Category Archives: wolność

Jedna jest tylko racja

Taka myśl na dziś: im bardziej jesteśmy wychowywani w systemie „Jedna jest tylko racja i to jest moja racja” (co najczęściej przybiera formę „Rodzic/wychowawca ma zawsze rację, a ty jesteś głupi”), tym bardziej w dorosłości kierujemy się przekonaniem, że dwie racje nie mogą współistnieć. Jeśli ja nie narzucę ci swojej racji, ty narzucisz mi swoją, więc po prostu nie mogę się zgodzić, żebyś miał swoją rację, bo ona mi zagraża. Coś o tym wiem, bo całe życie borykam się z poczuciem, że czyjaś racja mi zagraża i że muszę mu udowodnić (a w ostateczności narzucić, choć to się zwykle wiąże ze strachem, że jednak ten stłamszony wyrwie się na wolność) swoją, bo inaczej on mi zabierze moją. Niestety nie wszyscy są zdolni do autorefleksji, nie wszyscy mają na nią siłę lub chęć, nie wszystkim pokazano, że można inaczej, stąd tyle osób czujących, że ktoś inny nie może żyć i myśleć tak, jak chce, bo im to zagraża. Mam wrażenie, że ten problem się ostatnio nasilił, a może po prostu ci ludzie zaczęli się zbierać w grupy i teraz rzeczywiście czują, że mają możliwość narzucania. Ale to się zawsze wiąże z dwiema niedogodnościami. Po pierwsze, grupa nigdy nie myśli dokładnie jak ty, więc choć początkowo przyciągnęło cię do niej jakieś podobieństwo, z czasem zaczynasz przyjmować jej dyskurs, a twój własny gdzieś się zaciera albo zostaje wyparty. Po drugie, żyjesz w ciągłym strachu, ciągłym poczuciu, że musisz walczyć, bo zagrażają ci wszystkie cudze racje, wszystkie inne narody, religie, mentalności. Więc tak ogólnie mam wrażenie, że praca nad sobą w zakresie uznawania inności jest bardziej satysfakcjonująca i rozwijająca, choć trudna.

Reklamy

Niedoemancypowani

Tyle się mówi o seksizmie w kontekście dyskryminacji kobiet, a tak mało o tym, co stereotypizacja ról robi mężczyznom (i co w dalszej kolejności szkodzi także kobietom, podobnie jak wtłaczanie kobiet w niezdrowe ramy szkodzi mężczyznom, bo przecież żyjemy razem, jeśli nie w domu, to w społeczeństwie). Niedawno przeczytałam na blogu pewnej pani artykuł  o tym, jak to biedne, „niedoruchane” dziewczyny męczą się z facetami, którzy nie chcą z nimi spać.

Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby w tym tekście zamienić płcie rolami. Jaka awantura by wybuchła, że kobiety mają prawo to robić, kiedy i jeśli chcą, a jak się facetowi nie podoba, to niech chodzi do burdelu, bo widać do związku nie dojrzał. I w ogóle męska opresja itd., itp. Wygląda na to, że w drugą stronę to nie działa – mężczyzna ma być ogierem, który zaspokaja kobietę wtedy, kiedy ona ma na to ochotę.

Jeden wielki seksistowski bullshit.

Mężczyzna – podobnie jak kobieta – ma prawo mieć niskie libido, ma też prawo być aseksualny. Niestety w naszej kulturze „być mężczyzną” oznacza być zawsze gotowym i chętnym. Jeśli ktoś nie pasuje do tego schematu, jest wykpiwany, a najczęściej także totalnie zakompleksiony, bo kupuje te bzdury o męskości i o tym, że coś z nim nie tak. Dostrzegacie tę dysproporcję? Kobietom wolno się kochać, kiedy i jeśli chcą, z kim chcą i jak chcą, ale mężczyznom nie – oni muszą!

W moim odczuciu osób aseksualnych lub o libido niższym niż to, które można by uznać za normę na bazie filmów, książek czy opowieści przy piwie, jest mnóstwo. Warto też wspomnieć, że pojęcie aseksualności bywa rozumiane rozmaicie. Bynajmniej nie oznacza impotencji (choć prawdopodobnie tej etykiety najbardziej boją się faceci), nie musi też oznaczać braku zainteresowania seksem. Wiele osób określających siebie jako aseksualne stosuje ten termin w opozycji do hetero/homoseksualności: nie pociągają ich ani mężczyźni, ani kobiety. W ogóle nie pociągają ich ludzie. Nie wyklucza to jednak aktywności seksualnej, bo zwykle są to osoby sprawne fizycznie w tym względzie i podobnie jak inni zdolne do czerpania przyjemności z orgazmu[1].

W jednym zgadzam się z autorką: jeśli istnieje znaczna dysproporcja w tym względzie, para albo powinna się rozstać, albo poszukać jakiegoś sposobu na kompensację dla osoby, której brakuje seksu w związku. Tyle że do tego ostatniego potrzebna jest otwartość, której – jak z artykułu wynika – owi mężczyźni nie prezentują (nie chcą rozmawiać, obrażają się, udają, że nie ma tematu). Zamiast jednak sarkać, że nasz facet to duży dzieciak, zadajmy sobie pytanie, czy same jesteśmy całkiem w porządku. Czy zamiast wysyłać faceta na terapię, nie powinnyśmy zacząć od uznania jego prawa do odmienności? Czy miarą naszej dojrzałości nie byłoby powiedzenie: „Słuchaj, nasze potrzeby seksualne się rozmijają, może jednak nie jesteśmy dla siebie stworzeni?”. Sugerowanie, że problem leży po drugiej stronie, zawsze obnaża naszą słabość, niezdolność do wzięcia części odpowiedzialności za sytuację – albo za uznanie, że sytuacja jest, jaka jest, bez niczyjej winy. Związki czasem się nie udają. Początkowo ludzie są bardziej skłonni do robienia tego, co lubi druga osoba. Są zakochani, chcą się przypodobać. Potem, gdy przysłowiowa adrenalina opada i bycie razem staje się codziennością, woleliby po prostu być sobą. Czasem obie strony potrafią się w tym odnaleźć, czasem nie.

Nie krzywdźmy siebie. Pogódźmy się z tym, że nikt nie ma obowiązku być taki jak druga osoba – również w sferze seksualnej. Jeśli nie można inaczej, zwróćmy sobie wolność bez oskarżeń. A jeśli chcemy pomóc naszemu facetowi, to owszem, namawiajmy go na wgląd w siebie, polecajmy wizytę u psychologa – ale nie dlatego, że coś jest nie tak z jego sferą seksualną, tylko dlatego, że tkwi zawieszony między swoją tożsamością a wymaganiami społeczeństwa. Polecajmy mu terapię, by mógł być sobą bez poczucia winy. Nie leczmy go z „obniżonej” seksualności, bo to równie wstrętne jak leczenie z homoseksualności – pomóżmy mu wyleczyć się z kompleksów, z niepewności, z przekonania, że jest z nim coś nie tak.

To się powoli zmienia, ale mężczyźni wciąż są daleko w polu za kobietami, jeśli chodzi o wyzwalanie się z maskulinistycznych konwenansów, uświadamianie sobie swojej tożsamości i uczenie się żyć po swojemu bez kompleksów. Na zasadzie Paragrafu 22 działa tu stereotyp, że prawdziwy mężczyzna musi być silny – stereotyp, który nie tylko odpycha mężczyzn od gabinetów psychologów, ale i skłania do wypierania ze świadomości własnych dylematów. Oczywiście to też stereotyp. W wielu wypadkach jest inaczej, niemniej wydaje mi się, że w przekroju całego społeczeństwa, przynajmniej polskiego, samoświadomość kobiet (świadomość swoich praw, potrzeb, emocji, swojego ciała) jest znacznie wyższa niż samoświadomość mężczyzn. Jeśli więc czytają to mężczyźni, zapewniam, że zastanawianie się nad sobą Was nie zabije i że póki nikogo nie krzywdzicie, możecie być tacy, jacy jesteście – a jeśli wydaje Wam się, że krzywdzicie, nie uciekajcie przed tym, tylko poszukajcie rozwiązania, najlepiej wespół z tą osobą. Jeśli zaś czytają to kobiety, apeluję o to, żeby w ocenianiu mężczyzn unikały seksistowskich klisz, przed którymi same tak się buntują.

 

[1] Jako że może to być konfundujące, zamieszczam link do bloga o aseksualności (zwracam szczególną uwagę na rozróżnienie między pożądaniem [sexual attraction], czyli tym, że pociąga nas jakaś osoba, a libido, czyli popędem seksualnym w ogóle).

Wychodzę na chwilę

IMG_7649

Jest taka sprawa, że nabyłam lustrzankę. Jest też taka sprawa, że umiejętności związane z jej używaniem nie rodzą się automatycznie w głowie i w oku, co może nie było dla mnie szczególnym zaskoczeniem, ale przyczyną pewnej frustracji i owszem. Na szczęście kilka zaledwie dni po tym, jak nabytek wylądował w mych rękach, zostałam pocieszona przez posiadacza podobnej zabawki, niejakiego Prezesa, że jemu też początkowo zdjęcia wychodziły gorsze niż z idiotencamery i dopiero po pół roku zaczęły jakoś wyglądać. Dodam, że „jakoś” w jego przypadku znaczy „naprawdę nieźle”.

No więc ćwiczę. Ćwiczę namiętnie. Tak namiętnie, że współmałżonek wertuje encyklopedię zdrowia w poszukiwaniu odpowiedniej jednostki chorobowej. Już wcześniej wprawdzie zdarzało się, że po powrocie z zakupów rzucałam siatki w korytarzu, wołałam „Wychodzę na chwilę!”, brałam aparat (mój wcześniejszy model, o którym zaraz) i zbiegałam przez park nad Wartę, by obfotografować zachód słońca. Czasem nawet nie było trzeba wracać z zakupów – wystarczyło światło odbijające się w oknach przeciwległego bloku.

IMG_6656

Mój poprzedni aparat, właśnie. Choć „poprzedni” to jednak krzywdzące określenie, bo z racji mieszczenia się w torebce nadal bywa w użyciu i podejrzewam, że nie rozstanę się z nim na dobre. Nie był pierwszy, ale był moją pierwszą cyfrówką, i choć można robić na nim automatycznie wszystko, od początku zawzięłam się, żeby ustawiać ręcznie, co tylko się da. Podobnie zresztą robię z nowym, co oczywiście nie jest optymalnym wyjściem, bo niemal przy każdym ujęciu trzeba zmieniać ustawienia (i przeważnie wykonać kilka zdjęć, nim się znajdzie jakieś w miarę dobre), a nie zawsze jest na to czas. Uparłam się jednak, że chcę jak najwięcej się nauczyć, a czas na tryb automatyczny czy półautomatyczny przyjdzie potem.

Poprzednim aparatem fotografowałam kilka lat i wiele się nauczyłam, choć może po moich zdjęciach tego nie widać 😉 Dużo z tej wiedzy przydaje mi się teraz, gdy mam nowy, też zresztą Canona, więc i rozkminienie teorii okazało się łatwiejsze. Praktyka to całkiem inna para kaloszy, ale mam na nią całą resztę życia. Jedna natomiast rzecz z czasem coraz mocniej mi doskwierała, mianowicie aparacik ów nie dawał możliwości własnoręcznego ustawienia czasu naświetlania i przysłony. Można było dać mu do zrozumienia, czego dusza pragnie, manipulując ISO i przełącznikiem makro/normalne/pejzaż, ale o uzyskanie wymarzonego efektu było trudno. A kusiły mnie choćby zdjęcia nocne.

IMG_7723

Długo się przymierzałam do zakupu nowego aparatu. Mając niewielką wiedzę (bo tej nabywa się dopiero w praktyce, o czym zdają się nie pamiętać różni mądralińscy z forów fotograficznych), nie umiałam określić, jaki aparat będzie dla mnie dobry, a każdy doradzał co innego. W końcu wybrałam najprostsze rozwiązanie: oto ktoś zapytał fotografa publikującego fajne zdjęcia na fejsie, jakiego używa sprzętu, a on odpowiedział: „Nie specjalnego, Canon taki a taki, obiektyw taki a taki”. Postanowiłam, że taki właśnie aparat kupię. Skończyło się na nowszym modelu, bo tamtego nie było już w sprzedaży. Okazało się zresztą, że to aparat dość popularny wśród moich znajomych. Na drugi obiektyw wciąż pracuję, na razie używam standardowego 18-55mm, który nieźle nadaje się do pejzaży, natomiast trudno robić nim zdjęcia czegoś, co nie chce pozować ni podejść, np. ptaszków. Upatrzyłam już sobie nawet obiektyw 55-250mm, ale pomijając aspekt finansowy, chcę na razie trochę poćwiczyć na tym, który mam. Czasem się wściekam – ot, choćby podczas wczorajszej wycieczki rowerowej, gdy przyuważyłam kokoszkę wodną w Parku Sołackim, a na Rusałce kaczkę z małymi – ale czuję, że jeszcze nie czas na dokładanie kolejnego przedmiotu w tej mojej fotoszkole, bo i bez tego daleka jestem od jakiegokolwiek ogarniania. Uczę się cierpliwości – zdarza mi się pojechać rowerem nad Maltę o zachodzie słońca, znaleźć fajną miejscówkę, rozstawić  statyw, zmarznąć, a po powrocie do domu stwierdzić, że mam może jedno znośne zdjęcie. Najgorsze, że torturuję znajomych z Facebooka swoją twórczością, czasem nawet tą słabszą, bo jakoś nie mogę się pogodzić z tym, że wieczór poszedł na marne.

