byle jakiego”, czyli najbliższego, który zdąża w pożądanym przez nas kierunku. My załapaliśmy się akurat na ekspres, co dało nam podwójną korzyść w postaci szybkiej jazdy i klimatyzacji. Półtorej godziny później wysiedliśmy w Ołomuńcu i dalejże szukać naszego „penzionu”. Pierwszym ku temu krokiem był zakup planu miasta. Wiedzieliśmy, że pensjonat mieści się dość daleko od centrum, ba! – mieliśmy nawet spisane numery autobusów, którymi można tam dojechać, oczywiście z uwzględnieniem kierunku i nazwy naszego przystanku. W końcu od czego ma się internet! W odróżnieniu od peregrynacji pardubickich znaleźliśmy pensjonat bez problemu – po prostu opuściwszy autobus, ruszyliśmy we właściwym kierunku i wyszliśmy prosto na ruiny fabryki, słusznie uznając, że mamy przed sobą cukrownię, która użyczyła nazwy naszej ulicy – „U cukrovaru”. Zaraz też dostrzegłam budynek znany mi ze zdjęcia, a jakby tego było mało, oczom moim ukazał się szyld: „Penzion Janza”.

Zadzwoniliśmy dzwoneczkiem i pojawiła się pani, która po spisaniu naszych personaliów dała kluczyk do pokoiku na parterze. Pokoik niczego sobie – warto odnotować, że miał swoją łazienkę oraz że jedyny raz podczas tej wyprawy trafiło nam się łoże małżeńskie, to znaczy dwa złączone łóżka; ponadto, również jedyny raz, mieliśmy wifi oraz telewizor. Nie jestem przesadną fanką oglądania telewizji podczas wakacji, ale za granicą ma to swoje walory, bo można się trochę podszkolić z języka i wiedzy o kraju. Na topie była akurat historia małej Michalki, której porywaczy oraz jej samej policja szukała m.in. w Polsce. Już po powrocie do kraju dowiedzieliśmy się, że dziecko odnaleziono w Niemczech i to nawet żywe. Sporo mówiono też o Wimbledonie i walce Agnieszki Radwańskiej z Sereną „Williamsovą”.

Jak na nasze najdroższe miejsce noclegowe w Czechach (acz nieprzesadnie drogie, bo w przeliczeniu 42 zł od osoby za noc, czyli mniej, niż zapłaciliśmy za nieszczęsny nocleg w Kłodzku), pensjonat miał jednak pewne wady. Po pierwsze, żaden był z niego pensjonat. Większość mieszkańców wyglądała raczej na robotników niż turystów, a jako że trafiliśmy tam akurat w święto, po którym następował weekend, do późnych godzin nocnych popijali piwko i gadali pod oknem. Po drugie, nie mieliśmy dostępu do lodówki, co przy koszmarnym upale oznacza, że wszystko, czego nie skonsumowało się od razu, trzeba wyrzucić. Pani chyba chciała dobrze, umieszczając nas w pokoju oddzielnym, a nie, jak większość, umieszczonym w dwupokojowym segmencie ze wspólną łazienką. Tyle że te segmenty lodówki miały. Na piętrze znajdowała się kuchnia, w której poza czajnikiem na łańcuchu nie było nic. To znaczy nic prócz syfu. Oczywiście mieliśmy swoje kubki i sztućce, więc czajnik oraz gąbka i płyn do mycia naczyń w pełni nas usatysfakcjonowały, zwłaszcza w porównaniu z tym, co mieliśmy zastać w Ostrawie.

