Category Archives: przygoda

Pocztówka z wakacji – Czeskie Budziejowice, Czeski Krumlow, Trzeboń, Tabor, Jindřichův Hradec, Szumawa

_MG_2116

Czeskie Budziejowice – Plac Przemysła Ottokara, ponoć jeden z największych rynków w Europie (widok z Czarnej Wieży)

Kurczę! Nie dam rady szczegółowo opisać naszego tegorocznego pobytu, a był najdłuższy ze wszystkich dotychczasowych, bo trwał równo dwa tygodnie. Planowaliśmy tydzień spędzić w Czeskich Budziejowicach, a tydzień na Szumawie w miejscowości Nova Pec, ale dzień przed wyjazdem z Budziejowic otrzymaliśmy (a raczej – odebraliśmy, bo wysłał go dwa dni wcześniej, ale w pensjonacie nie łapało nam wifi, więc co dwa-trzy dni braliśmy laptopa pod pachę i szliśmy z nim do knajpy, by się połączyć ze światem przy piwie lub kofoli) maila od gospodarza z Novej Peci, że piorun uderzył mu w skrzynkę od prądu i spalił instalację, w związku z czym anuluje nam pobyt. Rozważaliśmy trzy opcje: próbować znaleźć nocleg gdzie indziej na Szumawie, przedłużyć w Budziejowicach albo jechać do Pragi. Najpierw zadzwoniliśmy do kilku miejsc w okolicach Novej Peci i o dziwo nawet udało nam się dogadać, ale niestety wszędzie mówili, że miejsc nie ma. W Pradze nie odbierali telefonu, bo sobota. Kiedy więc okazało się, że nasz gospodarz może przedłużyć nam pobyt aż do piątku, uznaliśmy, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu (choć jeśli gołąb, to na pewno byłby sierpówką, bo pełno ich latało i pohukiwało wokół naszego pensjonatu i parku Stromovka) i przystaliśmy na to. Potem już na spokojnie załatwiliśmy sobie jedną noc w Pradze i stamtąd w sobotę wracaliśmy do Polski.

_MG_2271

Czeski Krumlow – detal z zamku

Na Szumawę ostatecznie skoczyliśmy, ale tylko na dzień – pociągiem z Budziejowic rano, powrót wieczorem. Zobaczyliśmy Novą Pec i rozlaną Wełtawę, która w tamtym miejscu przechodzi w jezioro Lipno. Przeszliśmy się tzw. Niedźwiedzią Ścieżką (bez obaw – nazwa pochodzi od ostatniego misia, ubitego tam ponad półtora wieku temu). Nie było jednak czasu na konkretną wycieczkę w góry ani na plażowanie nad Wełtawą. Może jeszcze kiedyś tam trafimy – oceniając na podstawie widoku z pociągu, upodobaliśmy sobie miejscowość Černá v Pošumaví, gdzie otwiera się piękny widok na jezioro Lipno i bujające się na nim jednostki pływające.

_MG_3145

Plac Przemysła Ottokara nocą – zdjęcia robione z ręki, muszę pochwalić swój aparat (Canon EOS 700D)

_MG_3158

Czeskie Budziejowice okazały się uroczym i przyjaznym miastem z dużą i ładną starówką, dwiema rzekami i mnóstwem terenów zielonych (czego, szczerze mówiąc, się nie spodziewałam – przeciwnie, z jakiegoś powodu sądziłam, że jadę do brzydkiego miasta, wartego odwiedzenia tylko ze względu na Szwejka i sąsiedztwo). Okolice bliższe i dalsze też godne uwagi – Czeski Krumlow, miasteczko znajdujące się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, oblegane przez turystów niczym praska starówka i równie piękne. Z kolei Jindřichův Hradec – spokojne miasteczko bez nadmiaru turystów, ale bardzo urokliwe ze swoimi dwoma jeziorkami, które – jeśli dobrze pamiętam – zwą się po prostu Velky Rybnik i Maly Rybnik. Po drodze odwiedziny w Trzeboniu i oprócz przechadzki obowiązkowa degustacja tamtejszego piwa Regent. Innego dnia wypad do Taboru, który z kolei odrobinę mnie rozczarował, a może mieliśmy po prostu pecha do pogody. I jeszcze Hluboka nad Vltavou z tamtejszym zamkiem, o którym przewodnik pisze, że jest drugim najczęściej odwiedzanym w Czechach. Moja reakcja na jego widok? „Wygląda, jakby go zbudowali wczoraj”. Cóż, spodziewałam się czegoś w rodzaju zamku Czocha, a tymczasem budowla jest gruntownie odnowiona. Niemniej widoki z wieży całkiem zacne. 

_MG_2692

Jindrichuv Hradec – widok z wieży zamkowej na stawy

_MG_2747

Jindrichuv Hradec

_MG_2775

Rynek w Trzeboniu

_MG_3220

Tabor – uliczka

_MG_2578

Hluboka nad Vltavou – zamek

Mimo wszystko dwanaście nocy spędzonych w Czeskich Budziejowicach to trochę za dużo. Po pierwsze, mam niedosyt, że nie zrealizowaliśmy naszych górskich planów. Po drugie, tak się przyzwyczaiłam do Budziejowic, że wyjeżdżałam stamtąd niemal ze łzami w oczach. Przystanek w Pradze nieco osłodził nam powrót, ale bardzo mi żal, że wakacje dobiegły końca. Tym bardziej że po pięciu kolejnych wakacyjnych wyjazdach do Czech podjęliśmy męską decyzję, iż przyszłoroczne wakacje spędzimy częściowo w Polsce, a częściowo na Słowacji. Na ogół jednak z takich wczesnych planów niewiele wychodzi, bo nim nadchodzi kolejne lato, już nawet ich nie pamiętamy…

_MG_2999

Wełtawa w Novej Peci

_MG_2464

Rzeka Malse w Czeskich Budziejowicach

_MG_3133t

Dzięcioł zielony „ustrzelony” w parku Stromovka

_MG_3338

Graffiti nad Wełtawą

Reklamy

Wychodzę na chwilę

IMG_7649

Jest taka sprawa, że nabyłam lustrzankę. Jest też taka sprawa, że umiejętności związane z jej używaniem nie rodzą się automatycznie w głowie i w oku, co może nie było dla mnie szczególnym zaskoczeniem, ale przyczyną pewnej frustracji i owszem. Na szczęście kilka zaledwie dni po tym, jak nabytek wylądował w mych rękach, zostałam pocieszona przez posiadacza podobnej zabawki, niejakiego Prezesa, że jemu też początkowo zdjęcia wychodziły gorsze niż z idiotencamery i dopiero po pół roku zaczęły jakoś wyglądać. Dodam, że „jakoś” w jego przypadku znaczy „naprawdę nieźle”.

No więc ćwiczę. Ćwiczę namiętnie. Tak namiętnie, że współmałżonek wertuje encyklopedię zdrowia w poszukiwaniu odpowiedniej jednostki chorobowej. Już wcześniej wprawdzie zdarzało się, że po powrocie z zakupów rzucałam siatki w korytarzu, wołałam „Wychodzę na chwilę!”, brałam aparat (mój wcześniejszy model, o którym zaraz) i zbiegałam przez park nad Wartę, by obfotografować zachód słońca. Czasem nawet nie było trzeba wracać z zakupów – wystarczyło światło odbijające się w oknach przeciwległego bloku.

IMG_6656

Mój poprzedni aparat, właśnie. Choć „poprzedni” to jednak krzywdzące określenie, bo z racji mieszczenia się w torebce nadal bywa w użyciu i podejrzewam, że nie rozstanę się z nim na dobre. Nie był pierwszy, ale był moją pierwszą cyfrówką, i choć można robić na nim automatycznie wszystko, od początku zawzięłam się, żeby ustawiać ręcznie, co tylko się da. Podobnie zresztą robię z nowym, co oczywiście nie jest optymalnym wyjściem, bo niemal przy każdym ujęciu trzeba zmieniać ustawienia (i przeważnie wykonać kilka zdjęć, nim się znajdzie jakieś w miarę dobre), a nie zawsze jest na to czas. Uparłam się jednak, że chcę jak najwięcej się nauczyć, a czas na tryb automatyczny czy półautomatyczny przyjdzie potem.

Poprzednim aparatem fotografowałam kilka lat i wiele się nauczyłam, choć może po moich zdjęciach tego nie widać 😉 Dużo z tej wiedzy przydaje mi się teraz, gdy mam nowy, też zresztą Canona, więc i rozkminienie teorii okazało się łatwiejsze. Praktyka to całkiem inna para kaloszy, ale mam na nią całą resztę życia. Jedna natomiast rzecz z czasem coraz mocniej mi doskwierała, mianowicie aparacik ów nie dawał możliwości własnoręcznego ustawienia czasu naświetlania i przysłony. Można było dać mu do zrozumienia, czego dusza pragnie, manipulując ISO i przełącznikiem makro/normalne/pejzaż, ale o uzyskanie wymarzonego efektu było trudno. A kusiły mnie choćby zdjęcia nocne.

IMG_7723

Długo się przymierzałam do zakupu nowego aparatu. Mając niewielką wiedzę (bo tej nabywa się dopiero w praktyce, o czym zdają się nie pamiętać różni mądralińscy z forów fotograficznych), nie umiałam określić, jaki aparat będzie dla mnie dobry, a każdy doradzał co innego. W końcu wybrałam najprostsze rozwiązanie: oto ktoś zapytał fotografa publikującego fajne zdjęcia na fejsie, jakiego używa sprzętu, a on odpowiedział: „Nie specjalnego, Canon taki a taki, obiektyw taki a taki”. Postanowiłam, że taki właśnie aparat kupię. Skończyło się na nowszym modelu, bo tamtego nie było już w sprzedaży. Okazało się zresztą, że to aparat dość popularny wśród moich znajomych. Na drugi obiektyw wciąż pracuję, na razie używam standardowego 18-55mm, który nieźle nadaje się do pejzaży, natomiast trudno robić nim zdjęcia czegoś, co nie chce pozować ni podejść, np. ptaszków. Upatrzyłam już sobie nawet obiektyw 55-250mm, ale pomijając aspekt finansowy, chcę na razie trochę poćwiczyć na tym, który mam. Czasem się wściekam – ot, choćby podczas wczorajszej wycieczki rowerowej, gdy przyuważyłam kokoszkę wodną w Parku Sołackim, a na Rusałce kaczkę z małymi – ale czuję, że jeszcze nie czas na dokładanie kolejnego przedmiotu w tej mojej fotoszkole, bo i bez tego daleka jestem od jakiegokolwiek ogarniania. Uczę się cierpliwości – zdarza mi się pojechać rowerem nad Maltę o zachodzie słońca, znaleźć fajną miejscówkę, rozstawić  statyw, zmarznąć, a po powrocie do domu stwierdzić, że mam może jedno znośne zdjęcie. Najgorsze, że torturuję znajomych z Facebooka swoją twórczością, czasem nawet tą słabszą, bo jakoś nie mogę się pogodzić z tym, że wieczór poszedł na marne.

Inna rzecz, że dziś wiele osób przegląda internet na komórkach, gdzie nie zawsze da się odróżnić dobre zdjęcie od niedobrego, co może być pewną pociechą w przypadku tych gorszych, za to w przypadku lepszych frustruje. No i algorytmy fejsa, które arbitralnie decydują, co komu pokazać, a co nie.

IMG_7829

Tak więc odkrywam, że pod wieloma względami fotografowanie przypomina pisanie – namęczysz się, a pies z kulawą nogą tego nie doceni. Tyle tylko, że przynajmniej omiecie wzrokiem, a to i tak więcej niż w przypadku twórczości literackiej czy choćby tego wpisu. Ale chwilowo nowe hobby przysłania mi większość starych, co w jednych przypadkach mnie martwi, a w innych cieszy. Besztam się na przykład za to, że rzadko biegam, natomiast brak pisania mnie wręcz raduje, bo niepublikowana twórczość powoli przestawała mieścić się w szufladzie. W szufladzie mojej cierpliwości, that is. Spieszę jednak zapewnić, że nie z powodu frustracji zaprzestałam pisania. Na pewno kiedyś doń wrócę, choćby i za dwadzieścia lat. Tylko to bieganie… no dobra, może dzisiaj się uda, bo pogoda mało fotograficzna.

W każdym razie nie zanosi się na to, żebym w najbliszej przyszłości przestała wrzucać na fejsa zdjęcia, w nadmiernej być może liczbie. Mam nadzieję, że nie stanie się to dla nikogo powodem wyłączenia mnie z feedu. A współmałżonek pewnie jeszcze nie raz usłyszy „Wychodzę na chwilę!” i będzie doskonale wiedział, że nie ma się mnie spodziewać wcześniej niż za godzinę.

Chciałabym kiedyś robić dobre zdjęcia. Trzymajcie kciuki.

IMG_6863

IMG_7413

Włóczęgi po Poznaniu 6 – ul. Hutnicza i Plac Lipowy

IMG_5325

ul. Hutnicza – „Osada”

Po kilku latach przerwy wznawiam sekcję „Włóczęgi po Poznaniu”. Wznawiam, bo jest okazja, choć nie obiecuję większej liczby wpisów, a to choćby dlatego, że inni robią lepsze zdjęcia i piszą ciekawiej.

W każdym razie udaliśmy się dziś w dwa miejsca, o których słyszałam i widziałam je na fotografiach, a nigdy dotąd w realu. Pierwszym z nich była tzw. Osada – kolonia domów wybudowanych pierwotnie dla pracowników kolei, mieszcząca się pomiędzy ulicami Hutniczą, Wspólną i 28 czerwca. Miejsce jest dobrze ukryte i choć wielokrotnie przejeżdżałam obok niego tramwajem albo nawet przechodziłam, długo nie miałam pojęcia o jego istnieniu, zwłaszcza że nie jest wspomniane w książce Ulicami mojego Poznania Zbigniewa Zakrzewskiego, z której czerpię większość wiedzy o mieście.

IMG_5326IMG_5328

IMG_5332

Te domy też należą do Osady – szkoda, że je pomalowano na taki nietypowy kolor.

Plac Lipowy mieści się niedaleko, pomiędzy ul. Lipową, Bluszczową i Bzową. Nie widnieje nawet na niektórych planach miasta, bo jest nieduży, ale warto zajrzeć i tam, i na okoliczne uliczki – choćby rzeczoną Lipową, gdzie odkryliśmy taki ładny dom (białe kropki na zdjęciu to opady śniegu 🙂 ).

IMG_5337

IMG_5335

Plac Lipowy

Serdecznie polecam odwiedziny w tych miejscach. Tymczasem koleżanka donosi, że nieopodal Osady, u zbiegu ulic Wspólnej i Tokarskiej, znajduje się największe podwórko (chyba już raczej podwórze?) w Poznaniu. Jest więc pretekst do kolejnej wycieczki.

Transatlantyk 2015 – rozgrzewka

Właśnie przestudiowałam program tegorocznego Transatlantyku i wypisałam sobie 21 filmów. Zaznaczam, że nie interesują mnie żadne ekstrawagancje typu kino łóżkowe czy kulinarne – chcę oglądać dobre filmy. Osiem dni, trzy kina, wypisanych przeze mnie 21 filmów to niewielki ułamek tego, co będzie się tu działo. Filmy oscarowe i niszowe, dokumenty, kino festiwalowe, kino sportowe z genialnymi zdjęciami. Bilety na niektóre sekcje po 15 zł., na inne po 5 lub za darmo. Oczywiście będę musiała wykreślić jeszcze połowę, bo nie mam tyle czasu, część filmów jest o tych samych porach, a Muza wymyśliła, że bezpłatne wejściówki będą do odebrania godzinę przed seansem, co praktycznie oznacza brak możliwości ich zdobycia, jeśli nie ustawię się (lub kogoś) w kolejce dwie godziny wcześniej. Ale i tak czeka mnie cudowny tydzień. Od dwóch lat planuję wakacje w taki sposób, żeby na Transatlantyk być w Poznaniu. Więc błagam, nie mówcie mi, że ten festiwal jest niepotrzebny. W ciągu tych ośmiu dni przewija się tu tyle genialnego kina, ile nie zobaczy się we wszystkich kinach Poznania przez cały rok. Owszem, część tych filmów (np. te nominowane do Oscarów) już była w kinach, a część będzie. Ale większości nie było i nie będzie.