Inna rzecz, że dziś wiele osób przegląda internet na komórkach, gdzie nie zawsze da się odróżnić dobre zdjęcie od niedobrego, co może być pewną pociechą w przypadku tych gorszych, za to w przypadku lepszych frustruje. No i algorytmy fejsa, które arbitralnie decydują, co komu pokazać, a co nie.

IMG_7829

Tak więc odkrywam, że pod wieloma względami fotografowanie przypomina pisanie – namęczysz się, a pies z kulawą nogą tego nie doceni. Tyle tylko, że przynajmniej omiecie wzrokiem, a to i tak więcej niż w przypadku twórczości literackiej czy choćby tego wpisu. Ale chwilowo nowe hobby przysłania mi większość starych, co w jednych przypadkach mnie martwi, a w innych cieszy. Besztam się na przykład za to, że rzadko biegam, natomiast brak pisania mnie wręcz raduje, bo niepublikowana twórczość powoli przestawała mieścić się w szufladzie. W szufladzie mojej cierpliwości, that is. Spieszę jednak zapewnić, że nie z powodu frustracji zaprzestałam pisania. Na pewno kiedyś doń wrócę, choćby i za dwadzieścia lat. Tylko to bieganie… no dobra, może dzisiaj się uda, bo pogoda mało fotograficzna.

W każdym razie nie zanosi się na to, żebym w najbliszej przyszłości przestała wrzucać na fejsa zdjęcia, w nadmiernej być może liczbie. Mam nadzieję, że nie stanie się to dla nikogo powodem wyłączenia mnie z feedu. A współmałżonek pewnie jeszcze nie raz usłyszy „Wychodzę na chwilę!” i będzie doskonale wiedział, że nie ma się mnie spodziewać wcześniej niż za godzinę.

Chciałabym kiedyś robić dobre zdjęcia. Trzymajcie kciuki.

IMG_6863

IMG_7413

Nowy Rok, nowe wyzwania

IMG_5196.jpg

Lądek Zdrój, 1 stycznia 2016

Rankiem 1 stycznia w Lądku (tak, tym Lądku), spadł śnieg. W Poznaniu również, o czym dowiedziałam się chwilę później. To będzie dobry rok, a przynajmniej nie tragiczny. Jest zbyt pięknie, by ktokolwiek mógł to zabić.

Wczoraj wieczorem, wróciwszy do domu, „zastaliśmy” na termometrze 13 stopni. Wewnątrz, rzecz jasna, bo na zewnątrz było prawie tyle samo na minusie. Dziś przynajmniej wiatr przestał dąć, więc udałam się na tradycyjny spacer nad Wartę i oto, co ujrzały me oczy.

IMG_5217IMG_5227IMG_5228

Wszystkiego dobrego w 2016! Żyjcie jak dotąd, a w każdym razie nie gorzej, bądźcie dobrzy dla przyjaciół i bliskich, a w szczególności dla siebie. Na wrogów nie plujcie, ale się ich nie lękajcie. I niech Wam przyświeca motto profesora Bartoszewskiego: „Warto być przyzwoitym, choć się nie opłaca. Opłaca się być świnią, ale nie warto”.

Atraktory

Z natury skłaniam się ku poglądom umiarkowanym i wszelka skrajność budzi we mnie lęk. Może dlatego Mini wykłady o maxi sprawach Leszka Kołakowskiego doczytałam tylko do połowy, bo prawie zawsze się z nim zgadzałam i zrobiło się to nudne.

Zdarza się jednak, że pod czyimś wpływem przechodzę krótkotrwałą fascynację jakąś ideą. Kiedyś napisałam, że uwodzą mnie idee, ale tak naprawdę robią to ludzie – czasem ktoś, kogo znam, czasem pisarka czy muzyk. Trudno mi przejść obojętnie wobec wyrazistych osobowości – najczęściej budzą we mnie albo miłość, albo niechęć i opór. Trochę mnie to wkurza, że jakaś jednostka potrafi tak na mnie wpłynąć. Pocieszam się, że gdyby naprawdę doszło do sytuacji, w której miałabym pod wpływem idola zrobić coś złego, cofnęłabym się przed tym, ale stuprocentowej pewności mieć nie mogę, bo takie rzeczy nie dzieją się skokowo, tylko płynnie – zaakceptujesz jedno, drugie, trzecie i niepostrzeżenie znajdujesz się po drugiej stronie.

Chciałam napisać, że na szczęście nie wybieram sobie do tej fascynacji osób naprawdę niebezpiecznych, ale to też nie takie proste. Ktoś może mieć dobre serce, a być owładnięty jakimiś poglądami, które mnie (na trzeźwo) wydają się przerażające. Natomiast osoby umiarkowane, stonowane, mądre rzadko bywają charyzmatyczne. Ale to nie jest ich wada. Raczej moją jest wadą, że daję się uwieść charyzmie zamiast mądrości i empatii. I jeśli chcecie wiedzieć, to właśnie staram się to zmienić. Pewnie nigdy nie uda się w pełni, bo charyzma nie byłaby charyzmą, gdyby nie działała, ale trochę przefiltrować emocje przez rozum nie zawadzi.

Nie, żebym była jakimś wyjątkiem, bo o takim ścieraniu się idei pisze na przykład Greg Egan w opowiadaniu Niestabilne orbity w przestrzeni kłamstw. Wielu z nas niejednokrotnie zmieniało poglądy, a później wracało do wcześniejszych lub zmieniało je na jeszcze inne. Może jedyną różnicą jest moja świadomość, jak wielką rolę w moich fluktuacjach ideowych odgrywają poszczególni ludzie. Których niniejszym pozdrawiam, bo jak widać – nic bardzo złego mi jeszcze nie zrobili :p

https://i1.wp.com/d.gr-assets.com/books/1287341765l/156783.jpg

Selekcja nienaturalna

Od wczoraj burza w mojej głowie. Oto bowiem czytam w artykule z „Newsweeka”, traktującym o pierwszych przybyłych do Polski uchodźcach syryjskich, słowa następujące: „Dokładnie sprawdziliśmy, kim są członkowie wytypowanych rodzin, jakie mają powiązania i życiorysy. Przez jakiś czas ich telefony były na podsłuchu, weryfikowaliśmy ich świadectwa chrztu, by mieć pewność, że to chrześcijanie. Także księża znający ich od lat poświadczyli za nich i zapewnili, że reprezentują te same wartości, co my – mówiła Miriam Shaded założycielka i prezes zarządu Fundacji Estera” [podkreślenia moje – IMG].

Burza, bo do tej pory uważałam, że skoro fundacja zaproponowała rządowi polskiemu sfinansowanie przyjazdu grupy chrześcijan, ten ze względu na dobro uciekających przed wojną ludzi słusznie się zgodził. Uchodźcy przydzieleni przez UE i tak z czasem zaczną przyjeżdżać, a ci pierwsi po prostu przetrą szlaki. Dopiero po tym artykule zrozumiałam, jak błędna była współpraca rządu z prywatną fundacją w tej sprawie – przy całym zrozumieniu faktu, że został postawiony w trudnej sytuacji, bo przecież chcemy pomagać. Ta historia coraz mniej przypomina przyjmowanie uciekinierów, którzy nie mają czasu do stracenia, a coraz bardziej przyjmowanie osób wybranych w trakcie starannej i kosztownej selekcji w oparciu o zasady, którymi się brzydzę.

Szokuje mnie beztroska, z jaką pani Shaded przyznaje się do inwigilacji wyselekcjonowanych osób. (O ile, rzecz jasna, te słowa naprawdę zostały wypowiedziane. Zakładam jednak, że tak, skoro przez cztery dni od ukazania się artykułu ich nie zdementowała). Przyjmujemy uchodźców z krajów ogarniętych wojną, by mogli żyć w miejscu, w którym szanowane są prawa człowieka, a ona jak gdyby nigdy nic opowiada, że łamała te prawa podczas wyboru kandydatów. Rozumiem, że fundacja to jej prywatny folwark, ale Polska już nie.

Im dłużej myślę o tej „aferze podsłuchowej”, tym bardziej jest ona dla mnie tajemnicza. Kto konkretnie dokonywał podsłuchów? Zorganizowanie takiej akcji przez prywatną fundację wydaje mi się niewykonalne, zorganizowanie jej przez rząd innego kraju (Polski) raczej niemożliwe, więc najbardziej prawdopodobny wydaje się rząd Assada i to, że podsłuchuje rutynowo swoich obywateli (albo osoby starające się o wyjazd), a Fundacja Estera jakoś do tych podsłuchów (albo zebranych dzięki nim informacji) dotarła (legalnie? nielegalnie? w zamian za co?). Jeśli zaś szefowa fundacji kłamie o podsłuchach, świadczy to o niej równie źle, bo oznacza, że uważa je za coś chlubnego.

Dalej sprawa weryfikacji świadectw chrztu. Nie przeszkadzało mi, że w pierwszej kolejności przyjadą chrześcijanie, ale nie myślałam, że będą selekcjonowani w tak paranoidalny sposób. Oczywiście, że „uchodźczy” charakter uchodźców powinien być weryfikowany, ale tym powinny się zajmować unijne i rządowe instytucje, a nie działająca po partyzancku prywatna fundacja we współpracy z duchownymi i Bóg/Allach/Budda* wie kim jeszcze. Pomijając aspekt etyczny, pamiętajmy, że na wszystkie te rzeczy idą pieniądze, które mogłyby posłużyć tu, w Polsce, na pomoc uchodźcom przydzielonym przez Unię.

Nie wyobrażam sobie, aby polski rząd nie ustosunkował się do tej sprawy. Jeśli powie wyraźnie: „Nie wiedzieliśmy o tym i w takiej sytuacji nie chcemy dalszej współpracy z fundacją”, spróbuję uwierzyć, choć widzę na horyzoncie bałagan z osobami już sprowadzonymi. Może nie taki duży, skoro fundacja opłaca ich pobyt do czasu rozpatrzenia wniosków o azyl (chyba że się obrazi i przestanie), ale znowuż w razie odrzucenia wniosków, a w przypadku części osób może tak być, zrobi nam się tu kolejne małe piekiełko.

Ale w oczach osób, które uciekły przed grozą wojny, wszystkie nasze polityczno-humanistyczne spory wyglądają pewnie jak kłótnia dzieci, której przyglądają się ze strachem, bojąc się, że jej wynik może mieć wpływ na ich los. Chcę wierzyć, że organy decydujące o przyznaniu statusu uchodźcy są niezawisłe i zadecydują w oparciu o wszystkie dostępne przesłanki. Zależy mi jednak na tym, żeby ci ludzie nie czuli się odrzuceni przez polskie społeczeństwo i żeby wiedzieli, o co chodzi w tej awanturze. Dlatego, choć może to zarozumiałe, zwrócę się teraz bezpośrednio do nich. Uwaga, przechodzę na lenguydż.

Dear Refugees,

I’d like to welcome you to our country and I hope you will be permitted to stay here and help us build a peaceful society that respects rights of all humans regardless of nationality, color or creed. Precisely because of those values, however, we cannot tollerate the attitude of the Estera Foundation, whose president without any shame admits that in order to select „the right people” for the trip to Poland, they tapped your phones and eavesdropped your private conversations. This is a serious violation of human rights and should never be done in the name of law.

Thus, remember that the protests against Estera are not directed at you and that most people here empathize with you and wish you well.

—–
* Niepotrzebne skreślić.

Przed chwilą portal gazeta.pl przytoczył słowa, w których Miriam Shaded jednak dementuje swoją rzekomą wypowiedź, twierdząc, że to „pomyłka redakcji albo jej przejęzyczenie”. Chcę wierzyć, że to prawda – jeśli tak, to szkoda, że potrzeba było aż czterech dni na usłyszenie tych słów. Tekst zostawiam ku przestrodze dla wszystkich.