Ale dość utyskiwania na pensjonat. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się do centrum. W Ołomuńcu biletomaty znajdują się na większości przystanków MHD (czyli ichniego MPK); niestety nasze schronisko mieściło się w dzielnicy Holice, która do 1974 roku była wsią, co przejawia się m.in. w nazwie głównego placu „Navés Svobody”. „Navés” to to samo, co „Namesti”, tylko na wsi ;). Jizdenky musieliśmy więc nabyć u kierowcy (bo jakoś wcześniej nie przyszło nam do głowy, żeby się zaopatrzyć w większą ich liczbę), tym samym przepłacając. No ale jedziemy. Dojeżdżamy do dworca i stamtąd pieszo ku starówce. Gorąco i daleko. Święto, większość sklepów zamknięta na głucho. W końcu znajdujemy okienko z napojami, ale nie mają dużych radlerów w plastikach, więc poprzestajemy na dwóch puszkach. Obejrzawszy m.in. katedrę św. Wacława, kościół Matki Boskiej Śnieżnej, kaplicę błogosławionego Jana Sarkandera i kościoły św. Michała oraz Maurycego docieramy do rynku głównego, zwanego Velke Namesti. W odróżnieniu od wcześniejszych miast, na rynku nie ma samochodów, za to szpecą go toporne czerwone ławki á la komuna. Na szczęście nie są w stanie mocno zaszkodzić, bo urodę Velkich Namesti widać gołym okiem. Mimo odmiennego ratusza mają wiele punktów wspólnych z poznańskim Starym Rynkiem: po pierwsze, ratusz przy całej swej odmienności jest równie urokliwy, po drugie, w samo południe wyskakują z niego „pamperki” (u nas koziołki, a u nich kogut, faceci wybijający młotkiem godzinę, a potem postacie chodzące w kółko w dwóch okienkach poniżej), po trzecie, ma kilka fontann. Podobieństwo Ołomuńca do Poznania widoczne jest także poza rynkiem – dużo kloszardów, rozkopy, nad wejściem na dworzec „gapa” przypominająca tę na naszym Zachodnim. W odróżnieniu jednak od Ołomuńca Poznań nie może się poszczycić monumentalną kolumną Trójcy Świętej, wpisaną na listę zabytków UNESCO.

Male Namesti możemy jedynie odhaczyć w notatniku, bo zobaczyć nic się na nich nie da. Ba, nie da się nawet wejść, gdyż całe są rozkopane i pogrodzone. Wpadamy na obiad do pobliskiej restauracji „U andela”, po czym kupujemy pojedyncze bilety na dziś (mają tę zaletę, że są „przesiadkowe” i ważne przez 60 minut, acz tylko w dni wolne, bo w powszednie 40) oraz całodobowe na jutro i wsiadamy w tramwaj, który dowozi nas do dworca. Tam szybciutko odwiedzamy sklep, w którym zaopatrujemy się w radlery, po czym autobusem wracamy do „penzionu”. Przed nami jeszcze cały kolejny dzień pobytu w Ołomuńcu, więc nie ma sensu się forsować.

Wieczorem kręcimy się trochę po Holicach, trafiając – o dziwo – na czynny sklep. W tym sklepie małe „zonk”, bo nie potrafimy pani wytłumaczyć, że chcemy wodę gazowaną. „CO2” nie działa. Próbujemy z chorwacka: „gazirana”. Też bez skutku. Okazuje się, że po czesku gazowana to „perliva” albo „sycena”…

Sobota. Po nocnej burzy upał zelżał do jakichś trzydziestu stopni. Zaopatrzeni w dobowe bilety, jedziemy z przesiadką niemal na sam rynek, by obejrzeć ruchome figurki na zegarze. Przy zegarze cotygodniowy jarmark z serami i gadżetami dla turystów. Nabywamy tradycyjny serek z pobliskiej wioski Brničko. Słynne twarożki ołomunieckie można kupić z automatu w centrum informacyjnym, ale jakoś nie mamy poczucia, że taki serek z automatu rzuci nas na kolana. Kupuję natomiast bilet na wieżę, by stamtąd obfotografować starówkę. Wreszcie porządne zakupy – polska kawa, parę chińskich zupek, chleb, mleko, „pomazanka”, czyli pasta do smarowania chleba. Następnie spacerujemy wzdłuż murów miejskich, by ostatecznie, nie mając pomysłu ni sił na dalsze zwiedzanie, skorzystać z faktu posiadania 24-godzinnych biletów i wsiąść do tramwaju jadącego w kierunku przeciwnym do naszej kwatery, by z jego okien pokontemplować miasto. Holice to południowy wschód, a my jedziemy na zachód, do pętli „Krematorium”. Po dojechaniu zwiedzamy przyjemny cmentarzyk z kilkoma kaplicami i synagogą. Tytułowe krematorium jest bardzo nowoczesne i w niczym nie przypomina orientalnej budowli z Pardubic.

