Category Archives: twórczość

Amatorka

Bardzo Was przepraszam, mam ostatnio lekki kryzysik (który to już?) aktywności na blogu. Trudno mi się zebrać do jakiegoś solidnego wpisu, a nawet fotograficznego dawno nie było. Dziś trochę się zrehabilituję, a przy okazji zaproszę do odwiedzania mojej nowo założonej strony ze zdjęciami na Facebooku.

duchy

Duchy na moście Jordana

hdr1

Jeszcze jedna zimowa wizja z cypla

_MG_0933

Gdzieś daleko, za lodami

_MG_1034

Oraz za chaszczami…

hdr

Widok maltański

_MG_1665c

Widok maltański w innej tonacji

_MG_1602

Miodzik

_MG_1673b

I ostatni (na dziś) maltański widok

_MG_1686

A dla kontrastu – coś monochromatycznego 🙂

Postaram się odezwać ponownie w nieodległej przyszłości!

Reklamy

Fotografuję w zimie

_mg_9502

Witanie nowego roku

Drodzy Czytelnicy! Mam świadomość, że ten blog coraz bardziej skręca w stronę fotografii. Zastanawiałam się nawet, czy nie założyć drugiego specjalnie w tym celu, ale w niektórych okresach (jak teraz, he he) niewiele zamieszczam innych wpisów i wówczas pierwszy z blogów leżałby odłogiem. Poza tym człowiek to całość, a nie tylko wycinek jego zainteresowań i dokonań. Może kiedyś uznam, że osobny blog fotograficzny jest potrzebny – na razie zostaję tutaj zarówno z fotografią, jak i z całą resztą. Nie gniewajcie się więc, jeśli kiedyś zamiast wrzucać zdjęcia będę recenzować filmy albo, o zgrozo, snuć rozważania. Ale nie gniewajcie się też, że wrzucam zdjęcia 🙂

_mg_9664

Bezśnieżny, ale z lekka mroźny spacer po dnie Malty, z której spuszczono wodę celem oczyszczenia (na pierwszym planie rzeczka Cybina, zwykle ukryta pod powierzchnią jeziora)

Czekałam na śnieg i się doczekałam. Warta wprawdzie nie zamarzła (Cybina owszem), ale płynęło nią sporo śryżu – trochę wciąż płynie – co udało mi się uwiecznić z pewnego szczególnego miejsca, do którego wybierałam się od dawna, a teraz mam za sobą dwie sesje w nim. Było warto! Choć okazało się, że nie jestem jedyną osobą, która wpadła na ten pomysł.

Na zdjęciach z pierwszej sesji woda i śryż płyną jeszcze obiema odnogami, na tych z drugiej (dzieliły je zaledwie trzy dni!) już tylko tą szerszą.

_mg_9791_mg_9860_mg_9882

28_30hdr0030hdr

Wybrałam się też na „Gargamela”, żeby sfotografować starówkę ze śniegiem na dachach. Niestety na samej powierzchni Starego Rynku śnieg jest regularnie uprzątany, a reszta rozdeptywana. Może będzie drugi rzut zimy i wtedy zdążę z aparatem, zanim biel zniknie.

_mg_0267hdr386

Na koniec jedno zdjęcie typowo „dzienne” (choć słońce chyliło się już mocno ku zachodowi), ale za to z kominem! Mam nadzieję, że tej zimy będę miała jeszcze okazję porobić trochę śnieżno-mroźnych fotografii.

_mg_0170

Nocne zdjęcia

_mg_5638

Fajnie się teraz robi „nocne” zdjęcia, bo zmrok zapada wcześnie i zapalają się lampy. Nie trzeba czatować do 22.00, wystarczy 0 16.00 czekać ze statywem w strategicznym miejscu. W dodatku o tej porze siedzą jeszcze ludzie w takich przybytkach jak biurowce, uczelnie czy Urząd Miasta, a co za tym idzie, palą się światła w oknach i zdjęcia mają więcej uroku.

Jest jednak pewien minus zimowych zdjęć, mianowicie temperatura. Trudno manipulować przy ustawieniach aparatu w rękawiczkach, a zasadniczo jestem zmarzlakiem, więc już jest ciężko, a co dopiero wtedy, gdy temperatura spadnie kilka stopni poniżej zera. A pewnie będę chciała fotografować i w takich okolicznościach przyrody, bo śnieg, szron albo choćby lód są wdzięcznym tematem, czy też raczej wątkiem fotograficznym.

_mg_5710

Wschód słońca nad Maltą, październik

Powyższe zdjęcie to trochę insza inszość, bo znacznie mniej bolesne jest robienie zdjęć o zachodzie słońca niż przed wschodem. Po pierwsze, mniej więcej wiadomo wtedy, jak będzie wyglądało niebo, czy jest zachmurzone i czy można liczyć na jakieś fajne barwy, a przed świtem to loteria – prognoza pogody nie jest nieomylna. Ponadto nie lubię wcześnie wstawać, a tym bardziej nie uśmiecha mi się wychodzenie z domu, gdy jest jeszcze niemal całkiem ciemno (i zimno!), i jazda rowerem do miejsca fotografowania. Dwa razy jednak się skusiłam – drugi nie był tak malowniczy, ale podczas pierwszej sesji widoki z nawiązką wynagrodziły mi wstawanie i marznięcie (był październik, ale temperatura przed wschodem wynosiła jakieś 3-4 stopnie). Poniżej jeszcze jedno zdjęcie z tamtego poranka.

_mg_5732

Takie chwile i rano, i wieczorem potrafią być magiczne – trudno to sensownie opisać bez nurzania się w kiczu, ale czuje się wtedy ogromną zażyłość nie tyle z przyrodą, bo nie zawsze fotografuję przyrodę, trudno zresztą w mieście oddzielić przyrodę od wytworów człowieka, ile z pięknem. Czasem patrzę na widok, który fotografuję, i dosłownie opada mi szczęka. A jeszcze bardziej, jeśli udaje mi się uchwycić to piękno na zdjęciu, co niestety nie jest takie powszechne.

Poniżej kilka zdjęć wieczornych wykonanych między październikiem a grudniem.

_mg_8618

Widok z tarasu tzw. Gargamela, czyli dość pokracznej budowli mającej imitować zamek Przemysła II, o którym nikt nie wie, jak wyglądał

_mg_8747

Może znalazłyby się w moich zbiorach bardziej dramatyczne zdjęcia mostu św. Rocha, ale lubię to ze względu na barwy, księżyc, a także dlatego, że wykonałam je z pomostu dla wędkarzy, który wkrótce potem ktoś (nie ja!) zepsuł, a następnie go zdemontowano, wskutek czego teraz można fotografować tylko z brzegu i nie obejmie się całego odbicia.

_mg_9234

A z tych dramatycznych (już bez pomostu) to choćby takie

odzysk

Miały być odpaździernikowo dogrudniowe, a to jest z września. Ale przedostatniego 🙂 Fontanna i budynek Teatru Wielkiego w Poznaniu. Niestety przypadkowo skasowałam oryginał i pozostał mi jedynie gorszy jakościowo „odzysk z fejsa”. Przy tym rozmiarze – mam nadzieję – nie widać różnicy.

Ptaszki i motylki

mewa

Śmieszka

Powoli oswajam się z robieniem zdjęć dużym obiektywem. Spieszę wyjaśnić moją fachową terminologię – duży obiektyw to ten, co jest większy, a mały to ten, co jest mniejszy 🙂 Mały (zakres ogniskowych 18-55mm) nadaje się do fotografowania krajobrazów, budynków i ogólnie rzeczy w miarę dużych, które pozwala objąć, a duży (zakres 55-250mm) ma tę zaletę, że pozwala „przybliżyć” obiekt, więc stosuję go do fotografowania ptaszków, motyli i podobnego tałatajstwa. Tak naprawdę z całego zakresu jego ogniskowych używam przeważnie największej – 250 – dającej maksymalne przybliżenie, oraz najmniejszej – 55 – kiedy chcę sfotografować jakiś widoczek, a nie chce mi się zmieniać obiektywu. Od biedy da się coś objąć przy tej ogniskowej (np. widok Malty z punktu widokowego przy lodziarni obok Malta Ski), ale na ogół wychodzą jakieś toporne fragmenty.  Doradzano mi zakup obiektywu stałoogniskowego, ale po pierwsze, wszystkie były znacznie droższe, po drugie, nie bardzo wtedy wiedziałam, jaka ogniskowa by mi odpowiadała (teraz wiem, że 250 to absolutne minimum dla fotografii ptasiej), a po trzecie – chyba jednak lubię obiektywy zmiennoogniskowe. Może są mniej profesjonalne, ale można się nimi pobawić.

_MG_1294

Polowiec szachownica

Początkowo nie byłam zadowolona z efektów – a to przybliżenie za małe (bo ptaki raczej nie lubią podchodzić i kłaniać się przed aparatem), a to, jeśli już udało mi się coś sfotografować, jakieś takie bez duszy były te zdjęcia – ot, ptaszek sobie płynie albo stoi w trawie. Ale z czasem udało się uchwycić parę ciekawszych obrazków – a to motyl fajnie rozłożył skrzydła, a to ptak spojrzał. Zupełnie jeszcze nie mam pojęcia, jakim cudem ludziom udaje się fotografować ptaki w locie, bo mnie one przemykają przez wizjer, nim zdążę nawet pomyśleć i ustawieniu ostrości, a co dopiero ją złapać. Ale najwyraźniej można, bo widywałam w sieci zrobione w locie zdjęcia nawet tak szybkich ptaków jak jaskółka czy jerzyk.

Ja na razie skromnie prezentuję kilka zdjęć różnych złapanych przez siebie stworzonek.

_MG_0714

Młoda wiewiórka

glowienka

Samiec głowienki (chyba zostawił rodzinę, bo teraz widuję tylko samicę z młodymi)

_MG_1334

Tak se pływam (młoda głowienka)

_MG_1344

Z mamą

_MG_1552

Karłątek ryska

Wychodzę na chwilę

IMG_7649

Jest taka sprawa, że nabyłam lustrzankę. Jest też taka sprawa, że umiejętności związane z jej używaniem nie rodzą się automatycznie w głowie i w oku, co może nie było dla mnie szczególnym zaskoczeniem, ale przyczyną pewnej frustracji i owszem. Na szczęście kilka zaledwie dni po tym, jak nabytek wylądował w mych rękach, zostałam pocieszona przez posiadacza podobnej zabawki, niejakiego Prezesa, że jemu też początkowo zdjęcia wychodziły gorsze niż z idiotencamery i dopiero po pół roku zaczęły jakoś wyglądać. Dodam, że „jakoś” w jego przypadku znaczy „naprawdę nieźle”.

No więc ćwiczę. Ćwiczę namiętnie. Tak namiętnie, że współmałżonek wertuje encyklopedię zdrowia w poszukiwaniu odpowiedniej jednostki chorobowej. Już wcześniej wprawdzie zdarzało się, że po powrocie z zakupów rzucałam siatki w korytarzu, wołałam „Wychodzę na chwilę!”, brałam aparat (mój wcześniejszy model, o którym zaraz) i zbiegałam przez park nad Wartę, by obfotografować zachód słońca. Czasem nawet nie było trzeba wracać z zakupów – wystarczyło światło odbijające się w oknach przeciwległego bloku.

IMG_6656

Mój poprzedni aparat, właśnie. Choć „poprzedni” to jednak krzywdzące określenie, bo z racji mieszczenia się w torebce nadal bywa w użyciu i podejrzewam, że nie rozstanę się z nim na dobre. Nie był pierwszy, ale był moją pierwszą cyfrówką, i choć można robić na nim automatycznie wszystko, od początku zawzięłam się, żeby ustawiać ręcznie, co tylko się da. Podobnie zresztą robię z nowym, co oczywiście nie jest optymalnym wyjściem, bo niemal przy każdym ujęciu trzeba zmieniać ustawienia (i przeważnie wykonać kilka zdjęć, nim się znajdzie jakieś w miarę dobre), a nie zawsze jest na to czas. Uparłam się jednak, że chcę jak najwięcej się nauczyć, a czas na tryb automatyczny czy półautomatyczny przyjdzie potem.

Poprzednim aparatem fotografowałam kilka lat i wiele się nauczyłam, choć może po moich zdjęciach tego nie widać 😉 Dużo z tej wiedzy przydaje mi się teraz, gdy mam nowy, też zresztą Canona, więc i rozkminienie teorii okazało się łatwiejsze. Praktyka to całkiem inna para kaloszy, ale mam na nią całą resztę życia. Jedna natomiast rzecz z czasem coraz mocniej mi doskwierała, mianowicie aparacik ów nie dawał możliwości własnoręcznego ustawienia czasu naświetlania i przysłony. Można było dać mu do zrozumienia, czego dusza pragnie, manipulując ISO i przełącznikiem makro/normalne/pejzaż, ale o uzyskanie wymarzonego efektu było trudno. A kusiły mnie choćby zdjęcia nocne.

IMG_7723

Długo się przymierzałam do zakupu nowego aparatu. Mając niewielką wiedzę (bo tej nabywa się dopiero w praktyce, o czym zdają się nie pamiętać różni mądralińscy z forów fotograficznych), nie umiałam określić, jaki aparat będzie dla mnie dobry, a każdy doradzał co innego. W końcu wybrałam najprostsze rozwiązanie: oto ktoś zapytał fotografa publikującego fajne zdjęcia na fejsie, jakiego używa sprzętu, a on odpowiedział: „Nie specjalnego, Canon taki a taki, obiektyw taki a taki”. Postanowiłam, że taki właśnie aparat kupię. Skończyło się na nowszym modelu, bo tamtego nie było już w sprzedaży. Okazało się zresztą, że to aparat dość popularny wśród moich znajomych. Na drugi obiektyw wciąż pracuję, na razie używam standardowego 18-55mm, który nieźle nadaje się do pejzaży, natomiast trudno robić nim zdjęcia czegoś, co nie chce pozować ni podejść, np. ptaszków. Upatrzyłam już sobie nawet obiektyw 55-250mm, ale pomijając aspekt finansowy, chcę na razie trochę poćwiczyć na tym, który mam. Czasem się wściekam – ot, choćby podczas wczorajszej wycieczki rowerowej, gdy przyuważyłam kokoszkę wodną w Parku Sołackim, a na Rusałce kaczkę z małymi – ale czuję, że jeszcze nie czas na dokładanie kolejnego przedmiotu w tej mojej fotoszkole, bo i bez tego daleka jestem od jakiegokolwiek ogarniania. Uczę się cierpliwości – zdarza mi się pojechać rowerem nad Maltę o zachodzie słońca, znaleźć fajną miejscówkę, rozstawić  statyw, zmarznąć, a po powrocie do domu stwierdzić, że mam może jedno znośne zdjęcie. Najgorsze, że torturuję znajomych z Facebooka swoją twórczością, czasem nawet tą słabszą, bo jakoś nie mogę się pogodzić z tym, że wieczór poszedł na marne.

Inna rzecz, że dziś wiele osób przegląda internet na komórkach, gdzie nie zawsze da się odróżnić dobre zdjęcie od niedobrego, co może być pewną pociechą w przypadku tych gorszych, za to w przypadku lepszych frustruje. No i algorytmy fejsa, które arbitralnie decydują, co komu pokazać, a co nie.