Moja niepoprawność

Myślę sobie tak wieczorowo o tych wszystkich -fobiach i -izmach. Homofobie, seksizmy, rasizmy odmieniane przez wszystkie przypadki, a nad nimi unosi się biały młot politycznej poprawności – nie będziesz używał tego słowa, nie powiesz nic złego o tym czy owym. Tylko czy to naprawdę najlepsza droga? Po pierwsze, bardzo mnie drażni jakieś takie odgórne, od linijki wytyczanie granic tego, co można, a czego nie można mówić. Jestem dość przywiązana do swobody wyrażania swoich poglądów i swojego gustu. Tak, całym sercem popieram równość, i właśnie dlatego dostaję szału, kiedy ktoś automatycznie widzi dyskryminację w fakcie, że jakaś gwiazda estrady mi się nie podoba. No bo przecież ta gwiazda jest symbolem tolerancji, więc nie można powiedzieć, że jest kiczowata. Albo te wszystkie bany na Marka Twaina (za oceanem) czy Murzynka Bambo (u nas), bo kogoś to obraża. Naprawdę rozumiem motywację, lecz moim zdaniem nie tędy droga, bo skończymy jak w 451 Fahrenheita – paląc książki. Czytać, wyjaśniać młodym ludziom kontekst historyczny, tłumaczyć, rozmawiać. I Tuwim, i Twain byli doskonałymi literatami, którzy tworzyli w czasach, w których tak się pisało i myślało, co wcale nie znaczy, że chcieli obrazić jakąś rasę. U Twaina, o ile pamiętam, jest dobry Murzyn, za to zły Indianin. Cóż, pewnie tacy bywają. Uważam, że tego rodzaju cenzura jest czymś bardzo złym, co może się skończyć cenzurowaniem wszystkiego poza dziełami najbardziej „czystymi ideologicznie”, co z kolei może oznaczać sterylność, może też oznaczać przegięcie w drugą stronę. Nie chcę takiego świata, nie chcę, żeby zabraniano mi mówić i czytać.

Aspekt drugi: ile ta nienawiść, która rzeczywiście w pewnych ludziach buzuje i wylewa się w internecie, czasem też poza nim, ma rzeczywicie wspólnego z uprzedzeniami rasowymi czy społecznymi, a na ile jest po prostu wyrazem frustracji, wściekłości, czasem prawdziwego zła zgromadzonego w tych ludziach, którzy po prostu znaleźli sobie grupę pozwalającą im się zdefiniować w opozycji do czegoś, bo dzięki temu czują się silni. Dzisiaj w wiadomościach Dominik, chłopiec, który popełnił samobójstwo, i nienawistne komentarze po jego śmierci. Ludzi, którzy je piszą, wyobrażam sobie jako potwornych frustratów przepełnionych wściekłością na świat, i naprawdę nie mam złudzeń, że ta wściekłość by znikła, gdyby jakaś czarodziejska różdżka wymazała ze świata homofobię (rasizm, jakiekolwiek uprzedzenie), całą resztę pozostawiając taką samą. Ta wściekłość nadal by buzowała, bo jest ich przyrodzoną cechą, może odziedziczoną w spadku po rodzicach, może wynikłą z bycia poniżanymi w dzieciństwie, uczenia się nienawiści zamiast miłości, może wszystko to naraz. Nadal byliby wściekli i mieli w sobie wielkie pokłady nienawiści, więc znaleźliby inną ofiarę, indywidualną czy grupową. Jak gitowcy bijący hipisów. Wystarczy, że ktoś jest inny, żeby w mniemaniu tych hejterów nie zasługiwał na życie. Nie wiem, czy tych ludzi, w tym pokoleniu, można jeszcze uleczyć z nienawiści. To wymaga wielkiej pracy w dzieciństwie, później jest bardzo trudno. Ale myślę też, że są wśród nich osoby, którym można pomóc, tylko trzeba pokazać im inny świat – świat wzajemnego poszanowania i miłości.

Podsumowując, o ile to się da podsumować, bo problem jest złożony i trudny – moim zdaniem poprawność polityczna i jakieś odgórne zakazy/nakazy, jak wolno mówić, a jak nie wolno, co czytać i tak dalej, nie jest właściwą drogą. Pewne wypowiedzi czy symbole są obraźliwe albo wulgarne same w sobie. Jeśli ktoś używa wulgarnych szyldów albo pisze o samobójcy „dobrze, że zdechł”, zasługuje to na potępienie ze zwykłego ludzkiego punktu widzenia (i mam nadzieję, że w prawie też są na to paragrafy). Brońmy każdego prześladowanego, wzgardzonego, wyszydzanego człowieka. Ale opanujmy się z tą wszechobecną cenzurą, która się już (i to najbardziej przeraża) zinternalizowała: zanim coś powiesz, zastanawiasz się, czy kogoś to nie urazi, i w końcu często mówisz coś innego, niż chciałeś. To jest dyktatura obłudy i strachu – w nas samych.

A dzieciakami zajmujmy się ze wszystkich sił. Dawajmy im wzorce. Dajmy im siłę, żeby nie nienawidziły ani siebie, ani innych. Żeby potrafiły funkcjonować bez wsparcia tłumu. Słyszę od nauczycieli, że czasem się nie da, bo rodzina, bo środowisko. Ale czasem się da, więc trzeba próbować. Przepraszam, że się wymądrzam, chociaż ani nie mam dzieci, ani z dziećmi nie pracuję. Ale miałam dzieciństwo, więc coś tam wiem.

O kartografii emocjonalnej

Ponieważ uwielbiam robić cokolwiek innego, kiedy powinnam pracować, równie dobrze mogę się w tym czasie zmierzyć (znów) z pewnym słowem. Słowo to brzmi „dziecinny” – w innych wariantach „niedojrzały”, „infantylny” lub „naiwny”. A to słyszę, że bohaterka książki (mojej lub cudzej, ale macie rację, najbardziej boli własny tyłek) jest „irytująca i niedojrzała”, a to, że jest „tępą dzidą”, przeważnie bez uzasadnienia, a jeśli już, to dlatego, że przejmuje się, co ktoś o niej myśli albo że jej nie lubi.

Znudziło mi się już bronienie tezy, że taka niedojrzałość jest czymś naturalnym i że w mniejszym lub większym stopniu wszyscy jesteśmy w niej zanurzeni. Nikt chyba nie jest całkowicie odporny na konwenanse ani na wyrazy antypatii, choć wiele osób nauczyło się to wyciszać. Ja niespecjalnie. Pora na wstydliwy coming out: jestem niedojrzała. Niedojrzała, dziecinna, infantylna. Tylko dlaczego tak was to wkurza? Czy Gombrowicz był dojrzały? A Emily Dickinson, kochająca się w pastorze, który był stary, żonaty i widziała go dwa razy w życiu? Czy to przeszkadza nam ich czytać? Napiszcie, że książkowa postać jest nieprzekonująco skonstruowana, niespójna, ambiwalentna. Wskażcie przykłady. Dajcie mi odpowiedź, z którą będę mogła coś zrobić.

A niedojrzałość – czy to nie wspaniały punkt wyjścia do analizy psychologicznej, społecznej? Dlaczego ktoś jest taki, dlaczego tak reaguje, myśli, czuje? Jakie miał dzieciństwo, jakich rodziców? Czego doświadczył w dotychczasowym życiu? Jakie czasy go zbudowały, jakie środowisko? Proszę bardzo, analizujcie mnie, może dowiem się od was czegoś, czego nie wiedziałam – bo choć od lat próbuję siebie rozpracować, ciągle brakuje mi wielu klocków w tej układance. Analizujcie mnie i postacie, które ze mnie wypączkowały. Ale na Boga, nie podsumowujcie całej tej złożonej mapy, nad którą od lat się pochylam, jednym słowem, w którym pobrzmiewa fałszywa moneta wyższości. Fałszywa, bo śmiem twierdzić, że wykuły ją wasze kompleksy, niewiedza albo po prostu lenistwo. Dążę do dojrzałości i może kiedyś uda mi się ją osiągnąć. Uczę się czytać mapę swoich emocji i staram się zaakceptować język cudzych map, choć go nie rozumiem. Zamiast się wywyższać, usiądź ze mną i pokaż mi swoją mapę, a ja pokażę ci swoją. Objaśnij swoje symbole, ja objaśnię swoje – te, które już rozpracowałam. Może pomożemy sobie dojrzeć, a na pewno czeka nas fajna przygoda.

Rozrywka

 

sztuka (acz nie mięsa)

Osoba z najbliższej rodziny żachnęła się kiedyś, że nie mam czasu na załatwienie jakiejś ważnej sprawy papierkowej, a na rozrywkę mam. Na rozrywkę, to znaczy na kino. Uderzyło mnie, jak odmiennie rozumiemy oglądanie filmów – dla mnie to jest obcowanie z kulturą, dla niej – zabawa, oderwanie się od codzienności. Nie chcę przez to powiedzieć, że kino nie może mi dostarczyć zabawy i jeśli nie ucieczki, to przynajmniej zmiany perspektywy na codzienność, ale chodzę tam po sztukę, po wrażenia artystyczne, po katharsis i przemyślenia. Zaczęłam się zastanawiać, co właściwie w życiu robię dla rozrywki – i w ogóle czym ona jest.

Wyszło mi, że nie ma czegoś takiego. Kiedy idę ze znajomymi na piwo, idę po to, by z nimi porozmawiać, pobyć, wymienić myśli, czerpać radość z przebywania w dobrym towarzystwie. Kiedy biegam – myślę, obserwuję, wydziela mi się serotonina czy inne -iny. Oczywiście, że robię to dla przyjemności, podobnie jak wiele innych rzeczy – ot, choćby wypicie kawy czy pójście na spacer – ale rozrywką bym tego nie nazwała. Chyba najbliżej rozrywki jestem wtedy, gdy gram w pinball na komputerze. Ale po pierwsze, to nie jest rozrywka, tylko nałóg; po drugie, robię to, żeby sobie udowodnić (na ogół nieskutecznie), jaka jestem dobra, wreszcie po trzecie – robię to w ramach prokrastynacji.

Tak więc coraz słuszniejszym wydaje mi się wniosek, że słowo „rozrywka” w moim słowniku nie istnieje. Przyjemność – jak najbardziej. Nawet dużo przyjemności. Ale rozrywka? Rozrywka kojarzy mi się z słuchaniem disco polo. Wolę bardziej wysmakowane rozkosze. Choć oczywiście mam świadomość, że jest to różnica konwencjonalna, bo dla innej osoby to słowo może mieć inny odcień. Ważniejsze jest clue sprawy, czyli to, ile sensu czerpiemy z rzeczy, które robimy. Czy oddając się przyjemnościom, zabijamy tylko czas i uciekamy, czy też raczej gonimy za (przepraszam wegetarian) mięsem – czymś większym, głębszym, pełniejszym, bardziej żywym.

A tera idę grać w wilka i zająca. Nara!

PS. Dzięki dyskusji, która się wywiązała z koleżanką na temat znaczenia słów, udało mi się znalaźć ładne rozróżnienie między moim pojmowaniem rozrywki i przyjemności. Otóż rozrywka jest bierna, a przyjemność czynna. Rozrywka jest ślepa, przyjemność – świadoma. Oczywiście słowa bywają zdradliwe, ale na czymś trzeba się oprzeć w komunikacji 😉

Minirecenzje filmowe – styczeń 2015

film_9394_original_1

Dostałam zaproszenie od kina na specjalny pokaz dla najwierniejszych widzów roku 2014. Podobno jestem wśród 25 osób, które w ubiegłym roku obejrzały najwięcej filmów. Bardzo to miłe – nie przypuszczałam, że się załapię do tak wąskiego grona. Miałam raczej wrażenie, że to w tym roku, w ostatnich tygodniach, non stop siedzę w kinie. No i faktycznie – z pomocą Facebooka, na którym zwykle zamieszczam refleksje, obliczyłam, że od początku stycznia byłam w Muzie już osiem razy. Idę na rekord. Oczywiście tylko mój własny, bo w odróżnieniu od państwa Kalinowskich wychodzę czasem z kina.

Ale nie o rekordy tu chodzi, tylko o to, żeby wartościowe filmy nie zaginęły w otchłaniach niepamięci. A może i te mniej wartościowe. Postanowiłam więc notować w pliku filmy obejrzane w kinie i poza nim, a z tych ciekawszych zdawać sprawozdania na blogu, tak jak to wcześniej czyniłam w przypadku Transatlantyku. Może komuś przyda się taka ściąga. Ale nie uwzględniam reklamacji w razie różnicy gustów 😉

Biały bóg. Przyznaję, że sceny pokazujące okrucieństwo wobec psów są drastyczne i mimo iż film jest metaforą, rozumiem, jeśli ktoś z tego względu nie chce go oglądać. Jeśli uważacie, że dacie radę, to warto. Gdzieś czytałam, że to metafora Węgier epoki Orbána. Tego nie wiem – podobno większość Węgrów popiera jego rządy, ale nie byłaby to pierwsza sytuacja, w której „praworządni obywatele” popierają władzę, a ludzie twórczy i potrzebujący więcej przestrzeni się duszą. Film o wolności i o tym, co robi z człowiekiem (i psem) zniewolenie.

