Category Archives: przemyślenia

Tymczasem na fejsie: czy kobieta to towar?

My tu sobie protestujemy i domagamy się szacunku, a tymczasem lokal na starym rynku kusi „gorącymi laskami”, a siłownia (tak wnioskuję z obrazka) na Termach Maltańskich reklamuje się plakatem z napisem „Tylko 69” i panią wypinającą tyłek na jakimś przyrządzie sportowym. Większość osób na to nie reaguje, nawet jeśli im się to nie podoba, bo… no właśnie, bo co? Bo uważamy to za coś nieuchronnego? Ale czy to nie oznacza, że godzimy się z takim postrzeganiem kobiet? Tradycja uważania ich za zabawki dla mężczyzn jest długa, nie tylko w naszym kraju. Ale niektóre kraje walczą z tym lepiej niż nasz. U nas takie postrzeganie ciągle jest normą. Są instrumenty prawne do ścigania takich zachowań, bo podpada to pod dyskryminację ze względu na płeć, ale przypuszczam, że w większości przypadków sąd się nie dopatrzy przestępstwa (No bo właściwie kto tu jest dyskryminowany? Ja? Przecież to nie o mnie, tylko o jakichś paniach. Wszystkie kobiety? To niech wszystkie gremialnie złożą oświadczenie, że czują się dyskryminowane). Czasem się słyszy, że jakaś organizacja wniosła pozew, ale dotyczy to zwykle spraw grubszych, tymczasem tę straszną mentalność utrwalają właśnie takie „drobiazgi”, z którymi spotykamy się na każdym kroku. Druga strategia to zwracać uwagę na takie rzeczy, co niniejszym czynię. To nie jest normalne. Nie przyjmujcie tego jako czegoś nieuchronnego, nie śmiejcie się z żartów obrażających kobiety. Jeśli wszyscy zaczniemy zwracać uwagę, że to jest coś niewłaściwego, może za jakiś czas do tych zakutych łbów coś dotrze albo przynajmniej znajdą się w mniejszości i będą musieli się z nami liczyć.

Przypuszczam, że wrócę jeszcze do tego tematu, bo wciąż przychodzą mi do głowy (albo czytam o nich) kolejne przykłady tego, jak głęboko jest zakorzeniona wizja kobiety jako towaru. I to mimo emancypacji, feminizmu, zrównania w prawach. Tak jakby te wszystkie zjawiska zachodziły w jednym świecie, a wdrukowana mentalność rządziła w równoległym, z którym ten się przenika.

Tymczasem na fejsie: O radykalizacji

Chyba właśnie poczułam, jak to jest, że ludzie się radykalizują. Wygłaszasz jakąś myśl, jedni cię chwalą, inni przestają się odzywać. Naturalnie więc grawitujesz ku tym, którzy pochwalili. No bo ci drudzy się nie odzywają, a w ogóle to jesteś obrażona, bo ty tylko wyraziłaś swoje zdanie. I tak coraz bardziej, coraz bardziej w jedną stronę.

Bo kto ma siłę, żeby iść samotnie?

Albo może być tak: im więcej krzywdy wyrządzi tobie lub twojej sprawie jedna strona, tym bardziej grawitujesz ku drugiej. Można wtedy być ślepym na to, że druga strona stosuje podobne metody.

A trzecia strona? A czwarta? Może gdzieś istnieją. Czasem na świecie, czasem tylko w nas.

Tymczasem na fejsie: O prawdzie

Czasem coś piszę na fejsie pod wpływem chwili, dla znajomych, a po pewnym czasie dochodzę do wniosku, że chciałabym to upublicznić. Blog ma ograniczony zasięg, ale dłuższą trwałość wpisów, więc od czasu do czasu będę robić remanent w zapiskach z ostatnich tygodni i wrzucać je tutaj. Wiem, że nie odkrywam tymi wpisami żadnej Ameryki, chociaż właściwie odkrywam – dla siebie. Czasem pierwszy raz, czasem kolejny. Może akurat trafię u kogoś na taki moment, że się zastanowi albo nawet przytaknie.

Uwaga, banał! Ale wart przypominania. Uważam, że powinniśmy zawsze dążyć do prawdy i obiektywizmu, i nie bać się zmienić zdania, gdyby się okazało, że nie mieliśmy racji. Warto mieć autorytety, bo nikt z nas nie jest alfą i omegą, ale trzeba mieć w sobie gotowość na to, by samemu sobie powiedzieć „Sprawdzam”, gdy dochodzą do nas jakieś nowe poszlaki. Bo czasem się okazuje, że broniąc z żelazną konsekwencją swoich „prawd”, w istocie bronimy kłamstwa. Napisałam to już parę razy i powtórzę – nonkonformizm nie polega tylko na nieufności wobec tego, co płynie z zewnątrz. Najtrudniejsze jest ciągłe sprawdzanie własnych ugruntowanych przekonań, konfrontowanie ich z faktami. Dlatego nie dziwi mnie, choć smuci, że wielcy „nonkonformiści” często są ślepi na fakty i trzymają się jakiejś raz ustalonej wersji, co jest w istocie typowym konformizmem, podczas gdy osoby mozolnie dążące do obiektywizmu i wciąż rewidujące swoje przekonania w obliczu nowej wiedzy, nowo odkrywanych faktów, nie są doceniane.

Są przypadki, w których prawdy nie docieczemy. Jeśli coś rozegrało się w zamkniętym gronie i A mówi a, a B mówi b, nie możemy mieć stuprocentowej pewności, które z nich mówi prawdę. Wtedy zwykle o naszej opinii decyduje to, komu bardziej ufamy – warto jednak postawić na marginesie mały znak zapytania. Podobnie wtedy, gdy uważamy, że prawda leży pośrodku – bo może wcale tak nie jest.

Podobnie w sprawach wielkich. Ja na przykład nie wierzę w Boga i żyję zgodnie z tą niewiarą, ale nie mam dowodów na to, że on nie istnieje. Dlatego staram się nie kpić z osób wierzących, nie szerować memów obrażających ich wiarę, a od nich z kolei oczekuję, że nie będą się oburzać na moje poglądy ani instruować mnie, jak mam żyć. Bo one też nie mogą mieć pewności. Jeśli przyjmujemy, że obiektywizm jest wspólną płaszczyzną dla całej myślącej i dyskutującej ludzkości, mimo rozbieżności dyskusje stają się łatwiejsze i bardziej cywilizowane, a my sami przestajemy żyć w rozdwojonym świecie, w którym istnieje prawda zinternalizowana i prawdy wyparte.

Niedoemancypowani

Tyle się mówi o seksizmie w kontekście dyskryminacji kobiet, a tak mało o tym, co stereotypizacja ról robi mężczyznom (i co w dalszej kolejności szkodzi także kobietom, podobnie jak wtłaczanie kobiet w niezdrowe ramy szkodzi mężczyznom, bo przecież żyjemy razem, jeśli nie w domu, to w społeczeństwie). Niedawno przeczytałam na blogu pewnej pani artykuł  o tym, jak to biedne, „niedoruchane” dziewczyny męczą się z facetami, którzy nie chcą z nimi spać.

Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby w tym tekście zamienić płcie rolami. Jaka awantura by wybuchła, że kobiety mają prawo to robić, kiedy i jeśli chcą, a jak się facetowi nie podoba, to niech chodzi do burdelu, bo widać do związku nie dojrzał. I w ogóle męska opresja itd., itp. Wygląda na to, że w drugą stronę to nie działa – mężczyzna ma być ogierem, który zaspokaja kobietę wtedy, kiedy ona ma na to ochotę.

Jeden wielki seksistowski bullshit.

Mężczyzna – podobnie jak kobieta – ma prawo mieć niskie libido, ma też prawo być aseksualny. Niestety w naszej kulturze „być mężczyzną” oznacza być zawsze gotowym i chętnym. Jeśli ktoś nie pasuje do tego schematu, jest wykpiwany, a najczęściej także totalnie zakompleksiony, bo kupuje te bzdury o męskości i o tym, że coś z nim nie tak. Dostrzegacie tę dysproporcję? Kobietom wolno się kochać, kiedy i jeśli chcą, z kim chcą i jak chcą, ale mężczyznom nie – oni muszą!

W moim odczuciu osób aseksualnych lub o libido niższym niż to, które można by uznać za normę na bazie filmów, książek czy opowieści przy piwie, jest mnóstwo. Warto też wspomnieć, że pojęcie aseksualności bywa rozumiane rozmaicie. Bynajmniej nie oznacza impotencji (choć prawdopodobnie tej etykiety najbardziej boją się faceci), nie musi też oznaczać braku zainteresowania seksem. Wiele osób określających siebie jako aseksualne stosuje ten termin w opozycji do hetero/homoseksualności: nie pociągają ich ani mężczyźni, ani kobiety. W ogóle nie pociągają ich ludzie. Nie wyklucza to jednak aktywności seksualnej, bo zwykle są to osoby sprawne fizycznie w tym względzie i podobnie jak inni zdolne do czerpania przyjemności z orgazmu[1].

W jednym zgadzam się z autorką: jeśli istnieje znaczna dysproporcja w tym względzie, para albo powinna się rozstać, albo poszukać jakiegoś sposobu na kompensację dla osoby, której brakuje seksu w związku. Tyle że do tego ostatniego potrzebna jest otwartość, której – jak z artykułu wynika – owi mężczyźni nie prezentują (nie chcą rozmawiać, obrażają się, udają, że nie ma tematu). Zamiast jednak sarkać, że nasz facet to duży dzieciak, zadajmy sobie pytanie, czy same jesteśmy całkiem w porządku. Czy zamiast wysyłać faceta na terapię, nie powinnyśmy zacząć od uznania jego prawa do odmienności? Czy miarą naszej dojrzałości nie byłoby powiedzenie: „Słuchaj, nasze potrzeby seksualne się rozmijają, może jednak nie jesteśmy dla siebie stworzeni?”. Sugerowanie, że problem leży po drugiej stronie, zawsze obnaża naszą słabość, niezdolność do wzięcia części odpowiedzialności za sytuację – albo za uznanie, że sytuacja jest, jaka jest, bez niczyjej winy. Związki czasem się nie udają. Początkowo ludzie są bardziej skłonni do robienia tego, co lubi druga osoba. Są zakochani, chcą się przypodobać. Potem, gdy przysłowiowa adrenalina opada i bycie razem staje się codziennością, woleliby po prostu być sobą. Czasem obie strony potrafią się w tym odnaleźć, czasem nie.