Dzień kończymy wieczornym spacerem po Holicach, po czym udajemy się na spoczynek, by następnego ranka wyruszyć w kolejną podróż. Tym razem do Ostrawy, gdzie zarezerwowaliśmy trzy noclegi w miejscu, którego opis i wizerunek w internecie wydaje nam sie cokolwiek podejrzany.

Czechy, etap I – Pardubice, Hradec Kralove

Przyszła pora na Telesfora… to znaczy na pierwszy odcinek relacji z podróży po północno-wschodnich Czechach i północnych Morawach. Wybór obszaru eksploracji okazał się bardzo wdzięczny, gdyż wszystkie odwiedzone przez nas miejsca znajdują się daleko od Niemiec i Austrii, co oznacza niższe ceny i niewielką liczbę turystów. A nie od dziś wiadomo, że turysta niczego nie unika bardziej niż innych turystów. Najbardziej wprawdzie nie lubimy spotykać za granicą swoich rodaków, ale choć przez większość czasu nie oddalaliśmy się zbytnio od polskiej granicy, Polaków spotkaliśmy znacznie mniej, niż moglibyśmy spotkać choćby w Wielkiej Brytanii czy Irlandii.

Z premedytacją odpuściliśmy sobie podróż do Pragi, jako że oboje bywaliśmy już w tym skądinąd pięknym, ale też zatłoczonym mieście. Cały pomysł podróży wziął się zresztą z tego, że P. bardzo chciał odwiedzić Ostrawę, gdyż słyszał, że jest nieciekawa, nieturystyczna i podobna do Bydgoszczy, w której spędził dwanaście lat życia. Od siebie dodam, że Bydgoszcz ma parę urokliwych miejsc i w ogóle budzi mój sentyment, ale nie miałam najmniejszego zamiaru jechać tylko do Ostrawy i z powrotem, zwłaszcza że z Poznania bliżej jest w inne partie Czech. Postanowiliśmy rozpocząć od Pardubic, do których z Kłodzka kursują dwa pociągi dziennie. Aby zdążyć na pierwszy, musielibyśmy wstać o dzikim świcie, co kłóciło się z naszymi tegorocznymi planami, w myśl których wakacje oznaczają wypoczynek, a nie zarwane nocki i stres. Znowuż jadąc drugim, wylądowalibyśmy w Pardubicach późnym wieczorem, co wobec nieznajomości miasta i świadomości, że do zaklepanej noclegowni jest z dworca dość daleko, też nie wydawało się dobrym pomysłem. Postanowiliśmy więc wybrać opcję trzecią – zanocować w Kłodzku i przy okazji je zwiedzić, a następnego dnia wyruszyć wcześniejszym pociągiem.

Z perspektywy czasu pomysł okazał się dobry jedynie o tyle, że faktycznie udało nam się trochę pochodzić po Kłodzku, które dotąd zwiedzaliśmy jedynie z bagażami na plecach w przerwach między pociągami. Znaliśmy więc most i rynek, ale nie tak dobrze jak dworzec Kłodzko Miasto, na którym spędziliśmy wiele długich chwil. Tym razem miało być podobnie.

Po pierwsze, pensjonat, w którym zarezerwowaliśmy nocleg – choć nazwa „pensjonat” jest tu użyta nieco na wyrost – mieścił się dokładnie naprzeciwko dworca. Z okna łazienki widać było napis „Kłodzko Miasto” na peronie, a w sypialni co rusz rozbrzmiewał dziki pisk hamującego pociągu. Myślałam, że okaże się to problemem, ale nie – problemem była drąca się do późnej nocy ekipa, która popijała piwko przy stolikach pod naszym oknem, a także brak ciepłej wody. W boilerze wprawdzie płonął jakiś mały ogieniek, który jednak zdawał się nie wpływać pozytywnie na temperaturę wody, a jako że na przyklejonej doń kartce wystosowano stanowczy zakaz uruchamiania pod groźbą kary pieniężnej, a pora była zbyt późna, by odwiedzać mieszkającą w sąsiednim wejściu właścicielkę, budząc jej dzieci i psy, umyliśmy się w zimnej. Jak przygoda, to przygoda. Poza tym uznałam, że po takiej zaprawie może być już tylko lepiej. I w pewnym sensie miałam rację.