Biały cień. Tu na odwrót, przerażająca dosłowność – albinosi w Afryce Wschodniej (Tanzania) mordowani na zlecenie szamanów, używających ich organów do odprawiania rytuałów. W filmie akurat w imię Chrystusa, choć pewnie tylko dlatego, że akurat do tego kościoła zapisał się szaman – choć nie wątpię, że reżyser pokazał taką sytuację celowo, bo czyni ona odbiór filmu w kulturze chrześcijańskiej bardziej szokującym. Okrucieństwo i ból, ale także możliwość zobaczenia codzienności w dużym mieście czarnej Afryki i nawet kilka zabawnych scen – oraz dylemat bohatera, co zrobić dalej ze swoim życiem. O ile w ogóle będzie miał wybór. I życie.

Długie, szczęśliwe życie. Po trosze starszy o rok brat Lewiatana, pod pewnymi względami lepszy, pod innymi słabszy. Słabszy pod względem dramatyzmu, stopniowania napięcia, kręcenia niektórych scen. Ale mnie się właśnie podoba taki bardziej kameralny, ten dramatyzm stonowany, emocje jak lawa we wnętrzu wulkanu. Z pewnością – w moim odczuciu – lepiej ukazane są charaktery i stosunki międzyludzkie. Więcej odcieni. Tylko samotność bohatera ta sama.

c.d.n.

Ideo, przytul mnie

Odkąd pamiętam, uwodziły mnie idee. A może wcześniej byli ludzie – ludzie, za którymi szłam, bo nie chciałam być sama. Nigdy nie chciałam, zawsze byłam. Ludzi wybiera się w oparciu o złudzenie, że coś nas z nimi łączy. A stąd już tylko krok do idei, które uwodzą poprzez ludzi, poprzez książki. Jestem idealnym obiektem do uwodzenia. Nigdy nie należałam do tych osób, które już w przedszkolu miały skrystalizowane przekonania i pewnie kroczyły w obranym kierunku. W większości spraw brakuje mi jasności i nawet najbardziej demagogiczny argument podany z odpowiednim przekonaniem potrafi mnie zbić z pantałyku. Krótko mówiąc, mam problem ze zdefiniowaniem swojej tożsamości. A to idea mnie za sobą pociągnie, a to człowiek, nierzadko oboje. Wtedy radość, że wreszcie znalazłam coś, z czym mi po drodze.

A potem te drogi się rozchodzą. Najpierw ukłucie w sercu, że to chyba nie całkiem tak. I na którymś rozwidleniu albo mnie zostawiają, albo czmycham. Znów jestem sama i znów czekam na ideę, która mnie przytuli. I znów nie dotrwam z nią do końca drogi. Jak w piosence Freddy’ego – I can’t live with you, I can’t live without you; I can’t breathe if you stay, but I can’t live if you go away… Zbyt słaba, by być sama, zbyt racjonalna, by podporządkować się komukolwiek, czemukolwiek.

Ale to nie jest smutna bajka. To hołd dla wszystkich – prawie wszystkich – którzy mnie uwiedli. Bo z każdego takiego spotkania wyniosłam coś, co do dziś noszę w sobie. Z jednego więcej, z innego mniej, z jeszcze innego nauczkę, że nawet w największym uniesieniu, a może szczególnie wtedy, potrzeba krzty sceptycyzmu. I te wszystkie nauki, te samorodki znalezione na każdej z dróg, składają się na to, czym jestem. Pewnie nadal będę się dawała uwodzić w złudnej nadziei, że tym razem to na zawsze. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek miała się stać istotą w pełni uformowaną. Rosnę z każdym dniem – chyba że akurat maleję. Do śmierci będę się kształtować i do śmierci tęsknić za pełnią, której nie osiągnę. Ale w odróżnieniu od tych w pełni uformowanych wciąż będę znajdować okruchy złota.

Kto wie, może gdzieś na końcu drogi czeka nagroda dla tych, co przyszli sami. Nawet jeśli nie znają swojego imienia.

Krzyk dzięcioła

IMG_1458

Za młodu byłam straszną łamagą i nigdy bym nie pomyślała, że kiedyś będę czerpać taką przyjemność ze sportu. A już na pewno nie przyszłoby mi do głowy, że będę biegać. Inna rzecz, że wtedy po prostu nie było zwyczaju biegania. Nie było też odpowiedniej odzieży, butów, porad w gazetach. Niemniej trafiali się ludzie, którzy biegali. Raz nawet z koleżanką spróbowałam, ale skończyło się na jednokrotnym obiegnięciu bloku.

Byłam łamagą, ale chętnie mierzyłam się ze swoją łamagowatością, jeśli miałam ku temu odpowiedni bodziec. Takim bodźcem było wędrowanie po górach. Być może na łonie natury łatwiej wykrzesać z siebie te pierwotne siły, które pozwalały przetrwać naszym przodkom. W górach potrafiłam się piąć z wywieszonym ozorem, żeby stanąć na szczycie, i właściwie roztaczający się stamtąd widok był tylko dodatkowa premią, bo głównie chodziło o sam fakt, że zdołało się pokonać słabość ciała i tam wejść.

Po wielu latach przerwy kupiłam rower i odkryłam, że piękne okoliczności przyrody można znaleźć także w samym Poznaniu i jego okolicach. Na rowerze można się zmęczyć i narobić fajnych zdjęć, ale moja jazda nie ma w sobie tej skrajności co włażenie na dwutysięcznik – kiedy nogi bolą i wrócić ciężko, zawsze jest wymówka w postaci sesji zdjęciowej albo poleżenia na trawie. Chociaż owszem, dotarcie na dwóch kołach dokądś, dokąd w przeciwnym razie trzeba by jechać pociągiem lub autobusem, przynosi sporą satysfakcję.

Nadal jednak nie sądziłam, że będę biegać. Po pierwsze, przebiegnięcie nawet małego odcinka (np. gonitwa za tramwajem) zawsze bardzo mnie męczyło, a po drugie, wydawało mi się to nudne. Zaczęło się przypadkowo – P. się odchudzał i wymyślił sobie, żebyśmy pobiegali. Początkowo przebiegaliśmy kawałek parku, zdychaliśmy i wracaliśmy piechotą. Pewnego jednak razu, gdy akurat byłam sama, zawzięłam się i obiegłam cały park (z grubsza 3,5 km). Jakimś cudem mi się udało, ale byłam totalnie padnięta i przez dwa lata nie powtórzyłam tego wyczynu. Potem… biegaliśmy coraz rzadziej. Podobnie jak przy pływalni czy rowerze, czar nowości prysł. Chyba tylko faktowi, że park rozpościera się zaraz za blokiem, zawdzięczam fakt, że całkowicie nie porzuciłam biegów. Drugą zaletą tego sportu jest to, że teoretycznie nie trzeba ponosić żadnych kosztów (poza butami do biegania, które kupiłam zaraz na początku swojej przygody). Oczywiście to czysta teoria, bo w samym ubiegłym roku wydałam z półtorej stówy na kurtki, bluzy i podobne artykuły, ale a) mam nadzieję, że długo posłużą (tym bardziej że powoli muszę się rozglądać za nowymi butami), b) nie wymaga to płacenia za każdym razem, jak w przypadku pływalni czy łyżew).

No więc biegałam sobie raz po raz i nawet dokładnie nie pamiętam, kiedy mnie wzięło, żeby tę częstotliwość zwiększyć. Jakoś chyba wiosną ubiegłego roku. Nie pamiętam też, jak to się stało, że ponownie obiegłam dookoła cały park, ale zrobiłam to raz, drugi i stopniowo odkryłam, że wcale nie jest to ponad moje siły, a przynajmniej nie zawsze. Raczej nie będę biegać maratonów ani nawet półmaratonów (podziwiam wszystkich znajomych, którzy to robią), bo wciąż jestem łamagą i w dodatku, jak to się ładnie mówi, mam już swoje lata. Niespecjalnie też mnie interesuje, czy biegam szybciej, czy wolniej, i nie chcę bić żadnych swoich rekordów. Frajdę natomiast mam z tego nieziemską i jeśli tylko pogoda, zdrowie oraz obowiązki pozwalają, biegam codziennie. Oczywiście tak korzystny splot okoliczności niemal się nie zdarza – zwłaszcza w zimie, kiedy wcześnie się ściemnia, a pogoda bywa różna – ale na przykład w tym tygodniu miałam okazję trzy dni z rzędu obserwować zachód słońca nad Wartą i zapewniam was, że każdego dnia był inny.

Nie ma jednego czynnika, który wyjaśniałby moją radość z biegania. Jest to raczej kombinacja kilku czynników. Pierwszy to wspomniane już przy okazji górskich wędrówek zmagania z naturą – własną i tą na zewnątrz. Ukształtowanie terenu, jakość nawierzchni, wiatr, zimno lub gorąco oraz moje samopoczucie (plus stopień zatłoczenia parku, po części związany z warunkami meteo) składają się na to, jak będzie mi się danego dnia biegało. Większość tych czynników jest zmienna, ale w wypadku pokonywania tej samej trasy jeden jest stały – ten pierwszy. Przez wiele lat spacerowania, a nawet jeżdżenia rowerem po parku nie poznałam go pod tym względem tak dobrze jak w ciągu kilku miesięcy, nawet kilku tygodni biegania. Doskonale wiem, gdzie się biegnie z górki, gdzie pod górkę, a gdzie jest względnie płasko. Na tym opiera się cała dynamika mojego biegu – tu sobie odpocznę, tu będę musiała się zmęczyć, bo pod górę, ale dam radę, bo wiem, że później będzie spory odcinek w dół, a dalej dłuuugo prosto. Potem znów górka – tu, mniej więcej w ⅔ drogi, przeważnie oszukuję i idę szybkim krokiem, zbierając siły na ostatni odcinek – lekko w dół, górka, dłużej w dół, górka, dół, górka i już koniec, można jeszcze zbiec na dół i przejść się nad Wartą, bo podobno po każdym biegu powinno się trochę pochodzić, żeby krew, która spłynęła do łydek, się rozeszła.

Więc walka z naturą, z tymi górkami na ziemi i w sobie, ze zmęczeniem. Czasem jest gorzej i wtedy skracam trasę mniej więcej o ⅓, czyli za stawem od razu myk do góry, a nie wokół POSiR-u. Dzisiaj też chciałam tak zrobić, bo jakoś wyjątkowo nogi mnie bolały, ale miałam już w planach pisanie niniejszego tekstu, więc nie wypadało. To właśnie jest cudowne i jakże odmienne od siedzenia przed komputerem w ciepłym pomieszczeniu, gdzie wystarczy pokonać kilka metrów, żeby zrobić ciepłą herbatę czy wyjąć coś z lodówki. Nie będę się krygować, że odzywają się we mnie atawizmy z czasów polowania na mamuty, chociaż na pewno jest w tej walce coś pierwotnego. Tylko ty i ziemia pod butami, twoje mięśnie, serce, oddech. Żadnych kłamstw, krętactwa, użerania się z absurdami stworzonymi przez ludzi. Pokonywanie fizycznych przeszkód i fizycznej słabości potrafi niesamowicie poprawić samopoczucie (dotleniasz się, wydzielają się endorfiny, rośnie poziom serotoniny), a przy tym jest – przynajmniej dla mnie – znacznie łatwiejsze niż pokonywanie słabości natury psychologicznej. Zmusić się do biegania? Małe piwo; właściwie muszę się raczej zmuszać do niebiegania, jeśli na przykład pada deszcz albo boli mnie gardło. Ale zmusić się do pracy, do przetłumaczenia kolejnego zdania, kolejnej strony – to o wiele trudniejsze zadanie i trudno znaleźć w sobie ekwiwalent tej pasji, która sprawia, że chce się biegać. Może dlatego, że satysfakcja z biegania jest natychmiastowa, a satysfakcja z wykonania pracy przychodzi dopiero wtedy, gdy się ją wykonało, a czasem wtedy, gdy dostało się pieniądze albo gdy książka wyszła.