Podobno Kaczmarek wyciągał od miasta wielkie pieniądze i podobno większość tych pieniędzy szła nie tyle na kino, ile na imprezy dookolne. Podobno nie ze wszystkimi artystami się rozliczył. Mnie osobiście owe dookolne imprezy nic a nic nie obchodzą, mam gdzieś bankiety, warsztaty i zapraszanie przebrzmiałych gwiazd (a raczej wdów po gwiazdach) w stylu Yoko Ono. Ponadto denerwuje mnie mieszanie ideolo do sztuki, a zwłaszcza akcje przeciwko GMO. Byłabym szczęśliwa, gdyby festiwal polegał wyłącznie na prezentacjach filmowych. Więc mam prośbę do tych, którzy narzekają na festiwal i z radością odsyłają go do Łodzi – jeśli te wszystkie filmy można sprowadzić i pokazać w tych samych cenach za dużo mniejsze pieniądze, to niech ktoś to, kurde, zrobi!!! Bo z punktu widzenia kinomanki odjazd festiwalu jest gigantyczną stratą.

Czechy 2015 (I) – Ústí nad Labem i okolice

Pravcicka Brana

Pravcicka Brana

W tym roku, surprise, znów spędziliśmy wakacje w Czechach. Zgodnie z zasadą „jedziemy tam, gdzie jeszcze nie byliśmy”, tym razem za bazy noclegowe obraliśmy Ústí nad Labem (które po polsku podobno nazywa się Uście nad Łabą) i Liberec. Najpierw Ústí. Podróż PolskimBusem do Pragi i stamtąd pociągiem – niby dziwnie, ale najprościej i najkrócej. Wyjechawszy z Poznania o piątej nad ranem, w Ústí lądujemy około szesnastej, a moglibyśmy i godzinę wcześniej, gdyby korki po czeskiej stronie nie spowolniły autobusu, albo przynajmniej – gdybyśmy pojechali metrem z dworca Florenc na główny zamiast błądzić pieszo. Ale i tak jest nieźle.

Ústí nad Labem to miasto brzydkie, przemysłowe. Tak piszą i do pewnego stopnia to prawda, choć ja nazwałabym je raczej postprzemysłowym, bo żywot wielu zakładów dobiegł już kresu. Ale kiedy jest się w podróży, chłonie się wszystko – ciekawostki, melodię języka. Nigdzie nie ma planu miasta, a centrum informacyjne akurat nam zamknęli, więc w oparciu o zrobione zapobiegawczo notatki znajdujemy autobus jadący w pobliże naszego noclegu, jak się okazuje – niemal pod drzwi pensjonatu. Miało to swój minus, dobrze się jednak wpisujący w charakter miasta – pensjonat mieścił się przy ruchliwej ulicy, a na dole miał knajpę. Bardziej przeszkadzała ulica, zwłaszcza że upał nie pozwalał zamknąć okna. Poza tym jednak warunki bardzo dobre.

teatr

Teatr w Usti nad Labem

W samym mieście warto obejrzeć dwa kościoły – Wniebowzięcia NMP i św. Wojciecha – oraz teatr. Pierwszy z kościołów słynie z tego, że po amerykańskich bombardowaniach roku 1945 jego wieża odchyliła się od pionu o niemal 2 metry, co jednak niespecjalnie widać.

Ciekawiej jest po drugiej stronie Łaby – znajdują się tam ruiny wybudowanego na skalistej skarpie zamku Střekov, z których roztacza się wdzięczny widok na okolicę, w tym na leżące u jego podnóża „zdymadlo”, czyli śluzę. Mniej ciekawy jest widok z ładnej skądinąd wieży widokowej, tzw. „střekovskiej vyhlidki”, stojącej na wzgórzu na wschód od zamku. Natomiast na zachód od niego mieści się odbudowany na początku naszego wieku po pożarze pałacyk Vetruše, do którego można wjechać kolejką linową. Podarowaliśmy sobie, uznając, że jest tylko trochę ładniejszy od Gargamela albo krymskiego Jaskółczego Gniazda, aczkolwiek dla widoku pewnie warto.

IMG_3568

Widok z zamku

IMG_3560

Śluza (Masarykovo Zdymadlo)

Widok na podeschniętą Łabę, w oddali kościół NMP

Widok na podeschniętą Łabę, w oddali kościół NMP

Drugiego dnia wybraliśmy się do parku narodowego Czeska Szwajcaria – pociągiem do Děčína, stamtąd podmiejskim autobusem do wsi Mezna i potem szlakiem do Bramy Pravčickiej – największego mostu skalnego w Europie. Na górze (jak nietrudno się było domyślić) komercja – punkty widokowe leżą na terenie należącym do restauracji, której trzeba zapłacić za wstęp. Jeśli nie chcesz wchodzić na punkt widokowy, ale chcesz się najeść albo wysikać, i tak musisz zapłacić za wstęp, a żarcie w samej restauracji też drogie. Widoki jednak wynagradzają wydatek (przynajmniej ten za bilet, a jeśli chodzi o jedzenie, oszczędnym polecam wziąć wałówkę – ceny nie są mordercze, ale o jakieś 50% wyższe niż na dole).

Park Narodowy Czeska Szwajcaria - Prama Pravcicka i okolice

Park Narodowy Czeska Szwajcaria – Brama Pravcicka i okolice

IMG_3585 IMG_3622IMG_3606

Przy odrobinie samozaparcia moglibyśmy zwiedzić Děčín w drodze powrotnej, lecz uznaliśmy, że wolimy przyjechać ponownie następnego dnia (to tylko kilkanaście km od Ústí). Miasteczko warte obejrzenia głównie ze względu na ogród różany przy zamku, z którego roztaczają się cudne widoki na miasto. Sam zameczek też niczego sobie, ładnie odbija się w Łabie. Kamienny most z figurkami świętych można sobie podarować. Myślałam, że będzie podobny do tego w Kłodzku (który z kolei jest podobny do tego w Pradze), a tymczasem wszystkie figurki zebrano go kupy w jednym miejscu. Synagoga z początków XX w. w głównej części miasta przetrwała dzięki niesubordynacji dwóch niemieckich urzędników. Niedaleko dość ładny kościół ewangelicki. Warto też zajrzeć na rynek, czyli Mírové Náměstí.

synagoga w Decinie

Synagoga w Decinie

Zamek

IMG_3681

Rosarium i widok z tegoż

Ogrody zamkowe

Ogrody zamkowe

Następny dzień poświęciliśmy na wizytę w Litomierzycach (Litoměřice) i pobliskim Terezinie, gdzie podczas wojny mieściło się getto oraz więzienie w tzw. Małej Twierdzy. Litomierzyce są urokliwym miasteczkiem, wartym odwiedzenia mimo remontu na rynku (swoją drogą, co ci Czesi mają z remontami – ilekroć gdzieś jedziemy, rynek jest rozkopany). Lot ptaka zastępuje wieża katedralna.

Muzeum w starym ratuszu, kościół Wszystkich Świętych i rozkopy

Muzeum w starym ratuszu, kościół Wszystkich Świętych i rozkopy

Klasztor dominikanów i kościół św. Jakuba

Klasztor dominikanów i kościół św. Jakuba

Cerkiew św. Wacława

Cerkiew św. Wacława

Widok z wieży katedralnej

Widok z wieży katedralnej

Na zwiedzenie miasta wystarczy jednak godzina (chyba że chce się zwiedzić też podziemia) – potem można wsiąść w autobus i podjechać kilka kilometrów do Terezina. W 1941 roku całą aryjską ludność wysiedlono, a miasto zmieniono w getto. Hitlerowcy traktowali je jako pokazowe – mieszkańcy mieli swoje sklepiki, szkoły, nawet terezińską walutę. Niemcom udało się nawet oszukać dwie komisje MCK, które przyjechały do miasta, by zbadać panujące tam warunki. Rzeczywistość była zgoła odmienna – spośród ponad 150 tys. osób, które trafiły do Terezina, uratowało się zaledwie nieco ponad 17 tys. Reszta albo zmarła w wyniku warunków panujących w samym getcie, albo została wywieziona do obozów koncentracyjnych i tam zgładzona. W samym Terezinie, w tzw. Małej Twierdzy, która była więzieniem już w czasach Habsburgów, urządzono obóz dla więźniów politycznych, w którym straciło życie 2600 osób (liczby podaję za anglojęzyczną Wikipedią). Na mnie największe wrażenie zrobiły rysunki dzieci ze szkoły, w której teraz mieści się Muzeum Getta – dzięki nim ta historia zyskała dla mnie bardzo indywidualny wymiar, bo obrazki są podpisane, z przy większości nazwisk widnieją daty narodzin oraz data i miejsce śmierci – zwykle Oświęcim.

IMG_3785 IMG_3787 IMG_3788

Rysunki dzieci ze szkoły w terezińskim getcie

Rysunki dzieci ze szkoły w terezińskim getcie

Brama obozu/więzienia w Małej Twierdzy

Brama obozu/więzienia w Małej Twierdzy

Wkrótce sprawozdanie z drugiej części wyprawy – Liberec, Ještěd i Kryštofovo Údolí /Novina.

Transatlantyk 2014 (II)

Mount Roraima

Dzisiaj o dokumentach i kinie sportowym, krótko i węzłowato. Ze sportowego obejrzałam trzy, z czego zdecydowanie odradzam Rad Company. Nastawiałam się na coś w rodzaju Where the Trail Ends, a tu totalna porażka i scenariuszowa, i realizacyjna. Jakaś didżejka coś gada od rzeczy i zapuszcza analogi, szczując cycem, paznokciami i szminką, co nijak się nie ma do wyprawiających ewolucje na rowerach chłopaków, o których nie dowiadujemy się nic oprócz ich nazwisk/ksywek. Obraz nieostry i bure kolory albo trafiła nam się taka kopia. Widoki też tyłka nie urywają. Słowem syf – mimo kilku fajnych piosenek (np. Easy Livin’ Uriah Heep).

Miało być krótko i węzłowato, a ja tu się rozwodzę o najgorszym filmie. Stop. Zdecydowanie warto obejrzeć Roraimę, dokument o wspinaczce na górę na pograniczu wenezuelsko-gujańskim, w którym – ciekawostka – jednym z bohaterów jest Stefan Glowacz, odtwórca jednej z głównych ról (Martina) w Krzyku kamienia Wernera Herzoga. Nieco mniej fajna, ale warta obejrzenia ze względu na zdjęcia jest Ostatnia wspinaczka, opowiadająca o zdobywaniu szczytu Ulvetanna na Antarktydzie.

Dokumentów obejrzałam sporo. W Powstaniu warszawskim wymyślona fabuła nie powala, ale może nadaje archiwalnym zdjęciom jakiś osobisty rys. Tak naprawdę wstrząsnęły mną dopiero ostatnie zdjęcia, pokazujące kompletnie zniszczoną Warszawę.

Obraz Brakujące zdjęcie warto było zobaczyć, by poznać historię ucisku kambodżańskiej ludności przez Czerwonych Khmerów opowiedzianą przez jednego z uciskanych. (O ile dobrze zrozumiałam, Khmerzy wysiedlili Phnom Penh w jeden dzień!) Połączenie ról uczestnika wydarzeń i reżysera chyba jednak nie wyszło filmowi na dobre. Zbyt wiele komentarza. Z drugiej strony, trudno zrobić film, który komunikowałby wszystko za pomocą zdjęć, skoro prawdziwych, niepropagandowych zdjęć z tamtego okresu praktycznie nie ma.

Zdecydowanie najbardziej z obejrzanych dokumentów przypadła mi do gustu przyrodnicza Kraina niedźwiedzi – trójwymiarowy film o życiu niedźwiedzi na Kamczatce. Wprawdzie trójwymiarowość tak naprawdę dostrzegało się tylko w kilku momentach, ale zdjęcia tak czy owak świetne. Poniżej zamieszczam trailer po rosyjsku, bo tylko taki znalazłam, ale w festiwalowej kopii narrator mówił po angielsku.

 

 

Czechy 2014 – Praga, Pilzno, Karlowe Wary, Letohrad

mala strana

Kościół na Malej Stranie

Pierwszy raz udaliśmy się w podróż PolskimBusem. Do niedawna chyba nie było bezpośredniego połączenia z Poznania do Pragi, za to połączenia kolejowe były nieco lepsze, choć w przypadku opcji oszczędnościowej oznaczało to minimalnie dwie przesiadki. W zeszłym roku, wyjeżdżając z Poznania wcześnie rano, około siedemnastej byliśmy w Brnie; sprawdzanie możliwości dotarcia do Pragi o ludzkiej porze tego lata ujawniło, że musielibyśmy wyjechać o drugiej w nocy – w przeciwnym razie, tłukąc się z 3–4 przesiadkami, bylibyśmy tam między 21.00 a 22.00. To dość późno, kiedy trzeba jeszcze dojechać metrem do miejsca noclegowego i je znaleźć, a biorąc pod uwagę możliwość spóźnień i tego, że któryś z pociągów nam zwieje, woleliśmy pojechać PolskimBusem o piątej rano (co oznaczało wstanie o nieludzkiej 3.30). Trochę się obawialiśmy, bo różne krążą o tym przewoźniku opinie, ale znajomi na ogół byli zadowoleni z jego usług. My też nie mamy powodów do narzekań. Autobus przyjechał na czas, był wygodny, podróż przebiegła sprawnie. Dopiero roboty drogowe po czeskiej stronie trochę ją opóźniły, ale 45 minut spóźnienia na dworcu Florenc to żadne spóźnienie – byliśmy na miejscu krótko po czternastej i chwilę później wsiedliśmy do metra, by dojechać na stację Chodov i znaleźć akademik/hotel Volha.

Volha mieści się w dzielnicy Kunratice, obok osiedli mieszkaniowych, ale i obok lasu. Schodząc w głąb ulicy K Verneráku, czujemy się jak w małym miasteczku (ma nawet pałacyk, którego jednak z bliska nie zobaczyliśmy) – domki jednorodzinne, knajpka, sklepiki. To zupełnie inna Praga niż ta śródmiejska, do której jednak metrem można dojechać w kilkanaście minut (niewiele mniej zajmuje nam dojście z akademika do stacji metra).

IMG_0574

Pierwszego dnia standard – zwiedzamy Wyszehrad (udaje nam się znaleźć groby Čapka i Smetany), potem wzdłuż Wełtawy idziemy do centrum, zaliczamy zegar z kościotrupkiem. Odkrywamy Costa Coffee – to znaczy właściwie P. odkrywa, bo jest zachwycony objętością kawy maxi. Ja jestem mniej zachwycona ceną i tym, że wifi nie działa. Oglądamy synagogę – jakaś Hiszpanka robi sobie przy niej zdjęcie; nic dziwnego, bo to Synagoga Hiszpańska.

Drugi dzień do głównie Hradczany i Malá Strana, choć zaczynamy od muzeum efektów specjalnych z filmów Karela Zemana – stosunkowo drogie, małe i niezbyt imponujące. Upał daje się we znaki, więc i na piwo trzeba wstąpić – ogólnie nie przepadamy, ale tmavý kozel ujdzie. Na obiad jakieś mięsko z kombinowanym knedlikiem, czyli trochę houskovego, a trochę bramborovego. Houskovy knedlik pewnie znacie, smakuje trochę jak pyza drożdżowa, tylko bardziej zbita, a bramborovy, czyli ziemniaczany, to prawdopodobnie pyra zmieszana z mąką i jajkiem. Zjadliwy, acz bez zachwytów.

Troja

Trojsky Zamek

Dzień trzeci, ostatni – najpierw grób Kafki na żydowskim cmentarzu na Olszanach, potem podróż do pałacyku Troja (Trojský Zámek), położonego na północy, obok zoo. Całkiem ładne, fotogeniczne miejsce z przyjemnymi ogrodami, no i nie tak zatłoczone jak starówka czy Hradczany. Trafiliśmy akurat na rosyjską parę młodą, która brała tam ślub, a może tylko urządzała sesję zdjęciową.

Wróciliśmy na Holeszowice i postanowiliśmy obejrzeć pobliskie tereny praskich targów. Najpierw jednak – przy jednej z uliczek w bok od Plynárni – znaleźliśmy knajpkę przylegającą do małego hoteliku i zjedliśmy w niej niedrogi obiad. Warto w tym miejscu wspomnieć, że popularne w większości Czech „denní menu”, czyli zestaw tanich posiłków obowiązujący w określonych godzinach (przeważnie do 14.00, choć zdarza się do 13.00 lub 15.00), w Pradze raczej nie występuje, a przynajmniej rzadko. Zwłaszcza centrum stolicy jest nastawione na zarobek i nie będzie nikomu potaniać obiadów, bo nie.

