Category Archives: przyroda

Nocne zdjęcia

_mg_5638

Fajnie się teraz robi „nocne” zdjęcia, bo zmrok zapada wcześnie i zapalają się lampy. Nie trzeba czatować do 22.00, wystarczy 0 16.00 czekać ze statywem w strategicznym miejscu. W dodatku o tej porze siedzą jeszcze ludzie w takich przybytkach jak biurowce, uczelnie czy Urząd Miasta, a co za tym idzie, palą się światła w oknach i zdjęcia mają więcej uroku.

Jest jednak pewien minus zimowych zdjęć, mianowicie temperatura. Trudno manipulować przy ustawieniach aparatu w rękawiczkach, a zasadniczo jestem zmarzlakiem, więc już jest ciężko, a co dopiero wtedy, gdy temperatura spadnie kilka stopni poniżej zera. A pewnie będę chciała fotografować i w takich okolicznościach przyrody, bo śnieg, szron albo choćby lód są wdzięcznym tematem, czy też raczej wątkiem fotograficznym.

_mg_5710

Wschód słońca nad Maltą, październik

Powyższe zdjęcie to trochę insza inszość, bo znacznie mniej bolesne jest robienie zdjęć o zachodzie słońca niż przed wschodem. Po pierwsze, mniej więcej wiadomo wtedy, jak będzie wyglądało niebo, czy jest zachmurzone i czy można liczyć na jakieś fajne barwy, a przed świtem to loteria – prognoza pogody nie jest nieomylna. Ponadto nie lubię wcześnie wstawać, a tym bardziej nie uśmiecha mi się wychodzenie z domu, gdy jest jeszcze niemal całkiem ciemno (i zimno!), i jazda rowerem do miejsca fotografowania. Dwa razy jednak się skusiłam – drugi nie był tak malowniczy, ale podczas pierwszej sesji widoki z nawiązką wynagrodziły mi wstawanie i marznięcie (był październik, ale temperatura przed wschodem wynosiła jakieś 3-4 stopnie). Poniżej jeszcze jedno zdjęcie z tamtego poranka.

_mg_5732

Takie chwile i rano, i wieczorem potrafią być magiczne – trudno to sensownie opisać bez nurzania się w kiczu, ale czuje się wtedy ogromną zażyłość nie tyle z przyrodą, bo nie zawsze fotografuję przyrodę, trudno zresztą w mieście oddzielić przyrodę od wytworów człowieka, ile z pięknem. Czasem patrzę na widok, który fotografuję, i dosłownie opada mi szczęka. A jeszcze bardziej, jeśli udaje mi się uchwycić to piękno na zdjęciu, co niestety nie jest takie powszechne.

Poniżej kilka zdjęć wieczornych wykonanych między październikiem a grudniem.

_mg_8618

Widok z tarasu tzw. Gargamela, czyli dość pokracznej budowli mającej imitować zamek Przemysła II, o którym nikt nie wie, jak wyglądał

_mg_8747

Może znalazłyby się w moich zbiorach bardziej dramatyczne zdjęcia mostu św. Rocha, ale lubię to ze względu na barwy, księżyc, a także dlatego, że wykonałam je z pomostu dla wędkarzy, który wkrótce potem ktoś (nie ja!) zepsuł, a następnie go zdemontowano, wskutek czego teraz można fotografować tylko z brzegu i nie obejmie się całego odbicia.

_mg_9234

A z tych dramatycznych (już bez pomostu) to choćby takie

odzysk

Miały być odpaździernikowo dogrudniowe, a to jest z września. Ale przedostatniego 🙂 Fontanna i budynek Teatru Wielkiego w Poznaniu. Niestety przypadkowo skasowałam oryginał i pozostał mi jedynie gorszy jakościowo „odzysk z fejsa”. Przy tym rozmiarze – mam nadzieję – nie widać różnicy.

Wspomnienie lata

_mg_3683

Dostojka latonia

Coraz trudniej spotkać motyle, ale może to dobry moment, by powspominać szał, który ogarnął mnie w lipcu. Otóż odkryłam niedaleko miejsca mojego zamieszkania kępę kwiatów odwiedzanych przez setki motyli – najwięcej osetników, ale były też pawiki, dostojki latonie, polowce szachownice, bielinki, przestrojniki i dużo małych motylków. Aż do wyjazdu na wakacje chodziłam tam niemal codziennie, a gdy po dwóch tygodniach wróciłam, osty przekwitły i motyli już nie było – przynajmniej tych większych. Podejmowałam jednak wyprawy i od czasu do czasu udało mi się jakiegoś sfotografować we wdzięcznej pozie.