Nie byłoby jednak tyle radości – prawdopodobnie byłoby jej za mało, by kontynuować – gdyby to bieganie odbywało się w jakimś tunelu mgielnym, z którego nie widać nic poza ziemią pod stopami. Bo bieg to także otoczenie – ludzie, psy, pozdrawiający mnie biegacze, drzewa raz łyse, raz zielone, raz kolorowe. Powietrze pachnące deszczem, krzyk dzięcioła, krakanie wron, gawronów i kawek, które tylko czekają, by na biegacza nasrać. Łyski spacerujące nad brzegiem stawu, kos z zadartym ogonem, wrony kochające się, jakby nie wiedziały, że zima. No i zachody słońca, jeśli uda mi się wycyrklować. Poczytuję sobie za wielkie szczęście, że mieszkam w miejscu pozwalającym mi (potencjalnie) codziennie obserwować zachód słońca nad Wartą. Zwłaszcza teraz, w zimie, gdy zachodzi wcześnie, a przy tym nie trzeba zbiegać na sam brzeg, bo drzewa są łyse i wszystko widać. Brzeg ze względu na nierówną nawierzchnię bardziej nadaje się do spacerów, które oczywiście często praktykuję po bieganiu. Czasem nawet mam ze sobą aparat i udaje mi się zrobić parę zdjęć, choć ostatnio tego unikam, bo strój do biegania jest zwykle cieńszy niż ten do chodzenia, a w szczególności do stania, więc marznę podczas tych sesji, co grozi uszczerbkiem na zdrowiu, który z kolei grozi przerwą w bieganiu 😉

Mogę sobie tylko życzyć, żeby okoliczności pozwoliły mi jak najdłużej, najczęściej i najpełniej korzystać z tej przyjemności, bo jest jedną z większych, jakich zaznałam w życiu – i w odróżnieniu od wielu innych mam ją na wyciągnięcie ręki. Albo nogi.

 

 

Já se nebojím

IMG_0498Dyskutowaliśmy sobie ostatnio na fejsie o strachu. Dostałam różne rady, co zrobić, żeby się nie bać. Nie wykluczam, że niektóre uda mi się wykorzystać, ale wiecie co? Problem polega na tym, że strach często przebiera się za coś innego. Na przykład za empatię albo rozsądek. A może to one przebierają się za strach? Trudno stwierdzić. Wszystko się miesza tam w środku. Właściwie jedyne, co można zrobić, to spróbować zidentyfikować główny składnik tego emocjonalnego koktajlu, albo jeszcze lepiej – nie bawić się w analizę składu, tylko ocenić, jak się z tym czujemy. Jeśli źle, to warto spróbować sytuację odmienić. Ale odmienić można ją dwojako: poprzez zmianę sytuacji zewnętrznej albo próbę zmiany sytuacji wewnętrznej. Przykład: wkurza mnie czyjeś zachowanie, ale duszę to w sobie. W sumie nie wiadomo, czy dlatego, że się boję, czy dlatego, że tak naprawdę uważam, iż on nie zrobił nic złego i to tylko moje emocje są przesadnie wyczulone. Można spróbować to ogarnąć rozumem, ale emocje przeważnie przeszkadzają w chłodnym rozumowaniu. Często też bywa tak, że to, co mówi rozum, wcale nie uspokaja emocji – wręcz przeciwnie, jątrzy jeszcze bardziej. Czyli na przykład – rozum mi mówi, że przesadzam z tym gniewem, ale gniew nic sobie z tego nie robi, a właściwie robi sobie to, że jest coraz większy. U mnie przynajmniej gniew i frustracja są częstymi gośćmi, a z tego mówienia sobie, że przecież obiektywnie nie mam o co się gniewać i frustrować, wywiązała się nerwica. Wydawałoby się więc, że lepiej już wybuchnąć bezzasadnie i oczyścić atmosferę, co czasem praktykuję – przepraszam, jeśli kogoś z Was to spotka, ale ja się uwolnię od tego balastu, a potem i tak pewnie będę przepraszać. Niestety/stety, nie praktykuję tego zbyt często, bo nieśmiałość, no i jeszcze gdzieś tam w głowie siedzi, żem stara i że nie wypada. Poza tym… no jednak mam trochę empatii, nawet jeśli część z niej to przebrany strach. Nie chcę ranić nikogo, jeśli nie mam pewności, czy on naprawdę jest nie w porządku, czy tylko przypadkiem dotyka jakichś moich ran.

Tak więc zmagania ze strachem, który może wcale nie być strachem, nie są proste. Ale podobnych dylematów można się dopatrzyć w najzwyklejszych codziennych wyborach. Ot, na przykład dziś. Na dworze zero stopni. Biegać, nie biegać? A jeśli pójdę biegać, czy to znaczy, że się przemogłam, czy że po prostu jestem głupia? A jeśli nie pójdę, to jestem rozsądna czy zwyczajnie leniwa? No i tak na dwoje, a nawet i czasem na troje babka wróżyła. Wydaje się, że najlepszym kryterium jest kryterium dobrego samopoczucia (dlatego poszłam pobiegać), lecz i co do tego pewności brak: ja akurat jestem z tych, którzy lubią przesuwać granice poza obszar objęty kuratelą zdrowego rozsądku – ściemnia się, grzmi, ale idziemy dalej, bo przecież musimy wejść na szczyt! No więc nie. Zawsze powinno się pomyśleć o tym, czym możemy okupić to samopoczucie. I to wcale nie znaczy, że pomyślawszy, za każdym razem wybierzemy opcję zachowawczą. Czy Kazimierz Nowak zrezygnowałby z podróży po Afryce, gdyby się dowiedział, że rok po powrocie umrze w wyniku powikłań spowodowanych przebytą malarią? Nikt tego nie wie. Urok życia, ale i jego trudność, tkwi w tym, że choćbyśmy nie wiem jak się starali, nie przewidzimy wszystkich skutków swoich poczynań.

Myślicie, że ten artykuł jest pokręcony? To dobrze, bo chciałam w nim pokazać, że to, co się  w nas dzieje, gdy dokonujemy wyborów, też takie jest. Pewne (oprócz śmierci i podatków) jest jedno: że dylematów nam nigdy nie zabraknie. Jeśli coś mnie w tym martwi, to to, że opornie mi idzie uczenie się na własnych doświadczeniach. Ale wiecie co? Nic dwa razy się nie zdarza. Chyba że dzień świstaka. Czasem w całkiem podobnej sytuacji inna decyzja okazuje się lepsza. Więc może to wcale nie jest tak, że się na swoich doświadczeniach nie uczę. Może po prostu za każdym razem daję szansę innym opcjom.

Raz jeszcze o (nie)czytaniu

Może to zarozumiałe, ale jeśli mam wybierać między czytaniem a pisaniem, wolę pisać. Cudza książka niewiele straci na tym, że jej nie przeczytałam (ja, owszem, mogę stracić, ale i tak nie przeczytałabym wszystkich wartościowych książek, więc straty tak czy owak są nieuniknione). Cudza książka ma swoje grono czytelników i jedna osoba mniej czy więcej w tym gronie niewiele zmieni. Czy świat zyska coś na tym, że napiszę swoją? Z perspektywy większości ludzi zapewne nie, bo nawet o niej nie usłyszą. Z mojego punktu widzenia jednak napisanie tego, co mi się rodzi w głowie i w sercu, co krzyczy w trzewiach i domaga się, by nadać mu formę zrozumiałą dla innych, lecz wciąż rozpoznawalną dla niego samego, jest znacznie, znacznie ważniejsze niż czytanie o tym, co narodziło się w cudzych głowach i sercach. Świat nie zbiednieje, a nawet się wzbogaci, bo będzie miał o jedną osobę spełnioną więcej. A jeśli dodatkowo moja książka kogoś wzruszy, zastanowi, ucieszy; jeśli ktoś rozpozna w niej okruch siebie – dołożę kolejny kamyczek do skarbca świata.

Słyszy się czasem narzekania na tabuny grafomanów, którzy piszą, choć nie czytają, ale czy tak jest w istocie? Czy dla kogoś, kogo nigdy nie zauroczyło słowo pisane, pisanie w ogóle miałoby sens? Ludzie imają się różnych sposobów,  by zostać dostrzeżonymi, i akurat pisanie nie jest najłatwiejszym z nich. Po co ktoś, kto nie interesuje się książkami, miałby je pisać? Człowiek pasjonujący się modą będzie projektował ciuchy, meloman założy kapelę, amator sportu zapisze się do sekcji albo usiądzie z piwem przed telewizorem, by oglądać mecz. Naprawdę nie widzę sensu w tym, by człowiek, który WCALE  nie czyta, chciał pisać.

Bo jeśli twierdzę, że mało czytam i że pisanie jest dla mnie ważniejsze; ba, że czytanie często mi w pisaniu przeszkadza, ponieważ neurotycznie boję się stracić z oczu własny, choćby i najbardziej kulawy styl, to przecież nie znaczy, że książki nie mają dla mnie uroku. Przeciwnie – być może właśnie z powodu tego uroku czytam tak wolno i tak mało. Lubię się rozkoszować lekturą, która mnie ujęła, i nie chcę z niej nic uronić, podczas gdy taką, która jest tylko niezła, wolę porzucić dla innej, bo szkoda mi czasu na coś, co mnie nie porwało.

Co napisawszy, oddalam się, by spędzić resztę wieczoru na lekturze zacnej powieści 😉

 

Dziki liryzm

Okladka_plyty_Escapist_6474938

Nasamprzód muszę coś wyznać: gdzieś na przełomie wieków przestałam absorbować nową muzykę. Zatrzymałam się na etapie słuchania tego, co poznałam do tamtej pory, wyjątek czyniąc jedynie dla ulubionych, a wciąż nagrywających artystów. Kiedy próbuję sobie przypomnieć fascynacje, które zaczęły się w tym stuleciu, oprócz kilkorga latynoskich pieśniarzy (w ramach zboczenia zawodowego, ale też dlatego, że są tego warci) przychodzą mi do głowy tylko dwie: Deine Lakaien i Gaba Kulka.

Deine Lakaien poznałam dzięki koledze, który sprezentował mi płytę Kasmodiah. Wessało mnie błyskawicznie, od innego kolegi pożyczyłam niemal całą dyskografię. I podobnie jak w przypadku największych idoli, zupełnie ignorowałam fakt, że nie podoba mi się wiele utworów, a nawet całe płyty. Liczyło się to, co się podoba: wrażliwość, profesjonalizm, piękne melodie i teksty (choć czasem, w odróżnieniu od tekstów Gaby, pisane kulawą angielszczyzną). Nie śledzę dokonań niemieckiego duetu płyta po płycie, ale panowie Veljanow i Horn chyba na zawsze zapisali się w moim sercu.

Z Gabą zetknęłam się jeszcze bardziej banalnie – swego czasu miałam problemy z dobudzeniem się, więc rano, po dźwięku budzika, włączałam radio i słuchając tego, co mówią lub grają, powoli przełączałam się w tryb dzienny. Pewnego razu radio puściło piosenkę o tym, że „ryżu z ulicy nie wyzbierasz gdy raz rozsypany”. Spodobała mi się na tyle, że wklepałam słowa w gugla, wyskoczyła mi Gaba, przesłuchałam na youtubie kilka następnych kawałków, trafiłam na jej interpretację Tears of the Dragon, wsiąkłam. Potem były dwa koncerty, trzy płyty i wreszcie pierwszy nowy materiał od pięciu lat, pierwszy od czasu, odkąd jej słucham – a więc radość słuchania czegoś, co dopiero się narodziło, ale i obawa, jakie to będzie.

Tym, co uderza w „Eskapiście”, jest doskonałe brzmienie. Odkopałam nawet swój staroświecki kompakt, ale okazało się, że jedna kolumna trzeszczy (ciekawe, że wcześniej tego nie zauważyłam), więc używam słuchawek. Płyta jest doskonale zagrana, zaśpiewana, zmiksowana i wyprodukowana. Po tym względem trudno ją nazwać inaczej niż perfekcyjną.

A utwory? Od początku słuchania Gaby mam z nią to, co ze wszystkimi artystami, którym dałam kredyt zaufania (albo raczej – którzy wdarli się w moje serce tak głęboko, że nic ich nie wyciągnie): mogą mi się podobać dwa utwory na płycie, a i tak ją kupię. Rozumiem, że artysta powinien być wierny sobie, a nie słuchaczom – oni mogą jedynie zdecydować, czy on jeszcze (już) jest ich, czy już (jeszcze) nie. Pochlebiam sobie, że to coś w rodzaju dojrzałej miłości, a nie durnego zakochania, które kończy się wtedy, gdy zauważamy, że druga strona nie jest naszym lustrzanym odbiciem. Gaba nigdy nie mówi o swoich miłośnikach „fani”, zawsze „słuchacze”, i może to właśnie jest ta różnica – ona szanuje nas, a my ją.

Nie nastawiałam się więc, że każdy utwór powali mnie na kolana. Singlowe Wielkie wrażenie, które usłyszałam jeszcze przed wydaniem albumu, wzbudziło dwojakie uczucia. Po pierwsze – od razu wiedziałam, że utwór stanie się hitem, klasykiem z gatunku tych, które za dwadzieścia lat będą lecieć w „Złotych przebojach”. A to dla mnie duży minus, bo wbrew temu, co napisałam powyżej, w pewnym stopniu jestem psychofanką (i snobką), która chciałaby, żeby artystka śpiewała tylko dla niej, ewentualnie dla niszowego grona wybrańców, a nie dla całej Polski. Z drugiej strony trzeba Gabie przyznać, że ma ogromne wyczucie do pisania i wybierania na single utworów absolutnie hitowych i gwarantujących częstą emisję radiową, która – mam nadzieję – przekłada się na sprzedaż płyt. Na poprzedniej płycie tę samą rolę odegrały Niejasności – bez których, nawiasem mówiąc, nie zostałabym snobistyczną psychofanką.