IMG_7829

Tak więc odkrywam, że pod wieloma względami fotografowanie przypomina pisanie – namęczysz się, a pies z kulawą nogą tego nie doceni. Tyle tylko, że przynajmniej omiecie wzrokiem, a to i tak więcej niż w przypadku twórczości literackiej czy choćby tego wpisu. Ale chwilowo nowe hobby przysłania mi większość starych, co w jednych przypadkach mnie martwi, a w innych cieszy. Besztam się na przykład za to, że rzadko biegam, natomiast brak pisania mnie wręcz raduje, bo niepublikowana twórczość powoli przestawała mieścić się w szufladzie. W szufladzie mojej cierpliwości, that is. Spieszę jednak zapewnić, że nie z powodu frustracji zaprzestałam pisania. Na pewno kiedyś doń wrócę, choćby i za dwadzieścia lat. Tylko to bieganie… no dobra, może dzisiaj się uda, bo pogoda mało fotograficzna.

W każdym razie nie zanosi się na to, żebym w najbliszej przyszłości przestała wrzucać na fejsa zdjęcia, w nadmiernej być może liczbie. Mam nadzieję, że nie stanie się to dla nikogo powodem wyłączenia mnie z feedu. A współmałżonek pewnie jeszcze nie raz usłyszy „Wychodzę na chwilę!” i będzie doskonale wiedział, że nie ma się mnie spodziewać wcześniej niż za godzinę.

Chciałabym kiedyś robić dobre zdjęcia. Trzymajcie kciuki.

IMG_6863

IMG_7413

O kartografii emocjonalnej

Ponieważ uwielbiam robić cokolwiek innego, kiedy powinnam pracować, równie dobrze mogę się w tym czasie zmierzyć (znów) z pewnym słowem. Słowo to brzmi „dziecinny” – w innych wariantach „niedojrzały”, „infantylny” lub „naiwny”. A to słyszę, że bohaterka książki (mojej lub cudzej, ale macie rację, najbardziej boli własny tyłek) jest „irytująca i niedojrzała”, a to, że jest „tępą dzidą”, przeważnie bez uzasadnienia, a jeśli już, to dlatego, że przejmuje się, co ktoś o niej myśli albo że jej nie lubi.

Znudziło mi się już bronienie tezy, że taka niedojrzałość jest czymś naturalnym i że w mniejszym lub większym stopniu wszyscy jesteśmy w niej zanurzeni. Nikt chyba nie jest całkowicie odporny na konwenanse ani na wyrazy antypatii, choć wiele osób nauczyło się to wyciszać. Ja niespecjalnie. Pora na wstydliwy coming out: jestem niedojrzała. Niedojrzała, dziecinna, infantylna. Tylko dlaczego tak was to wkurza? Czy Gombrowicz był dojrzały? A Emily Dickinson, kochająca się w pastorze, który był stary, żonaty i widziała go dwa razy w życiu? Czy to przeszkadza nam ich czytać? Napiszcie, że książkowa postać jest nieprzekonująco skonstruowana, niespójna, ambiwalentna. Wskażcie przykłady. Dajcie mi odpowiedź, z którą będę mogła coś zrobić.

A niedojrzałość – czy to nie wspaniały punkt wyjścia do analizy psychologicznej, społecznej? Dlaczego ktoś jest taki, dlaczego tak reaguje, myśli, czuje? Jakie miał dzieciństwo, jakich rodziców? Czego doświadczył w dotychczasowym życiu? Jakie czasy go zbudowały, jakie środowisko? Proszę bardzo, analizujcie mnie, może dowiem się od was czegoś, czego nie wiedziałam – bo choć od lat próbuję siebie rozpracować, ciągle brakuje mi wielu klocków w tej układance. Analizujcie mnie i postacie, które ze mnie wypączkowały. Ale na Boga, nie podsumowujcie całej tej złożonej mapy, nad którą od lat się pochylam, jednym słowem, w którym pobrzmiewa fałszywa moneta wyższości. Fałszywa, bo śmiem twierdzić, że wykuły ją wasze kompleksy, niewiedza albo po prostu lenistwo. Dążę do dojrzałości i może kiedyś uda mi się ją osiągnąć. Uczę się czytać mapę swoich emocji i staram się zaakceptować język cudzych map, choć go nie rozumiem. Zamiast się wywyższać, usiądź ze mną i pokaż mi swoją mapę, a ja pokażę ci swoją. Objaśnij swoje symbole, ja objaśnię swoje – te, które już rozpracowałam. Może pomożemy sobie dojrzeć, a na pewno czeka nas fajna przygoda.

Raz jeszcze o (nie)czytaniu

Może to zarozumiałe, ale jeśli mam wybierać między czytaniem a pisaniem, wolę pisać. Cudza książka niewiele straci na tym, że jej nie przeczytałam (ja, owszem, mogę stracić, ale i tak nie przeczytałabym wszystkich wartościowych książek, więc straty tak czy owak są nieuniknione). Cudza książka ma swoje grono czytelników i jedna osoba mniej czy więcej w tym gronie niewiele zmieni. Czy świat zyska coś na tym, że napiszę swoją? Z perspektywy większości ludzi zapewne nie, bo nawet o niej nie usłyszą. Z mojego punktu widzenia jednak napisanie tego, co mi się rodzi w głowie i w sercu, co krzyczy w trzewiach i domaga się, by nadać mu formę zrozumiałą dla innych, lecz wciąż rozpoznawalną dla niego samego, jest znacznie, znacznie ważniejsze niż czytanie o tym, co narodziło się w cudzych głowach i sercach. Świat nie zbiednieje, a nawet się wzbogaci, bo będzie miał o jedną osobę spełnioną więcej. A jeśli dodatkowo moja książka kogoś wzruszy, zastanowi, ucieszy; jeśli ktoś rozpozna w niej okruch siebie – dołożę kolejny kamyczek do skarbca świata.

Słyszy się czasem narzekania na tabuny grafomanów, którzy piszą, choć nie czytają, ale czy tak jest w istocie? Czy dla kogoś, kogo nigdy nie zauroczyło słowo pisane, pisanie w ogóle miałoby sens? Ludzie imają się różnych sposobów,  by zostać dostrzeżonymi, i akurat pisanie nie jest najłatwiejszym z nich. Po co ktoś, kto nie interesuje się książkami, miałby je pisać? Człowiek pasjonujący się modą będzie projektował ciuchy, meloman założy kapelę, amator sportu zapisze się do sekcji albo usiądzie z piwem przed telewizorem, by oglądać mecz. Naprawdę nie widzę sensu w tym, by człowiek, który WCALE  nie czyta, chciał pisać.

Bo jeśli twierdzę, że mało czytam i że pisanie jest dla mnie ważniejsze; ba, że czytanie często mi w pisaniu przeszkadza, ponieważ neurotycznie boję się stracić z oczu własny, choćby i najbardziej kulawy styl, to przecież nie znaczy, że książki nie mają dla mnie uroku. Przeciwnie – być może właśnie z powodu tego uroku czytam tak wolno i tak mało. Lubię się rozkoszować lekturą, która mnie ujęła, i nie chcę z niej nic uronić, podczas gdy taką, która jest tylko niezła, wolę porzucić dla innej, bo szkoda mi czasu na coś, co mnie nie porwało.

Co napisawszy, oddalam się, by spędzić resztę wieczoru na lekturze zacnej powieści 😉

 

Krainy z głowy

W książce Michała Cetnarowskiego I dusza moja jedna z bohaterek w trudnych dla siebie chwilach wymyka się mentalnie do wyimaginowanego miejsca zwanego po prostu Krainą. Po raz pierwszy udała się tam w dzieciństwie, gdy przebywała w szpitalu, i od tej pory od czasu do czasu – kiedyś częściej, teraz, w dorosłości, rzadziej – Krainę odwiedza. Jej wycieczki przywiodły mi na myśl moje własne krainy z głowy, a ponieważ dostrzegam dwie zasadnicze różnice, postanowiłam się pokusić o porównanie.

Pierwsza różnica polega na tym, że bohaterka, Ewa, od dziecka bywa w tej samej krainie, a jej przewodnikiem jest ten sam Kapitan Krzyżak. Zastanawiam się, czy jest możliwe, żeby dorosła, w miarę dojrzała społecznie osoba od dzieciństwa miała tę samą „ucieczkową” krainę. Wątpliwości moje biorą się stąd, że moje krainy znacząco ewoluowały w okresie dojrzewania. Wcześniej opowieści, które opowiadałam sobie przed snem, miały charakter przygodowy – ot, na przykład uciekłam z domu i mieszkałam wraz z grupą innych dzieci na bezludnej wysepce na rzece we własnoręcznie wybudowanych szałasach, samodzielnie zdobywając pożywienie i wszystko, co było nam potrzebne do życia. Światy te jednak często się zmieniały – stare mi się nudziły, nie miałam już pomysłów na nowe przygody w nich, więc góra co kilka miesięcy pojawiały się nowe, prawdopodobnie zainspirowane lekturami czy filmami. Mniej więcej w wieku lat trzynastu moje światy dokonały dość znaczącej wolty, polegającej na tym, że na pierwszy plan wysunął się wątek miłosny. Ciekawi mnie, że u Ewy tak się nie stało, choć z drugiej strony, może miała więcej szczęścia w życiu uczuciowym i przeżywała na jawie to, co ja przeżywałam w głowie. Dziś, podobnie jak dorosła Ewa, do swoich krain zaglądam już mniej regularnie niż kiedyś; wciąż jednak daleka jestem od ich porzucenia i nie sądzę, by to kiedykolwiek miało nastąpić. Historie nadal wytrzymują góra kilka miesięcy, choć czasem zdarza się, że pewne postacie powracają nawet po latach.

Zastanawiam się, czy rzeczywiście zdarza się ludziom siedzieć od dzieciństwa w tej samej krainie, a jeśli tak, co to oznacza. Może ci krainowi monogamiści to potencjalni, a czasem nawet realni autorzy sag, podczas gdy tacy jak ja piszą opowiadania, a jeśli uda im się kiedyś napisać powieść, muszą się bardzo spieszyć, żeby kraina nie uciekła? Mogę posądzać Ewę o brak wyobraźni, ale z drugiej strony, czy ja z kolei nie jestem tą niedojrzałą, z krainowym ADHD, skoro nie potrafię przeżyć w jednej krainie więcej niż kilku miesięcy?

Umówmy się, że światu potrzebne są i sagi, i krótsze formy. Wspomniałam jednak, że widzę dwie różnice w porównaniu z własnymi krainami. Jaka zatem jest ta druga? Otóż w Kraina z głowy Ewy, a konkretnie obecny w niej Kapitan Krzyżak, ma moc wpłynięcia na jej postępowanie w świecie rzeczywistym. Można uznać, że w tej sytuacji spełnia rolę superego, które przekazuje jej instrukcje do wypełnienia po tym, jak już bohaterka ocknie się do rzeczywistości. Zastanawiam się, czy to możliwe, skoro ten świat zasadniczo zrodził się z potrzeby ucieczki. Być może tak, bo skoro nasze głowy i my sami jesteśmy polem bitwy różnych instynktów i opcji, które niczym ludziki z Króla Maciusia na wyspie bezludnej walczą ze sobą o prymat, to i do eskapistycznej krainy może zapukać sumienie. Faktem jest jednak, że moje własne krainy takiej opcji nie posiadają, a przynajmniej do tej pory jej nie wykryłam. Działają na zasadzie wykluczenia, na zasadzie albo-albo. Albo przebywasz w świecie jawy, albo jesteś u nas. W pewnym momencie życia wypracowałam sobie nawet zawór bezpieczeństwa, coś w rodzaju budzika, który ma mi zadzwonić, gdy za głęboko wejdę w wyobrażoną krainę. Nie napiszę, na czym ten system polega, bo coś muszę zostawić dla siebie, ale takie przebudzenia bywają bolesne. Czasem pozwalam krainie prześnić się do końca – wszystko zależy od tego, czy instynkt, który prawdopodobnie nie zawsze ma rację, wyczuwa zagrożenie, czy też nie. Tak czy inaczej, nie miałam przyjemności/przykrości przeżyć przebudzenia wewnątrz krainy, jak Ewa, i szczerze mówiąc, nie bardzo w to jej przebudzenie wierzę. Być może dlatego, że autor nie rozwinął tego tematu tak, jak bym chciała – jest to zaledwie jeden z kilku wątków, a Ewa jest jedną z bohaterek. Szkoda, bo o ile samo pojawienie się Krainy mnie zafrapowało, o tyle jej kształt i sposób, w jaki ostatecznie wpłynęła na bohaterkę, moim zdaniem zostały przedstawione pobieżnie. Siłą rzeczy przypomina się inna kraina z głowy – Rondua z Kości księżyca Jonathana Carrolla, kraina nie tyle ucieczkowa, co raczej pościgowa, i być może dlatego niebudząca we mnie podejrzeń, gdy zaczyna coraz mocniej ingerować w to, co bohaterka przeżywa na jawie. Łatwiej sobie wyobrazić, że w naszą jawę wkracza coś, od czego uciekamy, a co nocami nas ściga i dopada, niż że wkracza w nią to, ku czemu uciekamy – kraina marzeń, w której chronimy się przed niedostatkami życia.

Wszystko to jednak są luźne rozważania, które w żadnym razie nie mają na celu ani krytykowania autora, ani wywyższania swoich krain ponad inne. Są tacy, którzy powiedzą, że samo posiadanie jakichś wyimaginowanych krain w głowie jest dowodem zdziecinnienia, a może i szaleństwa. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że próbuję być pisarką, a pisarzowi nie szkodzi, jeśli jest z lekka stuknięty. Ciekawi mnie natomiast, czy i Wy macie takie krainy i jak one u Was funkcjonują – choć do zwierzeń nie zmuszam, bo wiem, że to dość intymna sprawa i sama też powiedziałam Wam tylko tyle, ile uznałam za dopuszczalne 🙂

Odrobina pisarskiej prywaty

Jak niektórzy z Was wiedzą, od kilku miesięcy prowadzę drugi blog, poświęcony mojej powieści Arkadia. Przynajmniej w teorii. W praktyce – bo ile można pisać o jednej książce, szczególnie jeśli jest się jej autorką? – trafiają tam różne rozważania związane z pisarstwem i linki do materiałów powiązanych nie tylko z Arkadią, ale w ogóle z moim pisaniem i dumaniem. Ponieważ jednak tamten blog czyta zdecydowanie mniej osób niż ten, postanowiłam umieszczać co ciekawsze kąski także tutaj. Takim kąskiem jest dla mnie wywiad, który przeprowadził ze mną Adam Mazurkiewicz dla magazynu „Creatio Fantastica”. Jeśli ktoś ma ochotę poszperać, znajdzie w numerze więcej o mojej twórczości, lecz wywiad to dla mnie rzecz szczególna. Bardzo bowiem lubię mówić; wydaje mi się, że mam coś do powiedzenia, a cały pisarski trud był właśnie po to, by teraz móc odpowiadać na pytania „wywiadowców” i czytelników (spotkania autorskie też lubię) i żeby ktoś to czytał. Zarozumialstwo? Pewnie tak. Zarozumialstwo zwykle bierze się z kompleksów, a gadulstwo z samotności. Czytajcie 😉

Wywiad dla „Creatio Fantastica”, nr 43, listopad 2013

Wiedeń

Ponieważ w Wiedniu prawie wszyscy już byli, postanowiłam podzielić się garstką luźnych anegdot zamiast szczegółowo opisywać pobyt. Niedługi zresztą, bo zaledwie ośmiogodzinny.