Nie krzywdźmy siebie. Pogódźmy się z tym, że nikt nie ma obowiązku być taki jak druga osoba – również w sferze seksualnej. Jeśli nie można inaczej, zwróćmy sobie wolność bez oskarżeń. A jeśli chcemy pomóc naszemu facetowi, to owszem, namawiajmy go na wgląd w siebie, polecajmy wizytę u psychologa – ale nie dlatego, że coś jest nie tak z jego sferą seksualną, tylko dlatego, że tkwi zawieszony między swoją tożsamością a wymaganiami społeczeństwa. Polecajmy mu terapię, by mógł być sobą bez poczucia winy. Nie leczmy go z „obniżonej” seksualności, bo to równie wstrętne jak leczenie z homoseksualności – pomóżmy mu wyleczyć się z kompleksów, z niepewności, z przekonania, że jest z nim coś nie tak.

To się powoli zmienia, ale mężczyźni wciąż są daleko w polu za kobietami, jeśli chodzi o wyzwalanie się z maskulinistycznych konwenansów, uświadamianie sobie swojej tożsamości i uczenie się żyć po swojemu bez kompleksów. Na zasadzie Paragrafu 22 działa tu stereotyp, że prawdziwy mężczyzna musi być silny – stereotyp, który nie tylko odpycha mężczyzn od gabinetów psychologów, ale i skłania do wypierania ze świadomości własnych dylematów. Oczywiście to też stereotyp. W wielu wypadkach jest inaczej, niemniej wydaje mi się, że w przekroju całego społeczeństwa, przynajmniej polskiego, samoświadomość kobiet (świadomość swoich praw, potrzeb, emocji, swojego ciała) jest znacznie wyższa niż samoświadomość mężczyzn. Jeśli więc czytają to mężczyźni, zapewniam, że zastanawianie się nad sobą Was nie zabije i że póki nikogo nie krzywdzicie, możecie być tacy, jacy jesteście – a jeśli wydaje Wam się, że krzywdzicie, nie uciekajcie przed tym, tylko poszukajcie rozwiązania, najlepiej wespół z tą osobą. Jeśli zaś czytają to kobiety, apeluję o to, żeby w ocenianiu mężczyzn unikały seksistowskich klisz, przed którymi same tak się buntują.

 

[1] Jako że może to być konfundujące, zamieszczam link do bloga o aseksualności (zwracam szczególną uwagę na rozróżnienie między pożądaniem [sexual attraction], czyli tym, że pociąga nas jakaś osoba, a libido, czyli popędem seksualnym w ogóle).

Pomiędzy

Zamieściłam ten wpis kilka dni temu na Facebooku, a potem żal mi było patrzeć, jak znika przykryty przez kolejne wpisy o tym, że pies zaginął albo człowiek. Przypomniałam sobie, że ten blog pierwotnie powstał właśnie po to, by takie wpisy, w które włożyłam trochę rozmyślań, zachować na nieco dłużej. Proszę bardzo – może kogoś skłoni.

Myślę sobie o tym, jak skomplikowaną sprawą jest znalezienie równowagi między całkowitym zaufaniem do „swoich” – swoich przyjaciół, swojej partii, swojej linii ideowej – a podważaniem wszystkiego, czego się nie widziało na własne oczy. Sceptyk we mnie mówi, że powinno się podważać wszystko. Nie byłam, nie widziałam, nie wiem, kto mówi prawdę i czy ktokolwiek. Ale tak chyba nie da się żyć – jesteśmy pogrupowani, mamy jakieś swoje frakcje, tym osobom wierzymy, a tym nie, tego radia słuchamy, a to jest gadzinówką. Nie da się być wszędzie. Nie mieć zdania na temat niczego, przy czym się nie było, może i się da, ale wtedy stajemy się bierni. Więc jednak stopniowanie zaufania w zależności od tego, skąd jakaś wieść pochodzi. Ale to z kolei niesie ze sobą niebezpieczeństwo, które często obserwuję u ludzi, w tym u siebie – wiarę w to, że „moi” nie mogą się mylić, naginać prawdy albo że nie mogli zrobić tego złego czegoś, o co ktoś ich oskarża. A przecież jesteśmy tylko ludźmi i zwykle nawet sami do siebie nie mamy stuprocentowego zaufania. Możemy zrobić coś niewłaściwego, bo jesteśmy w trudnej sytuacji, w depresji, coś nam odbiło albo po prostu dokonaliśmy złego wyboru. To, że ktoś jest naszym dobrym znajomym albo ulubionym politykiem czy dziennikarzem, nie znaczy, że jest kryształowy i nigdy się nie myli. Warto zadać sobie pytanie, czy stosujemy tę zasadę ograniczonego zaufania w stosunku do osób, które znajdują się dla nas po dobrej stronie mocy. Czy zdarza nam się pomyśleć: „OK, on/ona tak mówi, ale przecież nie mam stuprocentowej pewności, że tak było”. Ja często się waham pomiędzy wiarą a sceptycyzmem i czasem mi się obrywa za łatwowierność, a kiedy indziej za to, że się nie angażuję. Trzeba być pomiędzy, bo z jednej strony jest fanatyzm, a z drugiej obojętność. Tylko w którym miejscu tego pomiędzy – oto jest pytanie.

Przyjaźń z podwórka

Pewnie wszystkie Ameryki są już odkryte, ale własne odkrycia mają niepowtarzalny smak. Poza tym czasem się okazuje, że wcale nie dopłynęliśmy do Ameryki, tylko do Indii albo w ogóle na manowce. Tak przynajmniej jest u mnie – jakieś nowe zdarzenie, inny punkt widzenia i trzeba przemodelować dotychczasowe przekonania.

Dziś będzie o przyjaźni.

Spotkałam się niedawno z określeniem „przyjaźń poza strefą komfortu”. Strefa komfortu to otoczenie, w którym czujemy się swojsko i bezpiecznie. Każdy powinien taką strefę mieć, a jednocześnie przebywanie w niej przez cały czas ogranicza nasze poznanie. To tak, jakbyśmy przez całe życie bawili się na swoim podwórku, czasem tylko zerkając przez bramę na świat poza nim, lecz nigdy nie wychodząc, bo nie wiadomo, co nas tam spotka. W tak skonstruowanym świecie ludzie kisiliby się w gettach i pielęgnowali w sobie zmyślone wyobrażenia na temat innych gett.

Przyjaźnią poza strefą komfortu nazwał na Facebooku mój kolega przyjaźń Judy i Nicka – króliczki i lisa – ze Zwierzogrodu. Na lisim podwórku co rusz rozbrzmiewają dowcipy o królikach, z kolei królicze pełne jest strachu przed lisami i negatywnych stereotypów na ich temat. Aby się zakumplować, Judy i Nick muszą najpierw ze swoich podwórek wyjść, wyłączyć filtry uprzedzeń i zobaczyć drugą osobę taką, jaka jest naprawdę. Nie obędzie się bez nieporozumień i tarć, ale ostatecznie przyjaźń zwycięży.

W życiu, niestety, bywa trudniej. Ponieważ nasze strefy komfortu są płynne – w dzieciństwie może to być dom rodzinny i grupa przedszkolna czy klasa, potem środowiska skupione wokół podobnych zainteresowań czy poglądów – miewamy znajomych, czasem nawet bliskich, w innych strefach. Weźmy paczkę koleżanek z liceum. Jeździcie razem na wakacje, zwierzacie się sobie z rozterek. Po maturze trafiacie do różnych środowisk, nasiąkacie różnymi ideami. A może po prostu upływ czasu was zmienia. Wciąż jednak się widujecie. Wspominacie stare czasy, opowiadacie, co u was słychać – niekiedy pobrzmiewają w tych rozmowach dysonanse, pojawiają się pęknięcia, ale szybko od nich uciekacie, och, nie będziemy się tu przecież kłócić o politykę, w końcu jesteśmy starymi przyjaciółkami i nic tego nie zmieni.

Aż tu nagle bum! – wydarza się coś, co zaburza ten układ. Oto jedna z koleżanek ujawnia, że jest lesbijką. Albo związała się z czarnoskórym chłopakiem. Dla ciebie to nie problem – z chłopakami trzeba być ostrożną, z dziewczynami też, ale dopóki nie wyłącza rozsądku, ma twoje błogosławieństwo. Tymczasem Kryśka wpada w histerię. Jadźka, daj spokój, Murzyn i może jeszcze do tego muzułmanin? Wywiezie cię do Afryki i zamknie w haremie. Albo zrobi ci dziecko i wyjedzie, a ludzie będą cię wytykać palcami, że się z czarnym puściła. Jadźka, ja to wszystko dla twojego dobra, przysięgam! Po prostu nie chcę, żebyś cierpiała.

I Kryśka naprawdę tak uważa. Może nawet sprawy tak się potoczą, że będzie mogła powiedzieć „A nie mówiłam?”. Bo w życiu każdy wybór obarczony jest ryzykiem, a im trudniejszy, tym ryzyko większe.

Na pewnym poziomie Kryśka pozostaje lojalną przyjaciółką. Bez wahania wesprze koleżankę, gdyby ta miała problemy… hm, choćby finansowe. Jeśli Jadźka zachoruje, Kryśka będzie biegać do szpitala, gotować dla niej, opiekować się kotami. Nawet ta nieakceptacja jej wyborów wynika wyłącznie z troski, więc Jadźka czuje, że nie ma prawa się skarżyć, bo przecież ta Kryśka taka dobra, tak się o nią troszczy mimo różnicy poglądów. I jest jej głupio, kiedy wcale się nie cieszy z widoku Kryśki. „Jestem niewdzięczna – myśli sobie – a przecież ona tyle dla mnie robi”.

Co jednak z tego, że Kryśka wspiera ją w chorobie czy kłopotach finansowych, skoro nie potrafi wykrzesać z siebie wsparcia dla tego, co najważniejsze: dla bycia sobą? Kogo ona właściwie wspiera, Jadźkę czy swoją wizję Jadźki, a może po prostu tym bieganiem do szpitala zagłusza wyrzuty sumienia wywołane faktem, że nie potrafiła zaakceptować wyborów przyjaciółki? Albo jeszcze gorzej – wierzy, że uda jej się wpłynąć na Jadźkę, wymodelować ją zgodnie z własnymi oczekiwaniami? Wszystkie te procesy zachodzą podświadomie, ale czymkolwiek się kieruje, nie potrafi dać przyjaciółce tego, czego ta potrzebuje najbardziej: akceptacji. Nie pomoże jej rozwiązać problemu czy podjąć decyzji, bo przecież potępiła jej wybór i nie zniży się do dyskutowania o czymś, co jest jego skutkiem. Zamknęła się na swoim podwórku i jeśli Jadźka chce rady, musi tam przyjść i negocjować na warunkach Kryśki.

Pewnie każde z nas ma takich znajomych. I wszyscy czujemy, że coś jest nie tak z tą ich przyjaźnią, choć nie zawsze potrafimy to nazwać. Zadałam sobie jednak pytanie, co by było, gdyby hipotetyczna Jadźka nagle wstąpiła do dziwnego kościoła albo zadała się z jakimś kryminalistą. Czy wtedy ja nie stałabym się Kryśką, która potępia ją w czambuł?