Ale to niejedyna przyczyna dwoistości mych uczuć. Mam też problem z tekstem Wielkiego wrażenia. Z jednej strony mogę się obiema rękami, mózgiem i sercem podpisać pod słowami „Rozumiem, ale czuję bardziej”, z drugiej – nie bardzo ogarniam, o czym lub o kim jest ten tekst. Tylko please, nie wsiadajcie na mnie, że mam patrzeć sercem, bo ja właśnie sercem widzę jedynie jakieś skrawki, ładne frazy, ale nie umiem ich zebrać do kupy. Mam taką interpretację, że poprzez owo kierowanie się czuciem podmiot liryczny jest płynny niczym „Człowiek nieciągły” z opowiadania Ani Kańtoch: dryfuje za emocją to tu, to tam, nie mogąc nigdzie zakotwiczyć. Dziś wypowiedziane słowa jutro mogą okazać się kłamstwem. Tylko trochę mnie przeraża to wielkie wrażenie, które nie wiadomo kiedy może się przeobrazić w wielką obojętność.

Nawet jeśli odbijam się od warstwy lirycznej niektórych utworów i ubolewam nad tym, bo chciałabym czuć tę płytę jeszcze głębiej w sobie, zniewala mnie talent poetycki Gaby, jej umiejętność tworzenia niesamowitych wizji z prostych słów. Gaba jest poetką przez duże P, nie tylko poprzez to, jak potrafi składać słowa, ale chyba przede wszystkim poprzez swoją inność. Trochę przywodzi mi na myśl Emily Dickinson, choć na szczęście nie jest tak wycofana.

Ale i kiedy przemawia najprościej w świecie – tak, że wydawałoby się, iż nie zdoła uniknąć kiczu – lepi piękne światy. Zdecydowanie moim ulubionym tekstem jest Z marcepana, drugi polskojęzyczny utwór na płycie:

Pozostawiona samej sobie łykam jak komunię
z ich kawy niedopitej i siadam gdzie siedzieli
lecz pamięta dzikie zwierzę miesiące oswajania
wciąż szeptem i dotykiem, „ty jedna i jedyna”…

Ciarki przechodzą, gdy się słucha Gaby śpiewającej te słowa; słowa świadczące o wielkiej wrażliwości, kruchości, a jednocześnie o gigantycznej sile, która pozwoliła jej wyjść z tą kruchością do świata. Przypomina mi się Over Petera Hammilla, płyta w całości poświęcona rozstaniu. Mówił, że nagrywał tę płytę, gdy już nie bolało, ale słuchając takich utworów jak Betrayed, śmiem w to wątpić.

Żeby było ciekawiej, drugim obok lirycznego Z marcepana moim ulubionym utworem jest energetyczny, punkowy wręcz X. W pewnym momencie, gdzieś za połową, granie tak się zagęszcza, że odlatuję w przestworza niczym kosmonauta z okładki. Od tekstu, niestety, odbijam się podobnie jak od Wielkiego wrażenia, ale ponieważ utwór jest hałaśliwy, nie mam problemu z chłonięciem samej muzyki.

Na razie, po tych kilku przesłuchaniach, do moich faworytów należą też Mastodon Heart, Christmas Party Song (ten ostatni za tekst, ale też za to, jak Gaba operuje w nim głosem – w ogóle zresztą śpiewa na tej płycie genialnie) i cover jej ulubionego Queens of the Stone Age – Keep Your Eyes Peeled. Pewnie w miarę słuchania i odkrywania nowych rzeczy ta hierarchia odrobinę się poprzestawia, zważywszy płynność naszych wrażeń, nawet tych wielkich. Więc trochę jednak kłamię – ale czuję bardziej i kocham 🙂

X
Z marcepana

Jak ma zachwycać, skoro…?

Odnoszę wrażenie, że stajemy się, a może właściwszy byłby tu czas przeszły dokonany, niewolnikami ideologii. Nie znajduję lepszego sposobu na wyrażenie tego, że przekonania polityczne czy społeczne zaczynają nam dyktować wybory w kwestiach czysto estetycznych. Akurat mam takiego pecha, że u mnie te dwie płaszczyzny często znacząco się rozmijają, co staje się przyczyną zarówno konfliktów wewnętrznych, jak i nieporozumień. Otóż na przykład mam totalną alergię na kicz. Wiem, że są ludzie, którzy wprost go uwielbiają i uważają, że to właśnie jest prawdziwa sztuka, a ładne obrazki są dla frajerów, którzy o niczym nie mają pojęcia. Ja niestety należę do tych ostatnich. Nie podoba mi się kobieta z brodą (lub, jak kto woli, umalowany brodaty facet) w świecącej złotej kiecce, laski z namalowanymi wąsami ani machanie kolorowymi balonikami. Nie podoba mi się również disco polo, Jezus ze Świebodzina ani szczujące przaśnym seksem reklamy. Niestety wyrażanie głośno zarówno jednego, jak i drugiego może prowadzić do nadinterpretacji ideologicznych. Pal sześć drugie, bo jakoś mnie nie boli, że ktoś mnie uzna za zdrajczynię wartości narodowych, której w dodatku wszystko kojarzy się z seksem, no bo przecież te cycki na plakacie to zupełnie przypadkowo weszły w kadr. Gorzej z pierwszym. Bolą mnie posądzenia o nietolerancję wobec środowiska LGBT, które jednakowoż są o tyle uzasadnione, że ja w ogóle nie widzę potrzeby istnienia jakiegoś wydzielonego środowiska. Sama zakochiwałam się w życiu w kobietach i mężczyznach i podejrzewam, że gdyby nie wzrastanie w heteromatriksie, nawet by mi do głowy nie przyszło, że to uczucie może być zarezerwowane tylko dla osób jednej płci. Kultura sprawiła, że przez wiele lat uważałam się za hetero, a teraz w ogóle odrzucam szufladkowanie, bo słowo „biseksualna” wydaje mi się jakieś takie phi. Kogo się kocha, z tym się jest, i już.

Z transpłciowością gorzej, tzn. jest to doświadczenie odległe od mojego, bo choć z lenistwa przeważnie chadzam w portkach, czuję się kobietą i raczej nigdy nie miałam co do tego wątpliwości. Wystarczy sobie jednak wyobrazić, że ktoś wrzucił mnie w ciało faceta, by zrozumieć rozdarcie osób, które natura obdarzyła cechami fizycznymi nieadekwatnymi do odczuwanej tożsamości płciowej. Kto uważa, że to jakieś widzimisię, niech pomyśli o hermafrodytach, które po urodzeniu zostały przypisane przez lekarzy do jednej płci. Albo o takich, które genetycznie przynależą do obu płci, choć nie uwidacznia się to w ich zewnętrznych cechach anatomicznych („Though we speak of intersex as an inborn condition, intersex anatomy doesn’t always show up at birth. Sometimes a person isn’t found to have intersex anatomy until she or he reaches the age of puberty, or finds himself an infertile adult, or dies of old age and is autopsied. Some people live and die with intersex anatomy without anyone (including themselves) ever knowing” – czytamy w dokumencie Intersex Society of North America). Z punktu widzenia społeczeństwa nie ma różnicy, czy ten ktoś jest hermafrodytą, która wygląda jak chłopak, a czuje się kobietą, czy jest transgenderem, bo hermafrodytyzm stanowi pewnego rodzaju tabu i trudno się spodziewać, żeby dotknięte nim osoby rozgłaszały to na prawo i lewo. Dla przeciętnego obserwatora jest więc tak, że ktoś do pewnego momentu był mężczyzną, a tu nagle postanowił zostać kobietą (lub odwrotnie). To, czy dana osoba jest faktycznie transpłciowa, czy raczej cierpi z powodu innych zaburzeń, ocenia skomplikowana procedura medyczna i mam nadzieję, że tak pozostanie – właśnie po to, żeby było wiadomo, że nie mamy do czynienia z widzimisię ani z zaburzeniami psychicznymi.

Tak sobie myślę, że nie byłoby mi łatwo zaakceptować, gdyby osoba, którą znam pod jedną postacią, nagle przedzierzgnęła się w inną – tak samo jak nie podobało mi się, gdy Pinokio zmienił się w chłopca, a Szirin w księżniczkę. Dysonans poznawczy w takim przypadku jest rzeczą naturalną. Pocieszam się, że taka zmiana trwa dłużej niż zmiana Szirin w księżniczkę oraz że nie towarzyszy jej tak drastyczna zmiana charakteru (ze złośliwego ptaszyska w banalną panienkę), więc będzie czas ten dysonans rozładować. Poza tym dysonansów ci u nas dodatek, więc chyba i ten jakoś bym zniosła.

Zanim Facebook, a potem YouTube objawiły mi postać Conchity Wurst, miałam okazję obejrzeć dokument Born Naked (niestety w sieci znalazłam tylko trailer), w Polsce pokazywany pod niezbyt szczęśliwym tytułem Żyć na całość, z którego mogłam się sporo dowiedzieć o życiu i mentalności osób nie tylko homoseksualnych, ale i transpłciowych. Z kolei w polskim (to znaczy niemieckim, ale zrobionym przez Polkę i o Polkach) dokumencie Yes, We Are mowa (między innymi, bo oba filmy traktują głównie o lesbijkach) o tym, co przyświeca dziewczynom organizującym konkursy drag king. Nadal mi się to wizualnie nie podoba i nie poszłabym na coś takiego, ale akceptuję, że ktoś ma potrzebę wyrażania siebie w ten sposób. Ja na przykład wyrażam się trollując na fejsie albo zarzucając go kiepskimi zdjęciami. Dla każdego coś miłego. Zresztą z tym podobaniem bywa różnie, bo przed laty po obejrzeniu filmu Priscilla, królowa pustyni odnotowałam w swoim pamiętniku, że zakochałam się w transwestycie o imieniu Bernadette :p

Udowodniwszy (mam nadzieję), że nie jestem transfobką, pozwolę sobie wrócić do tematu głównego, czyli do postulowanego rozdziału estetyki od etyki. Otóż wizerunek sceniczny Conchity vel Thomasa budzi we mnie bardzo negatywne odczucia. Co do samej piosenki, to ani mnie ona ziębi, ani grzeje; natomiast wykreowaną przez artystę postać uważam za groteskowo kiczowatą. Kiczowata jest wypacykowana kobieta z brodą, kiczowata jej sukienka, śpiew też w obliczu tej brody mnie bawi. Ale spokojnie – może Conchita/Thomas z czasem udowodni innymi dokonaniami, że jest artystą, i zapisze się trwale w historii muzyki. Czterdzieści lat temu niejaki David Bowie (bez brody) jako Ziggy Stadust też rzucał wyzwanie stereotypom płciowym. Nie powiem, żeby mnie powalał jego ówczesny wizerunek, ale akceptuję go w znacznie większym stopniu – częściowo pewnie dlatego, że uwielbiam głos tego gościa i że jego koncepcja obejmowała znacznie więcej niż tylko ubiór i makijaż. Kompozycje, teksty, sceniczny show, a przede wszystkim to, że po latach te utwory wciąż są słuchane z taką samą pasją – po tym poznać artystę. Nie sprawdzałam, czy Conchita sama napisała swój utwór, ale śmiem w to wątpić (errata: już sprawdziłam i faktycznie nie). Wątpię też w to, że za czterdzieści lat ktoś będzie słuchał jej piosenki ze względu na jej wartość muzyczną, a nie tylko jako ciekawostki. A jeśli się mylę, to… cóż, o ile będę wciąż wśród żywych, możecie mnie poprosić o odszczekanie. Dajmy jednak sobie (i innym) przyzwolenie na to, by swobodnie wyrażać swoje gusta, nie robiąc z tego od razu sprawy życia i śmierci. Sztuka nie może być podporządkowana ideologii.

Styl to więcej niż człowiek

Karel Čapek znany jest w Polsce głównie z dwóch rzeczy: książeczki o niesfornym piesku Daszeńka (sfilmowanej i pokazywanej jako dobranocka) oraz tego, że wymyślił słowo „robot” – choć on sam utrzymywał, że autorem tego ostatniego jest jego brat Josef[1].

Listy z podróży, które dopiero dwa lata temu ukazały się w naszym języku, poleciła mi koleżanka. Zachwalała ich humor, finezję, trafne obserwacje, a przede wszystkim fakt, że wiele čapkowych spostrzeżeń pozostaje w mocy, choć od opisanych przez niego podróży minął niemal wiek.