Targi okazały się całkiem interesujące architektonicznie. Byliśmy nawet w środku, bo akurat odbywała się prezentacja sprzętu turystycznego firmy o swojsko brzmiącej nazwie Jurek. Ciekawe, czy ktoś pomyślał, żeby tam zorganizować festiwal fantastyki – miejsce całkiem dobrze się nadaje.

targi

Targi

Jako że gorąc doskwierał, schroniliśmy się w pobliskim obszernym parku Stromovka . Polecamy – po stawie pływają łyski, a nawet kokoszki. Kokoszkę zresztą widzieliśmy także na Wełtawie.

W drodze powrotnej zepsuł się tramwaj, dzięki czemu mieliśmy okazję odwiedzić kolejny antykwariat (wspomniałam już, że P. wchodzi do każdego, prawda?) oraz zwiedzić stację metra Vltavská – najbardziej penerską, pardon, zaniedbaną, jaką widzieliśmy w Pradze. Ale za to zdecydowanie nieturystyczną, a zwiedzanie nieturystycznych miejsc jest solą każdej wyprawy.

Następnego ranka żegnamy Volhę i udajemy się w kolejny etap podróży – do Pilzna. Chyba już wtedy zauważam, że sygnał dźwiękowy na praskim dworcu – cztery nutki – z czymś mi się kojarzy. W drodze powrotnej utwierdzę się w tym mniemaniu. A skoro Czechy, to Smetana – po powrocie do domu przystąpię więc do odsłuchu najbardziej znanych jego dzieł i odkryję, że to pierwsze (i wiodące) cztery dźwięki Wyszehradu.

volha

Nasza droga do kuchni w akademiku Volha

Podróż do Pilzna to tylko półtorej godziny, ale z racji upału daje nam się we znaki. Potem długa droga do tramwaju, żeby nie musieć kupować dwóch biletów (nie mają przesiadkowych, a nie odkryłam, że znacznie bliżej jest autobus, który też zawiózłby nas w pobliże akademika Bolevecká, gdzie mamy zamówiony kolejny nocleg). I tu radość, bo łazienka nie jest wspólna z sąsiadami. W Pradze mieliśmy szczęście przez dwie pierwsze noce, potem już musieliśmy się dzielić łazienką i przedsionkiem. Bez tragedii, ale zawsze przyjemniej mieć własne. Bardzo zresztą prawdopodobne, że przy zamawianiu prosiłam o taki pokój, tyle że później wyleciało mi to z głowy. Niestety nie udało nam się znaleźć kuchni, zresztą i tak pewnie nie byłoby tam naczyń – ale w końcu nie w takich warunkach człek sobie radził. Wyjęliśmy grzałkę, kubki i mogliśmy spokojnie przystąpić do konsumpcji chińskich zupek – oczywiście na kolację, bo obiad zjedliśmy w pobliskiej restauracji. Był to zresztą nasz najdroższy obiad podczas tej wyprawy (a może i w życiu), choć trzeba dodać, że okraszony deserem w postaci sernika i kawy (do samego obiadu piliśmy piwo), które P. smakowały, a mnie średnio. W każdym razie zostawiliśmy tam równowartość 90 złotych, czego moja poznańska dusza do dziś nie może przeboleć.

kangur

Największy kangur widoczny przez płot

W odróżnieniu od Volhy, pilzneński akademik jest położony w stosunkowo cichym miejscu. W Pradze problemem była niewielka z pozoru ulica, którą samochody (i motory!) zjeżdżały do Kunratic. Ciężarówki podskakiwały na garbach, znowuż w drugą stronę dodawano gazu, bo pod górkę. Gdybyśmy mieli okna od strony osiedla albo gdyby było dość chłodno, by je na noc zamykać, pewnie nie zauważylibyśmy problemu. W Pilznie natomiast akademik, choć mieścił się w pobliżu skrzyżowania dwóch dużych ulic, był od nich dostatecznie oddalony i odgrodzony (drzewami, z jednej strony również kilkupiętrowymi domami), by samochody nie przeszkadzały. Trochę hałasowali studenci (lub inni turyści), ale najpóźniej o północy wszystko się uspokajało.

Pierwszego wieczoru spacer do zoo, od którego dzieliło nas jakieś 15 minut drogi piechotą. Ku naszej radości zza płotu prezentują swe wdzięki dziesiątki małych kangurków, a także wiele innych stworzeń, które spokojnie można oglądać, idąc wzdłuż (zamkniętego już o tej porze) ogrodu. Następnego dnia od rana zwiedzanie Pilzna – to chyba najgorętszy dzień naszej wyprawy, temperatura dochodzi do 35 stopni w cieniu. Zwiedzamy starówkę (piękna synagoga!), plac Emila Škody przed zakładem produkującym samochody tej marki, sprawdzamy, o której następnego dnia mamy autobus do Karlowych Warów, gdzie chcemy pojechać na jednodniową wycieczkę. Potem P. namawia mnie na kino. Cóż, tam przynajmniej jest klima (a w całej Plzeň Plaza – wifi), ponadto zaś z napisów (dubbingu nie ryzykujemy) można się nauczyć trochę czeskiego. Idziemy więc na Usvit planety opic (Ewolucję planety małp), który właśnie wszedł do kin. Świetny, mądry film, no i faktycznie uszczknęliśmy trochę języka – dowiedzieliśmy się na przykład, że „wojna wybuchła” to po czesku válka vypukla 😉 W drodze powrotnej idziemy obejrzeć stadion Viktorii, zwanej pieszczotliwie Viktorką – niedawnego mistrza, a teraz wicemistrza Czech.

Widok z wieży kościoła św. Bartłomieja

Widok z wieży kościoła św. Bartłomieja

Ponoć Náměsti Republiky to największy plac, a kościół św. Bartłomieja – najwyższy kościół w całych Czechach. Być może, chociaż specjalnie nie rzucają się w oczy. Tak czy owak widok z kościelnej wieży jest niezły, choć typowy – mnóstwo czerwonych dachów, jak w Pradze, Greifswaldzie czy Bystrzycy Kłodzkiej. Wyróżnia się wspomniana synagoga i może trochę to, że skrajem rynku jeżdżą tramwaje (niestety także autobusy i samochody, co jest już mniej romantyczne). Nieopodal placu mieści się wejście do podziemi, które zwiedzamy z przewodnikiem. Ostatniego wieczoru znów „odwiedzamy” zoo – w cudzysłowie, bo ponownie jesteśmy po zamknięciu, ale teraz idziemy wzdłuż płotu do końca, oglądając i fotografując wszystkie zwierzaki, jakie wyściubią nos, a jest ich sporo.

W międzyczasie jednak udajemy się do Karlowych Warów. W drodze niespodziewanie atakuje nas deszcz, chwilami ulewny; ledwie jednak wysiadamy, przestaje padać. Miasteczko okazuje się urokliwe, choć jego uzdrowiskowo-turystyczny charakter przejawia się w cenach i wszechobecności wycieczek, głównie rosyjskojęzycznych. Warto wspomnieć, że właśnie w Karlowych Warach Jan Becher założył firmę produkującą wódkę nazwaną od jego nazwiska becherovką.

Karlowe Wary

Karlowe Wary

Ostatnim przystankiem na trasie naszej wyprawy jest Letohrad. Wymyśliłam go, bo a) chciałam trochę odetchnąć prowincjonalnym powietrzem, pochodzić jeśli nie po górach, to przynajmniej po pagórkach, polach i lasach; b) był dogodnym miejscem do rozpoczęcia podróży powrotnej, bo można się z niego przemieścić do Poznania z jedną tylko przesiadką; c) obiło mi się kiedyś o uszy, że jest ładny. To ostatnie przesadnie się nie sprawdziło, bo wyglądał dokładnie tak jak większość małych miasteczek w Czechach, czyli sympatyczny, lecz nie porywający. Bardzo fajne natomiast mieliśmy lokum w pensjonacie Jitřenka – pokoik z własną łazienką i maleńką kuchenką. Chylimy czoła przed idealnym wykorzystaniem niewielkiej przestrzeni, dzięki której turysta ma prywatność i wygodę. Do tego telewizor – coś, czego ogromnie nam brakowało w poprzednich miejscach, bo to najlepszy sposób nauki języka – i wifi.

Widoczek z trasy w okolicach Letohradu

Widoczek z trasy w okolicach Letohradu

Pierwszego, nieco deszczowego dnia zwiedzaliśmy miasteczko, a potem, gdy już trochę się wypogodziło, przespacerowaliśmy się ścieżką edukacyjną po okolicznych polach i lasach. Drugiego już bardziej ambitnie – rano muzeum rzemiosł, później wędrówka szlakiem do tamy na Dzikiej Orlicy w pobliżu wioski Nekoř. Trochę żałujemy, że nie poszliśmy dalej, bo dopiero potem zaczynały się kąpieliska i w ogóle jakieś życie, a przy samej tamie głusza. I prawie jej nie widać przez drzewa. Ale wcześniej, po drodze, widoki ładne.

Następnego ranka musieliśmy niestety pożegnać Letohrad i wsiąść do pociągu, który zawiózł nas prosto do Wrocławia. Tam mieliśmy półtorej godziny przerwy, które planowaliśmy poświęcić na obiad, ale spotkała nas przykra niespodzianka: na wrocławskim dworcu nie ma już żadnego baru oprócz KFC! Są za to aż dwie kawiarnie i w jednej z nich, z braku lepszego wyjścia, przesiedzieliśmy przerwę.

Jak zawsze zbyt krótko, zbyt mało. Na osłodę życia pozostaje oglądanie czeskiej telewizji i planowanie kolejnych wypraw.

Praga - widok z wieży ratusza

Praga – widok z wieży ratusza

Postaram się wkrótce dorzucić jeszcze trochę zdjęć.

Stare dzieje 12 – KKC (nie mylić z KC ;))

lopatkowa

Skoro opisałam już, choć tak pobieżnie, że aż mi wstyd (myślę, że z czasem pojawią się kolejne suplementy) okres licealny, mogę przystąpić do czegoś, co planowałam od dłuższego czasu, a mianowicie do opowiedzenia o Korespondencyjnym Klubie Czytelników, który wbrew pozorom wcale nie był korespondencyjny, a przynajmniej nie tylko. Z czytelnikami też stopniowo miał coraz mniej wspólnego. Ale od początku. Gdzieś pod koniec liceum – w trzeciej, a może na początku czwartej klasy – wpadła mi w ręce książka Marii Łopatkowej Którędy do ludzi. Autorka, pedagog mocno zaangażowana w sprawy dzieci i młodzieży, inspirując się listami otrzymanymi od młodych ludzi stworzyła serię opowiadań, w których doradza różne sposoby wyjścia z życiowych kryzysów. Coś w rodzaju porad „cioci dobra rada” z czasopism, tylko dłuższych i ubranych w formę literacką.

Nie wiem, czy w tej książce, czy w kolejnej znalazłam adres Korespondencyjnego Klubu Czytelników (KKC), powołanego przez panią Marię w związku z narastającą liczbą listów, jakie słali do niej czytelnicy. Widząc, że nie da rady odpisać na wszystkie, poprosiła o pomoc kilka znajomych osób (pedagogów, psychologów) i wspólnie powołali klub, którego podstawowym założeniem było to, że młodzież sama będzie sobie pomagać. Notka o istnieniu takiego klubu była dla mnie wodą na młyn, bo zawsze lubiłam korespondować (przy spotkaniach face to face byłam zwykle spięta, chociaż akurat klub mnie rozruszał, o czym za chwilę), szukałam swojego miejsca w życiu, czułam się trochę niepotrzebna, niezrozumiana i tak dalej. Summa summarum, napisałam list. W tym liście było, że chciałabym korespondować z kimś, kto potrzebuje bratniej duszy. I tu się ujawnia cały geniusz pani Marii i jej pomysłu na zaktywizowanie młodzieży: tak naprawdę sama potrzebowałam pomocy, bo było mi nijak, ale właśnie dzięki temu, że zaczęłam korespondować z dwiema bardziej problemowymi dziewczynami i je pocieszać, a nawet trochę im doradzać, moje życie nabrało nieco większego sensu. Podobne rzeczy działy się na zlotach, które – jak się okazało – klub również organizował. Wtedy zresztą zaczynał się już przeobrażać w inną organizację – Towarzystwo Pomocy Młodzieży – która dostała jakieś pieniądze i błogosławieństwo od państwa (jeszcze ludowego) na organizowanie zlotów i obozów „wychowawczych”. O obozach wiele Wam nie powiem. Wprawdzie moje pierwsze spotkanie z klubem „na żywo” miało miejsce właśnie na obozie, lecz był to obóz nietypowy, bo głównie rekreacyjno-poznawczy, bez warsztatów, jakie znam ze słyszenia z obozów letnich. Nie wiem, dlaczego później nigdy na obóz się nie wybrałam, ale już ten pierwszy wciągnął mnie w środowisko (a raczej w jego namiastkę, bo było nas tam wtedy mniej niż 20 osób) i sprawił, że zaczęłam jeździć na zloty, o czym za chwilę. Wciągnęło mnie to, co było kwintesencją KKC, czyli otwartość, szczere rozmowy o tym, co nas dręczy i co z tym zrobić. Były tam osoby typowo „problemowe”, były takie jak ja, które po prostu czuły się trochę samotne i wyobcowane, były też takie, które studiowały pedagogikę czy psychologię i przygotowywały się do pomagania ludziom. Ale w KKC nigdy nie było podziału na pomagających i „pomaganych”, tylko jedno wielkie kłębowisko ludzi, którzy lubili się spotykać, gadać o rzeczach ważnych i nieważnych i po prostu spędzać razem czas.

Jeśli ktoś z Was jeździł kiedyś na konwenty fantastyki albo na inne zjazdy skupiające ludzi z całej Polski pod jakimś wspólnym pretekstem, może sobie wyobrazić zloty KKC/TPM. W czasach, w których ja na nie jeździłam – od roku 1989 do, hm, gdzieś tak 1993 – odbywały się co parę miesięcy (czasem co 2–3, czasem rzadziej) w różnych miastach zależnie od tego, jaka komórka je organizowała. Byłam więc na zlotach w Warszawie, Tomaszowie Mazowieckim, Łodzi, Toruniu, Szczecinie, przy czym w niektórych z tych miast więcej niż raz. Przyjeżdżało się w piątek z plecakiem i śpiworem, szło na miejsce imprezy, tam były jakieś spotkania – czasem pojawiła się sama pani Maria, kiedy indziej kto inny wygłaszał pogawędki, prowadził spotkania, omawiał sprawy statutowe i takie tam, a potem się gadało, oglądało filmy, czasem ktoś (głównie Ania Laszuk) zrobił koncert gitarowy, grało się w kalambury, goniło się po szkole i ogólnie bratało. Z noclegami było tak, że albo spało się w tym samym miejscu, gdzie były spotkania (często pokotem na gołej podłodze i to w sali, w której do późnej nocy leciały filmy), albo – jeśli to miejsce było za małe – jechało się do jakiejś zaklepanej szkoły i tam spało na materacach w sali gimnastycznej. Człek był młody, to dobrze spał i gnaty go tak nie bolały jak dzisiaj, zresztą w późnej komunie i wczesnej postkomunie ogólnie chyba panowała większa odporność na niewygody.

Nie będę udawać, że był tam jakiś raj, bo zdarzały się też animozje i niemiłe sytuacje. Osobiście pamiętam, jak wraz z kolegą napisałam list do pani Marii, żeby coś zrobiła, bo na zlotach pojawia się alkohol i narkotyki; choć szczerze powiedziawszy, lepiej pamiętam ten list niż sam epizod z używkami. Bynajmniej nie było tak, że my (autorzy listu) sami stroniliśmy od alkoholu, ale akurat na zlotach obecność używek wydawała nam się bardzo niefajna – choćby dlatego, że były tam osoby, które wyszły z nałogu. Oczywiście na nikogo nie kablowaliśmy, tylko ogólnie wskazywaliśmy problem. Sprawa chyba nie miała ciągu dalszego, a przynajmniej my się na niego nie natknęliśmy. Mimo tych usterek KKC pociągało atmosferą tolerancji i otwartości, którą do dziś z rozrzewnieniem wspominam, choć wiem, że równie dobrze mogłam trafić do fajnego harcerstwa albo czegoś innego, co spełniłoby w moim życiu podobną rolę. Podobną, jakkolwiek chyba nie identyczną, bo jednak KKC bardziej przyciągał outsiderów i ludzi, jak by to dziś powiedziano, pozytywnie zakręconych. Można też było zaobserwować, jak ktoś zakręcony negatywnie albo po prostu zamknięty w sobie otwiera się pod wpływem otwartości innych ludzi. Choć i to z pewnością nie zawsze się udawało.