I oczywiście byłabym przekonana, że chodzi mi o dobro Jadźki.

Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to że trzeba rozmawiać nawet wtedy. Rozmawiać – nie pouczać. Wyrażać swoje obawy, ale przede wszystkim słuchać. Słuchać tego, co mówi druga osoba, ale także tego, co to mówi o niej. Jeśli istotnie wpadła w złe towarzystwo albo doznała jakiejś szajby religijnej, najprawdopodobniej brakuje jej bliskości drugiego człowieka. Może odda się we władanie każdemu, kto wyciągnął do niej rękę, czy to będzie gangster, czy Bóg? Może po prostu trzeba jej dać do zrozumienia, że nie są jedynymi, których na niej zależy? To pewnie nie podziała od razu, bo osoby z niską samooceną mają tendencje do zakochiwania się w niedostępnych, a lekceważenia tych, którzy się o nie troszczą. To pokłosie dzieciństwa, w którym rodzice lub opiekunowie niewystarczająco spełniali ich potrzeby emocjonalne, utrwalając poczucie, że miłość jest czymś, na co należy sobie zasłużyć będąc doskonałym albo spełniając wszystkie zachcianki ukochanej osoby. Jeśli ktoś daje ci miłość ot tak, to znaczy, że nie ma ona żadnej wartości. Ale jeśli pozwala, byś lizała mu buty, a w podzięce pogłaszcze cię jak pieska – wtedy jesteś szczęśliwa.

Trudno jednak wymagać od Kryśki, żeby rozkminiała dzieciństwo Jadźki. Może po prostu trzeba rozmawiać, póki obie strony to potrafią. Jeśli nie – pogodzić się z myślą, że czasem przyjaźnie się kończą. Albo następuje przerwa. Przed udaniem się na taką przerwę warto jednak zostawić komunikat: „W razie czego wiesz, gdzie mnie szukać”.

To jakby zostawić uchyloną bramę.

 

Notki filmowe 2016 (I)

Zmieniam tytuł wpisów o kinie, bo „minirecenzje” to i tak za duże słowo na określenie tego, co tu piszę. Ale traktuję ten blog po trosze jako pamiętnik, więc pozwolę sobie nie rezygnować z wynotowywania obejrzanych filmów. Z doświadczenia wiem, że tytuły lubią umykać jak rącze jelenie, a kiedy indziej na odwrót – tytuł zostaje w głowie, umykają wrażenia. Warto więc prowadzić takie notatki nawet dla wzmocnienia własnej pamięci, a ponieważ jestem próżna i lubię, jak mnie czytają, pozwolę sobie nadal czynić to publicznie. A nuż ktoś pochwali, a nuż kogoś zachęcę albo zniechęcę.

Filmem, który w ostatnich tygodniach wywarł na mnie największe wrażenie, jest Dureń Jurija Bykowa. Film ten przemknął przez kina jak błyskawica, dziś można go oglądać głównie na przeglądach, lecz liczę na to, że prędzej czy później pojawi się w telewizji. Jeśli ktoś dobrze zna rosyjski, można obejrzeć go na YouTube – ja nie dałam rady, choć z niektórymi rosyjskimi filmami idzie mi jako tako. Może to przez słabą jakość dźwięku, która utrudnia zrozumienie, a może zbyt trudny tekst. W każdym razie w końcu udało mi się obejrzeć Durnia z polskim tłumaczeniem i przyznaję – jest tak dołujący, jak mi opowiadano, a może i bardziej. Ale oczywiście wiecie, że w moim wypadku słowo „dołujący” nie jest niczym złym, a w tym wypadku stanowi wręcz pochwałę, choć nie tylko za „dołującość” Dureń jest jej godzien. Jest to bardzo wnikliwe studium moralnego upadku społeczeństwa tak długo nadgryzanego przez korupcję i tumiwisizm, że ostatecznie musi się chwytać najpodlejszych sposobów, by gałąź, na której siedzi, nie runęła. Lepiej, żeby runął jakiś dom na drugim końcu miasta. Ale nie to, nie dekadencja rządzących, jest w tym filmie najstraszniejsze. Najstraszniejsze są jej skutki, za których powstanie rządzący wcale nie czują się odpowiedzialni. Nie to, że dom zwali się ludziom na głowy, lecz to, co w tych głowach jest – a raczej, czego nie ma.

I jeszcze wykorzystana w filmie piosenka zespołu Kino, doskonale wpisująca się w jego nastrój:

To zdecydowanie mój numer jeden ostatnich tygodni, ale były i inne filmy warte wzmianki. Wzmiankujmy więc:

Steve Jobs – świetnie wyreżyserowany i zmontowany, z fajną rolą Kate Winslet jako bliskiej współpracownicy Jobsa Joanny Hoffman, która notabene jest córką polskiego reżysera Jerzego Hoffmana. Winslet otrzymała nominację do Oscara za najlepszą żeńską rolę drugoplanową i myślę, że nie jest bez szans. Michael Fassbender jako Jobs przekonał mnie nieco mniej, ale może to dlatego, że reżyser nieco przeszarżował z postacią. Owszem, słyszałam, że ze Steve’a był niezły sukinsyn, lecz na przykład jego duchowa przemiana pod koniec jest zdecydowanie zbyt gwałtowna. Olśnienia istnieją, natomiast wywołana przez nie zmiana zachowań to już proces długotrwały. Niemniej film godzien polecenia, nawet jeśli ktoś nie ma pojęcia o komputerach i tzw. naukach ścisłych – wprawdzie przez duże partie filmu nie będziecie (jak ja) wiedzieli, o co chodzi, ale strona psychologiczna wam to wynagrodzi. Rym.

Spotlight – tu będę trochę bardziej krytyczna. Film zbiera świetne recenzje, ale pomijając doniosłość opowiadanej historii, mam wrażenie, że jest jest to typowa solidna hollywoodzka produkcja bez cienia oryginalności. Psują go kiczowate wstawki w rodzaju tej, kiedy Rezendes, rozmawiając w Saschą na werandzie, dywaguje, że choć odszedł od Kościoła, myślał sobie, że może kiedyś wróci. Duży plus natomiast za drobiazg, który nie każdy dostrzega – kiedy Rezendes pędzi samochodem do sądu, bo dowiedział się, że odtajniono akta, mija podwórko, na którym swojego synka huśta Patrick – bohater wcześniejszego wywiadu i ofiara księdza pedofila. Ta scena to nie tylko puszczenie oka do spostrzegawczych czytelników, lecz – w moim odczuciu – coś więcej: pokazanie, że można się wyrwać z błędnego koła krzywd i nieszczęść. Że ci, którzy byli krzywdzeni, nie muszą krzywdzić – zwłaszcza jeśli mogli swoje krzywdy wykrzyczeć, przeżyć katharsis.

Miałam nadzieję, że Saschy uda się porozmawiać z księdzem, który twierdził, że został w dzieciństwie zgwałcony. Dobrze byłoby pokazać, że ci, którzy krzywdzą, sami byli krzywdzeni. Tak się nie stało, co nieco podważa moja tezę o typowym Hollywood – być może reżyser trzymał się faktów, a może przeciwnie, zmyślił ten epizod, by dać widzowi do myślenia.

Amy – długo się zbierałam do obejrzenia tego filmu, bo o ile historia Amy Winehouse interesowała mnie ze względów psychologicznych, o tyle jej muzyka zupełnie mi się nie podoba. Sama postać też wzbudzała ambiwalentne uczucia. Podejrzewam, że w każdym z nas tkwi psycholog i zwykły śmiertelnik. Ten ostatni ocenia ludzi po pozorach – jeśli ktoś zachowuje się jak palant, nie mam ochoty zawracać sobie nim głowy. Ten pierwszy przeciwnie – im bardziej zakręcona postać, tym ciekawsza. Film pozwala dostrzec genezę problemów artystki: niedojrzały ojciec, który przez dziesięć lat chodził do kochanki, nim zdecydował się odejść od rodziny, zrodził w dziewczynce poczucie, że nie jest warta miłości, i patologiczną potrzebę zabiegania o względy mężczyzn, którzy źle ją traktowali. Jeśli można było jej pomóc, to we wczesnym wieku nastoletnim, a wtedy (jak nader często bywa) nikt jej problemów nie dostrzegał. Sława i poznanie faceta, który dawał w żyłę, pogłębiły jej problemy, lecz trudno mi wyobrazić sobie Amy jako szczęśliwą dziewczynę nawet gdyby uniknęła tych dwóch rzeczy. Być może (choć nie ma gwarancji) nie skończyłaby tak tragicznie, ale wciąż byłaby zaburzona i potrzebowała głębokiej terapii. Zwłaszcza że ojciec, który miał do tego najmniejsze prawo, również w dorosłości wtrącał się w jej życie, a ona nie za bardzo umiała postawić granicę.

Nie zmienia to faktu, że słuchanie towarzyszącej filmowi muzyki było dla mnie torturą (stąd brak trailera pod niniejszym tekstem), a sama postać wydała się wysoce irytująca tej części mnie, która nie lubi się wgłębiać. Z ciekawością przymierzam się natomiast do obejrzenia Janis, bo choć historia pewnie podobna, to i muzyka, i epoka bliższa moim zainteresowaniom.

I ostatni dziś film – Anomalisa. Z dużymi szansami na Oscara w kategorii „najlepszy film animowany”, bo to animacja poklatkowa wykonana z dużym pietyzmem. Trzeba przyznać, że nie widziałam dotąd filmu lalkowego, w którym tak realistycznie odmalowany został seks. W ogóle przez większość czasu nie pamiętałam, że w filmie grają lalki, a nie aktorzy. Niestety, w warstwie fabularnej jest to opowieść o facecie, który przeżywa kryzys wieku średniego i odbija mu szajba, a on, zamiast iść do psychiatry, krzywdzi kobiety i zamęcza sobą ludzi. Żałosna postać. Dlatego przy całym szacunku dla twórców będę niezadowolona, jeśli film dostanie Oscara.

I przy całym dla nich szacunku pozwalam sobie nie umieszczać trailera.

Przymierzam się jeszcze do napisania o kinowej transmisji Hamleta z londyńskiego National Theatre z Benedictem Cumberbatchem, którego do tej pory niemal utożsamiałam z Sherlockiem, co – jak się okazuje – miało dobre i złe strony. Chociaż będzie to opis wrażeń, a nie recenzja, bo na teatrze znam się jak wilk na gwiazdach. Ale za to emocje gwarantowane.

Żadne emocje nie są nielegalne

Nie ma czegoś takiego jak złe emocje, usłyszałam od znajomej pani psycholog. Nie mamy wpływu na to, co czujemy – to po prostu przypływa. Cokolwiek czujemy – nienawiść, zazdrość, chęć skrzywdzenia kogoś – nie jesteśmy za to odpowiedzialni i nie musimy się tego wstydzić. Zawsze natomiast możemy mieć wpływ na swoje czyny.