Opowieść zaczyna się w latach 20. we Włoszech, gdzie „faszyści w mundurach wyglądają dostojnie jak nasi kominiarze; również takie jakieś czarne czapeczki z kitką noszą, i zęby im tak świecą; kuriozalne wrażenie” [str. 16]. Dalej autor przenosi nas do krajów lepiej mi znanych, najpierw do Anglii i Szkocji, gdzie „jedynie Owce, Krowy i Konie przeżuwają piękno przyrody rozważnie i bez pośpiechu” [str. 141], potem zaś do Hiszpanii, Holandii i Skandynawii, wszystkie wyprawy ilustrując dowcipnymi, ale i poetyckimi refleksjami oraz… własnymi rysunkami (nie ma ich tylko przy pierwszej podróży – być może nie zabrał ze sobą ołówka).

Humor autora chwilami przywodzi na myśl Trzech panów w łódce (nie licząc psa) Jerome’a K. Jerome’a; o ile jednak u Anglika humor jest głównym motorem książki, o tyle zapiski Czecha stanowią cudowny konglomerat dobrodusznej kpiny, poezji i celnej refleksji humanistycznej. Od czasu do czasu Čapek pozwala sobie nawet na wiersz i choć ten element nie wychodzi mu najlepiej, rekompensuje to melodyjna, malownicza proza:

Nieś mnie, Królowo Jeziora, po stalowoszarym i błękitnym Loch Tay, pośród bezludnych kopulastych wzgórz pod niebem, które częstuje mnie deszczem i słońcem; nieś mnie, czyściutki statku, po migotliwym jedwabiu jeziora Tay.

Nieś mnie, czerwony furgonie pocztowy, przez najzieleńszą z zielonych dolin, przez dolinę guzowatych drzew, przez dolinę spienionej rzeki, przez dolinę kudłatych owiec, przez glen nordyckiej obfitości. Zaczekaj, srebrna osiko, zostań, rozłożysty i kędzierzawy dębie, czarna sosenko i jaskrawa olcho, zaczekaj, dziewczyno o dzikich oczach.

Ale nie; nieś mnie, sapiący pociągu, na północ, na północ, między czarne góry [str.126–127].

Ten rytm litanii, a może tylko przekuty na słowa stukot pociągowych kół, przywodzi na myśl twórczość Edwarda Stachury i choć Czech zdaje się podróżnikiem bardziej cywilizowanym, nietrawionym żądzą przemieszczania się z miejsca na miejsce w takim stopniu jak nasz poeta, obserwujemy u niego to samo zadziwienie światem i pewną bezradność w obliczu prób opisania go, choć obaj robią to lepiej niż zdecydowana większość śmiertelników:

na przykład te granitowe kopuły pod Norefjellem wskazują, że świat, gdy go stwarzano, nie został ulepiony ot tak, z jakiejś gorącej kaszy, ale był obrabiany z wielką starannością, szlifowany i oskrobywany, piłowany i wygładzany, aż na koniec taki lodowiec z zadowoleniem i znawstwem przejechał kciukiem przez góry pod Krøderen i czuł się ukontentowany ich zaokrągleniem; rzeczywiście, dobrze się to udało; niechaj mi ktoś pokaże drugi taki zręczny lodowiec! (…)

A kto nie rozumie kamienia, niewiele wie o urodzie  i wielkiej powadze świata [str. 408–409].

Zobaczyliśmy już Čapka humorystę i Čapka poetę, lecz myliłby się ten, kto by sądził, że na tym koniec. O nie, w kolejce czekają jeszcze Čapek erudyta, Čapek humanista, Čapek… jeśli moralizator, to bardzo delikatny i zawsze zaczynający od rachunku sumienia.

Listy z podróży boleśnie unaoczniają nam różnicę pomiędzy wykształceniem, jakie odbierał człowiek na początku ubiegłego wieku, a współczesnym. Zgoda, wtedy kształciło się mniej ludzi, ale jakże bogate było to wykształcenie, jakże szerokie horyzonty tego, kto je otrzymał! Być może zresztą nie jest to kwestia epoki, lecz otwartego i chłonnego umysłu; wciąż jednak żal, że takie umysły rzadko bywają dziś doceniane. Čapek pisze o architekturze i sztuce w sposób bardzo osobisty, kpiarski i wnikliwy zarazem, pokazując, że informacje wykute w szkole nie zastąpią własnego gustu i własnych przemyśleń, lecz są potrzebne jako baza do lepszego zrozumienia zjawisk.

Machar znalazł w Rzymie sztukę antyczną. To dziwne. Co się mnie tyczy, znalazłem tu głównie barok. Koloseum to barok. Cały Rzym cesarski bez wątpienia jest barokowy. Potem przyszło chrześcijaństwo i za jednym zamachem położyło kres cesarskiemu barokowi. W rezultacie Rzym artystycznie usnął; i przebudził się dopiero przy pierwszej okazji, gdy rozluźniła się sroga obroża, w której trzymało go chrześcijaństwo, i gdy znów mógł rozkwitnąć w nowym przypływie baroku, tym razem pod znakiem papiestwa. Rzym papieski jest po prostu kontynuacją Rzymu cesarskiego, przynajmniej jeśli chodzi o architekturę; i teraz napiszę zapewne wielkie głupstwa, ale pozwólcie mi na to. A więc powiedziałbym to mniej więcej tak, że tu, we Włoszech, występują – przypuśćmy – dwie tendencje rozwojowe: pierwsza rzymska, barokowa, światowa, katolicka, preferująca ogromne rozmiary, przepych, dynamikę i efekty zewnętrzne; oraz druga, prymitywniejsza, surowsza, bardziej ludowa, mógłbym chyba obrazowo rzec – etruska, która doszła do głosu dzięki chrześcijaństwu, która tworzyła mozaiki, zeszła do katakumb, wyzwoliła rzeźbę i architekturę, wypowiadała się po dziecięcemu i intymnie [str. 24].

Styl, przede wszystkim szczerość stylu! – i precz z malowniczością i pulchnością, jeżeli tworzycie architekturę. Styl! – to wszystko, to więcej niż człowiek; stylem bowiem zmierza człowiek prosto do absolutu [str. 17].

 Wrażliwość Čapka na ludzką niedolę obserwujemy choćby w relacji z przemysłowego Glasgow, gdzie „życie (…) nie jest ani piękne, ani malownicze; nie zaznało bożego tchnienia, jest surowe i brudne, i lepkawe, hałaśliwe, śmierdzące i duszne, bezładne i ciężkie, cięższe od głodu i bardziej bezładne od nędzy; i poczułem na swoich barkach zmęczenie setek tysięcy, i uciekłem, Glasgow, bo nie miałem odwagi patrzeć i porównywać” [str. 137–138]. W Hiszpanii aż siedemnaście stron (z czego ⅓ zajmują rysunki) poświęca opisowi korridy, miotając się między zachwytem nad pięknem walki a odrazą dla siebie, że bierze udział w tak poniżającym spektaklu. „Nie mogłem uporządkować myśli, wstydziłem się czegoś, ale nie wiem dobrze, czy swego okrucieństwa, czy swej słabości” [str. 263]. Zauważa zarazem, że poza areną nie zdarzyło mu się zobaczyć w tym kraju żadnego przypadku okrucieństwa wobec zwierząt.

Przy okazji wystawy w Anglii pokpiwa z imperializmu Brytyjczyków, którzy produkty sprowadzone z kolonii uważają za własne, lecz tamtejszych ludzi za ubogich krewnych; w Holandii pozwala sobie na delikatny przytyk wobec autorytaryzmu: „Jeszcze jedno rzuca się w oczy na niderlandzkich ulicach: psy. Otóż nie mają one kagańców; w rezultacie stale śmieją się niemal w głos i nie walczą ze sobą, i nikogo nie gryzą, i nie warczą na siebie ze znaną nam środkowoeuropejską irytacją; co pokazuje, że wolność bez kagańca to nie byle co, tylko właśnie coś dla psa i dla nas, ludzi, i że to wspaniały dar boży, amen” [str. 306].

 Znowuż wspominając podróż do Hiszpanii, odbytą w roku 1929, a więc 84 (!) lata temu, dzieli się zaskakująco dziś aktualnymi refleksjami na temat globalizacji:

Są ludzie, którzy kochają cały świat, póki ten świat chce mieć asfaltowe szosy albo wierzyć w jednego Boga, albo pozamykać bodegi i restauracje. Są ludzie, którzy potrafiliby kochać świat, gdyby miał jedno, właśnie to ich cywilizacyjne oblicze. Ale ponieważ mimo to nie zaszliśmy dotychczas z miłością zbyt daleko, spróbujmy osiągnąć ją w inny sposób. Znacznie radośniej jest kochać świat, ponieważ ma tysiące twarzy i wszędzie jest inny, a przy tym wykrzykiwać: „Chłopcy, skoro już tak się kochamy, utwórzmy Ligę Narodów; ale, do cholery, niech będą to Narody ze wszystkim, co się z tym wiąże, każdy z innymi włosami i z innym językiem, ze swymi zwyczajami i kulturą, a jeśli trzeba, to niech będzie, że również ze swoim Panem Bogiem; bo każda różnica jest godna miłości już chociażby dlatego, że pomnaża życie. Niechaj łączy nas wszystko, co nas dzieli!” [str. 294–295]

Karel Čapek zmarł na zapalenie płuc w roku 1938. Wojny nie dożył. Mniej szczęścia miał Josef, który za krytykę hitleryzmu trafił do obozu koncentracyjnego Bergen-Belsen, gdzie pożegnał się z życiem w kwietniu 1945 roku. Warto sięgnąć po zapiski Karela, by odbyć podróż do świata sprzed katastrofy, która na wiele dekad spustoszyła ludzkie dusze, i skonfrontować go z dzisiejszym. Trochę będzie nam smutno, że takie pisanie, takie patrzenie, jest dziś rzadkością – a trochę wesoło, bo dostaniemy kawał solidnej literatury (i reportażu, jako że większość zapisków powstawała z myślą o publikacji w gazetach), materiału do przemyśleń i do zachwytu. Czyli tego, czym karmi się dusza wrażliwego, refleksyjnego czytelnika. Sam bowiem fakt publikacji tej książki, na wysokim zresztą poziomie edytorskim, i to, że ja piszę o niej tu, a inni gdzie indziej, świadczy, że takie pisarstwo wciąż jest nam potrzebne i że człowiek pozostaje człowiekiem zarówno w epoce szkicownika, jak i smartfonu.

Nie można pominąć postaci tłumacza, która w przypadku utworu Čapka pełni rolę szczególną. Przekład wyszedł spod pióra Piotra Godlewskiego (1929–2010), znawcy literatury czeskiej i słowackiej, który publikacji swego ostatniego dzieła nie dożył. Każde zdanie polskiego tekstu zaświadcza, że o ile tłumacz mógł mieć większe niż większość z nas powody do pośpiechu, o tyle się temu pośpiechowi nie poddawał, cyzelując zapiski i nie ustając w staraniach o to, by ostateczny produkt jak najmniej stracił z uroku oryginału, a może nawet coś zyskał. Gdy będziemy szaleńczo stukać w klawiaturę, by zdążyć oddać w terminie kolejny tekst, warto wspomnieć rzetelność człowieka, który czując na plecach oddech ostatecznego deadline’u, nie pozwolił sobie nawet na odrobinę niedbałości.

Karel Čapek, Listy z podróży, W.A.B. 2011.

Polconowa masa krytyczna (nierelacja)

Na gorąco, zanim to wszystko ucieknie mi z głowy, a jego miejsce zajmie matka Madzi, rzezie w Syrii, kolejna porażka mojej ulubionej drużyny, a przede wszystkim tzw. szara rzeczywistość, napiszę parę słów o konwencie fantastyki Polcon 2013, w którym miałam przyjemność uczestniczyć. I od razu uprzedzam – nie będzie to relacja/recenzja, tylko (znowu!) będę ględzić o swoich uczuciach (ziew). Bo te uczucia od pierwszego dnia konwentu wręcz mnie rozpierają. Przy czym nie chodzi o zniecierpliwienie spowodowane „kolejkonem”, który owszem, był denerwujący, ale dobra pogoda i radosna ludzka banda uczyniły go znośnym. Chodzi o radość z obcowania z ludźmi, którzy cenią oryginalność, są otwarci na drugiego człowieka i z którymi czujemy się swobodnie.