Tak czy owak, był to dla mnie niezapomniany czas, który – jak wszystko, co dobre – musiał się skończyć. Nawet nie pamiętam, jak to było, ale organizacja się zmieniała i z czasem skończyły się zloty i obozy, a funkcję pomocową przejęły lokalne oddziały. Taki oddział przez jakiś czas funkcjonował w Poznaniu w piwniczce na osiedlu Stare Żegrze, gdzie (a przynajmniej tak to pamiętam) nic się nie działo i nikt nie przychodził, a potem przy ul. Hetmańskiej, gdzie faktycznie były jakieś spotkania i działania. Tamten czas znam jednak głównie z drugiej ręki. A potem jakoś i to przestało działać.

Ponieważ zaś lubię ocalać od zapomnienia różne fajne pamiątki z epoki przedinternetowej, postanowiłam opisać tę historię i pokazać Wam zeskanowaną ulotkę KKC z cholera wie którego roku (dostałam ją bodaj w 1989 na zlocie w Warszawie). Wiem, język trochę zalatuje tamtą epoką (pamiętajcie, że Polska Ludowa musiała pobłogosławić wysiłki klubowiczów i dać im fundusze), ale treść jest moim zdaniem całkiem aktualna, ba!, wielu młodym ludziom przydałoby się takie KKC i dziś.

tpmulotka1

Kliknij na poniższy skan, by go powiększyć.

tpmulotka2

tpmulotka3

tpmulotka4

Polconowa masa krytyczna (nierelacja)

Na gorąco, zanim to wszystko ucieknie mi z głowy, a jego miejsce zajmie matka Madzi, rzezie w Syrii, kolejna porażka mojej ulubionej drużyny, a przede wszystkim tzw. szara rzeczywistość, napiszę parę słów o konwencie fantastyki Polcon 2013, w którym miałam przyjemność uczestniczyć. I od razu uprzedzam – nie będzie to relacja/recenzja, tylko (znowu!) będę ględzić o swoich uczuciach (ziew). Bo te uczucia od pierwszego dnia konwentu wręcz mnie rozpierają. Przy czym nie chodzi o zniecierpliwienie spowodowane „kolejkonem”, który owszem, był denerwujący, ale dobra pogoda i radosna ludzka banda uczyniły go znośnym. Chodzi o radość z obcowania z ludźmi, którzy cenią oryginalność, są otwarci na drugiego człowieka i z którymi czujemy się swobodnie.

Pół życia temu jeździłam na pewne imprezy organizowane pod zupełnie innym pretekstem, niby to w innym celu, ale pełniące w istocie tę samą rolę: wytwarzania bliskości między ludźmi, otwierania ich na siebie nawzajem (wprawdzie P. twierdzi, że ja otwieram się głównie w jedną stronę, ale z mojej perspektywy bombardowanie innych własnymi emocjami jest zapuszczaniem sondy do ich serc, że tak górnolotnie rzeknę), zawierania i cementowania przyjaźni. Oczywiście to wszystko dzieje się też poza konwentami, także w internecie, ale taki spęd wielu osób w jednym miejscu wytwarza pewną masę krytyczną. Doświadczyłam tego, siedząc – czy to na terenie konwentu, czy wieczorem przy piwie – ze znajomymi z internetu albo z reala i słuchając inteligentnych, mądrych i ciekawych rozmów. Nieważne, czy ktoś jest znany, czy zupełnie nieznany; jeśli już miałabym oceniać metodę tworzenia się grupek, to chyba bardziej decyduje staż konwentowy (na pierwszych Pyrkonach czułam się znacznie mniej zintegrowana niż teraz), ale można nadrobić stażem forumowym czy portalowym albo po prostu klubowym. Trochę wiek, trochę różnice zainteresowań – ci od literatury skupiają się razem, ci od gier razem, ci od czegoś jeszcze też razem – ale nie są to żadne sztywne podziały. Poza tym nachodzą na nie także choćby podziały klubowe czy forumowe, które przebiegają inaczej. Na pewno jadąc na konwent po raz pierwszy, warto się wybrać ze znajomymi, żeby mieć się o kogo oprzeć, ale nie sądzę, żeby ktoś nowy był świadomie odrzucany – ludzie mają naturalną tendencję do trzymania się z swoimi i czasem trzeba zrobić parę kroków, żeby znaleźć sobie nowych przyjaciół, zamiast stać na uboczu. Jeśli oczywiście tego szukamy na konwencie, bo zdaję sobie sprawę, że wiele osób przychodzi po prostu na punkty programu.

Fajności bycia w grupie akceptującej różnorodność doświadczyłam też ostatniego dnia, kiedy z powodu nieposiadania kaptura włożyłam tyłem naprzód (inaczej się nie da) swój słynny kapelusik przeciwsłoneczny, żeby się ochronić od deszczu, i mogłam wyglądać niestandardowo, ale wśród licznych przebierańców zdawałam się sobie banalna do bólu i w odróżnieniu od codziennej miejskiej sytuacji nie miałam poczucia, że ktoś się na mnie dziwnie gapi, a wręcz tak się rozochociłam, że chodziłam w tym kapeluszu nawet po budynku.

Wspomniałam na początku, że pół życia temu jeździłam na podobne zloty, choć niezwiązane z fantastyką. Kiedyś (już po raz drugi się odgrażam) o nich napiszę, ale to podobieństwo spotkań z epoki przedinternetowej i zakończonego właśnie konwentu jest świadectwem, że ludzie tak naprawdę potrzebują tego samego: akceptacji, rozmów, bliskości drugiej osoby, dobrej zabawy w gronie ludzi, którym mogą ufać. I podejrzewam, że znajdują to pod różnymi szyldami – jedni pod szyldem fantastyki, bo akurat nią się zainteresowali, a inni pod szyldem czegoś innego, co akurat ich kręci. Mnie wkręciła fantastyka, która tak subtelnie owijała mnie i owijała swoją pajęczyną, aż tu ani się spostrzegłam, a piję piwo z pisarzami i redaktorami. Bo jedną z lepszych rzeczy na konwencie jest to, że ma podziału na prowadzących i słuchających, na tych, którzy już coś zrobili, i na tych, którzy dopiero coś zrobią albo i nie.

Warszawa pozytywnie mnie zaskoczyła i cenami (może dlatego, że kręciliśmy się głównie po okolicach campusu, bo bliżej centrum było już niestety drożej), i ogólnym kształtem – może nie ma jakiegoś wielkiego klimatu, ale czułam się w niej dobrze. A miejscami bywa nawet ładna. Udało nam się wygospodarować czas na spacer do Łazienek i zwiedzenie kościoła w pobliżu akademika, w którym nocowaliśmy. To cieszy, ale ogólnie życie konwentowe słabo sprzyja zwiedzaniu, jak również spotkaniom z pozakonwentowymi przyjaciółmi, których w tym miejscu przepraszam, że się nie udało.

Wielu zdjęć nie zrobiłam, bo a) byłam zajęta innymi sprawami, b) mam słaby aparat; ale dla urozmaicenia relacji wrzucam kilka poniżej. Opisy jak zwykle można zobaczyć, najeżdżając myszą na zdjęcie.

Kromieryż

Biorąc pod uwagę, że Kromieryż leży zaledwie 33 km od Zlína, podróż doń kosztowała nas wyjątkowo dużo czasu i zachodu. A zapowiadało się całkiem przyjemnie, bo ze Zlína do Otrokovic, jak wspomniałam w poprzednim wpisie, kursują trolejbusy. Pojechaliśmy sobie zatem aż do ostatniego przystanku, do dworca kolejowego, co miało tę zaletę, że przy okazji kupiliśmy bilety na drogę powrotną do polskiej granicy. Pech jednak zrządził, że dworzec kolejowy okazał się leżeć zupełnie gdzie indziej niż autobusowy, a co więcej, źle oceniliśmy odległość i postanowiliśmy pójść nań pieszo. Co – jak większość rzeczy – także miało plusy, tym razem w postaci zaliczenia i sfotografowania kilku ciekawych obiektów w mieście oraz zjedzenia wcale przyjemnego obiadu w restauracji ratuszowej (i przy okazji popatrzenia na relację z Tour de France). Potem zabłądziliśmy.

W końcu jedna pani litościwie nam wytłumaczyła, jak iść. Tłumaczyła tak długo, że zdawało się, iż za nic w świecie nie zdążymy tam dojść w pół godziny, które zostało do odjazdu autobusu. Jakimś cudem jednak zdążyliśmy, a jeszcze większym cudem zauważyliśmy dworzec, który jest tak niepozorny, że do ostatniej chwili nie mieliśmy pewności, czy jakikolwiek autobus stamtąd odjedzie. Ale odjechał.

Pół godziny później byliśmy już w Kromieryżu, miasteczku niewielkim, lecz urokliwym. Trudno je opisać – to trzeba po prostu zobaczyć, niekoniecznie na moich zdjęciach, bo słońce za mocno dawało, żeby wyszły sensownie. Pokręciwszy się po mieście i zaliczywszy najważniejsze zabytki, udaliśmy się do parku zamkowego, gdzie znaleźliśmy całkiem  sympatyczne małe zoo z biegającymi luźno pawiami, a w klatce całą plejadą małych zwierzątek – ozdobnych małych kurek, dziwnego króliczka. Były też gołębie hodowlane, a przy stawie z krzyżówkami odpoczywała egzotyczna kaczka, chyba mandarynka.

Potem się dowiedzieliśmy, że przegapiliśmy Ogród Kwiatowy. Szkoda.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o nasze tegoroczne czeskie przygody. Drogi powrotnej do domu (odbywającej się w systemie Zlín – Otrokovie [trolejbus], Otrokovice – Ústi nad Orlici, Ústi nad Orlici – Kłodzko, Kłodzko – Wrocław, Wrocław – Poznań [cała reszta pociągi]) opisywać nie będę, bo poza uczestnikami zmierzającymi na festiwal Masters of Rock, z którymi minęliśmy się w Otrokovicach, zapamiętałam głównie to, że w ostatnim pociągu tak kaszlałam, iż jadąca z nami para przesiadła się do sąsiedniego przedziału. A, jeszcze to, że w Ústi nad Orlici automat z wafelkami wydał mi trzy korony, chociaż  wrzuciłam odliczoną kwotę (wafelka też wydał, nawet właściwego). Albo miał dobry dzień, albo zapomniał wydać komuś innemu, albo cena za wafelka podana na szybie nie zgadzała się z tą, którą miał w bebechach.

Za rok zapewne następna wyprawa. Celujemy tym razem w Pilzno i zachodnie Czechy, chcemy też zawadzić o Pragę. Ale to jeszcze tak odległa perspektywa, że równie dobrze możemy wylądować na Kanarach.

Kras Morawski

I znowu, jak to u nas bywa, dłużej trwało i więcej wrażeń (nie zawsze pozytywnych) przyniosło dotarcie do jaskiń niż samo ich zwiedzanie.

Przyjechawszy pociągiem do Blanska, ruszyliśmy w ośmiokilometrową trasę do Skalnego Mlýna. Oczywiście szlakiem przez góry, bo przecież nie będziemy iść szosą, a w ogóle co to za góry, pagórki, za dwie godziny będziemy na miejscu.

Było warto, bo najedliśmy się poziomek i zobaczyliśmy dużą liczbę okazów motyla, którego po długich poszukiwaniach (już w domu) zidentyfikowałam jako oblaczka granatka. Trasa jednakowoż zajęła nam jakieś trzy i pół godziny, na koniec oferując zejście tak ostre, że następnego dnia P. nie mógł chodzić. Że nie wspomnę o przechodzeniu pod powalonymi drzewami w strachu, że któreś z nich na nas spadnie. Wyglądało na to, że jesteśmy jedynymi wariatami, którzy woleli pójść szlakiem niż czekać półtorej godziny na autobus albo przynajmniej iść szosą. Z perspektywy nie żałuję, choć może i żałuję, bo będąc na miejscu wcześniej i mniej zmęczeni, załapalibyśmy się również na inną jaskinię. Wyszło jednak tak, że najpierw odpoczywaliśmy, uzupełnialiśmy płyny i jedliśmy obiad (bardzo dobre bramboračky, a do picia oczywiście kofola), a dopiero potem powlekliśmy się do kasy, by kupić bilety do najbardziej popularnych Jaskiń Punkvy. Pani nie była pewna, czy zdążymy dotrzeć do jaskiń pieszo na właściwą godzinę, więc wykosztowaliśmy się jeszcze na kolejkę na kółkach.

Jaskinie Punkvy chyba istotnie były najlepszym wyborem. Widziałam już w życiu parę jaskiń, w tym słoweńskie Jaskinie Szkocjańskie oraz największe polskie – Niedźwiedzią i Raj (tak, wiem, że Raj jest większy, ale Niedźwiedzia bardziej mi się podobała), więc kolejne piękne formacje stalaktytów i stalagmitów mogłyby nie wywrzeć na mnie takiego wrażenia jak spływ podziemną rzeką (Punkvą właśnie) na łodzi pychówce.

Niestety żadnych zdjęć nie zaprezentuję, bo mój aparat w takich miejscach nie daje rady. Na próbę zrobiłam jedno, nic na nim nie widać nawet po obróbce. Sporo zdjęć można zobaczyć tutaj. Są nawet fotki z koncertów, które się tam odbywają ze względu na doskonałą akustykę.

Polecam jaskinie i placki. Zielonego szlaku z Blanska do Skalnego Mlýna nie polecam mimo obecności poziomek i oblaczka.

Wiedeń

Ponieważ w Wiedniu prawie wszyscy już byli, postanowiłam podzielić się garstką luźnych anegdot zamiast szczegółowo opisywać pobyt. Niedługi zresztą, bo zaledwie ośmiogodzinny.

Autokar z Brna jedzie dwie godziny. Bilety zakupiliśmy w biurze firmy Student Agency. Kosztowały nas 780 koron za dwie osoby w dwie strony (ok. 130 zł, czyli po 65 na łebka). Wyjechaliśmy o 9:30, przyjazd 11:30, w drogę powrotną do Brna wyjeżdżaliśmy o 19.30, na miejscu byliśmy o 21.30. Standard międzynarodowy – w autobusie filmiki, muza, ciepły napój w cenie, wifi (działające tylko na terenie Republiki Czeskiej). Wygodnie. Można by rzec „ideał”, gdyby nie nieustanne bekanie siedzącej przede mną pani z chustą na głowie. Ale zaraz powiecie, że mam uprzedzenia kulturowe. Na szczęście w drodze powrotnej otoczenie było mniej uciążliwe.

Pierwszym, co rzuciło nam się w oczy po przybyciu do Wiednia, był potężnych rozmiarów diabelski młyn. Fascynujący tym bardziej, że – jak wyczytaliśmy potem w przewodniku – wybudowano go w roku 1897. Pierwotnie nie cieszył się wielką popularnością i w roku 1916 miano go wyburzyć, ale zabrakło na to kasy, wiec przetrwał. Mocno ucierpiał w czasie II wojny światowej, a przy odbudowie postanowiono zrekonstruować 15 wagoników zamiast pierwotnych 30. Kto wie, może się skuszę na przejażdżkę, jeśli jeszcze raz trafię do Wiednia. Fajne byłyby zdjęcia z góry.

IMG_8744

Drugim obiektem, który naprawdę zrobił na mnie wrażenie, był Dom Hundertwassera. Zachwyt! W przewodniku piszą, że Hundertwasser wzorował się na Gaudim, ale mnie jego budowla podobała się bardziej niż budynki tego ostatniego, może ze względu na kolorystykę. Lubię kolory wyraziste, a zarazem ciepłe i dobrze dobrane, a w przestrzeni miejskiej najczęściej mamy do czynienia albo z gryzącą się zimną żarówą, albo z mdłymi pastelami. (Z dwojga złego wolę już mdłe pastele).

Wikipedia donosi: Hundertwasserhaus jest turystyczną atrakcją Wiednia, jednak do zwiedzania nie są dostępne jego wnętrza, ponieważ budowla jest zamieszkana. Oddany do użytku 1 marca 1986 budynek mieści 50 mieszkań (o powierzchni od 30 do 150 m²), cztery restauracje, jedną praktykę lekarską oraz 16 prywatnych i 3 publiczne tarasy. Znajduje się w nim także ok. 250 drzew i krzewów.