Wydaje mi się to ogromnie istotne. Mam wrażenie, że wiele osób utożsamia emocje z czynami i że może to prowadzić do bardzo złych zjawisk. Po pierwsze, do piętnowania u innych i u siebie samych emocji. Jak możesz nienawidzić własnych rodziców! Jak możesz zazdrościć przyjaciółce zamiast cieszyć się jej szczęściem! Takie piętnowanie wywołuje w nas konflikt: nie chcemy być źli, ale swoich emocji nie potrafimy zmienić. Czujemy się więc słabi, przegrani, mamy wrażenie, że jesteśmy po prostu złymi ludźmi i nie da się temu zaradzić.

Tymczasem to, co najgorsze, może się wydarzyć nie z powodu pierwotnych emocji, lecz z racji tego, że nie dajemy sobie na nie zgody. Ponieważ z tymi potępionymi emocjami czujemy się źle, możemy próbować zredukować konflikt poprzez znajdowanie dla nich „racjonalnych” wytłumaczeń – „Nienawidzę Arabów, bo są brudasami, nierobami i fundamentalistami! Nienawidzę homoseksualistów, bo są mięczakami! Nienawidzę Legii, bo to stara k…!”. A wtedy mamy już usprawiedliwienie dla czynienia zła i zachodzi poważne prawdopodobieństwo, że będziemy je czynić.

Dlatego pozwólmy sobie zaakceptować swoje emocje, a zarazem pamiętajmy, że tylko od nas zależy, co z nimi zrobimy. Możemy robić to, co opisałam powyżej, ale to najprostsza i najgorsza droga. Jeśli mamy siłę, przyglądajmy im się, analizujmy. Może na przykład nienawidzimy dlatego, że się boimy. Boimy się nieznanego albo tego, że kumple uznają nas za słabych. Strach przed nieznanym można zredukować, poznając je – czytając, słuchając, zdobywając wiedzę, która zmniejszy przepaść. Strach przed słabością to już trudniejsza sprawa. Ja staram się go redukować, akceptując słabość, ale do tego, paradoksalnie, potrzeba siły. Zastanawiam się, co ma zrobić ktoś, kto potrzebuje wsparcia grupy. Może znaleźć sobie grupę z lepszymi wzorcami? Zawsze to jakiś początek. A jeśli w dodatku będzie to grupa szanująca indywidualność? Kto wie, może właśnie zrobiliśmy ważny krok na ścieżce samorozwoju.

Czechy 2015 (II) – Liberec i okolice

Łaźnie cysorza pana

Łaźnie cysorza pana

Będzie ekspresowo, ale jeśli teraz tego nie napiszę, to nigdy. Liberec jest bardzo ładnym, przyjemnym miastem. Oczywiście w zależności od dzielnicy wygląda to różnie, ale pokochałam go od pierwszych chwil – od dworcowego baru, gdzie niedrogo można zjeść przyzwoity obiad, od kiosku, w którym nie było problemów z zakupem planu miasta, od pierwszej podróży tramwajem wzdłuż ul. Masaryka i „wysiąścia” obok uroczych gmachów Łaźni i Muzeum Północnoczeskiego, wyglądających jak fragmenty naszego zamku (cesarskiego, a nie tego drugiego). Szukając zaklepanej kwatery przy ul. Svojsikovej (czyli im. pana Svojsíka), mijaliśmy wielkie, w większości przypadków dobrze utrzymane wille. Musiała to być kiedyś bogata dzielnica. Miło widzieć, że nadal jest w dobrym stanie.

Muzeum Północnoczeskie

Muzeum Północnoczeskie

Muzeum Północnoczeskie

Muzeum Północnoczeskie „od d. strony”

Wille przy ul. Dvořaka

Wille przy ul. Dvořaka

Centrum miasta też ma się czym pochwalić. Liberecki ratusz (ponoć wybudowany na wzór wiedeńskiego) trafił do trójki moich ulubionych ratuszy w Czechach – obok ołomunieckiego i pardubickiego (który z kolei jest podobny do ratusza w Bielsku-Białej). Trzeba zobaczyć Valdštejnské domky (czyli wallensteinowe domki, bo ich nazwa wywodzi się od niejakiego Albrechta von Wallensteina, choć nie zdołałam dociec, co mają z nim wspólnego – aha, niby że są zbudowane w stylu znanym z czasów jego władania w regionie, choć zbudowano je później) z XVII w. (w liczbie trzech), choć trudno je dobrze sfotografować, gdyż znajdują się w bardzo wąskiej uliczce. Warto również wybrać się do zoo oraz do IQlandii – czegoś podobnego do Centrum Nauki Kopernik, być może mniejszego, ale nie wiem, bom w Centrum nie była.

Ratusz

Ratusz

Widoki z ratuszowej wieży

Widoki z ratuszowej wieży

IMG_4013

Valdstejnske domky

Valdstejnske domky

W granicach administracyjnych Liberca znajduje się góra Ještěd (1012 m n.p.m.), na którą można wjechać wyciągiem krzesełkowym lub kolejką kabinową, a także – jak zauważyliśmy – samochodem (wprawdzie na samą górę wjazd mają tylko wybrańcy, ale chyba każdy może dojechać na parking, z którego idzie się na szczyt może z piętnaście minut). Jeśli ktoś nie może iść pieszo, niech skorzysta z wersji kolejkowej, no już ostatecznie samochodowej, bo warto pogapić się z góry na widoki. Jeśli może, polecam szlak przez Pláně pod Ještědem (znaki niebieskie idące prosto od pętli tramwajowej [choć na mojej mapie były czerwone]). Wrócić można krótszym, również niebieskim szlakiem skręcającym w prawo od drogi przed pętlą. Albo na odwrót – iść krótszym, a wrócić dłuższym, który jest ciekawszy, bo na Pláně pod Ještědem są ładne widoki i knajpa oferująca większy asortyment niż ta na szczycie. Szczyt jest oblegany, ale na szlaku spotyka się mało ludzi – przynajmniej tak było, kiedy my szliśmy, choć częściowo może za to odpowiadać pogoda – trochę popadało po drodze, acz bez dramatu.

Widoki z Jestedu i z trasy

Widoki z Jestedu i z trasy

IMG_3925 IMG_3931 IMG_3932

Bardzo warto się wybrać do oddalonych o kilka kilometrów od Liberca wsi Kryštofovo Údolí i Novina (administracyjnie stanowiących jedną wieś). Można pojechać autobusem linii 16, tylko trzeba sprawdzić na rozkładzie, którym, bo zaledwie kilka kursów dziennie jedzie aż tam. Można też pociągiem. Jeśli kupicie bilet do Noviny, przejedziecie przez tzw. Mały Wiadukt, ale chcąc przejechać przez ten większy, musielibyście pojechać do następnej miejscowości. Cóż, wszystko wskazuje na to, że my przejechaliśmy po wiadukcie w drodze z Ústí do Liberca, ale tego nie zauważyliśmy (a dziwne, bo jest wysoki). Może akurat byliśmy zajęci kłótnią albo jedzeniem czekolady.

Mały wiadukt

Mały wiadukt

IMG_3976

Duży wiadukt

Duży wiadukt

W Kryštofovo (Kryštofovem?) Údolí do zobaczenia jest barokowy drewniany kościółek, figurka św. Jana Nepomucena na mostku i św. Wacława nieco wyżej, muzeum szopek (co roku konstruuje się tu wielką szopkę bożonarodzeniową) i zegar z ruchomymi figurkami, przywodzący mi na myśl ten z ołomunieckiego ratusza, tyle że „wolnostojący”. W Novinie zaś – wspomniane wiadukty. Przy większym z nich zaczyna się niebieski szlak, którym wróciliśmy do Liberca. Szlak jest zarośnięty lasem i nie spotkaliśmy na nim nikogo oprócz panów zwożących drzewo. Dopiero po dojściu do drogi w miejscu zwanym Výpřež  albo Tetřeví sedlo ponownie stykamy się z cywilizacją. W pewnym momencie trzeba skręcić z niebieskiego szlaku na żółty – jest drogowskaz.

Zegar

Zegar

Kościół św. Krzysztofa

Kościół św. Krzysztofa

I to tyle, moi mili, jeśli chodzi o tegoroczne wakacje… Choć może we wrześniu jeszcze gdzieś wyskoczymy? Chciałabym.

Pingwin Humboldta

Pingwin Humboldta

Czechy 2015 (I) – Ústí nad Labem i okolice

Pravcicka Brana

Pravcicka Brana

W tym roku, surprise, znów spędziliśmy wakacje w Czechach. Zgodnie z zasadą „jedziemy tam, gdzie jeszcze nie byliśmy”, tym razem za bazy noclegowe obraliśmy Ústí nad Labem (które po polsku podobno nazywa się Uście nad Łabą) i Liberec. Najpierw Ústí. Podróż PolskimBusem do Pragi i stamtąd pociągiem – niby dziwnie, ale najprościej i najkrócej. Wyjechawszy z Poznania o piątej nad ranem, w Ústí lądujemy około szesnastej, a moglibyśmy i godzinę wcześniej, gdyby korki po czeskiej stronie nie spowolniły autobusu, albo przynajmniej – gdybyśmy pojechali metrem z dworca Florenc na główny zamiast błądzić pieszo. Ale i tak jest nieźle.

Ústí nad Labem to miasto brzydkie, przemysłowe. Tak piszą i do pewnego stopnia to prawda, choć ja nazwałabym je raczej postprzemysłowym, bo żywot wielu zakładów dobiegł już kresu. Ale kiedy jest się w podróży, chłonie się wszystko – ciekawostki, melodię języka. Nigdzie nie ma planu miasta, a centrum informacyjne akurat nam zamknęli, więc w oparciu o zrobione zapobiegawczo notatki znajdujemy autobus jadący w pobliże naszego noclegu, jak się okazuje – niemal pod drzwi pensjonatu. Miało to swój minus, dobrze się jednak wpisujący w charakter miasta – pensjonat mieścił się przy ruchliwej ulicy, a na dole miał knajpę. Bardziej przeszkadzała ulica, zwłaszcza że upał nie pozwalał zamknąć okna. Poza tym jednak warunki bardzo dobre.

teatr

Teatr w Usti nad Labem

W samym mieście warto obejrzeć dwa kościoły – Wniebowzięcia NMP i św. Wojciecha – oraz teatr. Pierwszy z kościołów słynie z tego, że po amerykańskich bombardowaniach roku 1945 jego wieża odchyliła się od pionu o niemal 2 metry, co jednak niespecjalnie widać.