Ale zanim ruszyliśmy dalej, rzeczywiście udało nam się zwiedzić twierdzę (bez części podziemnej), a także kościół joannitów, do którego naprawdę warto zajrzeć. Cały dzień, właściwie już od nocy, po Kotlinie Kłodzkiej błąkała się burza. Namieszała też w rozkładzie jazdy – pociąg z Pardubic, który po zawróceniu na Kłodzku Głównym miał odjechać z powrotem, spóźnił się o 70 minut, wskutek czego kwitliśmy na stacji ponad godzinę, z tęsknotą wpatrując się w okna opuszczonej przedwcześnie kwatery (mimo wszystko przytulnej w porównaniu ze smaganym wiatrem peronem, bo mającej i telewizor, i czajnik, i całkiem wygodne wyrka). W końcu doczekaliśmy się przyjazdu pociągu w tę, a następnie z powrotem. W porównaniu z towarzyszami z przedziału, udającymi się do Hradca Kralove na festiwal Rock for People, byliśmy w dobrej sytuacji, bo po pierwsze jechaliśmy tylko do Pardubic (oni musieli się przesiąść), a po drugie mieliśmy zaklepany dach nad głową, a ich czekały noce na grząskim polu namiotowym. Później dowiedzieliśmy się, że w ostatnim dniu imprezy przerwano koncerty z powodu nawałnicy, a będące jej główną gwiazdą Faith No More (które notabene dwa dni wcześniej zagrało w Poznaniu) w ogóle nie wystąpiło, gdyż zamókł mu sprzęt.

Nocleg był zaklepany mejlowo, ale pewne obawy się tliły, bo żadna z rezerwowanych przez nas noclegowni nie prosiła o zaliczki. Gdzieś z tyłu mojej głowy kołatała się myśl, że po dotarciu na miejsce dowiemy się, iż nasza rezerwacja zniknęła, a w schronisku nie ma wolnych miejsc. Na szczęście było odwrotnie – wojskowa noclegownia przy ulicy Tepleho świeciła pustkami, a stojące przy wejściu na pogaduszkach panie już z daleka pytały, czy my to my. Żebyście jednak nie sądzili, że wszystko poszło jak z płatka, warto wspomnieć o specyficznym sposobie numeracji domów w Czechach, niemającym kompletnie nic wspólnego z ich kolejnością na ulicy. Są to na ogół numery dość kosmiczne, idące w tysiące. Na niektórych ulicach zdarzało nam się widzieć numerację podwójną, przy czym ta druga była w miarę normalna. Niestety na ul. Tepleho takiego luksusu nie uświadczyliśmy. Szczęście, że na stronie internetowej było zdjęcie schroniska, a ja zapisałam sobie na kartce: „czteropiętrowy biały budynek”. To nieco zawęziło obszar poszukiwań. Gorzej, że na boku budynku widniał numer 1899, podczas gdy my szukaliśmy 2796.

Tak czy owak – udało się. Otrzymaliśmy pokój ładny, przestronny. Dużo miejsca na graty, w szafie wieszaki. W łączniku łazienka oraz lodówka (!), de facto dla nas, bo drugi pokój stał  pusty. Na piętrze kuchnia ze wszystkim, co potrzebne (może z wyjątkiem odpowiednio dużych kubków). Chińskie zupki poszły w ruch. Potem kąpiel i nawet szalejąca w nocy burza nie zakłóciła nam snu – a przynajmniej nie tak, jak krzykacze w Kłodzku.