_mg_2054

Rusałka osetnik – król świata, a przynajmniej tego skrawka

_mg_3697

Cytrynek

Ciepły wrzesień pozwolił mi dopaść parę kolejnych okazów. Szczególnie wdzięcznym miejscem do sesji okazał się poznański Ogród Botaniczny, gdzie wciąż bytowało mnóstwo pawików, ale przy odrobinie szczęścia spotykało się i inne gatunki. Przy okazji można było popatrzeć na roślinki, a nawet odwiedzić festiwal herbaty.

_mg_4605

Rusałka pokrzywnik

_mg_4469

Pawik – obawiam się, że lepszego zdjęcia tego motyla już w życiu nie zrobię

Tymczasem nadeszła jesień, motylki idą spać – jedne na zawsze, inne tymczasowo. Być może w najbliższych miesiącach będę robić więcej zdjęć nocnych, bo noc dłuższa. Może sfotografuję jakieś fajne ptaki. Motyle muszą poczekać – ale bez obaw, wrócą i one, i ja z aparatem na łąkę. Na razie zostawiam Was z kilkoma przyjemnymi okazami!

strzepotekruczajnik

Strzępotek ruczajnik

_mg_4683

Dostojka raz jeszcze

_mg_5063

Pawik ponownie

_mg_1990

Osetnik

Dobranoc, motylki! Śpijcie dobrze. Pięknych snów – i widzimy się wiosną!

Ptaszki i motylki

mewa

Śmieszka

Powoli oswajam się z robieniem zdjęć dużym obiektywem. Spieszę wyjaśnić moją fachową terminologię – duży obiektyw to ten, co jest większy, a mały to ten, co jest mniejszy 🙂 Mały (zakres ogniskowych 18-55mm) nadaje się do fotografowania krajobrazów, budynków i ogólnie rzeczy w miarę dużych, które pozwala objąć, a duży (zakres 55-250mm) ma tę zaletę, że pozwala „przybliżyć” obiekt, więc stosuję go do fotografowania ptaszków, motyli i podobnego tałatajstwa. Tak naprawdę z całego zakresu jego ogniskowych używam przeważnie największej – 250 – dającej maksymalne przybliżenie, oraz najmniejszej – 55 – kiedy chcę sfotografować jakiś widoczek, a nie chce mi się zmieniać obiektywu. Od biedy da się coś objąć przy tej ogniskowej (np. widok Malty z punktu widokowego przy lodziarni obok Malta Ski), ale na ogół wychodzą jakieś toporne fragmenty.  Doradzano mi zakup obiektywu stałoogniskowego, ale po pierwsze, wszystkie były znacznie droższe, po drugie, nie bardzo wtedy wiedziałam, jaka ogniskowa by mi odpowiadała (teraz wiem, że 250 to absolutne minimum dla fotografii ptasiej), a po trzecie – chyba jednak lubię obiektywy zmiennoogniskowe. Może są mniej profesjonalne, ale można się nimi pobawić.

_MG_1294

Polowiec szachownica

Początkowo nie byłam zadowolona z efektów – a to przybliżenie za małe (bo ptaki raczej nie lubią podchodzić i kłaniać się przed aparatem), a to, jeśli już udało mi się coś sfotografować, jakieś takie bez duszy były te zdjęcia – ot, ptaszek sobie płynie albo stoi w trawie. Ale z czasem udało się uchwycić parę ciekawszych obrazków – a to motyl fajnie rozłożył skrzydła, a to ptak spojrzał. Zupełnie jeszcze nie mam pojęcia, jakim cudem ludziom udaje się fotografować ptaki w locie, bo mnie one przemykają przez wizjer, nim zdążę nawet pomyśleć i ustawieniu ostrości, a co dopiero ją złapać. Ale najwyraźniej można, bo widywałam w sieci zrobione w locie zdjęcia nawet tak szybkich ptaków jak jaskółka czy jerzyk.

Ja na razie skromnie prezentuję kilka zdjęć różnych złapanych przez siebie stworzonek.