Ciekawiej jest po drugiej stronie Łaby – znajdują się tam ruiny wybudowanego na skalistej skarpie zamku Střekov, z których roztacza się wdzięczny widok na okolicę, w tym na leżące u jego podnóża „zdymadlo”, czyli śluzę. Mniej ciekawy jest widok z ładnej skądinąd wieży widokowej, tzw. „střekovskiej vyhlidki”, stojącej na wzgórzu na wschód od zamku. Natomiast na zachód od niego mieści się odbudowany na początku naszego wieku po pożarze pałacyk Vetruše, do którego można wjechać kolejką linową. Podarowaliśmy sobie, uznając, że jest tylko trochę ładniejszy od Gargamela albo krymskiego Jaskółczego Gniazda, aczkolwiek dla widoku pewnie warto.

IMG_3568

Widok z zamku

IMG_3560

Śluza (Masarykovo Zdymadlo)

Widok na podeschniętą Łabę, w oddali kościół NMP

Widok na podeschniętą Łabę, w oddali kościół NMP

Drugiego dnia wybraliśmy się do parku narodowego Czeska Szwajcaria – pociągiem do Děčína, stamtąd podmiejskim autobusem do wsi Mezna i potem szlakiem do Bramy Pravčickiej – największego mostu skalnego w Europie. Na górze (jak nietrudno się było domyślić) komercja – punkty widokowe leżą na terenie należącym do restauracji, której trzeba zapłacić za wstęp. Jeśli nie chcesz wchodzić na punkt widokowy, ale chcesz się najeść albo wysikać, i tak musisz zapłacić za wstęp, a żarcie w samej restauracji też drogie. Widoki jednak wynagradzają wydatek (przynajmniej ten za bilet, a jeśli chodzi o jedzenie, oszczędnym polecam wziąć wałówkę – ceny nie są mordercze, ale o jakieś 50% wyższe niż na dole).

Park Narodowy Czeska Szwajcaria - Prama Pravcicka i okolice

Park Narodowy Czeska Szwajcaria – Brama Pravcicka i okolice

IMG_3585 IMG_3622IMG_3606

Przy odrobinie samozaparcia moglibyśmy zwiedzić Děčín w drodze powrotnej, lecz uznaliśmy, że wolimy przyjechać ponownie następnego dnia (to tylko kilkanaście km od Ústí). Miasteczko warte obejrzenia głównie ze względu na ogród różany przy zamku, z którego roztaczają się cudne widoki na miasto. Sam zameczek też niczego sobie, ładnie odbija się w Łabie. Kamienny most z figurkami świętych można sobie podarować. Myślałam, że będzie podobny do tego w Kłodzku (który z kolei jest podobny do tego w Pradze), a tymczasem wszystkie figurki zebrano go kupy w jednym miejscu. Synagoga z początków XX w. w głównej części miasta przetrwała dzięki niesubordynacji dwóch niemieckich urzędników. Niedaleko dość ładny kościół ewangelicki. Warto też zajrzeć na rynek, czyli Mírové Náměstí.

synagoga w Decinie

Synagoga w Decinie

Zamek

IMG_3681

Rosarium i widok z tegoż

Ogrody zamkowe

Ogrody zamkowe

Następny dzień poświęciliśmy na wizytę w Litomierzycach (Litoměřice) i pobliskim Terezinie, gdzie podczas wojny mieściło się getto oraz więzienie w tzw. Małej Twierdzy. Litomierzyce są urokliwym miasteczkiem, wartym odwiedzenia mimo remontu na rynku (swoją drogą, co ci Czesi mają z remontami – ilekroć gdzieś jedziemy, rynek jest rozkopany). Lot ptaka zastępuje wieża katedralna.

Muzeum w starym ratuszu, kościół Wszystkich Świętych i rozkopy

Muzeum w starym ratuszu, kościół Wszystkich Świętych i rozkopy

Klasztor dominikanów i kościół św. Jakuba

Klasztor dominikanów i kościół św. Jakuba

Cerkiew św. Wacława

Cerkiew św. Wacława

Widok z wieży katedralnej

Widok z wieży katedralnej

Na zwiedzenie miasta wystarczy jednak godzina (chyba że chce się zwiedzić też podziemia) – potem można wsiąść w autobus i podjechać kilka kilometrów do Terezina. W 1941 roku całą aryjską ludność wysiedlono, a miasto zmieniono w getto. Hitlerowcy traktowali je jako pokazowe – mieszkańcy mieli swoje sklepiki, szkoły, nawet terezińską walutę. Niemcom udało się nawet oszukać dwie komisje MCK, które przyjechały do miasta, by zbadać panujące tam warunki. Rzeczywistość była zgoła odmienna – spośród ponad 150 tys. osób, które trafiły do Terezina, uratowało się zaledwie nieco ponad 17 tys. Reszta albo zmarła w wyniku warunków panujących w samym getcie, albo została wywieziona do obozów koncentracyjnych i tam zgładzona. W samym Terezinie, w tzw. Małej Twierdzy, która była więzieniem już w czasach Habsburgów, urządzono obóz dla więźniów politycznych, w którym straciło życie 2600 osób (liczby podaję za anglojęzyczną Wikipedią). Na mnie największe wrażenie zrobiły rysunki dzieci ze szkoły, w której teraz mieści się Muzeum Getta – dzięki nim ta historia zyskała dla mnie bardzo indywidualny wymiar, bo obrazki są podpisane, z przy większości nazwisk widnieją daty narodzin oraz data i miejsce śmierci – zwykle Oświęcim.

IMG_3785 IMG_3787 IMG_3788

Rysunki dzieci ze szkoły w terezińskim getcie

Rysunki dzieci ze szkoły w terezińskim getcie

Brama obozu/więzienia w Małej Twierdzy

Brama obozu/więzienia w Małej Twierdzy

Wkrótce sprawozdanie z drugiej części wyprawy – Liberec, Ještěd i Kryštofovo Údolí /Novina.

Selekcja nienaturalna – post scriptum

Poprzedni tekst pisałam wkurzona. Wkurzona, bo przez długi czas broniłam decyzji rządu o sprowadzeniu wyselekcjonowanych przez fundację Estera chrześcijan z Syrii przed tymi, którzy się oburzali. A tu się okazuje, że fundacja jakaś szemrana. Potem znowu się okazuje, że może wcale nie szemrana, tylko ktoś coś przekręcił. Cóż. Pozostanie niesmak i – co ważniejsze – obawy. Obawy wynikające z uświadomienia sobie, co mogłoby wyniknąć z przyjmowania ludzi wybranych przez prywatną fundację w oparciu o jej kryteria i jej metody. Nawet jeśli w przypadku tej konkretnej fundacji nic złego się nie stanie, a mam nadzieję, że wiele dobrego. Nadal trudno mi uwierzyć, że tak okropne przekłamanie zostało zdementowane dopiero po czterech dniach i mnóstwie flejmu w internecie, ale jeśli to rzeczywście było przekłamanie, a spóźniona reakcja wynikała z braku doświadczenia szefowej fundacji, to dziennikarka, która ten cytat sygnowała swoim nazwiskiem, powinna się smaż… powiedzmy, powinna pracować pół roku bez wynagrodzenia i w pocie czoła udowadniać swoją przydatność do zawodu. Albo przynajmniej spędzić kilka nieprzespanych nocy na zastanawianiu się, co narobiła. Inaczej dla mnie nie jest dziennikarką.

Sceptycyzm pozostał.

Selekcja nienaturalna

Od wczoraj burza w mojej głowie. Oto bowiem czytam w artykule z „Newsweeka”, traktującym o pierwszych przybyłych do Polski uchodźcach syryjskich, słowa następujące: „Dokładnie sprawdziliśmy, kim są członkowie wytypowanych rodzin, jakie mają powiązania i życiorysy. Przez jakiś czas ich telefony były na podsłuchu, weryfikowaliśmy ich świadectwa chrztu, by mieć pewność, że to chrześcijanie. Także księża znający ich od lat poświadczyli za nich i zapewnili, że reprezentują te same wartości, co my – mówiła Miriam Shaded założycielka i prezes zarządu Fundacji Estera” [podkreślenia moje – IMG].

Burza, bo do tej pory uważałam, że skoro fundacja zaproponowała rządowi polskiemu sfinansowanie przyjazdu grupy chrześcijan, ten ze względu na dobro uciekających przed wojną ludzi słusznie się zgodził. Uchodźcy przydzieleni przez UE i tak z czasem zaczną przyjeżdżać, a ci pierwsi po prostu przetrą szlaki. Dopiero po tym artykule zrozumiałam, jak błędna była współpraca rządu z prywatną fundacją w tej sprawie – przy całym zrozumieniu faktu, że został postawiony w trudnej sytuacji, bo przecież chcemy pomagać. Ta historia coraz mniej przypomina przyjmowanie uciekinierów, którzy nie mają czasu do stracenia, a coraz bardziej przyjmowanie osób wybranych w trakcie starannej i kosztownej selekcji w oparciu o zasady, którymi się brzydzę.

Szokuje mnie beztroska, z jaką pani Shaded przyznaje się do inwigilacji wyselekcjonowanych osób. (O ile, rzecz jasna, te słowa naprawdę zostały wypowiedziane. Zakładam jednak, że tak, skoro przez cztery dni od ukazania się artykułu ich nie zdementowała). Przyjmujemy uchodźców z krajów ogarniętych wojną, by mogli żyć w miejscu, w którym szanowane są prawa człowieka, a ona jak gdyby nigdy nic opowiada, że łamała te prawa podczas wyboru kandydatów. Rozumiem, że fundacja to jej prywatny folwark, ale Polska już nie.

Im dłużej myślę o tej „aferze podsłuchowej”, tym bardziej jest ona dla mnie tajemnicza. Kto konkretnie dokonywał podsłuchów? Zorganizowanie takiej akcji przez prywatną fundację wydaje mi się niewykonalne, zorganizowanie jej przez rząd innego kraju (Polski) raczej niemożliwe, więc najbardziej prawdopodobny wydaje się rząd Assada i to, że podsłuchuje rutynowo swoich obywateli (albo osoby starające się o wyjazd), a Fundacja Estera jakoś do tych podsłuchów (albo zebranych dzięki nim informacji) dotarła (legalnie? nielegalnie? w zamian za co?). Jeśli zaś szefowa fundacji kłamie o podsłuchach, świadczy to o niej równie źle, bo oznacza, że uważa je za coś chlubnego.

Dalej sprawa weryfikacji świadectw chrztu. Nie przeszkadzało mi, że w pierwszej kolejności przyjadą chrześcijanie, ale nie myślałam, że będą selekcjonowani w tak paranoidalny sposób. Oczywiście, że „uchodźczy” charakter uchodźców powinien być weryfikowany, ale tym powinny się zajmować unijne i rządowe instytucje, a nie działająca po partyzancku prywatna fundacja we współpracy z duchownymi i Bóg/Allach/Budda* wie kim jeszcze. Pomijając aspekt etyczny, pamiętajmy, że na wszystkie te rzeczy idą pieniądze, które mogłyby posłużyć tu, w Polsce, na pomoc uchodźcom przydzielonym przez Unię.