Oraz, co niezmiernie, nomen omen, budujące: Hundertwasser nie przyjął zapłaty za zaprojektowanie tego domu. Wystarczyło mu, że dzięki temu w tym miejscu nie zostało wybudowane nic, co uznałby za brzydkie. 

 

Myślę wprawdzie, że Howardowi Roarkowi Dom Hundertwassera by się nie spodobał, lecz jego motywacja z pewnością tak.

Poza tym Wiedeń to miasto poprawne. Ma dużo ładnych budynków, ale nie zauważyłam, żeby miało jakiś klimat. Większość rzeczy jest w nim za duża i zbyt imperialna. Ceny oczywiście wysokie, chociaż wiedeńskiej kawki sobie nie odmówiłam.

Co? Brno!


Ledwie przekroczyliśmy granicę w Lichkowie, powitał nas konduktor podobny do Jaromíra Nohavicy (i podobnie mówił po polsku – skomentował P.). I tak jak w Polsce przesiadki z regio na regio przebiegały sprawnie, w Ústi los uśmiechnął się do nas jeszcze szerzej – rychlik z Pragi do Brna, który miał odjechać kilka minut przed naszym przyjazdem, spóźnił się i zdążyliśmy na niego (a omal nam nie umknął, bo poszliśmy do poczekalni, pewni, że dawno odjechał), co zaoszczędziło nam półtorej godziny czekania i sprawiło, że wylądowaliśmy w Brnie około 15.30. Mieliśmy jechać „Macochą”, która swe miano zaczerpnęła od przepaści z Krasu Morawskiego, dokąd rzekomo zrzucono złą macochę za to, że zamierzała to samo uczynić z pasierbem (co ciekawe, „macocha” to po czesku „macecha”, więc nazwa z „o” stanowi zapewne jakąś archaiczną lub regionalną formę), a pojechaliśmy „Špilberkiem”, nazwanym tak od brneńskiego zamku.

Nasz pensjonat mieścił się w dzielnicy przemysłowo-hurtowniowo-działkowej z widokiem na rzekę Svitawę i pracujące 24 godziny na dobę urządzenia firmy Linde – producenta gazów przemysłowych. A także na bażanty, które o poranku spacerowały jak gdyby nigdy nic po łączce między tym wszystkim. Nazwy najbliższych ulic – Porážka i Masná (Rzeźnia i Mięsna) sugerowały bliską obecność tej pierwszej, która jednak, podobnie jak ta poznańska (i całkiem do niej podobna) jest już nieczynna, a część budynków odnowiono (w stylu poznańskiej drukarni) i usadowiły się w nich firmy.

Hitem był betonowy mostek na Svitawie – gruba betonowa płyta bez żadnych zabezpieczeń – wybudowany jako podstawa dla przebiegającej po nim rury, lecz zarazem stanowiący miejsce przesiadywania zakochanych i myślicieli, którzy oparci o rzeczoną rurę wpatrywali się w nurt lub zażywali słońca.

W przeciwieństwie do Ostrawy Brno jest miastem niezwykle kompaktowym, więc wszędzie chodziliśmy pieszo. Z transportu miejskiego skorzystaliśmy tylko dwukrotnie: po przyjeździe – jadąc trzy przystanki tramwajem, w dniu wyjazdu – przejeżdżając tyleż przystanków autobusem. Droga do centrum zajmowała nam około pół godziny. Najpierw wiodła traktem spacerowo-rowerowo-rolkowo-wózkowym wzdłuż Svitawy, a potem na długim odcinku ulicą Mlýnską. Niewiele dłuższa byłaby trasa wzdłuż bardziej uczęszczanych ulic, ale Mlýnská zawijała się w pożądanym kierunku, więc uznaliśmy ją za optymalną. Już przy pierwszym przejściu naszą uwagę zwróciły dwie rzeczy: ładny, choć zaniedbany budynek z tabliczką „Vysoká Škola Karla Engliše” oraz, kawałek dalej, Dům Josefa Korbela, pod którym zwykle przesiadywała zgraja obdartusów.

Vysoką Školę znalazłam w internecie z adnotacją, że od 1 września przenosi się do nowego budynku. Co nie dziwi, bo dzielnica trochę podupadła i sama siedziba też, choć z drugiej strony – budynek jest ładny i lepiej byłoby go wyremontować niż spisywać na straty. Może ktoś w niego zainwestuje.

Dům Josefa Korbela okazał się przybytkiem Armii Zbawienia, w którym – zgodnie z naszymi podejrzeniami – biedni i bezdomni dostają schronienie, strawę i pomoc materialną, a nawet prawną. Trzeba przyznać, że obdartusy spod domu zachowywały się spokojnie i nie budziły w nas poczucia zagrożenia, natomiast sama ulica, gdy raz wracaliśmy nią po zmroku, obudziła we mnie nieznaczny niepokój. Jak większość ulic, które w dzień lubi się za swojskość.

Nasz pensjonat teoretycznie mieścił się w dzielnicy Trnitá, ale przez Svitawę graniczył z Černovicami, a przez ulicę Másną z Komárowem. Na Komárowie, nad brzegiem rzeki Svratki, do której nieco dalej na południe wpada Svitava, mieści się stadion IV-ligowej Sparty Brno, na Černovicach zaś szpital psychiatryczny.

Idąc na północny wschód, dochodzi się do Židenic – i właśnie tam, dlaczego nas to nie dziwi, znajduje się spory cmentarz żydowski. Cmentarz dostał pieniądze z Unii, dzięki czemu wiele nagrobków odrestaurowano, ale postawiono też wiele nowych, w zupełnie współczesnym stylu, które nieco zaburzają magię tego miejsca.

Inną ciekawostką Židenic jest zbór husycki. Warto odnotować, że powoli tradycją staje się to, iż znajdujemy się w Czechach w czasie dwóch przypadających po sobie świąt narodowych: Cyryla i Metodego (5 lipca) oraz rocznicy spalenia Jana Husa (6 lipca), co oczywiście powoduje problemy ze znalezieniem dobrego noclegu za rozsądną cenę (długi weekend) oraz z zakupami. Wprawdzie duże markety przeważnie są otwarte przynajmniej w jeden z tych dni, a często i tak jak w dzień powszedni, ale ze znalezieniem otwartej apteki może już być problem, a w Czechach w markecie nie kupi się nawet aspiryny czy tabletki od bólu głowy (przynajmniej my ich nie znaleźliśmy i podejrzewamy, że po prostu nie wolno sprzedawać leków poza aptekami).

Brno jest miastem targowym. A siedziba tych targów, czyli výstavištĕ, całkiem jest podobna do poznańskiej. Budynki ma wprawdzie niższe, ale też białe, z jednym charakterystycznym okrągłym na przedzie.

Oprócz tych wszystkich atrakcji Brno ma, hm, ma centrum, a nawet starówkę. Nie wiem, dlaczego dopiero teraz do tego doszłam, bo przecież zwiedzaliśmy ją już pierwszego dnia. Może dlatego, że zamiast jednego głównego rynku posiada dwa – Námĕsti (tak, to naprawdę wymawia się „namniesti”) Svobody i Zelný Trh. Posiada też zamek Špilberk, może niezbyt okazały, ale podobno w przeszłości doskonale spełniający rolę warownej fortecy. Ze wzgórza zamkowego roztacza się niezły (byłby jeszcze nieźlejszy, gdyby nie drzewa) widok na miasto, w tym na wspomniane targi oraz katedrę.

Katedra św. Piotra i Pawła to faktycznie fajny budynek, obok praskiej i ołomunieckiej wymieniany jako jedna z najciekawszych świątyń w Czechach. Poza tym miasto ma jeszcze kilka kościołów, do których warto zajrzeć, ale nie chce mi się o nich pisać, bo jeśli się w życiu widziało z pięć, no dobra, ze dwadzieścia kościołów, to tak jakby widziało się wszystkie. Pod warunkiem, że nie jest się architektem, miłośnikiem sztuki sakralnej ani nic podobnego.

Z innych ciekawych budynków warto wymienić Mahenovo Divadlo oraz Letohrádek, czyli dworek letni, Mitrovských, który znajduje się obok targów i odbywają się w nim wystawy, a także wesela. Warto rzucić też okiem na stary ratusz, a potem na nowy z kościołem św. Michała w pakiecie.

Nie wiem, czy wynika to ze specyfiki brneńskiej starówki, czy naszego po niej chodzenia, ale jakoś nie zdołaliśmy w pełni ogarnąć tego miasta. Cały czas poruszaliśmy się z mapą, a teraz, przygotowując relację, co rusz dokonuję odkryć w stylu: „O rany, to jak wtedy tam byliśmy, wystarczyłoby przejść za ten budynek i bylibyśmy tu i tu”. Nie tak jak w Ołomuńcu, gdzie spędziliśmy zaledwie dwa dni, ale już po jednym razie wiedzieliśmy, że idąc tą długą ulicą z tramwajami, dojdziemy do rynku z ratuszem. Może to dlatego, że brneńska starówka jest pełna wąskich i krzywych uliczek, o których nigdy się nie wie, dokąd nas zaprowadzą i gdzie się skończą. Jedno natomiast jest pewne: idąc w dół, prawie na pewno dojdzie się do dworca.

Po kilku wizytach w Pradze i ubiegłorocznym odwiedzeniu kilku miast, z których najbardziej zauroczyły mnie Pardubice (kto wie, czy nie dlatego, że były pierwsze), Brno nie wywołuje jakiegoś kolosalnego wrażenia, ale jest miastem sympatycznym i bardzo podobnym do Poznania z racji targów, nieczynnej rzeźni, pewnego ogólnego zaniedbania oraz zwartego charakteru 😉 No i może też tego, że brzegi rzek nie są zbytnio zagospodarowane. Tylko Gargamela brneńczycy się nie dorobili i obawiam się, że już się nie dorobią, skoro mają prawdziwy, acz nieszczególnie imponujący zamek.

W następnych odcinkach postaram się opisać wycieczki do Wiednia i na Kras Morawski.

Morawy 2013

Meldujemy posłusznie, że jesteśmy z powrotem. Zachrypnięci, zakatarzeni, a przede wszystkim rozkaszlani, bo przez większość wyprawy walczyliśmy z jakimś wstrętnym wirusem. Wskutek tego wirusa zrezygnowaliśmy z wycieczki do Znojma oraz – co bardziej boli – w Białe Karpaty. W pewnym momencie miałam nawet myśl, żeby w ogóle skrócić wyjazd i zamiast do Zlína, wracać od razu do Polski, ale mi przeszło.

Bazy były dwie: Brno (7 nocy) i Zlín (4 noce). Z Brna przedsięwzięliśmy jednodniowe wycieczki do Wiednia i do jaskiń Morawskiego Krasu (ze zwiedzaniem Jaskiń Punkvy). Z kolei podczas pobytu w Zlínie oprócz rzeczonego miasta zaliczyliśmy też Kromieryż i Otrokovice. Ogólnie wyprawa była mniej intensywna niż ta zeszłoroczna. Pogoda wyjątkowo dopisała (ciepło, ale nie gorąco, a deszcz spadł dopiero nad ranem w dniu naszego wyjazdu do Polski), a zdrowie nie, co razem wzięte zaowocowało o wiele mniejszą ilością wypitego radlera.

Postaram się przeprowadzić porządną relację podobną do tej zeszłorocznej, ale zajmie mi to trochę czasu. Na razie tytułem zachęty wrzucam kilka zdjęć i panoramkę Zlína nakręconą z Mrakodrapa („Drapacza Chmur”) – przed wojną drugiego pod względem wysokości budynku Europy.

Czeski film

IMG_7402

Zabawy w filmowca ciąg dalszy – oto muzyczny kolaż zdjęć z naszej zeszłorocznej czesko-morawskiej wyprawy. Podłożyłam Wełtawę Smetany, którą bardzo lubię, acz niestety wydłużyło to „teledysk” do dwunastu i pół minuty, więc trochę się buforuje po drodze. No i dynamika mniejsza, bo choć zdjęć nawrzucałam sporo, to jednak musiałam trochę zwiększyć czas wyświetlania każdego z nich. Cóż, wciąż się uczę.

Stare dzieje 10 – kolonie i obozy (III)

dyplom

Kolonie w Chomiąży Szlacheckiej stanowią moje definitywne pożegnanie z tym rodzajem spędzania wakacji. Skończyłam właśnie ósmą klasę, więc chętnie wybrałabym się raczej na obóz, ale wysłali mnie na kolonie i nie żałowałam.

W sali mieszkało nas sporo, coś koło dziesięciu, więc było wesoło, a zarazem wrednie. Uwzięłyśmy się na jedną koleżankę, której nadałyśmy ksywkę Loczek, bo miała jasne kręcone włosy. Ponieważ było na kim się wyżywać, pozostałe żyły w zgodzie. Zakumplowałam się z Anką, która była w moim wieku, choć nie ukończyła szkoły, bo kiblowała w ósmej klasie ze względu – jak twierdziła – na zachowanie. Anka pochodziła chyba z niezbyt ciekawej rodziny, ale fajnie się z nią gadało i wiedziała o życiu znacznie więcej niż ja, co mnie oczywiście fascynowało. Podobnie jak to, że wypisała sobie na dżinsach nazwy zespołów, za co mnie rodzice by prześwięcili. Pozwoliła nam nawet umieścić tam swoje ulubione kapele, choć miejsce na tyłku było zarezerwowane dla jej ulubionej Republiki. Ja byłam fanką Lady Pank, wprawdzie już raczej byłą, odkąd odkryłam Moskwę i punka, ale i tak sobie dogryzałyśmy. Poza tym chodziłyśmy nad jezioro palić i gadać. Ja wcześniej już popalałam, ale chyba dopiero przy Ance zaczęłam się zaciągać. Z przeklinaniem też nie miałam kłopotów, lecz przy niej je rozwinęłam. Do tego nauczyłam się pluć i miałam problem z powstrzymaniem tego odruchu, gdy rodzice przyjeżdżali z wizytą.

Miałyśmy też dwóch młodszych o rok kumpli – Roberta i Grzegorza. Robert był odpowiednikiem Anki, bo palił, pił piwo i był, mówiąc po poznańsku, penerem, a Grzesiek raczej odpowiednikiem moim, bo zasadniczo był porządny, nie palił, nawet specjalnie nie klął, a do tego wyeliminował mnie w pierwszej rundzie turnieju szachowego. Na osłodę życia pozostały mi dyplomy za osiągnięcia w warcabach i badmintonie. Jak na taką łamagę jak ja, II miejsce w badmintonie to sukces, nawet jeśli większość uczestniczek była młodsza.

Wozili nas na różne wycieczki, w tym do Torunia. Miasto ładne, kupiłam sobie „badziola” z Dezerterem (którego zbytnio nie lubiłam, ale z Moskwą nie było), a czas wolny upłynął nam na wizycie w salonie gier, gdzie pierwszy raz spotkałam się z żetonami do gry, bo w naszym starym salonie przy ul. Promienistej, w którym bywałam we wczesnej podstawówce, wrzucało się monety.

Zabrano nas też do Bydgoszczy, do Wenecji (ale nie tej włoskiej ;)) oraz do kina w Żninie, gdzie obejrzeliśmy Ucieczkę z Alcatraz, którą zapamiętałam z dobrej strony.

Jak to na ówczesnych koloniach bywało, warunki mieliśmy dość toporne. Myliśmy się w korytkach na dworze, a sikaliśmy w drewnianych kiblach z dziurą. W budynku istniała jedna ubikacja, do której wolno było chodzić, gdy komuś zachciało się w nocy. Zasadniczo teren kolonii kończył się przy kiblach i nad jezioro, do którego było stamtąd może ze dwadzieścia metrów, nie było nam wolno chodzić, ale chodziliśmy i do pewnego momentu nikt nie robił z tego tragedii. Raz nawet przepłynęłyśmy się łódką z dwójką miejscowych wieśniaków (Anka mówiła o nich „sztajmęsy”). No więc pewnego razu wybrałyśmy się na brzeg na pogawędkę i papieroska. Cała kolonia miała tego dnia iść na kąpiel pod prysznice do pobliskiego ośrodka, ale ponieważ zapowiadano to na jakąś tam godzinę, uznałyśmy, że mamy jeszcze czas. Siedzimy sobie nad tym jeziorem jakby nigdy nic, a tu ktoś przybiega i wrzeszczy, że cała kolonia nas szuka i wychowawcy wychodzą z siebie. No i awantura. Okazało się, że wyjście na kąpiel nieoczekiwanie przesunięto na wcześniejszą porę. Nie pamiętam, jaką nam dali karę oprócz ochrzanu, ale tak nas wystraszyli, że parę razy autentycznie poszłyśmy na fajkę do tych śmierdzących kibli. Szybko jednak uznałyśmy, że wolimy zginąć z ręki wychowawców niż udusić się w klozecie.