Rano wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. P. twierdził, że jest gorąco, ale się mylił – gorąco to dopiero miało być. Pierwszego dnia było po prostu przyjemnie ciepło. Kazałam mu się cieszyć, że mieszkamy przy ulicy Tepleho, a nie Gorkeho („horky” to po czesku gorący). Patron naszej ulicy, Jakub Teply, był rzeźbiarzem, autorem m.in. płaskorzeźby na rynku przedstawiającej Jonasza połykanego przez rybę. Ulica Gorkeho, czyli chyba Maksyma Gorkiego, biegła równolegle. My tymczasem ulicami Palacha/17 listopada/Hradecką dotarliśmy na brzeg Łaby. Zapraszam do Pardubic wszystkich, którzy twierdzą, że Poznań odwrócił się od rzeki: u nas przynajmniej ławki stoją przodem do Warty, a tam jedyna, którą znaleźliśmy, ustawiona była do Łaby tyłem. Stamtąd udaliśmy się na zamek, mijając po drodze miliony kortów tenisowych, na których zapamiętale grali młodsi (czasem bardzo młodzi) i starsi. Rozumiemy już, dlaczego Czesi mają tylu dobrych tenisistów i dlaczego Łukasz Kubot trenuje w tym kraju.

Zamek Pernsztejnów, choć ma tę wadę, że nie jest położony na wzgórzu i nic z niego nie widać, a co więcej, nie widać także jego, póki się nie podejdzie naprawdę blisko – jest urokliwy i może się poszczycić stadkiem uroczych pawi, z czego przynajmniej dwoma białymi. Bezpośrednio z zamku przechodzi się na równie ładną starówkę, której centralnym punktem są Pernštynske Namesti z przepięknym ratuszem i płaskorzeźbami na kamienicach. Drażni jedynie fakt, że na części placu urządzono parking, co zresztą okazuje się w Czechach stałą praktyką. W Hradcu będzie jeszcze gorzej.

Warto za drobną opłatą wspiąć się na położoną obok rynku Zieloną Bramę, by obfotografować z niej miasto. Umożliwia fajny widok i na rynek, i na Łabę, i na kościół św. Bartłomieja oraz Namesti Republiki z „divadlem” (teatrem). Ogólnie pardubicka starówka ujęła mnie swoim urokiem, kameralnością, brakiem większej liczby turystów. Również dzielnica Dukla, w której mieszkaliśmy (i w której znajduje się tor do wyścigów konnych, gdzie rozgrywana jest słynna gonitwa Wielka Pardubicka), wywarła pozytywne wrażenie. Po dwóch dniach czuliśmy się tam niemal jak w domu – a że czasem zdarzyło nam się przeoczyć naszą ulicę i dojść gdzieś w kosmos, to już inna sprawa.

Obok znajduje się dzielnica Na Skřivanku, której nazwa zainspirowała nas do pewnych poszukiwań. Postanowiliśmy mianowicie prześledzić, co ma z nią wspólnego znane i u nas biuro tłumaczeń. Prawda okazała się banalna – Skřivanek, czyli Skowronek, to dość popularne czeskie nazwisko. Nosi je także założyciel biura, który jest prażaninem i prawdopodobnie nic go nie łączy z pardubicką dzielnicą. A dlaczego dzielnica nazywa się „Na Skowronku”, to już jej słodka tajemnica.

W sympatycznej noclegowni (wojskowej dziś chyba tylko z nazwy) spędziliśmy trzy noce, ale drugi dzień naszego pobytu przeznaczony był głównie na wycieczkę do oddalonego o jakieś 30 km Hradca Kralove. Tego dnia panował PRAWDZIWY upał – trudno powiedzieć, ile było stopni, bo w Czechach rzadko wyświetla się temperaturę w miejscach publicznych, ale już po powrocie do Pardubic, gdy zegar wskazywał 19.50 i było przyjemnie chłodno, natknęliśmy się na taki wyświetlacz przy stacji benzynowej. Pokazywał 33 stopnie, więc nawet nie chcę wiedzieć, ile było w południe. To i fakt, że w dworcowym kiosku nie mieli mapy Hradca, w pewien sposób rzutowało na nasze wrażenia z miasta. Staraliśmy się jednak w miarę ogarnąć starówkę i nawet zrobiliśmy trochę zdjęć, choć słońce tak paliło, że właściwie nie widziałam, co fotografuję.