Nie wyobrażam sobie, aby polski rząd nie ustosunkował się do tej sprawy. Jeśli powie wyraźnie: „Nie wiedzieliśmy o tym i w takiej sytuacji nie chcemy dalszej współpracy z fundacją”, spróbuję uwierzyć, choć widzę na horyzoncie bałagan z osobami już sprowadzonymi. Może nie taki duży, skoro fundacja opłaca ich pobyt do czasu rozpatrzenia wniosków o azyl (chyba że się obrazi i przestanie), ale znowuż w razie odrzucenia wniosków, a w przypadku części osób może tak być, zrobi nam się tu kolejne małe piekiełko.

Ale w oczach osób, które uciekły przed grozą wojny, wszystkie nasze polityczno-humanistyczne spory wyglądają pewnie jak kłótnia dzieci, której przyglądają się ze strachem, bojąc się, że jej wynik może mieć wpływ na ich los. Chcę wierzyć, że organy decydujące o przyznaniu statusu uchodźcy są niezawisłe i zadecydują w oparciu o wszystkie dostępne przesłanki. Zależy mi jednak na tym, żeby ci ludzie nie czuli się odrzuceni przez polskie społeczeństwo i żeby wiedzieli, o co chodzi w tej awanturze. Dlatego, choć może to zarozumiałe, zwrócę się teraz bezpośrednio do nich. Uwaga, przechodzę na lenguydż.

Dear Refugees,

I’d like to welcome you to our country and I hope you will be permitted to stay here and help us build a peaceful society that respects rights of all humans regardless of nationality, color or creed. Precisely because of those values, however, we cannot tollerate the attitude of the Estera Foundation, whose president without any shame admits that in order to select „the right people” for the trip to Poland, they tapped your phones and eavesdropped your private conversations. This is a serious violation of human rights and should never be done in the name of law.

Thus, remember that the protests against Estera are not directed at you and that most people here empathize with you and wish you well.

—–
* Niepotrzebne skreślić.

Przed chwilą portal gazeta.pl przytoczył słowa, w których Miriam Shaded jednak dementuje swoją rzekomą wypowiedź, twierdząc, że to „pomyłka redakcji albo jej przejęzyczenie”. Chcę wierzyć, że to prawda – jeśli tak, to szkoda, że potrzeba było aż czterech dni na usłyszenie tych słów. Tekst zostawiam ku przestrodze dla wszystkich.

Minirecenzje filmowe – czerwiec 2015

Tym razem bez trailerów, bom zarobiona, ale wypiszę chociaż tytuły i wkleję parę refleksji, tak, zgadliście, z fejsa.

Magical Girl

Dawno nie miałam takiej niejasności, co napisać o obejrzanym właśnie filmie. Filmie, który jest niemal doskonały. Doskonale skomponowany, zmontowany, zagrany, trzymający w napięciu, klimatyczny. Straszny i zabawny. Świetnie pokazujący ludzkie charaktery. Dialogi o upadku edukacji i komercjalizacji piłki nożnej oraz monolog o charakterze Hiszpanów (który wszak bardziej pasowałby do Polaków) genialne. Jest tylko jedno „ale” – to typowa wydmuszka, sztuka dla sztuki. Można by się na siłę doszukiwać jakiegoś przesłania, ale jestem pewna, że reżyser miał je gdzieś. Czego zresztą można oczekiwać od gościa, który nazywa się Vermut? 😉 Ani to film z przesłaniem, ani wzruszający – ot, taki, żeby potrzymać w napięciu, zachwycić formą i fajerwerkami intelektu, czasem rozbawić, czasem przerazić. Brakuje spoiwa, które połączyłoby te wszystkie elementy, sprawiając, że będziemy mieli do czynienia z dziełem, a nie tylko z wyśmienitą (!!!) zabawą intelektualną.

CitizenFour. Dwie refleksje:

1. A propos śledzenia obywateli poprzez śledzenie ich kart kredytowych: w Opowieści podręcznej Margaret Atwood totalitarny reżim rozpoczyna swój atak od unieważnienia kart kredytowych kobiet.

2. Fakt, że Snowden dostał azyl w Rosji, budzi w niektórych wątpliwości co do jego wiarygodności. Bo rosyjskich władz nie lubimy. A w dobie natłoku informacji chcianych i niechcianych mało komu chce się jeszcze dociekać, gdzie Snowden starał się o azyl i kto mu odmówił. A starał się w 21 krajach, w tym w Polsce, i został załatwiony odmownie. Starał się wprawdzie w dużym pośpiechu, więc prawdopodobnie wniosek faktycznie nie spełniał wymogów formalnych, a nie wiadomo, czy próbował kolejny raz, lecz mimo wszystko warto o tym wiedzieć.

Warto obejrzeć film i jeszcze doczytać.

Taxi Teheran

Lubię kino irańskie i lubię się dowiadywać, jak żyją, myślą, zachowują się ludzie w innych częściach świata. Z tego drugiego powodu Taxi Teheran był wart obejrzenia – w przemyślny sposób mówi bowiem bardzo wiele o życiu Irańczyków, także o bardzo mrocznych jego stronach (im bliżej końca filmu, tym mroczniejszych). Nie umknął mojej uwagi specyficzny stoicyzm i poetyckie, zdystansowane spojrzenie na swój los, które zaobserwowałam (i podziwiałam) także w innych filmach Irańczyków. Niemniej do moich ulubionych irańskich produkcji raczej się nie zaliczy, bo należę do tych konserwatystów, którzy uważają, że film fabularny musi mieć fabułę… a z tym było tu kiepsko. Jest to raczej zbiór historyjek połączonych osobą kierowcy – reżysera – i miejscem, o którym opowiada.

Oprócz tego obejrzane:

Frank

1. Ważne spostrzeżenie, że aby mieć zaburzenia psychiczne, niekoniecznie trzeba było przeżyć w życiu jakieś traumy.

2. Fassbender – bo podobno to naprawdę on – umie śpiewać.

Poza tym obejrzałam Minionki (polecam, zwłaszcza dorosłym) i „to by było na tyle”.

Nalepka

I jeszcze jedna porcja refleksji z fejsa, sprzed dwóch tygodni, ale jakże aktualna.

Dzisiaj spotkała mnie przykrość. Zerwałam nalepkę z bardzo wulgarnym symbolem obrażającym pewną grupę społeczną, patrzę, a na tej nalepce „Lech Poznań”. W pierwszej chwili pomyślałam, że chyba czas przestać się spierać z tymi wszystkimi ludźmi, którzy stawiają znak równości między środowiskiem kibicowskim a gnojkami, którzy takie rzeczy rozpowszechniają i co za tym idzie, poniżają ludzi i nawet jeśli sami tego nie robią, sankcjonują ich dręczenie, a nawet zabijanie. No bo trudno z tym polemizować, skoro przykłady na ten znak równości mamy na każdym kroku.

Tylko że to znowu jest tak, jak z tym zawłaszczaniem polskiej flagi i miana patriotów. Ohydną manipulacją, z którą bardzo trudno jest walczyć. Zgraja ksenofobów i nienawistników wyciera sobie gęby symbolami Polski, ogłasza się jedynymi prawdziwymi patriotami i każdego, kto sprzeciwia się ich wizji, nazywa zdrajcą. Tak samo pewien typ nieprzyjemnych osobników próbuje zawłaszczyć symbole klubów i całą zawodową piłkę nożną i wmówić społeczeństwu, że ci, którzy nie są z nimi, nie są prawdziwymi kibicami. Jeśli ktoś to kupuje, albo zaczyna trzymać z nimi sztamę, bo nie chce być gorszy, albo stwierdza, że kibice to zło i on nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Otóż ja uwielbiam piłkę nożną, uwielbiam Lecha i gardzę tymi, którzy przyklejają ukradkiem nalepki i wykrzykują obraźliwe hasła, ale tylko, kiedy są w grupie albo ukryci za ekranem komputera w swoich bezpiecznych mieszkaniach. Nie, w sumie nawet nimi nie gardzę, tylko jest mi ich żal. Bo wiem, że w gruncie rzeczy to są słabi, nieszczęśliwi i samotni ludzie, którzy wyrażają nienawiść do innych, żeby zagłuszyć fakt, że nienawidzą siebie.

Może jestem adwokatem przegranej sprawy, zwłaszcza w taki gorący dzień, ale chciałam to napisać, więc napisałam.

O dojrzałości

Jeszcze jeden mój wpis z fejsa, który uznałam za wart przekopiowania na blog:

Uwaga, przemyśliwam! Miarą, a może jedną z miar dojrzałości państwa i narodu (ale także jednostki) wydaje mi się sposób, w jaki odnosimy się do swojej i swoich przodków historii. I co więcej, to samo wydaje mi się miarą trwałych dobrych relacji. Jeśli nie umiemy zaakceptować faktu, że nasi rodacy czynili zło, cały czas siedzimy na wielkiej puszce Pandory, pilnując, żeby to, co zamknięte w środku, się nie uwolniło. To postawa kogoś, kto czuje się słaby i boi się, że nic z niego nie zostanie, jeśli ten wyidealizowany model runie. Ale równie złe jest zamiatanie pod dywan doznanych krzywd w imię przyjaźni między narodami. Wtedy obie strony siedzą na wieku puszki, żeby hydra nie wyskoczyła. A ona się karmi naszym strachem. Myślę, że jedynym sposobem na trwały pokój jest odwaga spojrzenia hydrze w oczy. Badajmy to, co stało się przed laty. Nie udawajmy, że o tym zapomnieliśmy, bo takie udawane zapomnienie podsyca nienawiść. Miejmy odwagę i żądajmy jej od drugiej strony. Tylko żmudne i uczciwe dociekanie prawdy z pełną gotowością jej zaakceptowania, przeproszenia i przyjęcia przeprosin może nas uwolnić od nienawiści. Nie udawajmy, że nie było rzezi na Wołyniu. Nie udawajmy, że nie było Jedwabnego. Badajmy te sprawy najuczciwiej, jak potrafimy. Dopiero kiedy obejmiemy wzrokiem to całe pobojowisko i podamy sobie ręce ponad morzem trupów, wygramy.

Taka międzynarodowa psychoterapia.

Ufność to nie grzech

Chcę dziś napisać o pewnym zjawisku, które zwykle przechodzi niezauważone. O złu, w którym gremialnie uczestniczymy.