Autokar z Brna jedzie dwie godziny. Bilety zakupiliśmy w biurze firmy Student Agency. Kosztowały nas 780 koron za dwie osoby w dwie strony (ok. 130 zł, czyli po 65 na łebka). Wyjechaliśmy o 9:30, przyjazd 11:30, w drogę powrotną do Brna wyjeżdżaliśmy o 19.30, na miejscu byliśmy o 21.30. Standard międzynarodowy – w autobusie filmiki, muza, ciepły napój w cenie, wifi (działające tylko na terenie Republiki Czeskiej). Wygodnie. Można by rzec „ideał”, gdyby nie nieustanne bekanie siedzącej przede mną pani z chustą na głowie. Ale zaraz powiecie, że mam uprzedzenia kulturowe. Na szczęście w drodze powrotnej otoczenie było mniej uciążliwe.

Pierwszym, co rzuciło nam się w oczy po przybyciu do Wiednia, był potężnych rozmiarów diabelski młyn. Fascynujący tym bardziej, że – jak wyczytaliśmy potem w przewodniku – wybudowano go w roku 1897. Pierwotnie nie cieszył się wielką popularnością i w roku 1916 miano go wyburzyć, ale zabrakło na to kasy, wiec przetrwał. Mocno ucierpiał w czasie II wojny światowej, a przy odbudowie postanowiono zrekonstruować 15 wagoników zamiast pierwotnych 30. Kto wie, może się skuszę na przejażdżkę, jeśli jeszcze raz trafię do Wiednia. Fajne byłyby zdjęcia z góry.

IMG_8744

Drugim obiektem, który naprawdę zrobił na mnie wrażenie, był Dom Hundertwassera. Zachwyt! W przewodniku piszą, że Hundertwasser wzorował się na Gaudim, ale mnie jego budowla podobała się bardziej niż budynki tego ostatniego, może ze względu na kolorystykę. Lubię kolory wyraziste, a zarazem ciepłe i dobrze dobrane, a w przestrzeni miejskiej najczęściej mamy do czynienia albo z gryzącą się zimną żarówą, albo z mdłymi pastelami. (Z dwojga złego wolę już mdłe pastele).

Wikipedia donosi: Hundertwasserhaus jest turystyczną atrakcją Wiednia, jednak do zwiedzania nie są dostępne jego wnętrza, ponieważ budowla jest zamieszkana. Oddany do użytku 1 marca 1986 budynek mieści 50 mieszkań (o powierzchni od 30 do 150 m²), cztery restauracje, jedną praktykę lekarską oraz 16 prywatnych i 3 publiczne tarasy. Znajduje się w nim także ok. 250 drzew i krzewów.

Oraz, co niezmiernie, nomen omen, budujące: Hundertwasser nie przyjął zapłaty za zaprojektowanie tego domu. Wystarczyło mu, że dzięki temu w tym miejscu nie zostało wybudowane nic, co uznałby za brzydkie. 

 

Myślę wprawdzie, że Howardowi Roarkowi Dom Hundertwassera by się nie spodobał, lecz jego motywacja z pewnością tak.

Poza tym Wiedeń to miasto poprawne. Ma dużo ładnych budynków, ale nie zauważyłam, żeby miało jakiś klimat. Większość rzeczy jest w nim za duża i zbyt imperialna. Ceny oczywiście wysokie, chociaż wiedeńskiej kawki sobie nie odmówiłam.

Potrójny pożytek

Uczę się tworzyć kolaże zdjęciowe w programie Windows Movie Maker. Pod taki kolaż podkłada się muzykę, a następnie wrzuca go na youtube ku uciesze własnej. Jeśli jest to muzyka, którą się lubi, a w dodatku ma się pozwolenie od zespołu na jej wykorzystanie, sytuacja staje się wprost sielankowa. Jak teraz – wrzuciłam zestaw zdjęć z widokami Poznania i okrasiłam go utworem Spindrift zespołu Tiles. Pożytek potrójny, bo robię reklamę swojemu miastu, sobie i – last, but not least – dobremu zespołowi. Tiles to amerykańska kapela, która powinna być sławna i nawet miała taki moment – po płycie Presents of Mind – kiedy ją grano także w polskich radiach, ale ten moment przeminął, gdyż muzycy wydają płytę średnio raz na pięć lat i traktują muzykę jako hobby, a nie sposób zarabiania pieniędzy. Moim zdaniem jak na hobbystów są bardzo profesjonalni. Zresztą posłuchajcie.

Więcej o Tiles na tej oto stronie

Katharsis

Czasem wydaje mi się, że powinnam prowadzić dwa blogi. Jeden ze wspominkami, relacjami z podróży i refleksjami lżejszego kalibru, a drugi poważniejszy. Takie rozwiązanie ma jednak dwie wady: po pierwsze, na każdym z tych blogów pisałabym jeszcze rzadziej, niż teraz na wspólnym; po drugie – nie wszystkie wpisy dają się tak łatwo rozgraniczyć na poważne i lżejsze. I chyba dobrze, bo miło jest przemycić w lżejszym tekście bardziej doniosłe treści, a z kolei tekst poważny niekoniecznie musi być od razu napuszony.

Długo się zastanawiałam, jak nazwać to, o czym dziś chcę napisać. Zresztą nie tylko nazwanie, ale i uchwycenie tego zjawiska sprawiało mi trudność. Otóż czytałam sobie książkę Margaret Atwood Cat’s Eye. Bohaterka tej książki, w dzieciństwie mocno straumatyzowana, odreagowuje traumę samookaleczeniami, a później, w dorosłym, teoretycznie dość udanym życiu nieustannie zmaga się z epizodami depresji, poczuciem własnej bezwartościowości, lękiem, że ktoś odkryje, iż tak naprawdę nie jest tym, za kogo się podaje, i nie miała prawa znaleźć się tam, gdzie się znalazła.

Czytanie tej książki było dla mnie równie wyzwalające – to słowo chyba dobrze oddaje istotę rzeczy – jak słuchanie zespołu Lacrimosa, który w bardzo mocny, dramatyczny, histeryczny wręcz sposób wyraża emocje. Przy czym przez „emocje” należy tu rozumieć głównie ból. Z jednej strony dostrzegałam w bohaterce pewne swoje cechy i swoje demony, z drugiej – miałam poczucie, że jej cierpienie jest bardziej dojmujące niż moje. Nie, nie chodzi tu o prostą satysfakcję z tego, że ktoś inny ma gorzej. Raczej o wdzięczność, że nie jestem w swoich uczuciach odosobniona i że jest ktoś, kto ośmiela się i potrafi o nich mówić.

Nasza kultura nie toleruje głośnego przeżywania bólu. Ktoś, kto chce być uważany za cywilizowanego, powinien umieć radzić sobie z emocjami. Jeśli stracił bliską osobę albo spalił mu się dom, jesteśmy w stanie wybaczyć chwilową utratę kontroli, ale gdy chodzi o takie drobiazgi jak nieszczęśliwa miłość albo cierpienie egzystencjalne, wymagamy dojrzałości – to znaczy tego, żeby pośród ludzi zachowywać się jak gdyby nigdy nic. W samotności możemy sobie popłakać, upić się albo przez trzy dni leżeć i gapić się w sufit, ale gdy już wrócimy do społeczeństwa, to cicho sza, maska na twarz.

Z nieszczęśliwą miłością jest jeszcze jeden problem – ten mianowicie, że się nam wpaja, iż kochać prawdziwie to znaczy uszanować wolność drugiej osoby i przedkładać jej szczęście ponad własne. Może to i prawda, ale w takim razie ja nigdy prawdziwie nie kochałam, bo każda nieodwzajemniona miłość była dla mnie źródłem cierpienia. Zaraz ktoś powie, że mylę zakochanie z miłością. Wolę przyjąć to oskarżenie na klatę, niż robić dobrą minę do złej gry, byle tylko nie zostać posądzona o egoizm. Zastanawiam się, jak można nie być egoistą w tym podstawowym sensie, że pragnie się spełniać najpierw własne potrzeby, a dopiero potem cudze. Oczywiście są ludzie, którym pomaganie innym sprawia radość, ale to jest właśnie ich potrzeba – lubią pomagać innym i są szczęśliwi, gdy mogą to robić. Bardzo to fajne. Ja też się cieszę, gdy mogę sprawić komuś przyjemność. Ale kiedy cierpię, chciałabym mieć prawo do wykrzyczenia tego cierpienia. To oczyszcza. Kiedy już się wykrzyczy cały ból, przychodzi moment odpuszczenia, pogodzenia się z losem. Ale jeśli tłamsimy ten ból w sobie, jeśli boimy się silnych emocji, możemy zobojętnieć albo stać się zgorzkniali.

W tej sytuacji wolę uchodzić za niedojrzałą. Co jednak nie oznacza, że zamierzam epatować wszystkich swoim bólem. Zdecydowanie wolę epatować radością, pod warunkiem, że jest autentyczna. Dlatego właśnie potrzebuję czasem katharsis. Raz będzie to katharsis uogólnione, jak w przypadku muzyki Lacrimosy, która ostatnio budzi mnie każdego ranka i od razu wprawia w dobry nastrój. Innym razem – katharsis uszczegółowione, jak w przypadku książki Atwood, która jakoś tam dotyka mojego własnego życia i własnych demonów. A jeśli czuję potrzebę bardzo konkretnego katharsis, tworzę je sobie sama.

Z własnoręcznie tworzonym katharsis też jest problem. O ile spełnia funkcję terapeutyczną, o tyle nie wiadomo, czy przemówi do innych. A chciałoby się upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, prawda? Spuścić trochę ciśnienia z opon mózgowych i jeszcze zyskać odrobinę uznania. Myślę sobie jednak, że skoro Atwood do mnie trafia, skoro trafia muzyka Lacrimosy, to dlaczego ja nie miałabym trafić do innych? Wystarczy pewna wspólna płaszczyzna wrażliwości.

Co rzekłszy, wracam to swojej twór… oż kurczę, przecież dziś miałam pracować, to znaczy tłumaczyć cudzą grafomanię. No dobra. Powiem cierpieniu, że musi jeszcze trochę zaczekać na wyzwolenie.

budzik

Bierzcie i czytajcie wszyscy

Pewnie już zauważyliście, że w sekcji „prozak” pojawiły się pełne wersje dwóch powieści – Winniczka i uzurpatorów i Czarnego piasku. Skierowany do młodszych czytelników Winniczek ukazał się przed kilku laty jako książka. Było to możliwe dzięki wspólnym staraniom Klubu Fantastyki Druga Era i moim. Ponieważ w amoku debiutu nie zadbałam o to, żeby się postarać o numer ISBN i dopisać sobie do działalności gospodarczej publikację książek, nie mogłam jej sprzedawać w księgarniach – zresztą nawet gdybym miała działalność i ISBN, niewiele by to dało, bo hurtownie nie zwykły brać książek od kogoś, kto jako wydawca jest nikim. W związku z tym większość egzemplarzy powędrowała do bibliotek oraz krewnych i znajomych królika.

Czarny piasek na odmianę skierowany jest do czytelników doroślejszych i to pomimo tego, że sporą część bohaterów stanowią dzieci. Okazało się to sporą wadą przy szukaniu wydawcy, ponieważ potencjalni zainteresowani nie bardzo wiedzieli, jak zaszufladkować powieść. Po sygnałach od kilku z nich, że książka sprawia wrażenie skierowanej do młodzieży, a to nie ich target, wprowadziłam pewne zmiany, które – jak mi się zdaje dziś – częściowo wyszły jej na dobre, a częściowo na złe. Na dobre o tyle, że dały książce nieco więcej drapieżności i pogłębiły psychikę bohaterów, a w szczególności jednego z nich. Na złe zaś o tyle, że z niektórymi fragmentami ja sama czuję się niekomfortowo, jakby ta wcześniejsza, przygładzona wersja bardziej odpowiadała mojej naturze.

Tak czy owak zmiany na niewiele się zdały, jeśli chodzi o znalezienie wydawcy – jedyna konkretna propozycja, jaką otrzymałam, dotyczyła publikacji ebooka. Zastanawiałam się nad nią, bo książka byłaby przynajmniej widoczna w księgarniach internetowych. Nie łudzę się jednak, że oznaczałoby to wielką sprzedaż. Byłabym po prostu jedną z licznych autorek ebooków, o których pies z kulawą nogą nie słyszał. Ostatecznie postanowiłam udostępnić obie książki na swoim blogu. Obecnie możecie je ściągać w wersji pdf, a Czarny piasek także w wersji mobi. Spróbuję wkrótce wyprodukować jakąś okładkę, by móc zareklamować książkę w zaprzyjaźnionych serwisach literackich.

Winniczek
Czarny piasek pdf
Czarny piasek mobi
Po wejściu w link z plikiem mobi należy kliknąć w „plik” i wybrać „pobierz”.

Od pamiętnika do bloga


Kiedy we wrześniu zaczynałam pisać blog, nie wiedziałam jeszcze, czy coś sensownego z tego wyniknie. Po prostu chciałam znaleźć naczynie do przelania różnych myśli, które kłębiły mi się w głowie i szukały kształtu. Okazało się, że blog na WordPressie to nie tylko taki zwykły blog, bo można w nim tworzyć strony, dzięki czemu znalazło się miejsce i na publikację moich próbek literackich, i zasygnalizowanie dorobku zawodowego, i zdjęcia – wszystko na osobnych stronach, na które, mam nadzieję, też czasem zaglądacie.

Początkowo nie wiedziałam, jak często będę umieszczać wpisy. Z czasem częstotliwość ustabilizowała się na poziomie jednego wpisu na tydzień. Zdarza się jednak, że trzeba poczekać na kolejny i dwa tygodnie, i paradoksalnie w miarę upływu czasu utrzymanie częstotliwości staje się trudniejsze. Właściwie może nie powinnam pisać „paradoksalnie”, bo przecież z wieloma rzeczami tak jest, że przystępujemy do nich z entuzjazmem, a potem ten entuzjazm opada. Moje „paradoksalnie” dotyczy faktu, że łatwiej przychodziło mi pisanie, gdy nikt tego nie czytał, a im więcej pojawia się czytelników, tym jest trudniej. Mogłoby się wydawać, że świadomość posiadania czytelników daje motywację do dalszego tworzenia. I chyba daje. Nie wiem, czy chciałoby mi się dalej prowadzić blog, gdyby ich nie było. Tyle że pisanie dla innych, i to nie wiadomo jakich innych, bo nie tylko przyjaciół, ale i nieznajomych, a może nawet niechętnych, sprawia, że człowiek dwa razy się zastanowi, nim coś opublikuje. Prawdopodobnie z tego powodu mam w komputerze sporo nieopublikowanych tekstów, w tym dwa powstałe już po ostatnim wpisie.