_MG_0714

Młoda wiewiórka

glowienka

Samiec głowienki (chyba zostawił rodzinę, bo teraz widuję tylko samicę z młodymi)

_MG_1334

Tak se pływam (młoda głowienka)

_MG_1344

Z mamą

_MG_1552

Karłątek ryska

Jak pokochałam Maltę

IMG_9259

Widok z okolic zegara słonecznego

Porobiło się tak, że najchętniej fotografuję krajobrazy. Mam już wprawdzie nowy obiektyw „na ptaszki” (55-250mm) i nawet w tym wpisie pokażę Wam efekty jego używania, ale i tak najczęściej wyprawiam się na zdjęciowe łowy z małym obiektywem i statywem. Okazało się, że najbliższe i najwdzięczniejsze miejsce na takie łowy to Jezioro Maltańskie, do którego mam jakichś piętnaście minut rowerem. Przez ostatnie trzy miesiące dowiedziałam się o tym miejscu więcej niż przez wszystkie dotychczasowe lata (a mieszkam na Ratajach od roku 1993), poznałam chyba wszystkie pomosty, punkty widokowe na brzegu, a także sporo fauny – ot, choćby bobra, perkoza rdzawoszyjego czy też samotnego młodego łabędzia, któremu nadałam imię Ash. Ash przesiaduje zwykle na jednym z pomostów przy końcu jeziora. To ponoć nic dziwnego, że jest sam, bo łabędzie odłączają się od rodziców w wieku kilku miesięcy, a rodzinę zakładają dopiero w wieku 4-5 lat. Trochę jednak się o niego martwię. Mam nadzieję, że jesienią dołączy do jakiejś grupy i odleci z nią.

_MG_0473

Ash na pomoście

IMG_9621t

Perkoz rdzawoszyi

Bobra Wam nie pokażę, bo zdjęcie nieostre, ale mogę opowiedzieć, jak go spotkałam. Otóż przyczaiłam się na fontannę, która wreszcie zaczęła działać – wcześniej bowiem wieczorami, kiedy powinna mienić się kolorami, na ogół nie działała. Ale naprawili. No i znalazłam sobie takie miejsce, nie napiszę gdzie, które wydawało się obiecujące do zrobienia fajnych prawie-nocnych zdjęć. Rozstawiłam statyw i fotografuję, coraz bardziej świadoma, że w trzcinach za plecami coś się gramoli. W końcu wylazło. Może trochę przyczynili się do tego wrzeszczący ludzie w pontonie z silnikiem, którzy panoszyli się po całym jeziorze. W każdym razie bóbr wygramolił się z wody jakieś dwa metry ode mnie. Było już bardzo szaro, ale nie ciemno.  Trochę się na niego pogapiłam, a ponieważ od razu nie zwiał, poszłam po aparat, jakimś cudem nawet przypomniałam sobie, by włączyć lampę, ale niestety aparat nie złapał ostrości (chyba nawet wiem dlaczego), więc choć pokazałam jedno ze zdjęć znajomym na fejsie, to Wam nie pokażę 😉 W każdym razie bydlak był wielki i nie ma wątpliwości, że to bóbr. Potem zwiał do wody, popłynął kawałek dalej, gdzie trzcina była gęstsza, i tyle go widziałam.

Wszystkie te wieczory i związane z nimi przygody obudziły we mnie głęboką miłość do tego miejsca. Niby miejskie jezioro, oblegane przez spacerowiczów, rowerzystów, biegaczy, rolkarzy, nawet osoby pijące piwo w przyjeziornych knajpkach, ale drzemie w nim kawał magii – wielokrotnie samotnie stałam ze statywem na pomoście, przy którym latem jest popularna plaża, gdy wokół zapadał zmrok. Tylko kaczki pluskały, muzyka dobiegała z dala, aż nagle, o dziewiątej, ciemno już było, zaczynała płynąć po wodzie melodia dobiegająca prawdopodobnie aż z kościoła w Zielińcu – w każdym razie kiedyś byłam tam wieczorem i tak samo grało. Zaprawdę, powiadam Wam – kawał solidnej magii. Nie raz tam zmarzłam, ale zwykle nie odczuwałam tego podczas robienia zdjęć. Albo byłam zbyt zaaferowana, albo zimno dawało się we znaki dopiero na rowerze, gdy trzeba było mierzyć się z wiatrem.

Każdy wieczór jest inny. Inny jest każdy zachód słońca, każdy zmierzch. Czasem zdjęcia w „niebieskiej godzinie” – krótko przed całkowitym zapadnięciem ciemności – faktycznie wychodzą niebieskie (właściwie granatowe), a czasem bardziej szare. Jeszcze tego do końca nie rozgryzłam, ale wydaje mi się, że większe szanse na niebieskość są wtedy, gdy niebo jest albo całkowicie czyste, albo jednolicie zaciągnięte chmurami. Gdy trochę tak, a trochę tak – wychodzi szarość z chmurką.