Wychowawcy to osobny rozdział. Naszą wychowawczynią była pani Jola, a wychowawcą starszych chłopaków jej facet – pan Grzegorz, który był strasznym sadystą. Dziewczynom kazał robić po dwieście przysiadów, co kończyło się w skrajnych przypadkach omdleniami, a Roberta zmusił pewnego razu do chodzenia na czworakach po placu apelowym i powtarzania: „Mam swoje lata i wiem, co robię”.

Pewnego wieczoru próbowałyśmy medytować. Niestety obok naszej sali mieściło się jakieś miejsce z lodówką czy też agregatem prądotwórczym, w każdym razie czymś, co od czasu do czasu włączało się i buczało. Siedzimy więc w pozycjach mniej lub bardziej przypominających kwiat lotosu i odpływamy w kosmos. „Jezu, wiara! Lecę! Lecę! Cholerna lodówka…”

W sali stał piec, na który pewnego razu wspięła się Anka. Podstawiła chyba krzesło, na nim postawiła walizkę i jakoś weszła, ale bała się zejść. No i siedzi biedaczka na tym piecu, a tu otwierają się drzwi i wchodzi wychowawczyni. No i niestety – znowu Anka wyszła na zakałę kolonii.

W końcu jakoś zeszła. Niestety. Niestety skończyły się kolonie i trzeba było się rozjechać w różne strony Polski. Z Anką korespondowałam rok czy dwa, potem kontakt się urwał. Parę lat później jeszcze raz do niej napisałam. Mieszkała gdzie indziej, ale rodzina dostarczyła jej list. Anka miała już wtedy dwójkę dzieci, z których pierwsze urodziła bardzo wcześnie, mając chyba 17–18 lat. Nie wiem, czy skończyła szkołę. Następny list, znów napisany po dość długim czasie, się cofnął – widać mieszkała już gdzie indziej.

Ze swoich ostatnich kolonii przywiozłam kilka piosenek, które do dziś pamiętam. Na przykład tę:

Wąską ścieżką przez ogródek zapier**la krasnoludek
Dokąd idziesz, mój malutki? Idę do swej prostytutki

Albo:

Wąską ścieżką koło sracza zapier**la cień Apacza
Dokąd idziesz, wojowniku? Siku idę, kur**, siku”

Co mi przypomina, że Anka układała fajne wierszyki, ale ich nie zacytuję, bo były dość wulgarne, acz zabawne.

Stare dzieje 9 – kolonie i obozy (II)

wspomy

Pora na długo oczekiwaną kontynuację opowieści o tym, jak to drzewiej bywało. W poprzednim odcinku odgrażałam się, że opiszę obozy w Straduniu oraz w Chomiąży. Wspomniałam też o zimowisku w NRD, ale po wytężeniu umysłu stwierdzam, że pamiętam z tego wyjazdu tylko kilka szczegółów.

W Straduniu byłam dwa razy – w roku 1981 i ’82. Miejsce było fenomenalne. Mieszkaliśmy w barakowozach, czyli takich wozach Drzymały, które miały po dwa pomieszczenia. Bliżej wejścia znajdowało się pomieszczenie „mieszkalne” z małym stolikiem i jednym czy dwoma krzesłami oraz wbudowanymi w ścianę (jeśli można tak to określić) czterema wąskimi szafkami – po jednej na osobę. Z tego pomieszczenia przez otwór pozbawiony drzwi wchodziło się do sypialni, gdzie stały dwa piętrowe łóżka – jedno prostopadle do wejścia, drugie równolegle.  Nie pamiętam, czy w tym pomieszczeniu było okno, natomiast było na pewno w pomieszczeniu z szafkami. Właśnie przez to okno koleżanka zobaczyła, jak podkradam jej z szafki cukierka. Nie wiem, czy większym obciachem było podkradanie, czy to, że dałam się przyłapać.

Z barakowozów można było wejść prosto do jeziora. Ale się nie wchodziło, bo plaża (wspólna dla obozu i ośrodka wczasowego) była trochę dalej. Do drewnianych kibli szło się przez las. Po drodze rosły maliny. Kiedyś kilka dziewczyn zbierających je natknęło się na grupę innych, które powiedziały: „Tu zbieracie? O jeny, a my tu zawsze szczamy!”. Myliśmy się natomiast w długich korytkach z kranami, z których leciała oczywiście zimna woda. Raz w tygodniu szło się do ośrodka wczasowego na kąpiel w wannie lub pod prysznicem. Dzieciaki z młodszych grup pakowano do wanny dwójkami. Nie był to dobry pomysł, bo jak się jest w piątej klasie, to nie ma się już specjalnej ochoty pokazywać koleżance nago, zwłaszcza że zaraz można sobie porównać, że komuś już rosną gdzieś włosy, a komuś nie.

W następnym roku już takich numerów nie robili, chociaż nadal byłam w młodszej grupie, bo akurat w moim roczniku przebiegała linia podziału i kilka osób dali wyżej, a kilka niżej. Jako jedna z najstarszych w grupie jedyny raz w życiu zostałam grupową, co zniosłam z umiarkowaną godnością, acz bez wielkich sukcesów. Obóz roku 1982 jest jednak wiekopomny ze względów piłkarskich. Na niej bowiem przeżywałam – przeżywaliśmy – emocje związane z mundialem, na którym polska drużyna zajęła trzecie miejsce. W zasadzie pamiętam ten obóz jako jedno wielkie święto piłkarskie. Cały czas się grało. Chłopacy z naszego obozu rozgrywali mecze z pobliskim obozem harcerskim. Szło się przez las, niosąc prowiant i wielkie kotły z napojem, którym najczęściej była woda z rozrobionym dżemem. A może kotły już tam były, nie pamiętam. W każdym razie mecze były emocjonujące, ale również w samym obozie wciąż kopano piłkę. Ja najczęściej stałam na bramce, więc miałam ksywkę Młynarczyk, a koleżanki mogły się poszczycić innymi ksywkami – Żmuda, Boniek, Buncol. Prawdziwe mecze oglądało się w świetlicy ośrodka wczasowego. Niestety chyba za bardzo dopiekliśmy wczasowiczom, bo podczas meczu o III miejsce zorganizowano nam dyskotekę, żebyśmy nie przeszkadzali. Ale na bieżąco podawano wynik 😉

Z tego obozu pamiętam jeszcze jedną rzecz, której – zwłaszcza jako grupowa – trochę się wstydzę. Otóż znęcałyśmy się nad koleżanką z pokoju. Raz włożyłyśmy jej do łóżka żabę, a innym razem zamknęłyśmy ją w szafce i powiedziałyśmy, że wyrzuciłyśmy klucz do jeziora. Szafka była tak wąska, że 11-letni człowiek ledwie się w niej mieścił, a my trzymałyśmy ją tam chyba z pięć minut. Jako osoba cierpiąca na lekką klaustrofobię podziwiam ją, że to wytrzymała.

Posiłki jadło się w wielkim namiocie. Na obozie było paru starszych chłopaków, licealistów, którym standardowe porcje nie wystarczały i trzeba było uważać, żeby nie podebrali kotleta. Przed namiotem był prowizoryczny plac apelowy, gdzie rano i wieczorem trzeba było śpiewać hymny grup (nasza nazywała się Piraci albo Piraciki), a kiedy przychodził list od rodziców, należało zaśpiewać piosenkę albo powiedzieć wierszyk, by go dostać. Grupowi musieli też składać raporty, ilu obecnych i tak dalej.

Poza graniem w piłkę zajmowaliśmy się głównie plażowaniem i kąpielami jeziornymi, które sobie chwalę. Poczyniłam wtedy pierwsze kroki w celu nauki pływania, choć tak naprawdę nauczyłam się dopiero później. Mieliśmy też wycieczkę do Chodzieży, gdzie odwiedziliśmy basen i fabrykę porcelany.

Nie pamiętam, czy podczas pierwszego, czy drugiego obozu bawiliśmy się w podchody i grupa pościgowa w ramach jednego z zadań musiała zebrać sto stonek. Nie nastręczyło to najmniejszych problemów – widać w tamtym roku wyjątkowo obrodziły.

Dziwną postacią był higienista pan Krzysiu, który brzdąkał na gitarze i śpiewał równie dziwne jak on piosenki w rodzaju: „Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal, gdy w dupie woda chlupie i słychać stukot jaj” 😐

Na obozie był też pedofil. To znaczy tak nazwałabym go teraz. Był to chłopak 16- lub 17-letni, który „chodził” z dziewczyną 10- lub 11-letnią. Nie wiem, jak bliskie konkretnie były te kontakty, ale często widzieliśmy ją siedzącą mu na kolanach. Było to dla nas dziwne. Nie mam pojęcia, czy wychowawcy rozmawiali z nimi na ten temat, czy nie. A powinni.

Później chyba trzy razy z rzędu (lato przed siódmą i ósmą klasą oraz zima w siódmej) byłam w Grywałdzie, o czym piszę TU. Natomiast zimą w ósmej klasie pojechałam na ośmiodniowe zaledwie zimowisko do NRD. Był to mój pierwszy zagraniczny wyjazd. Mieszkaliśmy w dużym ośrodku w jakiejś miejscowości na „W” niedaleko Poczdamu. Pamiętam zwiedzanie Poczdamu i Berlina (wschodniego, of course), przejazdy S-Bahną (czyli kolejką miejską) i chyba również U-Bahną (czyli metrem), a także starszego chłopaka, który kupował czekolady na handel. Na tych czekoladach podobno można było nieźle zarobić. Pamiętam też charakterystyczny zapach panujący w naszym budynku i żółte piłeczki z gąbki, którymi się bawiliśmy. I wreszcie pamiętam rozważania jednej z koleżanek, że jeśli ktoś chciałby popełnić samobójstwo, to najlepiej jest walić głową w ścianę do utraty przytomności, bo kiedy się w coś uderzamy, to ból czujemy dopiero po jakimś czasie, a wtedy nie będziemy już przytomni.

Tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy odcinek, a przeżycia z Chomiąży Szlacheckiej opiszę w następnym.

Stare dzieje 7 – kolonie i obozy (I)

Nim doczekacie się opisu moich lat licealnych (coś w końcu musi zostać na później, prawda?), postanowiłam napisać co nieco o pobytach na koloniach, zimowiskach i obozach. W tamtych czasach na kolonie jeździli prawie wszyscy (przynajmniej wszyscy z dużych miast, bo P. twierdzi, że od nich nie jeździł nikt, natomiast to do nich przyjeżdżała „stonka”, która wykupywała wszystkie lody ze sklepu). Nie była to aż tak droga impreza, bo dopłacało do niej państwo, więc rodzice z rozkoszą pozbywali się dzieci na trzy tygodnie, bo tyle zwykle trwały kolonie, a w zimie na dwa, bo tyle trwało zimowisko i ferie. Na ogół organizowały te imprezy zakłady pracy, w których pracowali nasi rodzice, ewentualnie macierzyste oddziały lub jakieś odgałęzienia tych zakładów. Czasem dzieci z mniejszego zakładu jechały na kolonie organizowane przez większy. Różne tam były konfiguracje, ale faktem jest, że latem wyjeżdżałam niemal co roku, a i zimą kilkakrotnie.

Początkowo trudno mi było się przyzwyczaić do tak długiego przebywania poza domem, a i w późniejszych latach różnie z tymi koloniami bywało – czasem podobało mi się bardziej, czasem mniej. Zwykle są na koloniach jakieś ofiary, które się gnębi. Nie musi to być ofiara całokolonijna – może być (i zwykle bywa) pokojowa lub grupowa. Ja taką ofiarą bywałam, ale bywałam i oprawcą. Co więcej, odnoszę wrażenie, że ktoś, kto już bywał ofiarą, ze szczególną rozkoszą staje po drugiej stronie barykady.

Ale oprócz tych bardziej ekstremalnych aspektów życia w grupie kolonie to wielka lekcja życia w społeczeństwa i dużo frajdy. Ponieważ imprezy odbywały się w różnych miejscach, warunkach i okolicznościach historycznych, postanowiłam wspomnieć o każdej z nich, szerzej opisując te, które bardziej zapadły mi w pamięć.

Puszczykowo. Jakby się bardzo chciało, toby się wróciło do Poznania na piechotę, ale na szczęście człowiek dziewięcioletni nie ma takiej świadomości. Kolonie odbywały się w szkole podstawowej, nie wiem niestety której. Cała grupa spała na metalowych łóżkach na jednej sali, wychowawczyni chyba miała jakiś parawan, za którym mogła odnaleźć odrobinę prywatności. Ogólnie warunki dość przaśne, co w tamtych czasach było normą. Łazienka w podziemiach, korytka z kranami dookoła pomieszczenia, drewniane kratki pod nogami. Może starsze grupy chodziły gdzieś pod prysznic, ale dzieciaki musiały się rozbierać do rosołu grupowo, czego trochę się wstydziłam.

Puszczykowskie kolonie pamiętam jako dość nudne – a to się szło do lasu, a to grało w coś na boisku. Ciekawostką może być to, że nasza wychowawczyni studiowała romanistykę i próbowała nas uczyć francuskich piosenek (np. „Frère Jacques”), które boleśnie kaleczyłyśmy. O, i jeszcze teraz przypomniała mi się fajna scena, jak siedzimy nad Wartą i śpiewamy „Szerokie pole, śpią chaty w dole”. Do dziś tę piosenkę pamiętam (choć możliwe, że zetknęłam się z nią ponownie później) i do dziś wzbudza we mnie tę samą przyjemną tęsknotę co wtedy. W moich wspomnieniach jest ciemno i nad głową rzeczywiście świecą gwiazdy, ale zapewne tak nie było.

Jakoś tak piątego dnia nagle zatęskniłam za domem i zaczęłam ryczeć, co później kilkakrotnie się powtarzało mimo coniedzielnych rodzicielskich wizyt, ale kiedy trzy dni przed końcem kolonii rodzice przyjechali i oznajmili, że zabierają mnie już do domu, wcale nie byłam zadowolona.

Na następne kolonie wysłano mnie do Pobierowa, czyli już znacznie dalej od domu. Zarówno miejsce, jak i sama organizacja były o niebo ciekawsze od poprzednich. Po pierwsze, impreza odbywała się w wielkim ośrodku kolonijnym z długimi pawilonami, w których mieściło się aż piętnaście grup, po jednej w każdej sali. Nasza grupa liczyła około 18–20 osób. Prócz pojedynczych metalowych łóżek było tam jedno piętrowe, ustawione zaraz przy drzwiach. Dziewczyna śpiąca na górze – chyba miała na imię Ania – lubiła czyhać na wchodzących i bić ich po głowie burakiem, czyli ręcznikiem zawiązanym w supeł. Burak obok marchewy, czyli ręcznika zwiniętego w coś na kształt rzeczonego warzywa, stanowił podstawowe narzędzie używane przy kocówach. Kocówa polega na tym, że delikwenta nakrywa się kołdrą lub kocem, żeby nie widział, kto go bije, i wali się burakami i marchewami. Czasem się to robi dlatego, że ma się do niego jakieś pretensje, a czasem ze zwykłej złośliwości.

A skoro już o łóżkach mowa, warto wspomnieć o kontrolach porządku i czystości w salach. Jeden z wychowawców albo tzw. komisja czystości złożona z wychowawców i wybranych kolonistów chodziła rano po salach i sprawdzała, czy łóżka są dobrze zasłane.  Jeśli kołdra leżała nierówno lub miała wybrzuszenia, można się było spodziewać pilota, czyli rozrzucenia pościeli i nakazu ponownego zaścielenia łóżka. Wyjątkowo złośliwych sprawdzających trudno było zadowolić.

Po umyciu się i posłaniu łóżka szło się na apel. Nie pamiętam, czy najpierw trzeba było odśpiewać hymn harcerski, czy też przed nim grupowi musieli zrobić zbiórkę w dwuszeregu i odliczanie, a następnie udać się na środek placu apelowego i wraz z pozostałymi grupowymi złożyć dyrektorce meldunek brzmiący mniej więcej tak: „Przewodnicząca X melduje grupę Y na porannym apelu. Stan grupy N, wszyscy obecni”. Jeśli ktoś był nieobecny, należało podać powód, np. „Trzech nieobecnych z powodu dyżuru w stołówce”. Niezależnie od kolejności, podczas śpiewania hymnu przeżyłam chwilę zdziwienia, kiedy po tradycyjnej zwrotce zaczynającej się od słów „Wszystko co nasze Polsce oddamy” i następującym po niej refrenie grupa starszych chłopaków zaczęła śpiewać: „Socjalistycznej biało-czerwonej myśli i czyny i uczuć żar”. Pani dyrektor była zadowolona i kazała opanować tę zwrotkę wszystkim pozostałym. Cóż zresztą miała zrobić, skoro chłopacy już zaczęli śpiewać.