Od wielu lat pisałam (a może i piszę, choć coraz rzadziej) pamiętniki. Były to zeszyty przeznaczone wyłącznie dla mnie, do których przelewałam wszystko, o czym akurat miałam ochotę pogadać. Wprawdzie dopuszczałam chyba możliwość, że ktoś to kiedyś przeczyta, bo czasem coś poprawiałam albo wykreślałam, ale równie dobrze mogło być tak, że po prostu wstydziłam się przed samą sobą za formę lub treść pewnych fragmentów. Natomiast problemy z częstotliwością pisania miewałam bardzo rzadko i głównie wtedy, gdy działo się tak wiele, że nie miałam kiedy o tym napisać, a dodatkowo przytłaczała mnie świadomość, jak wiele mam do nadrobienia. Poza wspomnianymi powyżej rzadkimi przypadkami nie istniał problem autocenzury. Ponieważ było to przeznaczone tylko dla mnie, mogłam pisać co mi się żywnie podobało i w dowolnej formie – krótkiej, długiej, niechlujnej, z przekleństwami, nie przejmując się stylem. Już widzę, jak mówicie: „Aha, więc to, co my tu czytamy, jest ocenzurowane i spreparowane?”. Trochę, ale bez przesady: gdybym nie pisała szczerze, cała idea tworzenia bloga nie miałaby sensu. Przecież jest to prywatny blog, nie zarabiam na nim, nie umieszczam reklam, nawet za bardzo się nie promuję, bo trzeba się trochę (przyznaję – niewiele) postarać, by poznać moje nazwisko. Piszę, bo chcę się podzielić myślami czy wspomnieniami, pokazać parę zdjęć. Otrzymać odzew, choć jednocześnie się go boję. Z drugiej jednak strony, nie mogę sobie pozwolić na niechlujstwo językowe, bo zaraz by było: „Aha, pani tłumaczka strzela byki!”. Gdy wieszam na kimś psy, muszę się pilnować, by nie napisać czegoś, za co mógłby mnie na przykład pozwać do sądu. W pamiętniku miałam w tym pełną swobodę, mogłam komuś naurągać, nabluźnić. Pisanie o sprawach osobistych w internecie też ma swoje granice i muszę przyznać, że właśnie w tych najtrudniej mi się zmieścić, bo siedząc we własnym pokoju i klepiąc coś na klawiaturze nie całkiem się wierzy, że za chwilę dosłownie każdy będzie mógł to przeczytać. Jest to pewne niebezpieczeństwo internetu, ale i jego urok, że czasem wymsknie się coś, co powinno pozostać sprawą osobistą.

Najczęściej jednak rezygnuję z publikacji tekstu dlatego, że jest słaby, albo dlatego, że porwałam się na pisanie o czymś, o czym zbyt mało wiem. Trzeba się naprawdę nieźle przygotować, by wysmażyć choćby taki artykuł jak Demon liberalizacji (chociaż i on jest niedoskonały), a z kolei pisząc na ważne tematy bez odpowiedniego zagłębiania się w nie, można otrzymać bełkot.

Mimo powstrzymania się od publikacji paru tekstów, które być może kiedyś jeszcze ujrzycie w lepszej formie, mam wrażenie, że w ciągu pięciu miesięcy istnienia tego bloga udało mi się nań wrzucić kilka fajnych rzeczy. To zaś oznacza, że warto go tworzyć dalej. Nawet jeśli częstotliwość umieszczania wpisów miałaby spaść, zawsze znajdzie się coś, co mnie wkurza, zastanawia, cieszy, słowem – coś, o czym warto napisać. Obiecuję nadal dbać o jakość, a jeśli przez dłuższy czas nie wysmażę żadnej notatki, postaram się zamieszczać chociaż zdjęcia.

A pamiętnik? Wracam czasem do niego z nowymi notatkami. Czasem też przeglądam stare, choć tych zeszytów jest już tyle, że jeśli szuka się czegoś konkretnego, bardzo trudno to znaleźć. Czy nadal uważam, że jego treść jest przeznaczona tylko dla mnie? Czy w ogóle kiedykolwiek tak uważałam? Cóż – pewne fragmenty z całą pewnością powinny pozostać prywatne, inne może nawet warto by opublikować. Jeśli uda mi się dotrzeć ze wspominkami do czasów, z których zachowały się zeszyty (bo jakieś dwadzieścia lat temu w ramach duchowego oczyszczenia wyrzuciłam wszystkie pamiętniki, wiersze i opowiadania, czego – jak się pewnie domyślacie – serdecznie żałuję), postaram się do nich sięgnąć i przytoczyć fragmenty „z pierwszej ręki”. Mój głos z przeszłości…

Long ago, in a pre-torrent world…

Przeżyliśmy już Lenina, przeżyjemy Leonida,    
Przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy i radziecki –

taka oto zwrotka na melodię piosenki Czarny chleb i czarna kawa przypomniała mi się przy okazji awantury w sprawie ACTA i rozpaczy niektórych nad tym, że zły rząd chce im zakręcić kranik z darmowymi filmami i muzyką.

Nie traktujcie tego artykułu jako głosu w sprawie ACTA – jeśli miałabym się na ten temat wypowiadać, powiedziałabym, że nie popieram ani rezolucji, ani rewolucji. Ani terroryzowania ludzi za to, że kopiują film czy płytę (choć jestem za karaniem tych, którzy na ich nielegalnym udostępnianiu trzepią dużą kasę), ani ulicznych burd z wybijaniem szyb. Najważniejsze jest to, jak będzie wyglądała rzeczywistość po ewentualnej ratyfikacji umowy. Obecne prawo także penalizuje piractwo i co z tego? W tym czy innym stopniu uprawia je większość internautów. Nie sądzę więc, żeby miało nastąpić totalne odcięcie od darmowych źródeł pozyskiwania kultury. Może jedynie zmieni się skala, a także formy tego pozyskiwania.

I właśnie o formach będzie ten artykuł. A konkretnie – o tym, jak na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat zmieniały się w Polsce formy pozyskiwania kultury. Głównie muzyki, choć wspomnę też o filmach, bo chyba te dwa rodzaje sztuki są najczęściej pobierane z internetu – z przewagą filmów, lecz historia utrwalania muzyki od moich szkolnych czasów do teraz jest barwniejsza.

Lata 80. Polska za żelazną kurtyną, a przynajmniej tak myśli Zachód, bo my ze swej strony wcale nie czujemy się jakoś szczególnie odcięci. Niezłą orientację we współczesnych i przeszłych muzycznych trendach mamy dzięki radiu, a przede wszystkim dzięki tym dziennikarzom, którzy mogą wyjeżdżać za granicę (lub mają tam przyjaciół) i stać ich na zakup płyt. Te płyty są później odtwarzane w radiu (często w całości), bo o prawie autorskim w PRL-u nikt nie słyszał, a zachodni twórcy (lub ich agenci) raz, że nie bardzo mają jak nas ścigać, a dwa, że pewnie się cieszą, iż coś w ogóle do nas dociera. Takimi dziennikarzami muzycznymi, którzy nie tylko udostępniali nam muzykę (a my ją nagrywaliśmy na kasety magnetofonowe, nie przejmując się radiowymi szumami), lecz także kształtowali gusta, byli dla mnie przede wszystkim: w pierwszej fazie (koniec podstawówki) prowadzący telewizyjne „Przeboje Dwójki” Krzysztof Szewczyk i prowadzący radową listę „Trójki” Marek Niedźwiecki, a nieco później, począwszy od przełomu podstawówki i liceum, Piotr Kaczkowski, Tomasz Beksiński, Kris „Metal Heartbreaker” Brankowski, Tomasz Szachowski, Jan Chojnacki czy Wojciech Mann. Nie sposób pominąć też dwójkę prowadzącą listę przebojów Rozgłośni Harcerskiej – Bożenę Sitek i Pawła Sito – bo choć lista składała się w dużej mierze z utworów polskich, to jednak nie wyłącznie (to u nich po raz pierwszy usłyszałam choćby Dead Can Dance, choć przyznaję bez bicia, że naprawdę zainteresowałam się tym zespołem znacznie później). Najdłużej pozostawałam pod wpływem gustów Kaczkowskiego i Beksińskiego. Zwłaszcza z audycji tego ostatniego nagrywało się całe płyty, często z bonusem w postaci tekstów, które „Beksiu” sam tłumaczył (nierzadko ze słuchu i czasem z błędami lub lukami, bo czegoś nie wyłapał) i po zakończeniu prezentacji płyty odczytywał. W takich przypadkach zapowiadał z góry, żeby przygotować dłuższe kasety.

Czyste kasety, głównie firmy Stilon, a potem także TDK czy BASF, na ogół miały 60 lub 90 minut. „Setki” i „sto dwudziestki” pojawiły się chyba dopiero w latach 90., przy czym jeśli magnetofon miał tendencje do zwalniania obrotów, a często miał, robił to w szczególności na kasetach dłuższych. W mojej wieży „Unitra”, która bodaj w 1988 roku zastąpiła „kasprzaka”, magnetofon w ogóle był awariogenny. Miał pokrętło, którym regulowało się głośność obu kanałów, lecz na ogół ustawienie obu mniej więcej równo kończyło się tym, że jeden nagrywał normalnie, a drugi bardzo cicho, przy czym od czasu do czasu ten drugi włączał się na normalną głośność i utwór leciał raz ciszej, raz głośniej. Wyobraźcie sobie tragedię kogoś, kto tygodniami czekał na prezentację płyty ulubionego zespołu, a kiedy wreszcie ją nagrywa, wychodzi mu coś takiego. Warto dodać, że dość wcześnie do nagrywania ważnych dla mnie płyt zaczęłam używać nieco droższych i trudniejszych do kupienia kaset chromowych, co także okazało się średnim pomysłem, bo magnetofony (chyba oba, a drugi w szczególności) takie kasety najchętniej wciągały. Szczęściarzom, którzy nie wiedzą, co to jest wciąganie (inaczej wkręcanie) kaset, wyjaśniam, że zamiast przesuwać się spokojnie po głowicy, taśma w pewnym momencie zostaje wciągnięta do środka urządzenia i zmaltretowana. Jeśli magnetofon wyłączy się szybko sam lub my się zorientujemy i go wyłączymy, to pół biedy – taśmę da się wyciągnąć i rozprostować, w miejscach zagięć będzie jedynie słychać krótkie przerwy lub zniekształcenie dźwięku. Jeśli wciągnięty został większy odcinek, czasem w ogóle może być problem z jej wyjęciem. W najgorszym razie trzeba taśmę przeciąć, wyciąć fragment i resztę skleić umiejętnie taśmą klejącą. Warto dodać, że taka wkręcona kaseta ma tendencję do ponownego wkręcania się w tym samym miejscu.

Kiedy potrzebowało się kasety, a w sklepach nie było (co się czasem zdarzało), szło się do Księgarni Muzycznej (zdaje się, że znajdowała się na rogu obecnej Gwarnej i 27 Grudnia, naprzeciwko księgarni im. Mickiewicza – teraz jest tam chyba bank), kupowało najtańszą nagraną kasetę (np. z Marylą Rodowicz albo czymś kompletnie nieznanym) i na niej nagrywało, co trzeba, kasując oryginalną zawartość. Takie kasety często miały wyłamane ząbki, co miało je zabezpieczać przed wykasowaniem, lecz wystarczyło zalepić je taśmą klejącą lub włożyć do dziurek papierki. Problemem było jedynie to, że kasety mogły mieć mniej niż sześćdziesiąt, a czasem mniej niż pięćdziesiąt minut, i nie było wiadomo, czy docelowa płyta się na nich zmieści. Warto jednak dodać, że w epoce analogów płyty rzadko trwały ponad sześćdziesiąt minut.

Kiedy byłam mała, mieliśmy gramofon (zwany wówczas adapterem, co – jak mnie później nauczono w radiu – nie jest poprawną nazwą), na którym słuchałam bajek i piosenek. Później się zepsuł i przez długi czas polegałam jedynie na kasetach. Od czasu do czasu w Polsce pojawiały się jednak płyty zagranicznych zespołów i to chyba nawet licencyjne, bo wydawane przez te same firmy fonograficzne, które produkowały płyty polskich wykonawców. Jeśli zespół był znany, na płytę trzeba było polować, wydzwaniać do sklepu, czy już jest, i szybko po nią lecieć. Ale samo posiadanie płyty to było coś, co nie mogło się równać z nagraną z radia kasetą. W końcu był to oryginał, miał okładkę, tytuły wypisane na krążku, no i czasem tak charakterystycznie trzeszczał. W 1987 bodaj roku udało mi się kupić gramofon „Artur” i rozpoczęłam zbieranie płyt. Jednymi z pierwszych zagranicznych nabytków były Black Celebration Depeche Mode i singiel Joy Division Love Will Tear Us Apart, a później także płyta Unknown Pleasures. Na drugiej stronie singla było She’s Lost Control, lecz niestety z powodu jakiejś wady w pewnym miejscu płyta po prostu się zatrzymywała. Z obozu w Bułgarii przywiozłam składankę Deep Purple oraz płytę Genesis z tytułami – co ciekawe – przetłumaczonymi na bułgarski.

Wyjazdy do RFN (translation: do Niemiec Zachodnich) w 1986 i 1988 roku były nieco traumatyczne, bo widziało się w sklepach obfitość wszystkiego, w tym muzyki, ale w horrendalnych jak na nasze warunki cenach. Nawet takie drobiazgi jak bułki i kawa, które spożywaliśmy na śniadanie u gospodarzy, były smaczniejsze, bardziej aromatyczne niż w PRL-u. Pod pewnym względem takie zetknięcie z bogatszym światem było trudniejszym doświadczeniem niż przebywanie w Polsce, gdzie tęsknota za lepszym życiem była uogólniona i nieco abstrakcyjna, bo tego lepszego życia praktycznie nie znaliśmy. Tam natomiast można było dotknąć tego, czego dziś dotykamy w Polsce na co dzień – obfitości, która teoretycznie jest na wyciągnięcie ręki, lecz nas na nią nie stać albo stać tylko wtedy, gdy odmówimy sobie paru innych rzeczy. Podczas pierwszego wyjazdu pracowałam z rodzicami przy zbiorze truskawek, drugi był już typowo turystyczny. W owym czasie do wyjazdu na Zachód potrzebne było zaproszenie od obywatela tamtego kraju, z czym jednak nie mieliśmy trudności, bo jeżdżąc wielokrotnie na saksy (czyli do nielegalnej pracy), mój tata zaprzyjaźnił się z polską rodziną ze Śląska, która w latach 50. wyjechała do Niemiec, a w szczególności z Feliksem, który do dziś odwiedza moich rodziców w Polsce (choć w chwili wyjazdu z kraju miał dwa lata i nigdy nie nauczył się ojczystego języka), i z jego nieżyjącą już mamą Barbarą, która mnie i bratu kazała nazywać się ciocią.