Pierwszą okazją do wyjęcia aparatu z futerału było dotarcie na Masarykovo Namesti. Nazwę tę nosi wiele placów w czeskich miastach – zwłaszcza na wschodzie kraju. Pochodzący z Moraw Tomáš Garrigue Masaryk (dochodzenie wykazało, że „Garrigue” to nie jego drugie imię, lecz dodatkowe nazwisko przyjęte po amerykańskiej żonie) był bowiem pierwszym prezydentem niepodległej Czechosłowacji.

Po krótkim błądzeniu dotarliśmy w końcu na starówkę skupioną wokół dwóch placów – główny to Velke Namesti, a pomniejszy, jak już pewnie się domyślacie, Male Namesti. Na Velkim królują katedra pw. Ducha Świętego i Biała Wieża, na prawo od której znajduje się niezbyt okazały ratusz. Male Namesti to głównie fajne kamieniczki. Warto też zobaczyć stojącą niedaleko tych dwóch placów dawną synagogę. Ponieważ jednak słońce dawało potwornie, udaliśmy się najpierw do jednej z knajpek celem skonsumowania zimnego piwa – najlepiej ciemnego albo radlera, bo za typowym piwem nie przepadamy. Ucieszyliśmy się, widząc w karcie „tmave”, ale niestety – kelner wydawał się zaprogramowany na słowo „bohužel” (dosł. „Bogu żal”, czyli niestety). Najwyraźniej uczestnicy festiwalu rockowego wypili większość piwa w mieście. W tym konkretnym barze ostało się ino jasne. Cóż było robić – przy tej temperaturze człowiek wypije wszystko, byle z lodówki.

Nawodniwszy organizmy, udaliśmy się pospiesznie do restauracji U Kralovny Eliški, aby załapać się na południowe menu. Czeskie knajpy mają miły zwyczaj oferowania w godzinach lunchu potraw (zwykle 2–3 do wyboru) po niewygórowanych cenach. Zazwyczaj „dopoledni menu” obowiązuje w godz. 12­­–14, ale zdarzyło nam się trafić na takie restauracje, w których podawano je do 15.00 albo, bohužel, do 13.00.

Przy królowej Eliszce warto się zatrzymać z dwóch powodów. Po pierwsze, urodziła się w Poznaniu, choć pies z kulawą nogą tu o niej nie słyszał. W menu (!) wyczytaliśmy, że w Polsce występuje pod imieniem Ryksa, lecz szybko się okazało, że nie chodzi o tę najbardziej znaną Ryksę, zwaną też Rychezą. O hradeckiej Eliszce możecie przeczytać tutaj. Tam też dowiecie się o pochodzeniu nazwy Hradec Kralove.

Drugim powodem, dla którego restauracja zapisała się w naszej pamięci, jest to, że właśnie tam udało nam się w końcu zjeść houskovy knedlik – będący, jak się okazało, naszym ostatnim knedlikiem podczas tej wyprawy. Znacznie łatwiej znaleźć pizzerię lub chińczyka, a jak już się trafi do knajpki oferującej miejscową kuchnię, to częściej w postaci bramborów lub bramborovej kašy, czyli po prostu puree ziemniaczanego. Knedlik nie był zresztą w gulaszu, tylko w sosie śmietanowym z dodatkiem kremówki, co nie do końca odpowiadało memu podniebieniu.

Hradec, choć ładny, nie ujął mnie tak jak Pardubice. Przede wszystkim sprawiał wrażenie większego, choć w rzeczywistości oba miasta są niemal równe. Z całą pewnością jednak pewien wpływ na mój odbiór tego grodu miał lejący się z nieba żar, brak mapy (poza niewielką mapką starówki w przewodniku) oraz to, że spędziłam w nim zaledwie kilka godzin. To ostatnie wprawdzie nie musi szkodzić wizerunkowi (jak miało się okazać choćby w przypadku Opawy), ale z pewnością nie pozwoliło na poznanie tych walorów miasta, które nie są widoczne na pierwszy rzut oka i niekoniecznie muszą się znajdować na centralnym placu.

Następnego dnia zabraliśmy graty z noclegowni i udaliśmy się na dworzec, by rozpocząć kolejny etap podróży. Tym razem udawaliśmy się dalej na wschód, przekraczając granicę Moraw. Dwie kolejne noce mieliśmy spędzić w Ołomuńcu. Ale o tym przeczytacie już w następnym odcinku.