Tak czy inaczej, był to jedyny przypadek mojego zetknięcia się z ową zwrotką. I nic dziwnego, bo w Wikipedii czytam: „Hymn harcerski jest hymnem Związku Harcerstwa Polskiego od 1918 roku. Oficjalnie hymnem jest jedynie pierwsza zwrotka i refren. W 1977 roku wprowadzono do hymnu dodatkową zwrotkę pióra Jerzego Majki, ale VII Zjazd ZHP w marcu 1981 roku przywrócił dawną postać, wprowadzając do Statutu ZHP zapis, że hymnem ZHP jest jedynie pierwsza zwrotka i refren”.

Choć kolonie w Pobierowie zaczęły się dla mnie fatalnie i już po jednym dniu napisałam do rodziców dramatyczny list, w którym błagałam, by mnie stamtąd zabrali, kiedy po kilku dniach odwiedzili mnie wujostwo z Kołobrzegu, posłani przez rodziców w celu sprawdzenia, co się ze mną dzieje, zastali mnie już całkiem zadowoloną. Z trzema koleżankami stworzyłyśmy paczkę o przezwiskach Ścierka, Belka, Tucznik i Chudnik (zgadnijcie, która to ja 😉 ) i bawiłyśmy się nieźle. A było co robić. Przede wszystkim plażowanie i morskie kąpiele. Bywałam już wcześniej nad morzem, ale po raz pierwszy znalazłam się tam bez rodziców, a to zupełnie nowa jakość. Na terenie kolonii grało się w najróżniejsze gry. Były konkursy i oczywiście dużo śpiewania. Pamiętam też ulubiony przysmak Anki, pseudonim Chudnik (tej, co waliła po głowie burakiem): sztuczny miód, który kupowała w plastikowych pudełkach i wyjadała palcem.

Dodać można jeszcze, że w porównaniu z Puszczykowem wychowawczyni miała większy komfort, bo zamiast za parawanem, mieszkała w kantorku z dykty wzniesionym w rogu sali.

Później było chyba zimowisko w Grywałdzie, w czwartej klasie. W tamto miejsce jeździłam zresztą czterokrotnie, dwa razy zimą i dwa razy latem (jeśli dobrze pamiętam, były to zima czwartej i siódmej klasy oraz lato przed siódmą i przed ósmą), więc pobyty dość mocno mi się zlewają i nie zdołam odpisać każdego dokładnie. Ogólne wrażenia na plus. Przede wszystkim po raz pierwszy znalazłam się w górach. Panowała pewna niezgoda co do tego, czy jesteśmy w Gorcach, czy w Pieninach, choć wygrywały w tym dyskursie Pieniny. W Wikipedii czytam: „[Grywałd] znajduje się na stokach Lubania w Gorcach”. Gwoli sprawiedliwości, podczas każdego letniego pobytu wspinaliśmy się na najwyższy szczyt Pienin – Trzy Korony. Dwóch silnych chłopaków niosło wielki kosz z prowiantem, inni dźwigali picie, a reszta szła sobie bez niczego, aż doszła.

Zima w Grywałdzie to zjazdy na sankach i nartosankach, wycieczki nyską, której przejazdy po górskich drogach nad przepaściami przyprawiały mnie o palpitacje serca, a także pierwsza podróż do Zakopanego, zakończona zresztą skandalem, bo najpierw grupa mnie zgubiła przed wejściem do kolejki na Gubałówkę (nie zdołałam się przepchnąć przez tłum), a potem wychowawczyni objechała mnie równo za to, że „się oddaliłam”.

Lato w Grywałdzie to jabłka w sadzie przy willi, w której mieszkaliśmy, koziołkowanie z górki, na której wznosił się ów sad, spływ Dunajcem na tratwach, a także doroczne mecze piłki nożnej z miejscową ludnością, złożoną głównie z Cyganów, których osada znajdowała się bliżej naszej willi niż główna część wsi. „Białych” chłopaków pamiętam tylko dwóch – Kazka i Staszka (któryś z nich był chyba synem właścicieli willi). Wysportowani Cyganie prawie nigdy nie dawali naszym chłopakom szans w tych meczach. Tylko raz, kiedy większość starszych chłopaków była poza wsią, po stronie miejscowych wystąpiły dzieciaki dużo młodsze od naszych i zebrały spore baty, co jednak skończyło się zemstą tych starszych w postaci kilkukrotnego wpuszczenia nam do okien gazu łzawiącego podczas ostatniej kolonijnej dyskoteki, która miała potrwać aż do rana, a skończyła się ewakuacją do łóżek około północy.

Jak na tamte czasy, w Grywałdzie panowały niezłe warunki. Mieszkało się w pokojach po 3­–4 osoby, no i mieliśmy normalną łazienkę – wprawdzie małą i tylko z jednym prysznicem, ale ponieważ liczba kolonistów była stosunkowo niewielka (mieścili się w jednym autokarze), każdy prędzej czy później mógł się dopchać. Zresztą nie trzeba się codziennie myć, prawda? W końcu były wakacje.

W następnym odcinku postaram się opisać obozy w Straduniu koło Trzcianki, które odbywały się w specyficznych warunkach, mianowicie w barakowozach. Miało to nawet swoją nazwę – obóz gwiaździsty. Miejsce było klimatyczne i czasy też (stan wojenny oraz Mundial 1982, na którym Polska zajęła trzecie miejsce). Napiszę też o Enerdówku i Chomiąży Szlacheckiej.

O właśnie, Chomiąża – tam to się działo! Wpadłam w złe towarzystwo i byłam z tego bardzo zadowolona 😉

Czechy, etap IV – Beskid Śląsko-Morawski

Miła właścicielka penzionu jechała akurat po dziecko do przedszkola, więc przy okazji odebrała nas z dworca, dzięki czemu nie musieliśmy się wlec na drugi koniec ulicy ciągnącej się przez cały Rożnów. Ulica nazywa się Nabřeži Dukelskich Hrdinu, a ponieważ podobną nazwę nosi wiele innych ulic i placów w Czechach, zadaliśmy sobie trud sprawdzenia, o co biega. Hrdina to po czesku bohater, a „bohater Dukli” to uczestnik (i najczęściej ofiara) strasznej jatki zwanej bitwą o przełęcz dukielską . Choć miasto Dukla leży w Polsce, a przełęcz na granicy Polski i Słowacji, bitwa ta jest u nas mało znana, bo nie brało w niej udziału polskie wojsko. Swego czasu nawet odwiedziłam Duklę przy okazji bytności na obozie w nieodległym Bieczu; ponieważ jednak nasza gromadka została tam zaciągnięta przez osobę będącą historykiem sztuki, zwiedzaliśmy głównie barokowe, a może rokokowe kościółki.

W piętrowym domku pani zakwaterowała nas na górze. Były tam trzy pokoje ze wspólną łazienką i kuchenką, ale ponieważ przez całą tę wyprawę mieliśmy szczęśliwą wyłączność na łazienki, tak było i tym razem. Wprawdzie kilka godzin później pani przysłałam nam esemesa, że kogoś zakwaterowała w sąsiednim pokoju, ale okazało się, że tamci zrezygnowali, bo za mało prywatności – dzięki czemu prywatność zapewnili nam ;). W porównaniu z warunkami z Ostrawy mieliśmy tam niebo – czajnik elektryczny, naczynia, lodówka, a nawet stolik, przy którym można było spożywać. W pokoju wykładzina, można siedzieć na podłodze; w szafie mnóstwo wieszaków. I łóżka złączone.

Pierwszego dnia oczywiście nie wybieramy się w góry, bo a) jest za późno, b) dają nam się we znaki zmęczenie wędrowaniem i niedospana noc. Zachwyceni tym, że wreszcie mamy ludzkie warunki i góry za oknem (przy czym to ostatnie zachwyca głównie mnie), długo celebrujemy odpoczynek, picie kawy i tym podobne przyjemności. W końcu jednak udajemy się do miasta w poszukiwaniu knajpy obiadowej, a po posiłku po raz pierwszy (acz – jak się ma okazać – nie ostatni) odwiedzamy największy skansen w Czechach – Muzeum Wsi Wołoskiej. Okazuje się, że skansen składa się z trzech części, do których kupuje się osobne bilety (tradycyjnie przegapiamy fakt, że można też kupić jeden bilet na wszystko). Decydujemy się na największą i – jak nam się słusznie zdaje – najatrakcyjniejszą część, jaką jest Wioska Wołoska (pozostałe to Drewniane Miasteczko i Młyńska Dolina). Faktycznie wioska jest fajna, ma dużo zwierząt gospodarskich, a w niektórych domach dyżurują przebrani w odzież „z epoki” pracownicy. Co jakiś czas spada rzęsisty deszcz, przed którym ukrywamy się w wołoskich domkach. W końcu jednak się wypogadza, więc po zwiedzaniu udajemy się na urokliwy (jak prawie wszystkie w Czechach) rynek, by rzucić nań okiem oraz dokonać zakupów. Po drodze mija nas turystyczna kolejka na kółkach – „Vlaček Rožnovaček”, na którą natkniemy się jeszcze parokrotnie.

Następny dzień to wyprawa na Radhošt/Radhoszcz (1129), górę słynącą z posągu boga Radhoszcza (Radegasta), do którego ponoć ciągną pielgrzymki z całych Czech. Dziwimy się, gdzie te pielgrzymki, bo do połowy trasy nie spotykamy nikogo. Wkrótce sprawa się wyjaśnia. Czesi nie są tak głupi, by chodzić po górach. Podchodzą do posągu z przełęczy Pustevny, a co ambitniejsi z przełęczy Pindula. My jednak robimy pełną trasę i jesteśmy bardzo zadowoleni, gdy docieramy do wieży telewizyjnej, obok której stoi drewniana kapliczka Cyryla i Metodego, a nieco dalej „pomnik” świętych. Po krótkim przejściu granią trafiamy do schroniska, gdzie dokonujemy ciekawego odkrycia – otóż w menu nie figurują brambory, tylko zemňaky. Podpytuję pana – wygląda na to, że zemňak to coś w rodzaju naszej pyry, czyli potoczna nazwa funkcjonująca w tych regionach. Później w internecie spotykam się także z nazwą zemaky.

W końcu docieramy do posągu Radhoszcza. Duży jest. W ulotce wyczytaliśmy, że trzeba mu coś zrobić, żeby spełniło się nasze życzenie, lecz nie rozumiemy co. Dopiero po powrocie z pomocą słownika wydedukujemy, że należało dotknąć klamry u jego pasa. Jak zauważycie na zdjęciu, klamra znajduje się dość wysoko, więc może to i lepiej, że się nie wspinałam.

Schodzimy na przełęcz Pustevny (w polskich opracowaniach figurującą jako Pustewne). Bajeczne miejsce. Kiedyś podobno mieszkali tu pustelnicy, tylko jakoś nie udało mi się wyczytać, czy jeden po drugim, czy kilku jednocześnie (no co się śmiejecie – po cholerę jednemu pustelnikowi tyle domków?). Aha, domki są z XIX w., a pustelnicy byli wcześniej. Pewnie zapisywali się w kolejkę, żeby zastąpić aktualnego, kiedy ten zemrze, bo miejsce jest naprawdę ładne. Handel w domkach i wokół nich kwitnie jak pod Gubałówką. Można kupić różne medoviny i słynny valašsky penicilin.

Autobusem wracamy do centrum Rożnowa, robimy zakupy i dopiero udajemy się na kwaterę, zauważając po drodze drogowskaz do miejscowego browaru i postanawiając następnego dnia się tam udać. Cały dzień zresztą zamierzamy poświęcić na eksplorację okolic Rożnowa, bo na wycieczkę górską nie mamy już sił. Oczywiście nie chodzi o to, że jakoś szczególnie zmęczyła nas wspinaczka na Radhoszcz. Po prostu jesteśmy w drodze już niemal dwa tygodnie i każdego dnia pokonywaliśmy, częstokroć w upale, spore odległości. Mimo że będzie to ostatni dzień naszej wyprawy i nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś zawitamy w te strony, nie jesteśmy w stanie wspiąć się na żadną z okolicznych gór – Smrk, Lysą Horę czy Tanečnicę.

Postanowienie nasze okazuje się trafne, gdyż poranek wita nas deszczem. Pogoda ostatniego dnia będzie zmienna – raz kropi, raz pada, a raz leje. No dobrze, czasem przestaje, ale na dłużej dopiero wieczorem. Uzbrojeni w peleryny udajemy się zatem do muzeum, by obejrzeć kolejny jego fragment – Drewniane Miasteczko. Ta część jest mniejsza i mniej zajmująca od poprzedniej, ale warto do niej zajrzeć choćby po to, by obejrzeć przeniesiony żywcem z miasteczka Vĕtřkovice drewniany kościółek i otaczające go groby, a także maleńki ratusz z pocztą i sklepikiem.

Następnie chcemy skosztować piwa z Rożnowskiego Piwowaru, ale przybrowarną knajpkę otwierają dopiero o trzynastej, a pani w „velkoobchodzie”, czyli hurtowni, jest rozrywana. Idziemy więc na ścieżkę edukacyjną przy Hradisku, które jest kawałeczkiem muru pozostałym ze średniowiecznego zamku. Ścieżka byłaby super, zwłaszcza że akurat na chwilę przestało padać, gdybyśmy się nie zgubili po dwóch tablicach. Lasek niczego sobie, z niepłochliwymi dzięciołami i jeszcze bardziej niepłochliwymi szerszeniami gnieżdżącymi się w dziupli drzewa, za które udałam się za potrzebą. Moja dotychczasowa znajomość tych owadów polegała na tym, że ktoś wrzeszczy „szerszenie!”, a wszyscy uciekają, zamykają okna i/lub walą na oślep gazetą. Pierwszy raz miałam okazję przyjrzeć im się z bliska – przyznaję zresztą, że nie byłam pewna, iż to szerszenie, póki nie porównałam ich ze zdjęciami w atlasie – i jestem oczarowana ich urodą, a zwłaszcza zgrabnymi żółtymi dupkami. Serio. Strasznie żałuję, że zamiast zrobić zdjęcia, udałam się za następne drzewo.

Zgubiwszy się, podjęliśmy złą, jak się później okazało, decyzję o powrocie. Niezależnie bowiem od tego, czy byliśmy na właściwej ścieżce, prawdopodobnie i tak doszlibyśmy do grodziska albo ewentualnie obeszlibyśmy lasek inną drogą i zobaczyli chociaż skocznie narciarskie. Znów jednak zaczęło padać, więc udaliśmy się na obiad, a następnie do otwartej już browarnej knajpy, gdzie P. napił się piwa Čert, a ja miodowego. Obojgu nam smakowało. P. chciał nawet kupić półtora litra w plastiku i zabrać do domu, ale zrezygnował, mając na uwadze pięć (a jak się miało okazać, nawet sześć) czekających nas przesiadek.

Po sesji zakupowej udajemy się na ostatni spacer. Chcemy wejść na wieżę widokową na pobliskim wzgórzu, ale ktoś postawił płot na szlaku. Życie spraw niedokończonych… Kończy się kawką na rynku, kupieniem biletu na podróż do polskiej granicy i powrotem do pensjonatu, gdzie celebrujemy ostatnie chwile spokoju przed długą drogą do domu.