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że jesteśmy zewsząd otoczeni przez wielką machinę, której wyłącznym celem jest oszukanie każdego, kto okaże się nie dość ostrożny. Firmy podszywające się pod inne firmy, by wcisnąć produkty, których nie potrzebujemy, wyłudzanie pieniędzy „na wnuczka”, „na policjanta”, fałszywe rachunki za prąd, fałszywe mejle od oszustów polujących na nasze hasło do banku. Pomyślcie, ile energii i czasu marnujemy na uczenie się, jak uniknąć kolejnego popularnego przekrętu. Z każdym tygodniem wybuchają nowe afery – a to fałszywe mejle od Poczty Polskiej, a to fałszywe rachunki od Enei… Niedługo nie będziemy mieli czasu na nic innego, bo cały będziemy poświęcać na uczenie się, co zrobić, by nas nie oszukano, nie okradziono, nie wrobiono.

Oprócz straty czasu i pieniędzy (bo jednak ciągle ktoś wpada w pułapkę), katastrofalnym skutkiem tej plagi oszustw jest utrata zaufania do innych ludzi. Kiedy następnym razem będziecie chcieli ponarzekać na znieczulicę, powiążcie jedno z drugim. Boimy się ludzi. Boimy się, że ktoś, kto prosi nas o pomoc, w rzeczywistości ma złe zamiary. Dlatego uciekamy. Na ten temat napiszę osobny tekst, bo myślę, że nieufność nie jest jedynym powodem braku gotowości (lub odwagi) do pomocy, ale wydaje mi się istotnym czynnikiem.

O nieufności wywołanej falą oszustw był niedawno trafny felieton w „GW”, ale choć jest ona straszna i trzeba zrobić wszystko, by jakoś się z niej wyzwolić, ja chcę tu napisać o czymś innym. O czymś, co wydaje mi się jeszcze straszniejsze.

O tym, że my, rzekomo stojący po jasnej stronie mocy, dźwigamy na swoich barkach wielką winę. Zwróćcie uwagę, jaką plagą stała się stygmatyzacja ofiar oszustw. Piętnowanie pokrzywdzonych zamiast przestępców. Nazywanie ich naiwniakami, debilami, rozpisywanie o tym, jak ktoś mógł dać się nabrać na to czy owo. Internetowe fora pełne są „beki” z tych, którzy zostali w coś wrobieni. Może młodzi ludzie, którzy najczęściej na tych forach siedzą, też padli ofiarą – może od dzieciństwa wpajano im, że naiwność to jeden z grzechów głównych, a może sami zostali oszukani i teraz mszczą się na innych oszukanych, bo oszuści są nieuchwytni? Starsze pokolenie nieco lepiej pamięta czasy, kiedy nie próbowano nas na każdym kroku zrobić w konia, a zaufanie do drugiego człowieka nie było wystawione na tak ciężką próbę jak dziś. Może warto sięgnąć do tych wspomnień, własnych lub cudzych. Wyobrazić sobie, że świat mógłby być przyjaznym miejscem, w którym ofierze należy okazać serce zamiast ją gnoić. A jeśli sam padłeś ofiarą, nie musisz się tego wstydzić.

Wiele ostatnio pisano o tym, by nie stygmatyzować ofiar. Ofiar gwałtów, przemocy domowej, przestępstw „ciężkiego kalibru”. Ale stygmatyzując ofiary oszustw – choćby i były to przekręty wykorzystujące luki w prawie, a może szczególnie wtedy – pomagamy oszustom, a szkodzimy uczciwym ludziom. Niszczymy solidarność międzyludzką. Pamiętajcie o tym, kiedy następny razem będziecie mieli ochotę zakpić z kogoś, kto dał się nabrać: im więcej winy przerzucasz na ofiarę, tym więcej zdejmujesz jej z tego, kto naprawdę zawinił. Znasz kogoś, kogo oszukano? Podaj mu rękę, pomóż dochodzić swoich praw, a jeśli się nie da, wesprzyj go duchowo. Ostrzegaj innych przed oszustami, ale też daj im wyraźny przekaz, że jeśli wpadną w pułapkę, nie odwrócisz się od nich.

Moja niepoprawność

Myślę sobie tak wieczorowo o tych wszystkich -fobiach i -izmach. Homofobie, seksizmy, rasizmy odmieniane przez wszystkie przypadki, a nad nimi unosi się biały młot politycznej poprawności – nie będziesz używał tego słowa, nie powiesz nic złego o tym czy owym. Tylko czy to naprawdę najlepsza droga? Po pierwsze, bardzo mnie drażni jakieś takie odgórne, od linijki wytyczanie granic tego, co można, a czego nie można mówić. Jestem dość przywiązana do swobody wyrażania swoich poglądów i swojego gustu. Tak, całym sercem popieram równość, i właśnie dlatego dostaję szału, kiedy ktoś automatycznie widzi dyskryminację w fakcie, że jakaś gwiazda estrady mi się nie podoba. No bo przecież ta gwiazda jest symbolem tolerancji, więc nie można powiedzieć, że jest kiczowata. Albo te wszystkie bany na Marka Twaina (za oceanem) czy Murzynka Bambo (u nas), bo kogoś to obraża. Naprawdę rozumiem motywację, lecz moim zdaniem nie tędy droga, bo skończymy jak w 451 Fahrenheita – paląc książki. Czytać, wyjaśniać młodym ludziom kontekst historyczny, tłumaczyć, rozmawiać. I Tuwim, i Twain byli doskonałymi literatami, którzy tworzyli w czasach, w których tak się pisało i myślało, co wcale nie znaczy, że chcieli obrazić jakąś rasę. U Twaina, o ile pamiętam, jest dobry Murzyn, za to zły Indianin. Cóż, pewnie tacy bywają. Uważam, że tego rodzaju cenzura jest czymś bardzo złym, co może się skończyć cenzurowaniem wszystkiego poza dziełami najbardziej „czystymi ideologicznie”, co z kolei może oznaczać sterylność, może też oznaczać przegięcie w drugą stronę. Nie chcę takiego świata, nie chcę, żeby zabraniano mi mówić i czytać.

Aspekt drugi: ile ta nienawiść, która rzeczywiście w pewnych ludziach buzuje i wylewa się w internecie, czasem też poza nim, ma rzeczywicie wspólnego z uprzedzeniami rasowymi czy społecznymi, a na ile jest po prostu wyrazem frustracji, wściekłości, czasem prawdziwego zła zgromadzonego w tych ludziach, którzy po prostu znaleźli sobie grupę pozwalającą im się zdefiniować w opozycji do czegoś, bo dzięki temu czują się silni. Dzisiaj w wiadomościach Dominik, chłopiec, który popełnił samobójstwo, i nienawistne komentarze po jego śmierci. Ludzi, którzy je piszą, wyobrażam sobie jako potwornych frustratów przepełnionych wściekłością na świat, i naprawdę nie mam złudzeń, że ta wściekłość by znikła, gdyby jakaś czarodziejska różdżka wymazała ze świata homofobię (rasizm, jakiekolwiek uprzedzenie), całą resztę pozostawiając taką samą. Ta wściekłość nadal by buzowała, bo jest ich przyrodzoną cechą, może odziedziczoną w spadku po rodzicach, może wynikłą z bycia poniżanymi w dzieciństwie, uczenia się nienawiści zamiast miłości, może wszystko to naraz. Nadal byliby wściekli i mieli w sobie wielkie pokłady nienawiści, więc znaleźliby inną ofiarę, indywidualną czy grupową. Jak gitowcy bijący hipisów. Wystarczy, że ktoś jest inny, żeby w mniemaniu tych hejterów nie zasługiwał na życie. Nie wiem, czy tych ludzi, w tym pokoleniu, można jeszcze uleczyć z nienawiści. To wymaga wielkiej pracy w dzieciństwie, później jest bardzo trudno. Ale myślę też, że są wśród nich osoby, którym można pomóc, tylko trzeba pokazać im inny świat – świat wzajemnego poszanowania i miłości.

Podsumowując, o ile to się da podsumować, bo problem jest złożony i trudny – moim zdaniem poprawność polityczna i jakieś odgórne zakazy/nakazy, jak wolno mówić, a jak nie wolno, co czytać i tak dalej, nie jest właściwą drogą. Pewne wypowiedzi czy symbole są obraźliwe albo wulgarne same w sobie. Jeśli ktoś używa wulgarnych szyldów albo pisze o samobójcy „dobrze, że zdechł”, zasługuje to na potępienie ze zwykłego ludzkiego punktu widzenia (i mam nadzieję, że w prawie też są na to paragrafy). Brońmy każdego prześladowanego, wzgardzonego, wyszydzanego człowieka. Ale opanujmy się z tą wszechobecną cenzurą, która się już (i to najbardziej przeraża) zinternalizowała: zanim coś powiesz, zastanawiasz się, czy kogoś to nie urazi, i w końcu często mówisz coś innego, niż chciałeś. To jest dyktatura obłudy i strachu – w nas samych.

A dzieciakami zajmujmy się ze wszystkich sił. Dawajmy im wzorce. Dajmy im siłę, żeby nie nienawidziły ani siebie, ani innych. Żeby potrafiły funkcjonować bez wsparcia tłumu. Słyszę od nauczycieli, że czasem się nie da, bo rodzina, bo środowisko. Ale czasem się da, więc trzeba próbować. Przepraszam, że się wymądrzam, chociaż ani nie mam dzieci, ani z dziećmi nie pracuję. Ale miałam dzieciństwo, więc coś tam wiem.

Mrauk U

Built in the 1530s, Shitthaung Temple is Mrauk U's most famous attraction. Its mazelike corridors are adorned with countless depictions of the Buddha.  PHOTOGRAPH BY LUCA TETTONI, ROBERT HARDING WORLD IMAGERY/CORBIS

Built in the 1530s, Shitthaung Temple is Mrauk U’s most famous attraction. Its mazelike corridors are adorned with countless depictions of the Buddha.
PHOTOGRAPH BY LUCA TETTONI, ROBERT HARDING WORLD IMAGERY/CORBIS

Jeszcze jeden mój wpis z Facebooka, któremu – oraz zalinkowanemu poniżej tekstowi z „NG”, do którego się odnosi – chcę odsunąć w czasie datę przydatności.

Ciekawy ów i smutny artykuł pokazuje, że o ile dla pewnego odsetka ludzi religia jest czymś, co uwzniośla ich życie i czyni ich lepszymi, o tyle dla większości jest to wyłącznie kwestia konformizmu i siły czerpanej z bycia częścią grupy. Jeśli ktoś myślał, że islam z natury jest wojowniczy, a buddyzm łagodny, to proszę: „The assault has been led by nationalist political parties and Buddhist monks, joined in a coalition known as the Race and Religion Protection Association”.

Śledzę sobie historię muzułmańskiego ludu Rohingja, może niezbyt dokładnie, ale ciekawi mnie, bo raz, że jest trochę podobna do naszej historii z uchodźcami (też uciekają, Tajlandia zaczęła ich odsyłać, próbują się chronić w Indonezji i Malezji), a dwa – że pokazuje, jak małe znaczenie w skali makro ma to, co głosi jakakolwiek religia. Właściwie nie małe, tylko żadne. Chodzi wyłącznie o tradycję, poczucie przynależności.