Im bardziej zaprzyjaźniam się z tym miejscem i z tamtejszą fauną, tym bardziej niepokoją mnie sytuacje w rodzaju tych gości, którzy szaleją motorówkami. Mam nadzieję, że była to jakaś jednorazowa impreza, a nie, że na przykład otwarto wypożyczalnię i odtąd będą tak szaleć codziennie. Wydaje mi się, że przeszkadza to nie tylko zwierzętom, ale także znakomitej większości ludzi wypoczywających tam i uprawiających różne formy rekreacji.

Jestem też ostrożna w kwestii nowej ledowej tablicy, która powstała w miejscu starej tablicy wyników. Jeszcze jej nie widziałam, ale z opisu wnoszę, że będzie wyświetlała filmiki reklamowe, co moim zdaniem bardzo źle wpłynie na estetykę miejsca i zepsuje przyjemność obcowania z zachodami słońca.

Ale zobaczymy. Na razie zostawiam Was z filmem ukazującym feerię barw fontanny (polecam obejrzenie do końca, bo pod sam koniec coś się dzieje) oraz kilkoma zdjęciami jeziora.

_MG_0352

Z prawej za pomostem to oczywiście Ash

_MG_0420

CH Malta z kaczką

_MG_0509

Wieczór sfotografowany z trawiastego półwyspu niedaleko term

_MG_0551

Raz jeszcze fontanna – tym razem statycznie

_MG_0529

Dobra, macie tego bobra

Zima 2015/2016

IMG_5409

Zaczęła się dwa dni przed Sylwestrem, kiedy to przytupywaliśmy rozpaczliwie na peronie 6 w oczekiwaniu na pociąg, który „zwiększył opóźnienie do 50 minut”. A nie, sorry – teraz opóźnienie się nie zwiększa, lecz „ulega zmianie”. W każdym razie zima się zaczęła, choć na Gwiazdkę mieliśmy pełnię wiosny i wiele wskazywało na to, że będzie jak w zeszłym roku – ciepło, bezśnieżnie, można biegać, ale poza tym nuda. Jestem dzieckiem czterech pór roku i kiedy którejś zabraknie, gubię się – nie umiem się radować wiosną, nawet nie wiem, gdzie się ta wiosna zaczyna, a gdzie kończy. Cieszy mnie zatem niewymownie fakt, że w tym roku zima jest. Z bieganiem wprawdzie kłopot (nie ze względów temperaturowych, lecz nawierzchniowych), ale za to spaceruję jak głupia brzegiem Warty i robię zdjęcia. Pomyślałam, że warto kilka z nich tu utrwalić, żeby pod koniec lata, gdy strach przed zimą chwyta za gardło, wiedzieć, że nie ma się czego bać. Owszem, dni będą krótkie, a może nawet zimne, ale takich widoków i wrażeń nie da nam lato – nawet w najpiękniejszych miejscach na świecie.

A zamiast biegania (choć spotykam mnóstwo twardzieli, którzy ani myślą je zarzucić) można pośmigać na łyżwach.

IMG_5281IMG_5287IMG_5407IMG_5400

Będę dorzucać – stay tuned!

Nowy Rok, nowe wyzwania

IMG_5196.jpg

Lądek Zdrój, 1 stycznia 2016

Rankiem 1 stycznia w Lądku (tak, tym Lądku), spadł śnieg. W Poznaniu również, o czym dowiedziałam się chwilę później. To będzie dobry rok, a przynajmniej nie tragiczny. Jest zbyt pięknie, by ktokolwiek mógł to zabić.

Wczoraj wieczorem, wróciwszy do domu, „zastaliśmy” na termometrze 13 stopni. Wewnątrz, rzecz jasna, bo na zewnątrz było prawie tyle samo na minusie. Dziś przynajmniej wiatr przestał dąć, więc udałam się na tradycyjny spacer nad Wartę i oto, co ujrzały me oczy.

IMG_5217IMG_5227IMG_5228

Wszystkiego dobrego w 2016! Żyjcie jak dotąd, a w każdym razie nie gorzej, bądźcie dobrzy dla przyjaciół i bliskich, a w szczególności dla siebie. Na wrogów nie plujcie, ale się ich nie lękajcie. I niech Wam przyświeca motto profesora Bartoszewskiego: „Warto być przyzwoitym, choć się nie opłaca. Opłaca się być świnią, ale nie warto”.