Wstajemy o siódmej i wleczemy się na dworzec, gdzie odjeżdża osobówka do Valašskiego Meziřiči, czyli Międzyrzecza Wołoskiego (nazwanego tak z racji faktu, iż spotykają się tam dwie odnogi rzeki Bečvy). Tam przesiadamy się na ekspres jadący do Pragi, z którego wysiadamy w Českiej Třebovej. To jedyne miejsce, gdzie mamy dłuższy, niemal godzinny postój, więc za ostatnie korony kupujemy kawę i kanapki, które – jak się okazuje – uratują nas przed głodowaniem do wieczora. Następnie hardcorowa trzyminutowa przesiadka w Usti nad Orlici, gdzie pociąg omal nam nie ucieka, bo dopiero po chwili orientujemy się, że za budynkiem dworca są kolejne tory. Tam wsiadamy już w pociąg do Polski, ale za granicą trzeba złapać polskiego konduktora i kupić bilet. Kupujemy od razu do Poznania, choć czekają nas jeszcze dwie przesiadki. Krótko po kupnie biletu zaczynają się schody – pociąg staje, konduktor lata po przedziałach i ostrzega, by pod żadnym pozorem nie otwierać okien. Okazuje się, że drzewo spadło na trakcję. Po czterdziestominutowym postoju komunikuje nam dwie wiadomości, dobrą i złą. Dobra to ta, że można już otwierać okna. Zła – że pociąg zostanie wycofany do stacji Bystrzyca Kłodzka Przedmieście i stamtąd do Kłodzka zabierze nas autobus. Następuje dłuuugie cofanie na wstecznym, a potem ładowanie do jednego autobusu ludzi i bagaży (w tym czterech rowerów) z całego pociągu. Następnie ruszamy, by po jakimś czasie wygramolić się na stacji Kłodzko Główne, dokąd wkrótce przyjeżdża… pociąg z Międzylesia. W międzyczasie bowiem drzewo usunięto. Niestety jesteśmy spóźnieni o jakieś półtorej godziny i perspektywa obiadu we Wrocku mocno się oddaliła. Ba, oddala się nawet perspektywa zdążenia na następny pociąg, ale nasz regio chyżo pomyka i ostatecznie przyjeżdżamy na stację z ośmiominutowym zapasem. Szybciutka przesiadka i siedzimy już w regio do Poznania, tak zadowoleni, jak tylko może być człowiek bardzo zmęczony.

Cóż – potwierdza się moja dewiza, że podróże trwają tak długo dlatego, żeby człowiek zamiast żałować, że wakacje się skończyły, cieszył się, iż może się wykąpać i odpocząć we własnym łóżku. Tak też było po naszej wyprawie, której jednak nie uważamy za zakończoną, gdyż planujemy znów udać się do Czech, by zwiedzić kolejne miejsca, a może i zajrzeć do tych już znajomych. Ale to najwcześniej w przyszłym roku. Na razie zakupiłam samouczek czeskiego i uczę się wytrwale.

Czechy, etap III – Ostrawa i Opawa

P. chciał się przejechać superszybkim pendolino, więc wykupiliśmy miejscówki i po godzinie jazdy byliśmy już w Ostrawie. Wrażenia z pociągu niczego sobie – wygodne siedzenia, klima (ale to ostatnie mają prawie wszystkie czeskie pociągi, nawet podmiejskie), gazetka i pół litra wody gazowanej lub niegazowanej na łebka wliczone w cenę. Niestety za późno się zorientowaliśmy, że ta woda była bez dopłaty ;). Ale gazetkę wzięliśmy.

Ostrawa przywitała nas upałem i rozkopami, a dalej było jeszcze lepiej. Nasze podejrzane lokum miało się znajdować w strategicznie położonym niedaleko dworca i centrum miejscu. Sprawdziło się  głównie to, że niedaleko dworca. Wejście w równoległą do torów uliczkę Cihelni potwierdziło jej osobliwy charakter. Po pierwsze uliczka była zrujnowana i wymarła, jeśli nie liczyć dwóch czteropiętrowych bloków (z czego jeden nosił zaszczytne miano „ubytovna”) zamieszkałych przez Romów. Po drugie, romskie dzieci mogły spokojnie grać w piłkę na ulicy, gdyż łączący ją z resztą świata most był w remoncie. Naszą noclegownię znaleźliśmy na samym końcu ulicy. Był to blok bodaj trzykondygnacyjny, dwuklatkowy, w takim samym stanie jak pozostałe. Strzegły go dwa ładne, lecz groźne (sądząc z ochrypłego szczekania) pieski, na szczęście zamknięte w zagrodzie. Na recepcji kartka, żeby dzwonić pod numer telefonu, ale wypróbowujemy najpierw dzwonek i po dłuższym czasie pojawia się pan, który kasuje od nas za noclegi oraz pobiera 200 koron kaucji za klucz. Pokój znajduje się w trzypokojowym segmencie ze wspólną łazienką i kibelkiem, który się nie zamyka. Odrobinę papieru toaletowego wetknięto za rurę, bo lepszego miejsca do umieszczenia go próżno tam szukać. Spłuczka i zbiornik poklejone taśmami. O czymś takim jak kuchnia raczej tu nie słyszano. W szafie za to wisi aż jeden wieszak. Ogólne wrażenie zatem średnie, bo choć pokój wygląda w miarę dobrze, a w łazience jest ciepła woda i haczyki na ręcznik/ciuchy, to jednak odnosimy wrażenie, że jest tu jakoś „ble”. Z czasem nasze odczucia staną się nieco bardziej pozytywne, bo po pierwsze – sąsiednie pokoje okażą się i pozostaną puste, po drugie zaś rankiem pojawi się pani sprzątaczka, która oporządzi łazienkę i korytarz oraz wyrzuci śmieci. Karalucha na szczęście spotkamy dopiero w dniu wyjazdu.

Most w remoncie, więc droga do centrum znacząco się wydłuża. Obserwujemy wprawdzie takich, którzy wdrapują się na nasyp i przebiegają przez jezdnię (jedna nitka wciąż działa, druga jest w trakcie asfaltowania), ale jako turyści wolimy zrobić grzeczny obchód. Nie mając jeszcze dostatecznego rozeznania w nazwach ulic i odległościach, pierwszego dnia przemierzamy mnóstwo kilometrów pieszo. Główny plac Ostrawy – Masarykovo Namesti – nie poraża. Jest za duży, a stojący przy nim dawny ratusz, obecnie mieszczący muzeum, zbyt filigranowy, choć nie można powiedzieć, że brzydki. Przyjemniejsze wrażenia czekają za mostem przez Odrę, w tzw. Ostrawie Śląskiej: obok innego, trochę większego dawnego ratusza (w Ostrawie jest ich kilka, gdyż miasto powstało z połączenia garstki mniejszych miast) znajdujemy drogowskaz do Zamku Śląskoostrawskiego, który okazuje się skromny, ale sympatyczny, a na dodatek założony przez Piastów. Zwiedzamy ekspozycję i odpoczywamy przy ratlerkach™ (to nasza pieszczotliwa nazwa dla doskonale gaszących pragnienie piw typu Radler) przed dłuuugą drogą powrotną na ulicę Cihelni. Po drodze jeszcze zakupy w Alberciku (wiemy, że gdzieś w pobliżu jest Penny Market, bo widzieliśmy ludzi z siatkami, ale wyczaimy go dopiero następnego dnia) i obładowani gnamy do domu, by zdążyć przed deszczem, który tylko lekko nas głaszcze.

„Dom” już zaczęliśmy oswajać. Grzałka i kubki wyjęte, psy polubione, budynek niemal pusty (nie licząc grupy Polaków, którzy przyjechali trzema samochodami, ale nocują w sąsiedniej klatce), więc czujemy się jak gospodarze. A, no i mamy papier toaletowy zakupiony w Albercie, choć nadal nie znajdujemy w ubikacji miejsca, na którym można by go umieścić, więc każdorazowo udajemy się tam z zapasem w kieszeni.

Rano Polacy z trzech samochodów  opuszczają dom, ze śmiechem i hukiem wyrzucając do kubła worki ze śmieciami. Dopiero później przeczytam w regulaminie, że „przed opuszczeniem noclegowni należy posprzątać pokój i wyrzucić śmieci”. My zaś udajemy się via browar Ostrovar do Witkowic (Vitkovic), reklamowanych jako dzielnica XIX-wiecznych przemysłowców. P. wziął z informacji turystycznej ulotkę opisującą i pokazującą na mapie godne zwiedzenia miejsca.

Zaraz po przejściu ul. Tomkovą pod wiaduktem znajdujemy się przy Hornopolni, gdzie w pawilonach przypominających nasze osiedlowe widzimy bar, a przy nim potykacz głoszący, że dziś na „dopoledni menu” jest houskovy knedlik z gulaszem za jedyne sześćdziesiąt dziewięć koron (11 zł.) – czyli to, co uważam za kwintesencję czeskiego jadła, a czego najwyraźniej sami Czesi nie doceniają. Niestety pora jest wczesna, więc tylko wzdychamy i idziemy dalej. Po drodze udaje nam się kupić bilety 24-godzinne w biletomacie, co wcale nie jest takie łatwe, bo moneta musi być włożona konkretną stroną, a nie byle jak. Później się okaże, że w czasie wakacji oraz w weekendy z jednego takiego biletu może korzystać cała rodzina – do dwóch osób dorosłych i trojga dzieci – ale na biletomacie takiej informacji nie ma, więc przepłacamy. W browarze mówią, że na zwiedzanie trzeba się, bohužel, zapisać z miesięcznym wyprzedzeniem. Znowu wzdychamy. Z mapy wynika, że do Witkowic dojedziemy, wsiadając w autobus i obok dworca autobusowego przesiadając się na tramwaj – a to się dobrze składa, bo i tak musimy obadać, jak dotrzeć do dworca, a co trudniejsze – jak dotrzeć z niego do Rožnova pod Radhoštem, który będzie naszym następnym i ostatnim celem podróży.

Wszystkiego się dowiadujemy, po czym z Namesti Republiky jedziemy tramwajem na stare Witkowice, mijając po drodze przystanek „Wysokie Piece” z ogromnym kompleksem hutniczym, który tak mi się podoba, że w drodze powrotnej wysiądziemy tam, by porobić zdjęcia. Następny przystanek to już mieszkalna część Witkowic. Spacerujemy z mapką obiektów, odhaczając Český dům, dawną szkołę dla dziewcząt, a drugą dla chłopców, przede wszystkim zaś podziwiając witkowicki ratusz, który stanie się moim ulubionym ratuszem Ostrawy, oraz dom przemysłowców Rotschildów. Na Mirovym Namesti zjadamy smaczny obiad i wypijamy równie smaczną kawę w restauracji Veronika – przy czym podkreślić należy, że był to jedyny przypadek, kiedy zupę z „dopoledniego menu” podano nam nie w maleńkich miseczkach, lecz w porządnej wazie z dużą jej ilością. Zupa z nazwy ziemniaczana, ale w smaku kwaskowa jak żurek. W każdym razie smaczna. Przy okazji dowiaduję się, że hermelin to ser, w dodatku bardzo dobry. Coś jak camembert, a może to nawet jest camembert, tylko z inną nazwą. Zjadam taki zapiekany hermelin z bramborami i sałatką i jest mi dobrze. Mirovo Namesti w Witkowicach mogę więc z czystym sumieniem polecić – nie dość, że można na nim podziwiać śliczny ratusz i sympatyczny kościół św. Pawła, to jeszcze i najeść się do syta.

Następnie wracamy do centrum i odwiedzamy nowoczesny, kompletnie odjechany ratusz, ponoć najwyższy w Czechach. Wjeżdżamy na wieżę, by podziwiać widoki i zrobić kilka fotek, po czym udajemy się do dzielnicy Pietrzkowice (Petřkovice), by odwiedzić muzeum górnictwa. Spóźniamy się na ostatnie wejście – które, jak się okazuje, jest o 16.00, lecz trzeba kupić bilet dziesięć minut wcześniej – właśnie o te dziesięć minut, co boli tym bardziej, że mniej więcej tyle straciliśmy na błądzenie przy przesiadce. Na szczęście obok jest ścieżka edukacyjna na wzgórzu Landek, więc robimy sobie mniej więcej godzinny spacer z zaliczeniem wieży widokowej i wyprawa nie idzie na marne. Landek ma 280 m. wysokości n.p.m., czyli tylko o 4 m. mniej niż najwyższe wzgórze Wielkopolski – Kobyla Góra. A przecież leży w obrębie dużego miasta.

W drodze powrotnej zakupy w odnalezionym już Penny Markecie. Niestety nie ma moich ulubionych jogurtów borůvkovych, więc muszę się zadowolić innymi smakami, np. lískooříškovym.

Choć tego dnia sporo przemieszczaliśmy się tramwajami, autobusami, a nawet trolejbusem, także wiele kilometrów pokonaliśmy pieszo. Plan na następny dzień – ostatni w Ostrawie – również jest napięty. Ponieważ o 11.45 kończy nam się ważność dobowych biletów, planujemy rano jechać do dzielnicy Poruba, by rzucić okiem na przykłady użytkowego budownictwa socrealistycznego, w szczególności zaś na zajmujący całą uliczkę Dom-Łuk. Stamtąd via stacja Ostrava Svinov, bo bliżej, pragniemy się udać do pobliskiej Opawy, leżącej już niemal na polskiej granicy i znanej mi choćby z produkcji ciastek Disko.

Plan wypala – już około 10.30 jesteśmy w Porubie i fotografujemy (a także filmujemy, bo tylko dzięki temu możemy ukazać jego całokształt) Dom-Łuk. Wycieczka po dzielnicy króciutka, ale budynki i zdobienia na nich całkiem przypadają nam do gustu. Może i socjalistyczne, lecz zarazem ciekawe i nie na jedno kopyto.

Po przybyciu na dworzec Svinov, oszklony i wyglądający trochę jak miniatura Dworca Głównego w Berlinie, rzucamy okiem na tablicę i widząc, że pociąg do Opawy odjeżdża za osiem minut, pospiesznie kupujemy bilety, lecimy na peron i wsiadamy w „City Elefanta”. Opawa to niewielkie, liczące ok. 60 tys. mieszkańców miasto, którego najciekawszą część stanowi starówka złożona (podobnie jak w wielu czeskich miastach) z dwóch rynków – Górnego i Dolnego. Na Dolnym stoi ładny biały ratusz, a w pobliżu kościół Wniebowzięcia NMP i Teatr Śląski. Z kolei najciekawszym punktem Dolnego Namesti jest kościół św. Wojciecha. Spoza rynków warto obejrzeć (bo do środka nie weszliśmy) muzeum – nie wiem jakie, ale znając życie, to pewnie Muzeum Śląskie, bo w Opawie ten przymiotnik charakteryzuje prawie wszystko.

No jasne, gapa ze mnie – przecież nad wejściem stoi jak byk: „Slezské zemské muzeum”.

Obiad zjadamy w restauracji na Rybim Trhu w sąsiedztwie cerkwi. Oglądamy jeszcze z zewnątrz stadionik hokejowy, który wygląda jak poznańska Bogdanka przed remontem, po czym, uznając, że „to by było na tyle”, wracamy na dworzec i do Ostrawy. Tym razem wysiadamy na głównym i kierujemy swe kroki na Namesti Svatopluka Čecha, by zajrzeć do kościoła Niepokalanego Poczęcia NMP. Przy okazji odkrywamy ładny budynek, który okazuje się siedzibą archiwum miejskiego.

Można by sądzić, że po tak napakowanym atrakcjami dniu będziemy do następnego ranka leżeć do góry brzuchem, ale nie – po zakupach istotnie odpoczywamy w pokoju godzinkę, może dwie, jedząc, a zwłaszcza pijąc, ale także planując ostatni wieczorny spacer po Ostrawie. Następnego ranka wyjeżdżamy wszak w Beskid Śląsko-Morawski, więc trzeba wycisnąć z miasta ostatnie soki, bo kto wie, czy i kiedy znów tu będziemy. Wieczorna wycieczka okazuje się jednak średnio udana, bo nie udaje nam się znaleźć tablicy pamiątkowej poświęconej wymordowanym Żydom w Sadzie (czyli Parku) Milady Horakovej (znajdziemy ją potem w internecie), a domniemana filharmonia im. Janačka okazuje się domem kultury. Dopiero w Poznaniu wyczytam, że istotnie filharmonicy koncertują w tym domu. W nocy pieski długo nie dają spać. Ktoś się kręci wokół budynku i nawet jestem trochę przestraszona, ale to chyba jacyś goście mieszkający w sąsiednim wejściu.

Rankiem, acz niezbyt wczesnym, pakujemy się, sprzątamy, jako grzeczni turyści wyrzucamy śmieci, odbieramy kaucję za klucz (pan nawet jest w domu – niespodzianka, bo myśleliśmy, że przyjdzie nam wrzucić je do skrzynki z napisem „kliče”, a nasze 200 koron diabli wezmą), żegnamy pieski i z całym dobytkiem wleczemy się na przystanek przy ul. Hornopolni, a stamtąd na dworzec UAN. Na autobus nie musimy długo czekać, a co najważniejsze – Rožnov jest jego ostatnim przystankiem, dzięki czemu nie musimy wciąż neurotycznie czuwać, by wysiąść we właściwym miejscu.