Artykuł z „National Geographic”

Efekt potwierdzenia, czyli konformizm nasz powszedni

Napisało mi się chyba w miarę zgrabnie na fejsie, a jak jest z fejsem, wiadomo: następnego dnia wpis znika w czeluściach tablic i pies z kulawą nogą go nie odkopie. Pozwolę więc sobie umieścić tamtą wypowiedź także tu.

Do rozważenia na dobranoc: jak bardzo nasze postrzeganie rzeczy jest uzależnione od poglądów, jakie żywimy. Dlaczego ktoś, kto jest negatywnie nastawiony do piłki nożnej, widzi rasizm, nietolerancję, agresję kibiców, pieniądze idące na piłkę zamiast na kulturę, homofobiczną odzywkę piłkarza, a ja, patrząca na ten sport przychylnie, widzę zasadę fair play, której we współczesnym świecie tak mało, a w sporcie wciąż jest doceniana, piłkarzy ze skonfliktowanych krajów grających w jednym zespole, czarnoskórych piłkarzy, dzięki którym kibice przestają być rasistami? Dlatego, że każde z nas zauważa to, co potwierdza naszą tezę. Jest to znane w psychologii jako efekt potwierdzenia. Jeśli dążymy do obiektywizmu, pokoju i dialogu, a nie tylko do wykrzykiwania, że moja racja jest mojsza niż twojsza, trzeba przynajmniej raz na jakiś czas sobie to uświadomić i dokonać „rachunku sumienia”. Jeśli dwie strony są do tego zdolne, warto też usiąść razem i porównać swoje spostrzeżenia. Wtedy ma miejsce prawdziwy dialog. Niestety często takiego dialogu się boimy, bo jesteśmy przywiązani do swojej wizji świata i wcale nie mamy ochoty jej zmieniać. Co nam nie pasuje – won. Wtedy dialog jest niemożliwy.

Nonkonformizm to nie tylko niezgoda na to, co podsuwają nam inni – to także gotowość do ciągłego rewidowania swoich poglądów w imię prawdy. Gotowość do zmian, do uznania czyjegoś argumentu. To być może trudniejsze, a w każdym razie wymaga wielkiej odwagi. Której życzę sobie i Wam, bo taka postawa zbliża ludzi, a postawa konfrontacyjna ich od siebie oddala. Śpijcie dobrze!

Efekt potwierdzenia

Feministki mnie dyskryminują!

W sumie nie wiem, czy ten tytuł to na żarty, czy poważnie. Sami oceńcie.

Na początek – wiem, że definicja feminizmu jest niejednorodna zarówno wśród ogółu społeczeństwa, jak i osób, które feministkami/feministami się mienią. Na przykład czytając na Facebooku wpisy Klaudii Heintze odnoszę wrażenie, że ma bardzo podobne poglądy do moich, tyle że ja nie widzę powodu nazywania tego feminizmem. Piętnuję (staram się) przejawy dyskryminacji wobec kobiet, tak jak piętnuję (staram się) przejawy dyskryminacji wobec jakichkolwiek jednostek czy grup społecznych. W zapowiedzi mojej książki Arkadia w jednym z serwisów kulturalnych napisano, że jest to fantastyka z wątkami feministycznymi. Hm. Podrapałam się w głowę, podumałam i stwierdziłam, że chodzi im o to, iż książka jest pisana z perspektywy (pewnej konkretnej) kobiety, przez pryzmat jej emocji, a miłość ukazana w sposób delikatny i wzniosły. Cóż – podobno w którejś z książek Jonathana Carrolla (nie pamiętam tego cytatu, wyczytałam to w pewnym artykule niepodającym źródła) padają słowa, że dla mężczyzny seks to sport, a dla kobiety msza. Jeśli więc to, że w seksie dwóch zakochanych w sobie osób – zwłaszcza że obie są kobietami – widzę coś wykraczającego daleko poza sferę cielesności i piszę o tym z mnóstwem silnych emocji, jest feminizmem, to nie mam nic przeciwko byciu tak nazwaną*.

Zdarzają się natomiast chwile, gdy czuję się skopana przez feministki. Jak wiele osób, mam w sobie pewne punkty nadwrażliwości, które sprawiają, że bardzo osobiście traktuję stwierdzenia padające w mediach czy dyskusjach. Otóż alergicznie reaguję na uogólnienia dotyczące kobiet, które (uogólnienia, nie kobiety ;)) do mnie nie pasują. Odczuwam je jako odmawianie mi prawa do kobiecości. Nie mieścisz się w kanonie, więc do nas nie należysz. Bardzo mnie to boli. A niestety takich uogólnień jest wszędzie pełno, także ze strony autorytetów. Szczególnie wbił mi się w głowę jeden przypadek. Otóż zmusiłam się do obejrzenia filmu Eriki Lust, której twórczość jest określana jako kobiece/feministyczne porno. Film ten – Cabaret Desire – był prezentowany w Poznaniu podczas jakiejś kobiecej imprezy jako przykład tego „dobrego”, kobiecego porno, dyskusję po nim prowadziła znana seksuolożka Alicja Długołęcka (która działa na mnie jak płachta na byka, bo ilekroć widzę jakieś jej artykuły, jestem prawie pewna, że po przeczytaniu takiego znów zwątpię w swoją kobiecość), a zachęcała mnie do przyjścia nań moja skądinąd bardzo miła koleżanka, znana lokalnie feministka. Na film nie poszłam, bo po pierwsze w ogóle źle bym się czuła oglądając taki film w kinie z obcymi ludźmi, a po drugie, miałam już okazję widzieć trailery filmów Eriki Lust i raczej mnie one odrzucały, niż pociągały. Postanowiłam jednak zdobyć go i obejrzeć. Oglądałam po kawałku na raty, bo nie mogłam zdzierżyć, ale dobrnęłam do końca. Nie mogłam zdzierżyć przede wszystkim dlatego, że film był dla mnie potwornie nudny. Nie podobała mi się jego estetyka, seksu było mało, sceny niepodniecające, brakowało też tego, czego oczekiwałabym po kobiecej pornografii – czułości. Słyszę czasem argument, że „lepszy” film pornograficzny powinien mieć fabułę, ale fabuła w tym filmie była tak pretekstowa, że tylko nudziła. Nawiasem mówiąc, argument ów nie bardzo do mnie trafia, bo film pornograficzny chyba z definicji ma wywoływać podniecenie seksualne i ja osobiście scenki „przed” i „po” raczej przewijam. Ważna natomiast jest sama estetyka sceny miłosnej i stosunek partnerów/partnerek do siebie – tu po filmie, który chciałabym oglądać, oczekuję tego, że będzie pokazywał wzajemną czułość i oddanie partnerów w akcie miłosnym, dawał przesłanie, że seks (i oglądanie seksu) jest czymś dobrym, a nie czymś, czego trzeba się wstydzić. Niestety rzadko można coś takiego zobaczyć i dlatego – choć oglądanie/czytanie scen miłosnych jest dla mnie chyba najlepszym źródłem podniecenia – pornografią, którą dane mi było widzieć, jestem na ogół rozczarowana i zniesmaczona (i zawstydzona). Czasem jednak, z rzadka, trafia się coś, co spełnia mój postulat pokazywania czułości i bliskości partnerów. Chciałabym, żeby było więcej takiej dobrej, pozytywnej, akceptowalnej etycznie i estetycznie pornografii.

Niestety film pani Lust (pewnie, że to pseudonim) nie spełnia moich wyobrażeń na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, nie podnieca. Po drugie, estetyką też mnie nie oczarował, a wręcz zniechęcił (tak, słyszałam, że reżyserka postawiła sobie za cel pokazywanie przekroju społeczeństwa, ale po pierwsze, nie chodzi mi o nieestetyczność ludzi, a po drugie, upieram się przy twierdzeniu, że celem pornografii jest wywołanie podniecenia). Po trzecie – i najważniejsze, dlatego zostawiłam to na koniec – w filmie jest scena, w której kobieta zaskakuje faceta we śnie, knebluje go, krępuje i gwałci. I proszę, niech mi nikt nie mówi, że jest to przewrotny komentarz do „tradycyjnej” pornografii, bo nie zdarzyło mi się widzieć w filmie pornograficznym sceny gwałtu, a gdybym na taką trafiła, tobym ją wyłączyła. Tymczasem tu w dobrym tonie jest oglądać, bo to taki postępowy film. I nie, nie przekonuje mnie to, że facet po pewnym czasie przestaje się opierać – komentarz czy nie komentarz, ta scena jest zła i zasługuje na takie samo potępienie jak każda scena gwałtu.

Pada też argument, że w tradycyjnym pornobiznesie (a w feministycznym nie) kobiety są wykorzystywane i krzywdzone. Nie wiem, jak to wygląda – prawdopodobnie w części przypadków tak jest. Nie muszę chyba pisać, że jestem absolutnie przeciwna krzywdzeniu kogokolwiek w ramach czegokolwiek. Czytając takie teksty jak ten, trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że część osób pracujących w tym biznesie po prostu wybrała taki zawód i chwali go sobie. Ponadto nie mam możliwości sprawdzenia, jak są traktowani poza planem aktorzy grający w jakichkolwiek filmach, także w filmach Eriki Lust, więc ten argument niespecjalnie do mnie przemawia.

Spoglądam na to, co napisałam, i boję się, że zaraz zostanę zhejtowana za niedostateczne potępianie pornografii. Cóż poradzę – istotnie nie potępiam samego zjawiska, a wręcz uważam je za potrzebne. Niektóre osoby tak mają, że najłatwiej podniecają się właśnie scenami miłosnymi na ekranie. Potępiam jakość większości, brzydotę, wulgarność. Chciałabym bardzo, żeby to wyglądało inaczej – żeby osoby o wyższym poziomie kultury mogły tam znaleźć coś, co będą oglądać bez wstydu. Bo przecież my też mamy ciała. Natomiast zupełnie nie kupuję tej feministycznej pornografii i kiedy widzę, jak jest wynoszona na piedestał i nazywana „kobiecym porno”, chce mi się wyć. Wyję, bo znowu ktoś próbuje mnie wyrzucić poza nawias kobiecości. Wiele razy czułam się wyobcowana – ze względu na styl bycia, hobby, teraz to. Ale choć komuś może się to nie podobać, jestem kobietą i nigdy nie czułam się nikim innym. Dlaczego proszę, nie zawłaszczajcie tego miana dla określenia swoich gustów, poglądów czy cech. Nie kopcie w tyłek innych kobiet tylko dlatego, że są inne.


*…choć wcale nie uważam, że wszystkie kobiety powinny tak czuć, więc chyba jednak to nie żaden feminizm, tylko moja jednostkowa wizja.