Ceny płyt były wyższe od naszych jakieś dziesięć razy, co bolało tym bardziej, że w sklepie płytowym można było dostać (czytaj: zobaczyć) dosłownie wszystko. Podczas drugiego pobytu, gdy miałam już gramofon, udało mi się kupić dwie lub trzy płyty, w tym Wild Frontier Gary’ego Moore’a z przepięknym utworem Loner. W zaspokajaniu, a także do pewnego stopnia kształtowaniu moich potrzeb muzycznych pomógł też młodszy brat Feliksa, Michael, który grał w kapeli i prowadził audycje muzyczne w lokalnym radiu. Na prośbę o nagranie mi płyt The Smiths i Metalliki owszem, nagrał The Smiths, ale Metallicę zignorował (tłumacząc, że nie udało mu się jej od nikogo pożyczyć) i zamiast tego na drugiej stronie kasety umieścił dobraną przez siebie składankę, na której były m.in. Joy Division i The Cure. Oba usłyszałam po raz pierwszy. The Cure uchodził wtedy – a było to podczas mojego pierwszego pobytu, czyli w roku ’86 – za zespół typowo undergroundowy i dopiero później miał zyskać wielką popularność. Zetknięcie z Joy Division wywarło piętno na moim życiu – nie tylko na guście muzycznym, lecz także na zainteresowaniach, a nawet do pewnego stopnia na znajomościach. Ot, choćby długoletnia korespondencyjna znajomość z Natalią, o której pisałam w artykule Mój wirtual, zaczęła się od słuchania tego zespołu. Doszło nawet do tego, że w trzeciej klasie liceum przeczytałam dwa tomy Kierkegaarda, na co dzisiaj nikt by mnie nie namówił. Ale Joy Division nadal słucham.

Sam Feliks też miał sporą płytotekę, a w niej (jako że był starszy od brata) więcej rockowej klasyki, którą też pod wpływem „Kaczki” i „Beksia” żywo się interesowałam. Szczególnie zwróciła moją uwagę duża liczba płyt Emerson, Lake & Palmer. Kilku z nich posłuchałam. Później, gdy przyjeżdżał do nas do Polski, czasem przywoził mi demówki (głównie kasety, choć trafiały się też płyty), które wytwórnie płytowe przysyłały Michaelowi do radia, a on nie miał co z nimi zrobić. Częścią tych demówek chętnie się zaopiekowałam, kilka ofiarowałam radiu „Afera”, w którym od 1991 roku sama prowadziłam audycje, a kilka wykasowałam, by je (a zwłaszcza siebie) uszczęśliwić innymi nagraniami.

Przełom systemowy w Polsce to nie tylko zalew kaset i płyt (także kompaktowych) z zagranicy, ale przede wszystkim przedsiębiorczość rodzimych producentów, którzy zaczęli na ogromną skalę produkować kasety ze wszystkim, co w tamtym czasie wychodziło, i oczywiście z klasyką. Nie pamiętam dokładnie, kiedy zaczęto używać słowa „piractwo” i ścigać ten proceder, ale skoro ustawa o prawach autorskich weszła w życie w roku 1994, to pewnie mniej więcej wtedy. Oczywiście do tego czasu każdy z nas miał już w kolekcji mniej lub więcej takich kaset. Kompakty były (i są) drogie, a o kupowaniu oryginalnych kaset nikt nawet nie myślał, skoro kosztowały tyle samo co płyta CD, a „polską” kasetę mógł kupić za dziesięć tysięcy starych złotych, czyli złotówkę w nowej walucie. No dobrze, ta złotówka była warta więcej niż dziś, bo inflacja. Szacuję, że dziś byłoby to jakieś 5 zł. Ale to wciąż wielokrotnie mniej niż kompakt.

Pojawiły się też wypożyczalnie płyt kompaktowych. Wbrew nazwie pełniły one przede wszystkim funkcję przegrywalni, bo choć płytę istotnie można było wypożyczyć, to można było także zamówić jej przegranie, a biorąc pod uwagę fakt, że stosunkowo niewiele osób miało wówczas odtwarzacze, najczęściej właśnie tak robiono. Zresztą nawet jeśli miało się kompakt, to po co się kłopotać przegrywaniem płyty na kasetę, skoro mógł to dla nas zrobić pan z wypożyczalni. Pamiętajcie, że nie istniała wtedy możliwość przegrania płyty na płytę. Czystych płyt po prostu nie było, a komputery szaremu śmiertelnikowi służyły głównie do grania w gry. Nagrywarka CD była urządzeniem mitycznym, o którym może gdzieś tam się słyszało, ale nikt go nie widział. Gdyby nie istniały kasety, piractwo (którego oczywiście tak wówczas nie nazywano) byłoby fizycznie niemożliwe.

Z czasem najwyraźniej niektórzy wchodzili w posiadanie tego mitycznego urządzenia, bo na rynku zaczęły się pojawiać podrabiane płyty. Płyty te brzmiały tak samo jak oryginalne, tyle że przeważnie miały uproszczone okładki (z zewnątrz to samo, a w środku pustka), no i przede wszystkim kosztowały jakieś trzy razy mniej niż oryginał. Takie płyty w Poznaniu można było kupić przede wszystkim na targowisku przy równie mitycznej ulicy Bema (mitycznej, bo taka ulica od wielu lat nie istnieje, ale do dziś na określenie tego miejsca nawet w gazetach używa się określenia „targowisko przy Bema”) i to jeszcze długo po wprowadzeniu ustawy o prawie autorskim. Od czasu do czasu policja robiła spektakularne naloty na targowisko i chwaliła się, ile to pirackich płyt przejęła, podczas gdy w rzeczywistości sprzedawcy z góry wiedzieli, że będzie nalot, i chowali piraty, a jeśli ktoś wpadł, to jakiś frajer, który był nowy albo konkurencja go nie lubiła.

Po ukróceniu piractwa był okres względnej posuchy, to znaczy kupowania tylko oryginalnych płyt. Wówczas jednak miałam już dużo znajomych z bogatymi płytotekami, od których pożyczałam płyty i przegrywałam je na kasety. Później zrobiło się łatwiej, bo pojawiła się możliwość nagrywania na CD. A jeszcze później – to już wiecie.

O piractwie filmowym wiem niewiele. Trzeba przyznać, że za komuny dwa programy telewizji potrafiły pokazać więcej fajnego materiału, niż dziś wszystkie programy w mojej kablówce razem wzięte. Chodziło się też do kina, na DKF-y, gdzie przy okazji kwitło życie towarzyskie. Czegóż więcej trzeba? Cóż, najwyraźniej magnetowidu, bo w drugiej połowie lat 80. (w każdym razie nie później niż w roku ’88) starzy takowy zakupili. A na tym magnetowidzie nędza. Jakieś quasi-erotyczne komedie, jakieś Akademie policyjne, Błękitne laguny, słowem – to, co było w obiegu, a nie było nic. Nie było jeszcze nawet wypożyczalni. Jedynym w miarę fajnym, a przynajmniej zabawnym filmem, jaki w tamtych czasach obejrzałam, było Ściśle tajne. Z mojego punktu widzenia tego magnetowidu mogłoby więc nie być. Nic, co miałoby jakąkolwiek wartość artystyczną, po prostu nie było dostępne w formie kaset. Dopiero na początku lat 90. pojawiły się wypożyczalnie, w których faktycznie coś było. Taka wypożyczalnia, będąca jednocześnie komisem, działała na przykład w klubie Kopernik, gdzie zaopatrzyłam się w Momo na podstawie powieści Endego.

Pora na jakąś puentę. Puentą może być ekstrapolacja zwrotki, którą przytoczyłam na wstępie. Przeżyliśmy (a przynajmniej niektórzy z nas) już różne koleje losu: czasy piractwa nieświadomego i szlachetnego w postaci nagrywania z radia muzyki, którą nas raczyli dbający o nasz rozwój kulturalny prezenterzy, czasy piractwa nieświadomego i mniej szlachetnego w postaci zakupu kaset od przedsiębiorczych producentów, czasy ukrócenia piractwa, czasy totalnego i świadomego piratowania wszystkiego, na co przyszła nam ochota. Być może nawet warto, aby przyszedł czas, w którym znowu trzeba się będzie trochę potrudzić, żeby coś zdobyć. Może zaczniemy bardziej wartościować, sięgać przede wszystkim po to, na czym najbardziej nam zależy. Z całą pewnością nie wierzę w całkowite zniknięcie z internetu nielegalnie tam umieszczanej muzyki, filmów czy książek. Przedsiębiorczy zawsze znajdzie sposób, by coś tam umieścić, a drugi, by znaleźć. Konieczność pokombinowania może nam tylko wyjść na zdrowie, bo nie sztuka wpisać w Google „torrent” i kliknąć parę razy. Mówią, że nieużywany organ zanika, więc i mózgu przyda się użyć od czasu do czasu. A jeśli ktoś raz po raz kupi bilet do kina zamiast trzech piw, poczuje się trochę szlachetniejszy.

Chodorkowski – szaleniec i święty

W świadomości przeciętnego Polaka Michaił Chodorkowski funkcjonuje jako były oligarcha, który swego czasu razem ze wszystkimi robił wielkie przekręty, ale naraził się Putinowi i w związku z tym pokutuje teraz w kolonii karnej. Wszystko to świetnie pasuje do naszego obrazu Rosji jako kraju, który niby otworzył się na wolny rynek i własną inicjatywę, ale wciąż jest rządzony autorytarnie, w związku z czym można się bogacić uczciwie i nieuczciwie, byleby tylko władza była odpowiednio głaskana i dokarmiana. Takie było i moje wyobrażenie o sprawie Chodorkowskiego. W miarę upływu czasu coraz bardziej jednak uświadamiałam sobie, że coś mi w tym wizerunku nie pasuje. Twarz Chodorkowskiego podczas relacji z rozpraw, jego postawa, wreszcie sam fakt, że nie uciekł za granicę, gdy pętla wokół niego poczęła się zacieśniać… Ale chyba najbardziej ta twarz. I oczy, które patrzyły przenikliwie, niepokojąco, trochę kpiąco, przecząc naszej wizji tego człowieka jako rosyjskiego odpowiednika naszych Bagsików czy Gawroników. Nie chcę przez to powiedzieć, że wymiar sprawiedliwości i opinia publiczna nie skrzywdziły tych panów, lecz sądzę, że są to postacie zupełnie innego formatu.

Efektem narastającego zainteresowania osobą Chodorkowskiego stało się uważniejsze oglądanie i czytanie wiadomości o nim, które pojawiały się w telewizji i prasie. Kilka lat temu w telewizji trafiłam na film dokumentalny, którego tytułu ani szczegółów nie pamiętam. Pamiętam jedynie, że był to kolejny krok na mojej drodze do przekonania, iż mamy do czynienia z postacią wyjątkową. Potem był film młodego niemieckiego reżysera Cyrila Tuschiego obejrzany podczas poznańskiego festiwalu Transatlantyk 2011 (później prezentowany w kinach w trybie zwykłym), a ostatnio sięgnęłam po książkę Będę walczył o wolność [1], zawierającą artykuły i wywiady Chodorkowskiego publikowane w zachodniej i niezależnej rosyjskiej prasie podczas jego pobytu w więzieniu oraz jego korespondencję z Borysem Akuninem, Borysem Strugackim i Ludmiłą Ulicką.

Żadne z tych dzieł nie daje jasnego obrazu poglądów Chodorkowskiego. Oba natomiast wzmagają wrażenie jego totalnej, niedostępnej przeciętnemu człowiekowi, zakrawającej czasem na szaleństwo nieustępliwości. Nie jest to jednak nieustępliwość dla niej samej, żaden ośli upór człowieka, który postanowił zrobić z siebie męczennika. Nieustępliwość Chodorkowskiego wynika z prostego przeświadczenia o własnej niewinności i o słuszności własnych działań. Ileż razy czytaliśmy o ludziach uczciwych, którzy w obliczu cudzych knowań, stłamszeni przez autorytarne rządy i skorumpowanych urzędników, stopniowo rezygnowali ze skrawków swej uczciwości, modyfikowali przekonania, byle tylko zachować trzon siebie, swojej wolności i pozycji. Właściwie dotyczy to większości z nas – tyle tylko, że jedni oddają więcej, a inni mniej. Chodorkowski był człowiekiem na tyle silnym, że jakoś funkcjonował w tej machinie, nie musząc rezygnować z niczego, co było dla niego ważne. Argumentował, walczył, załatwiał. Realizował swoje marzenia z dzieciństwa. „Od zawsze” chciał zostać dyrektorem fabryki i choć przypadkiem wcześniej został szefem banku, w końcu stanął na czele wielkiego przedsiębiorstwa – przedsiębiorstwa, które jego bank kupił od państwa po preferencyjnej cenie, ale tylko dlatego, że miało gigantyczne długi. Jedynie dzięki prywatyzacji firmę udało się uratować i uczynić rentowną. Tą firmą był Jukos. Jeśli chodzi o rzekome przestępstwa jego kierownictwa, wystarczy przytoczyć zarzuty z obu procesów Chodorkowskiego i Lebiediewa (z 2005 i 2010 roku), by wyrobić sobie zdanie na ich temat.

W pierwszym procesie kierownictwo Jukosu oskarżono o niezapłacenie gigantycznej sumy podatków w latach 2000­–2003. W rzeczywistości Chodorkowski i jego ludzie (podobnie jak inne wielkie rosyjskie koncerny) nie łamali prawa, a jedynie wykorzystywali obecne w nim luki, rejestrując swoje firmy lub ich filie w tzw. rajach podatkowych, czyli biednych, niedoinwestowanych regionach Rosji, w których podatki są znacznie niższe. Co więcej, władze Jukosu obliczyły, że suma podatków, z którą rzekomo zalegają, pochłonęłaby większość dochodów przedsiębiorstwa, a w przypadku lat 2001 i 2002 wręcz je przewyższała! Oczywiście nie mnie sądzić, czy te wyliczenia są prawidłowe, warto jednak zauważyć, że rząd rosyjski nie starał się specjalnie dementować ani ich, ani stwierdzenia Chodorkowskiego, że gdyby istotnie on i jego ludzie wyprowadzili z kraju nielegalnie tyle ropy, ile im zarzucono w drugim procesie, odbywającym się w latach 2009–2010, do jej wywiezienia trzeba by użyć pociągu kilkakrotnie oplatającego całą ziemię. Wygląda więc na to, że tak monumentalne zarzuty miały jedynie posłużyć stworzeniu pretekstu dla zamknięcia Chodorkowskiego, a o ich wiarygodność nikt się nie troszczył.

Dociekanie, czy i w jakim stopniu Chodorkowski jednak minął się z prawem, wolę zostawić dziennikarzom od spraw gospodarczych. Daleko bardziej interesuje mnie jego stosunek do  własnej pracy i własnego życia oraz relacje z ludźmi – także z pracownikami. Oto kilka fragmentów z książki:

O zarządzaniu Jukosem w dobie kryzysu:

„Pierwszy wstrząs przyszedł po krachu w 1998 roku (…) Wtedy nie było czasu na zastanawianie się, trzeba było ratować sytuację, walczyć o przetrwanie spółki. (…) kurs spadł, rubel się zdewaluował, a i ze sprzedażą był problem – nowe ceny benzyny, nikt jeszcze nie płaci. Co robić? Przemawiam do przedstawicieli załóg (kilkaset osób) i proszę, żeby zagłosowali za obniżeniem płac. I ludzie głosują, jadą do swoich załóg przekonywać, że to słuszne. Ja też jadę na »wachtę«, tam gdzie miało być najtrudniej. I robotnicy się zgadzają. Rozumieją!” (str. 111–112)

„Przyjeżdżam na »wachtę« – ludzie nie wrzeszczą, nie strajkują, rozumieją. Po prostu mdleją z głodu. Zwłaszcza młodzi, którzy nie mają własnego gospodarstwa albo mają małe dzieci. A szpitale… Przecież my kupowaliśmy lekarstwa i na kuracje posyłaliśmy, a tu nie ma pieniędzy. I najważniejsze – te twarze pełne wyrozumiałości. Ludzie, którzy zwyczajnie mówią, że „niczego dobrego nawet nie oczekiwaliśmy. Wdzięczni jesteśmy już za to, że pan do nas przyjechał, rozmawia…”. Od sierpnia 1998 roku strajków nie było wcale.

W rezultacie po przełamaniu kryzysu moje nastawienie do życia zaczęło się zmieniać. Już nie mogłem być po prostu »dyrektorem«. W 2000 roku utworzyliśmy Otwartą Rosję[2]”. (str. 175)

O uczciwości:

„Nigdy nie uważałem i nie uważam za usprawiedliwienie tego, że »wszyscy naruszali prawo«. Skoro ty naruszyłeś, to odpowiadaj. Moje stanowisko polega na czymś zupełnie innym: nasze ustawodawstwo (jak zresztą ustawodawstwo każdego innego kraju) pozostawia mnóstwo »białych plam«, pola do interpretacji, które właśnie są przedmiotem działania sądów (głównie Sądu Najwyższego). Skandaliczne postępowanie lub – grzecznie mówiąc – »wybiórcze stosowanie prawa« w sprawie Jukosu polega na tym, że w stosunku do niego stosuje się osobną, specjalną interpretację prawa. Taką, której się nie stosuje (i nie wolno) wobec innych podmiotów”. (str. 175–176)

O procesie:

„Oskarżyciel przesłuchał ponad półtora tysiąca osób. Wielu z nich grożono, że zostaną oskarżeni (z niektórych zrobiono oskarżonych). Na proces dobrano nieco ponad 80 świadków. I ci ludzie, którzy słusznie obawiali się o swój los, nie wzięli grzechu na własną duszę. Nikt, podkreślam, nikt nie świadczył przeciwko mnie i Płatonowi. A niektórzy postanowili nawet wystąpić w naszej obronie. Byli to świadkowie oskarżenia, dobrani spośród tych, którzy mogli się uważać za pokrzywdzonych przez nas” (str. 99)

O wolności:

„Już się przekonałem, że własność, a zwłaszcza wielki majątek, wcale nie czyni człowieka wolnym. Będąc współwłaścicielem Jukosu, musiałem wkładać wiele wysiłku w obronę tej własności. Trzeba się było ograniczać we wszystkim, co mogłoby jej zaszkodzić.

Zabroniłem sobie wiele mówić, ponieważ otwarty tekst mógłby przynieść uszczerbek tej własności. Na wiele spraw trzeba było przymykać oko, godzić się na wiele rzeczy – dla dobra własności, jej zachowania i pomnażania. Nie tylko ja rządziłem własnością – ona rządziła mną”. (str. 25–26)

„Własność otwiera nowe możliwości, ale też prowadzi do zniewolenia sił twórczych człowieka, rozmywania jego osobowości. Tyrania własności to surowa tyrania” (str. 26)

„Pieniądze, pozycja – wszystko to jest ważne, gdy to, co się robi, nie odbiega od wewnętrznego poczucia słuszności. Gdy jednak staje się z nim rozbieżne, powstaje poczucie braku wolności. Ale wyrwaniu się na wolność przeszkadza siła przyzwyczajenia. Tak właśnie człowiek staje się niewolnikiem rzeczy, systemu, stanowiska, własności. Jestem przekonany: jedyne słuszne wyjście to rzucić wszystko i iść dalej. (…) Wierzę: to, co najważniejsze, człowiek nosi w duszy. Pięć lat więzienia to też ciągłe przenosiny, liczne ograniczenia. Wiele z sobą nie weźmiesz. Szkoda porzucać nagromadzone książki, tracić notatki. Ale mam je z sobą, w głowie. Reszta to głupstwa. W tym sensie więzienie czyni człowieka wolnym”. (str. 112)

To jednak tylko jego słowa. A czyny? Chodorkowski nie ucieka z kraju, gdy wskutek konfliktu z Putinem nad jego głową zbierają się czarne chmury. Nie ucieka, bo jego zdaniem byłoby to przyznanie się, że robił coś złego (z tego samego powodu obecnie nie zamierza się starać o ułaskawienie). Kiedy do aresztu trafia współwłaściciel Jukosu, Płaton Lebiediew, Chodorkowski wie, że nie może pozostać w Stanach, choć namawia go do tego studiujący tam syn. Po powrocie (co sugestywnie pokazano w filmie w postaci animowanej sekwencji) w spektakularny sposób zostaje wyprowadzony z samolotu przez oddział antyterrorystów, choć trudno mówić o zasadności takiej akcji, biorąc pod uwagę, że osoba, przeciwko której ją przeprowadzono, do tej pory grzecznie stawiała się w sądzie na każde wezwanie.

Później powie, że był naiwny i wierzył w sprawiedliwy proces.

W roku 2008 Chodorkowski podejmuje głodówkę na znak protestu przeciwko odmowie leczenia chorego na AIDS byłego wiceprezesa Jukosu Wasilija Aleksaniana, którego trzymano w areszcie śledczym niemal trzy lata, próbując wymusić na nim zeznania obciążające Chodorkowskiego i Lebiediewa. Ostatecznie wycieńczony Aleksanian wychodzi za kaucją w styczniu 2009 roku, a następnie zarzuty przeciwko niemu zostają wycofane wskutek przedawnienia zarzucanych czynów. Umiera w październiku 2011.

O działalności edukacyjnej już wspomniano. Raz jeszcze podkreślę, że nie była to żadna „dobroczynność” polegająca na uciszaniu sumienia poprzez wspieranie byle kogo, lecz ukierunkowana i skoordynowana działalność polegająca na stwarzaniu młodym ludziom możliwości rozwoju. Aresztowanie Chodorkowskiego przerwało ten proces.

Z wszystkich tych strzępów wyłania się postać intrygująca i pełna sprzeczności. Z jednej strony jako żywo przypomina bohatera książek Ayn Rand – genialnego przedsiębiorcę stawiającego czoło zazdrosnym miernotom i wbrew kłodom rzucanym mu pod nogi realizującego swój cel; Howarda Roarka, który woli przeczekać kryzys zawodowy, harując w kamieniołomie, by nie musieć sprzeniewierzyć się swojej artystycznej wizji. Z drugiej strony jestem przekonana, że Chodorkowski nie zaakceptowałby (bądź nie akceptuje, jeśli się z nimi zetknął) pewnych poglądów Rand, a ona, gdyby żyła, wspierałaby go, ale i próbowała pouczać. Chodorkowski bowiem wciąż ma w sobie coś z dawnego komsomolca, chłopca marzącego o zostaniu dyrektorem fabryki; z bohatera radzieckich filmów, który wykonuje swoją pracę dla dobra ojczyzny i rodaków, a dopiero w dalszej kolejności dla siebie i swojej kieszeni. Wydaje się jednak, że zarówno w jego przypadku, jak i w przypadku niby to gloryfikującej pieniądz Rand liczy się sama praca, rodząca się w głowie idea i jej wdrażanie, radość płynąca z patrzenia, jak twoje pomysły się materializują. Pod tym względem rosyjski przedsiębiorca i jego fikcyjni odpowiednicy stworzeni przez rosyjską pisarkę z Ameryki są do siebie niesamowicie podobni.

Jeśli do tej pory nie zostaną wymyślone nowe zarzuty przeciwko niemu i jeśli w kolonii karnej nie przytrafi mu się nic złego, Chodorkowski wyjdzie na wolność w 2017 roku. Ciekawe, co będzie wtedy robił, z jakiej pokaże się strony. Twierdzi, że nie chce wracać do wielkiego biznesu, nad czym osobiście ubolewam, bo myślę, że nie byłoby większego zwycięstwa nad ciemięzcami niż pokazanie, że może nadal z sukcesem robić to samo co przed uwięzieniem. Oczywiście byłby teraz ostrożniejszy, ale kto wie, czy nie musiałby całkiem przenieść swoich interesów poza Rosję, czego przecież nie chce. Ponadto już przed uwięzieniem deklarował, że za kilka lat chciałby odejść i poświęcić się działalności społecznej. Deklaracji nie zmienił. Tyle że znacznie uszczupliły się jego finanse – wciąż jednak dysponuje znaczną sumą zdeponowaną w bankach zagranicznych, prawdopodobnie wystarczającą nie tylko do zapewnienia wysokiego standardu życia sobie i rodzinie, lecz także rozkręcenia na nowo takiego organizacji, jaką była Otwarta Rosja. Może nawet tej samej – to także byłoby zwycięstwo. Tak czy owak myślę, że z czasem rozkręci jakiś mały (w porównaniu z Jukosem) biznesik, bo trudno mi wyobrazić sobie Michaiła Chodorkowskiego bez tego, co kocha najbardziej – wymyślania projektów i patrzenia, jak jego pomysły się materializują. Chyba że znajdzie to wszystko w sferze edukacyjnej. W końcu czym się różni założenie fabryki od założenia szkoły? Ważne, by funkcjonowała tak, jak sobie założyliśmy. Żeby opierała się na uczciwych filarach i przynosiła wymierne korzyści – niekoniecznie od razu materialne. Czasem satysfakcja bywa największą nagrodą.

Sądzę, że mam powody, by wierzyć, iż droga, jaką obierze Chodorkowski po opuszczeniu łagru, mnie nie rozczaruje. Pewności wszak mieć nie mogę. Pożywiom, uwidim. Oczywiście byłoby mi smutno, gdyby mój bohater nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Daleko bardziej boję się jednak, że nigdy nie będziemy mieli okazji się tego dowiedzieć.


[1] Pozwolę sobie na kilka słów zdziwienia pod adresem wydawcy. Książka wydaje się przetłumaczona poprawnie i przez kogoś, kto zna temat. Nie rozumiem zatem, komu w wydawnictwie strzeliło do głowy, by przy skrócie „ZSRR” dawać przypis głoszący: „Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich”. Primo, nie tak się rozwija ten skrót. Secundo, nie wyobrażam sobie, by ktoś sięgający po książkę o Chodorkowskim nie wiedział, co znaczy ZSRR. Zamiast się wygłupiać, lepiej było się trochę bardziej wysilić i wyjaśnić, kim są choćby Borys Akunin czy Ludmiła Ulicka. Druga sprawa to cytowanie w książce portalu gazieta.ru, podczas gdy wystarczyło raz wklepać adres w internet, by się dowiedzieć, że domena „gazieta.ru” jest na sprzedaż, a portal informacyjny znajduje się pod adresem „gazeta.ru”.

[2] Fundacja realizująca projekty związane z kulturą i edukacją, a także zajmująca się – cytuję za książką –  promowaniem zachodnich standardów demokracji i społeczeństwa obywatelskiego. Chodorkowski w ostatnich latach przed uwięzieniem finansował na szeroką skalę przedsięwzięcia związane przede wszystkim z edukacją młodzieży z biednych rodzin. Po jego aresztowaniu większość instytucji upadła – pozostało jedynie liceum z internatem „Podmoskownyj”. Uczą się tam m.in. dzieci, które przeżyły tragedię w Biesłanie, gdzie podczas próby odbicia szkoły z rąk terrorystów zginęło ponad 300 zakładników, z czego połowę stanowili uczniowie.

Ja, łamistrajk

Gdyby istniał związek zawodowy pracowników branży wydawniczej, nie wstąpiłabym do niego. Gdyby ogłosił strajk, zostałabym łamistrajkiem. A przynajmniej takie myśli rodzi we mnie lektura licznych wypowiedzi na pewnym branżowym forum. Być może się mylę – być może te wypowiedzi są tylko nieprecyzyjne, bo resztę dopowiada się gdzie indziej, na prywatnych spotkaniach, na których mnie nie ma. Albo może każdemu się zdaje, że to zrozumiałe samo przez się. Jeśli jednak brać pod uwagę tylko wypowiedzi z forum, gros z nich sprowadza się do jednego: ceńmy się, nie gódźmy się na stawki poniżej – i tu pada jakaś stawka, na ogół wyższa od tych, które znam – bo ci brzydcy wydawcy tylko czyhają, żeby nas wydoić, a jeśli ktoś się godzi na głodowe stawki, to jest „be” i działa wbrew interesom grupy zawodowej.

Bynajmniej nie jestem zwolenniczką głodowych stawek ani wyzysku zleceniobiorcy przez wydawcę, ale takie stawianie sprawy z pominięciem pewnych zasadniczych kwestii moim zdaniem jest jakąś kosmiczną pomyłką, świadczącą o kompletnym braku zrozumienia zasad powstawania dobrego produktu (lub, co gorsza, obojętności na nie), a także o braku perspektywicznego myślenia.

Nie wyobrażam sobie dobrego produktu stworzonego przez osoby, które traktują siebie nawzajem jak wrogów. Wydanie książki, która będzie dobra pod każdym względem – dobrze przetłumaczona, zredagowana, złożona, z ładną szatą graficzną i dobrą promocją – wymaga współpracy wszystkich osób biorących udział w procesie. Jeśli wydawca myśli głównie o tym, by nająć jak najtańszą siłę roboczą, a zleceniobiorcy o tym, by wynegocjować jak najwyższe honorarium, to przepraszam, ale nic z tego nie będzie. Negocjować można i trzeba, ale nie można mieć na oczach klapek przysłaniających nam książkę, nad którą mamy pracować, wydawcę, który wykłada na nią pieniądze, a pozostawiających jedynie kwestię zarobku. Jeśli wydawca jest nieuczciwy, szukajcie innego. Jeśli uczciwy, powiedzcie mu równie uczciwie, że waszym zdaniem zasługujecie na wyższą stawkę, jeśli zaś dojdzie do wniosku, że nie jest skłonny jej zapłacić, albo się zgódźcie na zaproponowaną, albo pożegnajcie po dżentelmeńsku i szukajcie pracy gdzie indziej. Jeśli wydawnictwa upadną, pracy dla nas nie będzie. Jeśli upadną te uczciwe, a pozostaną takie, które stawiają sobie za punktu honoru wydojenie zleceniobiorców, będziemy musieli pracować dla nich na ich warunkach albo zakładać własne firmy – zobaczymy, jakie warunki będziemy wtedy oferować potencjalnym zleceniobiorcom.

Zatem współpraca na przejrzystych warunkach zamiast okopywania się po dwóch stronach barykady. Co jeszcze? Coś, co w tej całej rozgrywce najwyraźniej się niektórym gubi – sama książka. Przyznaję bez wstydu, ba! – z dumą: jestem skłonna pracować za niższą stawkę, by dostać zlecenie, na którym mi zależy. Nie oznacza to automatycznie, że daję się wyzyskiwać. Współpracując z kilkoma wydawnictwami, przywykłam do tego, że jedne płacą więcej, a inne mniej. Różne są tego przyczyny. Swego czasu pracowałam dla zdziercy, choć na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że nie zdawałam sobie z tego sprawy. Internet nie był wówczas tak popularny, nie było forów i nie miałam z kim porównać wysokości swoich honorariów. Później jednak zdarzyło mi się całkiem świadomie pracować dla wydawcy oferującego dramatycznie niskie stawki, ale z innych przyczyn – małej, ambitnej firmy wydającej fajne, niskonakładowe utwory, której po prostu nie stać na dużo wyższe honoraria. Owszem, osobiście sądzę, że gdyby trochę inaczej nią zarządzano, mogłoby jej iść nieco lepiej, ale tak czy owak w płaconych przez nią stawkach nie ma złośliwości. Wolałam dla niej redagować, niż tłumaczyć, bo finansowo wychodziłam na tym lepiej, lecz kiedy przyszła szansa na przetłumaczenie czegoś, co naprawdę mi się podobało, powiedziałam „tak”. Zrobiłam to dla osobistej satysfakcji, choć myślę, że mój wysiłek zaprocentuje również na niwie zawodowej: inni pracodawcy, sprawdzając nasze portfolio, patrzą przecież nie tylko na liczbę przetłumaczonych książek, lecz także na ich tytuły i nazwiska autorów.

I tu dotykamy sedna sprawy: czy autorzy owych buńczucznych wypowiedzi o stawkach, które ich zdaniem należą nam się jak psu miska, myślą tylko w perspektywie jednego zlecenia? Jeśli dotąd sprawiałam wrażenie niepoprawnej marzycielki, która żywi się powietrzem, wyprowadzę was z błędu. Jest oczywiste, że decydując się uczynić z tego zajęcia swój zawód, a nie tylko, jak na początku, hobby, muszę dbać o interes finansowy. Sama jednak rozważam, ile pieniędzy chcę lub powinnam zarabiać. Zwykle wiem również, ile jest skłonny zapłacić dany wydawca. Jeśli ktoś płaci pięćset złotych za arkusz, mogę uważać, że to za mało, ale nie będę się domagać od razu siedmiuset, bo mi tyle nie da (inaczej – domagać się mogę, zwłaszcza wtedy, gdy mi nie zależy, lecz jeśli z tym wydawcą współpracuję od dawna i jest nam razem dobrze, nie widzę w tym sensu). Mogę zaproponować sześćset i wtedy pewnie stanie na pięciuset pięćdziesięciu. Załóżmy teraz, że inny wydawca, którego jeszcze nie znam, w tym samym czasie oferuje mi siedemset pięćdziesiąt za przetłumaczenie poradnika, który mniej mnie interesuje niż fajna beletrystyczna książka za pięćset pięćdziesiąt u znajomego wydawcy. Na jednej szali kładę fajną książkę, wypróbowanego już wydawcę i 550 zł./a.a. Na drugiej – 750 zł./a.a., mniej fajną książkę i niepewność co do wydawcy – czy będzie się z nim dobrze współpracowało? Czy wypłaci pieniądze w terminie? Czy będzie chciał dalej współpracować? Nie wiem, co bym wybrała – to zależy od detali i od konkretnego momentu – lecz z pewnością stawka nie jest tu jedynym kryterium wyboru. Jest nim także przyjemność z tłumaczenia książki, jej postrzegany prestiż, trudność tekstu, stosunki z wydawcą, perspektywy dalszej współpracy. Czasem warto zaryzykować, czasem lepiej pozostać przy tym, co już znajome. Dobra analiza przesłanek może nam pomóc w podjęciu właściwej decyzji, choć czynników jest tyle, że pewności mieć nie można.

Każdy musi we własnym zakresie określić swoje priorytety, zbilansować możliwości i wymagania. Z pewnością jednak do niczego nie dojdziemy, uważając wydawcę za krwiopijcę, a siebie za święte krowy. Rozbierzmy barykady, bo dla nikogo nie będzie chleba. Rozmawiajmy. Jeśli z kimś nie da się rozmawiać, nie współpracujmy. Bądźmy uczciwi i wymagajmy uczciwości. Bądźmy profesjonalistami i wymagajmy profesjonalizmu. Piętnujmy złych wydawców i złych pracowników. Chwalmy i polecajmy dobrych i uczciwych. Jedziemy na tym samym wózku, który teraz ma wyraźnie pod górę, i jeśli będziemy się szarpać, stoczymy się razem z nim.

Chochoły Szostaka

Sięgnęłam po Chochoły Wita Szostaka zaciekawiona rozbieżnością krążących o tej książce opinii – a to, że wiekopomne dzieło, a to, że bełkot. Początek lektury okazał się mozolny i zrodził obawy, że spędzę nad nią najbliższe pół roku. Potem było już lepiej. Momentami akcja płynęła całkiem wartko i wręcz trudno się było oderwać, acz zdarzały się drastyczne przestoje. Nie chcę przez to powiedzieć, że wartość lektury zależy od wartkości akcji, bo istnieje mnóstwo lektur wartkich, a niewiele wartych. Niewątpliwie jednak trudno zachwycić się książką nudną.

Przesiane przez sito mego umysłu Chochoły nie okazały się ani wiekopomnym dziełem, ani bełkotem. Ich autor – dodać wypada, że to pierwsza książka Szostaka, jaką przeczytałam – rokuje nadzieje na napisanie kiedyś, być może wkrótce, czegoś naprawdę wielkiego. Już ta książka momentami puka do bram panteonu, by jednak w następnym momencie osunąć się w otchłań etnograficznej dłużyzny á la wesele w Bohatyrowiczach. Szczególnie irytujące są opisy posiłków i obyczajów w Domu. Rozumiem, że sama idea chocholego tańca niejako wymaga opisania pewnej stagnacji i zapętlenia w rytuałach, lecz nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że można to było zrobić lepiej, bardziej pojechać Gombrowiczem, którego duch, acz nie litera, nad tą książką się unosi. Któż bowiem tak jak Gombro przeżywał napięcie na linii jednostka – społeczność, któż wyrywał się rozpaczliwie z objęć konwencji, by po chwili odkryć, że popadł w kolejną albo że bez konwencji zgoła istnieć nie może? Któż tak żarliwie i beznadziejnie szukał siebie, próbując się odrzeć ze wszystkiego, co nabyte? Szostakowe opisy są jednak zbyt eleganckie, zbyt dopieszczone, by mimo szczerego podziwu dla jego znajomości kulinariów czytelnik nie ziewnął raz po raz dyskretnie.

Szostak próbował stworzyć powieść totalną i trzeba przyznać, że momentami ocierał się o sukces. Mikrokosmos jako odbicie makrokosmosu (lub odwrotnie), historia rodziny nierozerwalnie spojona z historią miasta, a w domyśle całego świata – zgodnie z maksymą „co w górze, to i w dole”, przywodzi na myśl Sto lat samotności Márqueza – książkę tyleż wiekopomną, co dla mnie osobiście nudną, choć krótszą od Chochołów. Na plus Szostakowi zapisuję to, że jego powieść udało mi się przeczytać w całości; chyba ze względu na tę gombrowiczowsko-mrożkowską nutę, na to szukanie siebie pośród stęchłych rytuałów, mozolne oddzielanie ziarna własnego jestestwa od plew wdrukowanej tradycji. Z kolei w plastycznych opisach architektury domu, gdzie wszystko ma drugie dno, odbija się pisarstwo Tokarczuk, a w opisie budzenia się ze snu widzę leniwe pasaże Cortázara.

Naprawdę jednak zapadły mi w pamięć poszczególne sceny. Scena na stosach, kiedy bohater nagle zaczyna wątpić w tożsamość towarzysza. Dotyk egzystencjalnego – i nie bezzasadnego, jak się później okazuje – przerażenia. Quasi-prorocze sny o innym Krakowie, po którym włóczą się hordy bezdomnych psów. Scena pogrzebu, w którą dopiero Zosia, przybysz spoza domu, wprowadza życie. Fascynacja bohatera zwłokami, jakby przeczuwał, że w rzeczywistości nie żyjemy. Malowidło Łukasza, które woła „król jest nagi!” i przeraża bohatera równie mocno, jak bulwersuje go fakt jego zasłonięcia. Ucieczki do mieszkania Bartka – Bartka, którego nie ma – jak gdyby tylko w nieistnieniu, w nirwanie można było odnaleźć wolność. I końcowe sceny samotności w upadłym mieście – jak gdyby nie istniało nic pomiędzy dusznym rytuałem a pustką. Nigdy nie fascynowałam się zwłokami, lecz pociągały mnie zrujnowane domostwa, slumsy, bo w jakiś niewyjaśniony sposób w takich miejscach bardziej dotykałam życia niż w tym, co ustalone i odpicowane. Niedawno odwiedziłam z aparatem fotograficznym kultowy niegdyś stadion im. Edmunda Szyca, obecnie służący za noclegownię bezdomnych i toaletę kioskarzy z bazaru. Przygnębiające? Może, ale jakie fascynujące! Dla równowagi dodam, że w dzieciństwie bawiłam się głównie na placach budowy poznańskiego osiedla Kopernika. Znajomość Krakowa ogranicza się u mnie do starówki, Wawelu i Kazimierza, więc powieść z pewnością czytało mi się inaczej niż jego rdzennym czy wieloletnim mieszkańcom, choć lokalizację Domu i jego otoczenie z grubsza kojarzę. Wyobrażam sobie jednak, że rozpad i upadek Poznania byłby dla mnie daleko bardziej bolesny 😉

Na koniec wytknę Szostakowi i jego wydawcy żenujące błędy, które w książce pretendującej do miana dobrej, ba, wielkiej literatury nie miały prawa wystąpić. Przede wszystkim występujące tam NAGMINNIE wyrażenie „ubrać coś” zamiast „włożyć”, „założyć”, ewentualnie „ubrać się w coś”. „Ania ubierała luźne sukienki”, „Nikt by masek nie ubierał”, i tak dalej – naliczyłam siedem czy osiem takich przypadków. Wstyd dla pisarza, który skądinąd potrafi ładnie składać słowa, a jeszcze większy dla redaktora i korektora, bo to błąd kardynalny i oczywisty. Tylko proszę, nie mówcie mi, że to krakowski regionalizm, bo już i tak, zęby zacisnąwszy, godzę się na obrzydliwe „rozglądnąć się”, jako że słownik właśnie w takiej roli ów wyraz przytacza – choć i tak uważam, że w pisanej literackim językiem książce, w warstwie narracyjnej, miejsca dlań być nie powinno. Ubrać można choinkę, zawieszając na niej bombki, lecz kiedy przyodziewamy się w sukienkę, to ją wkładamy. Sorry. Jeśli autor uparł się przy tej konstrukcji, uprzejmie przepraszam redakcję, lecz brzmi ona ob-rzyd-li-wie i jest cholernym zgrzytem w strukturze skądinąd ładnie napisanego dzieła. Jeśli Szostak chciał zlokalizować swoją powieść, trzeba było to zrobić poprzez stosowanie małopolskich słówek – nie mam nic przeciwko flizom czy wychodzeniu na pole – a nie przez używanie form uważanych w ogólnopolskiej polszczyźnie za niepoprawne, a w najlepszym razie nieeleganckie. Tak czy owak, sama redakcja także ma co nieco na sumieniu, przepuszczając (albo i produkując) literówki w rodzaju „wnióśł”, „Warszazwa” (na stronie tytułowej!), czy też w jednym miejscu pisząc „z Jean-Lucem”, by kilka stron dalej poprawić się na „z Jean-Lukiem”. Wicie Szostaku, jeśli chcesz pisać wiekopomne dzieła, nie idź dalej tą drogą! Sugeruję jednocześnie wdrożenie poprawek przed kolejnym wydaniem, które – mam nadzieję zarówno ze względu na nieprzyjemne wrażenie pozostawiane przez te niedociągnięcia, jak i na korzystne wrażenie pozostawiane przez resztę książki – kiedyś nastąpi. I czekam na jeszcze lepsze dzieło!

Wit Szostak: Chochoły. Lampa i Iskra Boża 2010.

Science fiction

Wczoraj na grupie czytelniczej sukces. Jakiś czas temu zostaliśmy poproszeni o wybranie jakiegoś opowiadania SF do dyskusji na jednym z przyszłych spotkań. P. zaproponował The Veldt Bradbury’ego, ja dodałam The Bowdler Strain Lovegrove’a i Preemption Charliego Rosenkrantza. Pomyślałam, że dobrze byłoby pokazać osobom, które na co dzień takiej literatury nie czytują, że SF to nie tylko (a tak naprawdę rzadko) Obcy i dużo technologicznego bełkotu. Dziewczyny miały wybrać jedno opowiadanie, ale jakoś po drodze zapadła decyzja, że czytamy wszystkie. Jako że zgłosiły się do mnie po teksty trzy osoby, nie spodziewałam się, że dużo więcej je przeczyta, a tu przyjemna niespodzianka – nasza nieoceniona liderka M. zadziałała, rozdała kopie i  okazało się, że prawie cała sala w sile jakichś dziesięciu osób je przeczytała, a co więcej, żywo nad nimi dyskutowała! Chyba trafiliśmy z tematyką/stylistyką, bo każdej z dziewczyn przynajmniej jeden się spodobał, a już zupełny miód na serce spłynął mi wtedy, gdy jedna powiedziała: „A ja myślałam, że science fiction to jest o robotach”.

Wywiązała się też rozmowa o tym, że mniej kobiet niż mężczyzn pisze SF i że jeszcze nie tak dawno te, które to robiły, większą szansę na sukces miały, ukrywając się pod męskim pseudonimem jak James Tiptree Jr. (tę historię okrasiłam opowieścią o długoletniej korespondencji Ursuli LeGuin z Tiptreem-jako-mężczyzną). Przy okazji dowiedziałam się, że w pierwszych wydaniach powieści Jane Austen nazwisko autorki zastępowała fraza: „by a female author”.

Dziwiono się, że opowiadanie Bradbury’ego ma sześćdziesiąt lat, bo porusza bardzo współczesną problematykę. Jedna z uczestniczek zapytała mnie o polskie tłumaczenie, które chciałaby dać do przeczytania synowi 😉 Zbiór The Illustrated Man doczekał się w Polsce co najmniej dwóch wersji, tej i tej, ale niestety chwilowo żadnej nie możemy znaleźć w domu, choć P. twierdzi, że jedną miał. Natomiast opowiadania Lovegrove’a i Rosenkrantza znajdziemy w zbiorze Kroki w nieznane 2008.

Oddemonizowawszy nieco SF, mogę spokojnie przystąpić do pracy nad planowanym dłuższym wpisem na niniejszym blogu, w którym także o oddemonizowywaniu pewnych zjawisk mowa będzie. Stay tuned!

„P” jak pasja

Sądzę, że każda pasja, podobnie jak przyjaźń i miłość, po trosze jest dziełem przypadku, a po trosze logicznego porządku.  Przypadkiem jest sam fakt zetknięcia się z późniejszym przedmiotem swojej pasji, a także to, że stykamy się z nim w odpowiednim momencie. Kiedy indziej może nie zwrócilibyśmy uwagi na tę osobę, książkę, zespół, zajęci innymi sprawami, zbyt weseli lub zbyt smutni, zbyt lekko lub zbyt poważnie traktujący życie.  Gdy już potencjalny przedmiot naszej pasji wstrzeli się w swój czas, musi jeszcze wystąpić warunek sin equa non – obiekt musi mieć coś, czym nas uwiedzie. Początkowo mogą to być cechy powierzchowne, jak urok osobisty, ładna linia melodyczna, ciekawa historia, lecz jeśli pasja ma trwać, musimy zobaczyć w jej przedmiocie odbicie samego siebie, być może wzmocnione, upiększone, dojrzalsze, a może równie niedoskonałe jak my sami, a przez to jeszcze bardziej do nas podobne.

Jako nastolatka byłam zachłanną słuchaczką muzyki. Zaczęło się od obecnego w radiu i telewizji w latach 80. popu/rocka, potem przyszedł punk, zimna fala, metal, hard rock i blues – z jednej fascynacji rodziła się kolejna, z punka Joy Division, z metalu Led Zeppelin, z hard rocka blues. Słuchało się tych programów, które puszczały daną muzykę, a słuchając ich, przechodziło kolejne wtajemniczenia muzycznej wiedzy. Byłam w trzeciej klasie liceum, gdy Tomasz Szachowski w cyklu audycji bodaj w „Dwójce”, być może nazywającym się Klub Stereo („leciał” codziennie przez cztery lub pięć dni w tygodniu o godz. bodaj 18.30 i w poszczególnych tygodniach prowadziły go różne osoby, które na ogół poświęcały cały tydzień jednemu wykonawcy) zaczął prezentować płyty zespołu Rush. Nagrałam wówczas dwie, bo dwa razy w tygodniu chodziłam na francuski i nie mogłam ;), ale to wystarczyło, żeby mnie zaciekawić. Audycje Szachowskiego trafiły na podatny grunt: z jednej strony prezentowana muzyka była w miarę podobna do tego, co znałam wcześniej (wielbiłam Led Zeppelin i pałałam miłością do Roberta Planta, choć koleżanki śmiały się ze mnie, że jest stary), a z drugiej niosła ze sobą jakiś powiew świeżości. Jako że byłam dość dobra z angielskiego, szybko zauważyłam, że nowo poznany zespół ma do powiedzenia coś więcej niż tylko „I ain’t joking woman, I’ve got to ramble”. W którymś momencie zaczęłam sobie tłumaczyć teksty i wsiąkłam na dobre. Na jak dobre – o tym wtedy, przed dwudziestu paru laty, nawet mi się nie śniło.

Co zabawne – doskonale rozumiem ludzi, którzy nie cierpią Rush. Uważam, że Geddy ma okropny głos i wygląda dziwnie (to samo można powiedzieć o mnie, więc poniekąd sprawdza się teoria lustra). Tyle że ten głos jest jedną z rzeczy, które nadają oryginalności brzmieniu zespołu, podobnie jak głos Davida Surkampa z Pavlov’s Dog czy Burke’a Shelleya z Budgie. Druga rzecz to ta, że Geddy Lee uchodzi (mam nadzieję, że słusznie) za jednego z najlepszych basistów rockowych na świecie, a trzecia – że tych trzech facetów gra razem od 1974 roku, co w zasadzie trudno sobie wyobrazić, ale jeszcze trudniej wyobrazić sobie, że mogłoby dojść do jakiejś roszady. Inna rzeczą, jaką krytycy zarzucają zespołowi, jest zbytnie podążanie z duchem czasu, czyli zmiany stylu w zależności od epoki – od progresywnego hard rocka z rozbudowanymi suitami w latach 70. poprzez przewagę klawiszy w 80. i powrót do surowszych, ostrzejszych rytmów w 90. I o ile rozumiem, że można się na to zżymać, o tyle dla fanki z tyluletnim stażem jest to także zaleta, bo ileż można słuchać grających na jedno kopyto przez pół wieku Stonesów czy Purpli. Mimo wszystkich transformacji duch w muzyce pozostawał ten sam – w dużej mierze dzięki tekstom Neila Pearta, który okazał się postacią nietuzinkową, zachłannym czytelnikiem i domorosłym, acz całkiem ciekawym myślicielem. Z perspektywy czasu nie potrafię ocenić, w jakim stopniu twórczość Rush wpłynęła na moje życie, ale na pewno bez tej trójki (podobnie jak bez wielu innych spotkanych pośrednio lub bezpośrednio ludzi) byłoby ono nieco inne. Nie mam też pojęcia, jak doszło do tego, że uzbierałam sporą kolekcję rzeczy związanych z zespołem, bo nigdy nie miałam zapędów kolekcjonerskich, a wręcz jestem minimalistką – lubię mieć tylko to, co jest mi naprawdę potrzebne lub bardzo dla mnie ważne. Ponieważ ostatnio na blogu snułam jakieś rozważania, które mogły, ale nie musiały nikogo zainteresować, postanowiłam tym razem wrzucić trochę mięsa w postaci zdjęć przedmiotów z mojej uzbieranej mimochodem kolekcji.  W końcu internet jest nie tylko do czytania, ale też do oglądania.

Obecnie na kasetach mam tylko bootlegi i różne rarytasy, ale początkowo zgromadziłam na nich wszystkie wydawnictwa zespołu. Część nagrałam z radia, a kiedy na początku lat 90.  zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu wypożyczalnie/przegrywalnie płyt CD (dla osób nieco młodszych to abstrakcja, lecz wtedy nie było jeszcze ustawy o ochronie praw autorskich), uzupełniłam swoją kolekcję w takich przybytkach – szczególne dzięki dla Roberta, który prowadził wypożyczalnię przy ul. Św. Marcin, mniej więcej w miejscu obecnego Omnibusa, i miał większość, jeśli nie wszystkie płyty Rush. Korzystałam też z usług Lasera 66 na Głogowskiej, wypożyczalni na pięterku przy ul. 28 grudnia (nazwy nie pomnę) i jeszcze jednej, znajdującej się albo przy Dąbrowskiego, albo którejś z jej przecznic. Tę ostatnią przegrywalnie wspominam z mniejszym sentymentem, bo podczas nagrywania dla mnie płyty Simple Minds ewidentnie  przeskakiwał im kompakt.

Ponieważ nie było wówczas internetu, dostęp do źródeł na temat ulubionego zespołu był trudny. Rynek płytowy już się nasycił, więc jeśli miało się dość kasy, można było zacząć gromadzić oryginalne albumy (ja kupiłam kompakt Foniki w 1991 roku, a pierwszą płytą, jaką nabyłam – dzień wcześniej – była Moving Pictures wiadomego zespołu), natomiast dostęp do bibliografii, artykułów i temu podobnych był trudniejszy. Ba, nawet zdobycie tekstów stanowiło pewien problem, acz czasem panowie z przegrywalni godzili się na wyniesienie okładki płyty do ksera, jeśli się im zostawiło coś w zastaw. Bardzo pomocna okazała się wówczas firma „Rock Serwis” Piotra Kosińskiego, który nie był jeszcze znanym (przynajmniej ogólnopolsko) radiowcem, tylko facetem publikującym pisane na maszynie książeczki z tekstami oryginalnymi i tłumaczonymi na polski, a także disco- i biografie zespołów. Teraz „Rock Serwis” znany jest przede wszystkim jako ambitny internetowy sklep płytowy, ale współorganizuje też koncerty i wciąż prężnie działa na rynku dobrej muzyki.

W końcu tak się rozochociłam, że postanowiłam zorganizować w zaprzyjaźnionym lokalu zlot fanów zespołu. Na ulotce nie ma niestety informacji, który to był to był rok (sądzę, że 1994), ale musiałam być bardzo młoda, skoro porwałam się na coś takiego. Na szczęście zjawiło się tylko kilka osób, parę miejscowych i czwórka z Wałbrzycha, i spotkanie wyszło nawet nieźle, a z częścią obecnych na nim osób długo utrzymywałam kontakt. W prowadzeniu spotkania pomógł mi Jacek, kolega z akademickiego radia Afera, w którym udzielałam się przez większośc lat 90., a potem przez chwilę na początku nowego wieku.

Raz nawet udało mi się załatwić od firmy Warner Poland CAŁĄ płytę Test for Echo! Nie mogę uwierzyć, że byłam tak śmiała, ale najwyraźniej pasja uskrzydla. Musiałam im w zamian obiecać, że tytułowy utwór znajdzie się na naszej radiowej playliście, czyli liście obowiązkowo granych ileś razy w tygodniu utworów, a najlepiej jako powerplay, czyli ten grany najczęściej. Złożyłam tę obietnicę nieco na wyrost, gdyż byłam tylko szeregową członkinią redakcji muzycznej, ale udało mi się przekonać kolegów, a playlistę zachowałam na pamiątkę.

Z czasem zaczęłam prowadzić korespondencję z fanami z zagranicy, a także sprowadzać dwa istniejące wówczas fanziny poświęcone twórczości zespołu. Dysproporcje między złotówką a zagranicznymi walutami były wówczas większe niż dziś, ale jakoś wysupłałam pieniądze na prenumeratę amerykańskiego „A Show of Fans”. Z czasem popełniłam nawet jeden, a może więcej tekstów do tego pisma.

Powyżej ten jeden, który popełniłam na pewno. Oczywiście wiecie, że po kliknięciu obrazek otwiera się w większym rozmiarze, a potem można go jeszcze powiększyć? Tak czy owak część mnie ma nadzieję, że się nie doczytacie, co tam pod koniec pisałam. Teraz nigdy nie napisałabym o kimś, że jest prostytutką, bo puszcza disco w radiu dla pieniędzy. Nie chcę powiedzieć, że sama bym to robiła. Po prostu rozumiem, że ludzie znajdują się w różnych życiowych sytuacjach i to, co robią, to wyłącznie ich wybór. Ale młodość jest gniewna. Myślę, że po prostu się bałam, iż sama nie dochowam wierności swoim ideałom, i dlatego tak zaciekle krytykowałam tych, którzy – jak mi się zdawało – od nich odeszli. A przecież moje ideały nie musiały być ich ideałami, z pewnością zaś ich życie nie było moim i nie miałam żadnego prawa ich oceniać. Oceniać mogę jedynie siebie i staram się, żeby ta ocena wypadała pozytywnie.

Drugi „rushowy” fanzin, „The Spirit of Rush”, wychodził w Anglii. Prenumeratę tego wyłudziłam, nie pamiętam, czy w ramach wymiany za mój minifanzin, o którym poniżej, czy pod pretekstem działalności radiowej. Tam też popełniłam jeden dłuższy tekst, który możecie znaleźć w podsekcji On Neil Peart and Ayn Rand sekcji English niniejszego bloga. „A Show of Fans” przestał istnieć, gdy rozwiedli się Steve i Mandy Streeterowie, którzy go prowadzili. Parę lat później zmarł nagle Mick Burnett i „Spirit” także się rozpadł. Zresztą w tamtym czasie całe fanzinowe życie przeniosło się już do internetu…

Ale zanim jeszcze tak się stało, zorganizowałam mój własny minifanzin, właściwie bardziej newsletter, dla polskich fanów. W punkcie szczytowym miał kilkunastu czytelników, ale pisano do nas nawet z zagranicy! Prawie każdy czytelnik był jednocześnie współautorem zinu – pisał artykuły czy choćby listy, tłumaczył teksty. A tak naprawde fanzin powstał dlatego, że wymyśliłam dla niego nazwę – „Realms Beyond the Night” – i uważałam, że jest to tak fajna nazwa, iż musi zaistnieć coś, co będzie ją nosiło. Tytuł, rzecz jasna, był cytatem z Rush, a konkretnie z utworu 2112:

I wandered home through silent streets
and fell into a fitful sleep
Escaped to realms beyond the night
Dream, can’t you show me light?

Działającego gramofonu już wówczas nie miałam, ale gdy w roku 2000 buszowałam po zagranicznych sklepach z używanymi płytami, zapragnęłam sprawić sobie kilka analogów zespołu. Poniżej zamieszczam zdjęcie Hemispheres (większość albumów Rush, także tych jednopłytowych, miała otwierane okładki), na którym znalazł się charakterystyczny obrazek mózgu (nie ma go na kompakcie), bardzo kojarzący mi się z tym, co wieeeele lat później umieścił na swojej płycie zespół Tiles. Oczywiście możecie powiedzieć, że mózg to mózg, tak samo pofałdowany i tak dalej, ale biorąc pod uwagę fakt, iż muzycy Tiles ochoczo się przyznają do wpływu Rush (aczkolwiek pod pewnymi względami uczeń przerasta mistrza, bo na przykład Paul jest moim zdaniem znacznie lepszym wokalistą niż Ged), można mieć podejrzenia. Tak czy owak, obie płyty warte wysłuchania i to nie jednokrotnego.

Czy nadal darzę Rush takim uwielbieniem jak kiedyś? Na to pytanie nie da się odpowiedzieć przynajmniej z jednego powodu – nie wiadomo, co znaczy to „kiedyś”. W różnych okresach moja fascynacja przybierała różne formy. Nie wiem, czy dziś chciałoby mi się jechać na koncert do Pragi, spędzając dwie noce z rzędu w pociągach/samochodach (podziękowania dla pana z Głogowa, który zabrał nas na stopa z powrotem, bo inaczej tkwilibyśmy w Pradze do rana – tak, wiem, że Praga jest piękna, ale nie, gdy ma się za sobą jedną nieprzespaną noc i w perspektywie kolejną), ale gdyby nawet taki koncert się odbył i gdybym na niego nie pojechała, mam już w życiorysie jeden koncert Rush, a chęć przeżycia kolejnego siłą rzeczy nie jest tak wielka jak chęć zobaczenia zespołu po raz pierwszy – i być może ostatni. Kiedy wyjdzie nowa płyta zespołu (który na szczęście wydaje je teraz dość rzadko), na pewno ją kupię. Składanek, diwidików i tym podobnych już nie gromadzę. Wciąż jednak Rush stanowi bardzo ważną część mojego życia, jak dobry przyjaciel, od którego wiele się nauczyłam, który w trudnych chwilach pocieszał i pomagał znaleźć drogę. I oczywiście nie jest tak, że mam tylko tego jedynego przyjaciela. Nawet w świecie muzyki, choć żadnemu artyście nie poświęciłam tyle czasu i miejsca na swoich półkach, istnieją inne bardzo ważne dla mnie postacie. Zwłaszcza jedna. Kiedyś o niej napiszę.

Tymczasem kończę ten przydługi wpis, licząc na to, że nie znudziłam Was śmiertelnie. Kto wie, może nawet posłucham sobie Rush na dobranoc?

Tom Sawyer
YYZ
Overture/The Temples of Syrinx from 2112
The Trees

Driven
Body Electric