Pół życia temu jeździłam na pewne imprezy organizowane pod zupełnie innym pretekstem, niby to w innym celu, ale pełniące w istocie tę samą rolę: wytwarzania bliskości między ludźmi, otwierania ich na siebie nawzajem (wprawdzie P. twierdzi, że ja otwieram się głównie w jedną stronę, ale z mojej perspektywy bombardowanie innych własnymi emocjami jest zapuszczaniem sondy do ich serc, że tak górnolotnie rzeknę), zawierania i cementowania przyjaźni. Oczywiście to wszystko dzieje się też poza konwentami, także w internecie, ale taki spęd wielu osób w jednym miejscu wytwarza pewną masę krytyczną. Doświadczyłam tego, siedząc – czy to na terenie konwentu, czy wieczorem przy piwie – ze znajomymi z internetu albo z reala i słuchając inteligentnych, mądrych i ciekawych rozmów. Nieważne, czy ktoś jest znany, czy zupełnie nieznany; jeśli już miałabym oceniać metodę tworzenia się grupek, to chyba bardziej decyduje staż konwentowy (na pierwszych Pyrkonach czułam się znacznie mniej zintegrowana niż teraz), ale można nadrobić stażem forumowym czy portalowym albo po prostu klubowym. Trochę wiek, trochę różnice zainteresowań – ci od literatury skupiają się razem, ci od gier razem, ci od czegoś jeszcze też razem – ale nie są to żadne sztywne podziały. Poza tym nachodzą na nie także choćby podziały klubowe czy forumowe, które przebiegają inaczej. Na pewno jadąc na konwent po raz pierwszy, warto się wybrać ze znajomymi, żeby mieć się o kogo oprzeć, ale nie sądzę, żeby ktoś nowy był świadomie odrzucany – ludzie mają naturalną tendencję do trzymania się z swoimi i czasem trzeba zrobić parę kroków, żeby znaleźć sobie nowych przyjaciół, zamiast stać na uboczu. Jeśli oczywiście tego szukamy na konwencie, bo zdaję sobie sprawę, że wiele osób przychodzi po prostu na punkty programu.

Fajności bycia w grupie akceptującej różnorodność doświadczyłam też ostatniego dnia, kiedy z powodu nieposiadania kaptura włożyłam tyłem naprzód (inaczej się nie da) swój słynny kapelusik przeciwsłoneczny, żeby się ochronić od deszczu, i mogłam wyglądać niestandardowo, ale wśród licznych przebierańców zdawałam się sobie banalna do bólu i w odróżnieniu od codziennej miejskiej sytuacji nie miałam poczucia, że ktoś się na mnie dziwnie gapi, a wręcz tak się rozochociłam, że chodziłam w tym kapeluszu nawet po budynku.

Wspomniałam na początku, że pół życia temu jeździłam na podobne zloty, choć niezwiązane z fantastyką. Kiedyś (już po raz drugi się odgrażam) o nich napiszę, ale to podobieństwo spotkań z epoki przedinternetowej i zakończonego właśnie konwentu jest świadectwem, że ludzie tak naprawdę potrzebują tego samego: akceptacji, rozmów, bliskości drugiej osoby, dobrej zabawy w gronie ludzi, którym mogą ufać. I podejrzewam, że znajdują to pod różnymi szyldami – jedni pod szyldem fantastyki, bo akurat nią się zainteresowali, a inni pod szyldem czegoś innego, co akurat ich kręci. Mnie wkręciła fantastyka, która tak subtelnie owijała mnie i owijała swoją pajęczyną, aż tu ani się spostrzegłam, a piję piwo z pisarzami i redaktorami. Bo jedną z lepszych rzeczy na konwencie jest to, że ma podziału na prowadzących i słuchających, na tych, którzy już coś zrobili, i na tych, którzy dopiero coś zrobią albo i nie.

Warszawa pozytywnie mnie zaskoczyła i cenami (może dlatego, że kręciliśmy się głównie po okolicach campusu, bo bliżej centrum było już niestety drożej), i ogólnym kształtem – może nie ma jakiegoś wielkiego klimatu, ale czułam się w niej dobrze. A miejscami bywa nawet ładna. Udało nam się wygospodarować czas na spacer do Łazienek i zwiedzenie kościoła w pobliżu akademika, w którym nocowaliśmy. To cieszy, ale ogólnie życie konwentowe słabo sprzyja zwiedzaniu, jak również spotkaniom z pozakonwentowymi przyjaciółmi, których w tym miejscu przepraszam, że się nie udało.

Wielu zdjęć nie zrobiłam, bo a) byłam zajęta innymi sprawami, b) mam słaby aparat; ale dla urozmaicenia relacji wrzucam kilka poniżej. Opisy jak zwykle można zobaczyć, najeżdżając myszą na zdjęcie.

O szufladkowaniu miłości

Natykam się ostatnio na strzępy dyskusji o pani doktor z PAN-u, która śmiała napisać, że jej zdaniem Rudego i Zośkę, bohaterów Szarych Szeregów i lektury Kamienie na szaniec, łączyło uczucie będące więcej niż przyjaźnią. Nie zamierzam na ten temat spekulować, bo nie mam ku temu danych, a nawet nie chce mi się iść do biblioteki, żeby rzeczoną książkę wypożyczyć. Zastanawia mnie natomiast, co takiego strasznego i obrazoburczego jest w tym, że kobieta pisze o „miłości nieznającej granic” i tylko bardzo delikatnie sugeruje, że mogło to być uczucie nie całkiem platoniczne.

Czasem mam wrażenie, że niektórzy ludzie nie rozumieją w ogóle idei miłości. Jak czytam te wypowiedzi, komu co staje na widok kogo albo kto komu co wsadza i gdzie, to chce mi się rzygać. A gdzie miejsce na uczucia, na patrzenie sobie w oczy, pisanie wierszy, przytulanie się i wszystkie te rzeczy, które robią zakochani? One też są „be”?

Wiem, że już kiedyś popełniłam podobny tekst, ale chyba pora na więcej dosłowności. Potrzebowałam czterdziestu lat życia, żeby dojść do wniosku, że cała idea orientacji seksualnej jest dla mnie abstrakcją. Oczywiście to wyłącznie moje odczucia i zdaję sobie sprawę, że wiele osób czuje inaczej. Mnie osobiście zawsze coś nie pasowało w tym podziale i mniej więcej od szkoły średniej czułam pod skórą, że nie jestem całkiem hetero, ale nie jestem też homo. Raz nawet, prowadząc na studiach dyskusję o homoseksualizmie, powiedziałam (głównie tytułem prowokacji), że jestem bi, co wszyscy równo olali, bo bi to jesteś, jak śpisz z osobami obojga płci, a nie jak ci się coś roi.

No więc według tego raportu, którego lekturę notabene polecam, jestem bi, ponieważ jego definicja biseksualizmu zawiera m.in. „People who see their attraction as ‘regardless of gender’ (other aspects are more important in determining who they are attracted to)”. Słowem – nie chodzi o to, że pociąga mnie jakaś płeć (lub obie), tylko że pociąga mnie coś w danej osobie – jej uśmiech, głos, zachowanie czy co tam jeszcze – a to, jakiej płci jest ta osoba, ma znaczenie drugorzędne.

Oczywiście trudno mówić o drugorzędnym znaczeniu płci, gdy się żyje w heteromatriksie. Heteromatriks to pojęcie kulturoznawcze, o którym wiem tyle, ile przeczytałam tutaj, ale kiedy pierwszy raz spotkałam się z tym słowem, pomyślałam o filmie Matrix i o tym, że żyjemy w takim sztucznie wykreowanym świecie, z którego trudno się wydostać. Nie wiadomo zresztą, czy warto, bo świat istniejący poza Matriksem nie jest przyjemny, o czym wiedzą ci, którzy film obejrzeli. W kulturze heteromatriksa (czyli heteroseksualnej matrycy kulturowej) każde uczucie do osoby tej samej płci jest odstępstwem od normy, przez co staje się obarczone wątpliwościami, czy aby coś ze mną nie jest nie tak, co powie druga strona, jeśli wyjawię jej swoje uczucia, albo czy będziemy musiały/musieli się z nimi ukrywać przed społeczeństwem, a może nawet przed rodziną i przyjaciółmi. Gdyby nie te obawy, zaryzykuję opinię, że par jednopłciowych byłoby znacznie więcej.

Osobiście podoba mi się model, w którym za normę uznaje się to, że można się zakochać w osobie dowolnej płci. I nie widzę potrzeby nazywania tego w kategoriach orientacji. A słowo „biseksualny” mi się nie podoba, po pierwsze dlatego, że osoby określane tym słowem są atakowane hejtem ze wszystkich stron, po wtóre zaś dlatego, że doświadczenia i odczucia takich osób są zbyt zróżnicowane, by je pakować do jednego worka.

Katharsis

Czasem wydaje mi się, że powinnam prowadzić dwa blogi. Jeden ze wspominkami, relacjami z podróży i refleksjami lżejszego kalibru, a drugi poważniejszy. Takie rozwiązanie ma jednak dwie wady: po pierwsze, na każdym z tych blogów pisałabym jeszcze rzadziej, niż teraz na wspólnym; po drugie – nie wszystkie wpisy dają się tak łatwo rozgraniczyć na poważne i lżejsze. I chyba dobrze, bo miło jest przemycić w lżejszym tekście bardziej doniosłe treści, a z kolei tekst poważny niekoniecznie musi być od razu napuszony.

Długo się zastanawiałam, jak nazwać to, o czym dziś chcę napisać. Zresztą nie tylko nazwanie, ale i uchwycenie tego zjawiska sprawiało mi trudność. Otóż czytałam sobie książkę Margaret Atwood Cat’s Eye. Bohaterka tej książki, w dzieciństwie mocno straumatyzowana, odreagowuje traumę samookaleczeniami, a później, w dorosłym, teoretycznie dość udanym życiu nieustannie zmaga się z epizodami depresji, poczuciem własnej bezwartościowości, lękiem, że ktoś odkryje, iż tak naprawdę nie jest tym, za kogo się podaje, i nie miała prawa znaleźć się tam, gdzie się znalazła.

Czytanie tej książki było dla mnie równie wyzwalające – to słowo chyba dobrze oddaje istotę rzeczy – jak słuchanie zespołu Lacrimosa, który w bardzo mocny, dramatyczny, histeryczny wręcz sposób wyraża emocje. Przy czym przez „emocje” należy tu rozumieć głównie ból. Z jednej strony dostrzegałam w bohaterce pewne swoje cechy i swoje demony, z drugiej – miałam poczucie, że jej cierpienie jest bardziej dojmujące niż moje. Nie, nie chodzi tu o prostą satysfakcję z tego, że ktoś inny ma gorzej. Raczej o wdzięczność, że nie jestem w swoich uczuciach odosobniona i że jest ktoś, kto ośmiela się i potrafi o nich mówić.

Nasza kultura nie toleruje głośnego przeżywania bólu. Ktoś, kto chce być uważany za cywilizowanego, powinien umieć radzić sobie z emocjami. Jeśli stracił bliską osobę albo spalił mu się dom, jesteśmy w stanie wybaczyć chwilową utratę kontroli, ale gdy chodzi o takie drobiazgi jak nieszczęśliwa miłość albo cierpienie egzystencjalne, wymagamy dojrzałości – to znaczy tego, żeby pośród ludzi zachowywać się jak gdyby nigdy nic. W samotności możemy sobie popłakać, upić się albo przez trzy dni leżeć i gapić się w sufit, ale gdy już wrócimy do społeczeństwa, to cicho sza, maska na twarz.

Z nieszczęśliwą miłością jest jeszcze jeden problem – ten mianowicie, że się nam wpaja, iż kochać prawdziwie to znaczy uszanować wolność drugiej osoby i przedkładać jej szczęście ponad własne. Może to i prawda, ale w takim razie ja nigdy prawdziwie nie kochałam, bo każda nieodwzajemniona miłość była dla mnie źródłem cierpienia. Zaraz ktoś powie, że mylę zakochanie z miłością. Wolę przyjąć to oskarżenie na klatę, niż robić dobrą minę do złej gry, byle tylko nie zostać posądzona o egoizm. Zastanawiam się, jak można nie być egoistą w tym podstawowym sensie, że pragnie się spełniać najpierw własne potrzeby, a dopiero potem cudze. Oczywiście są ludzie, którym pomaganie innym sprawia radość, ale to jest właśnie ich potrzeba – lubią pomagać innym i są szczęśliwi, gdy mogą to robić. Bardzo to fajne. Ja też się cieszę, gdy mogę sprawić komuś przyjemność. Ale kiedy cierpię, chciałabym mieć prawo do wykrzyczenia tego cierpienia. To oczyszcza. Kiedy już się wykrzyczy cały ból, przychodzi moment odpuszczenia, pogodzenia się z losem. Ale jeśli tłamsimy ten ból w sobie, jeśli boimy się silnych emocji, możemy zobojętnieć albo stać się zgorzkniali.

W tej sytuacji wolę uchodzić za niedojrzałą. Co jednak nie oznacza, że zamierzam epatować wszystkich swoim bólem. Zdecydowanie wolę epatować radością, pod warunkiem, że jest autentyczna. Dlatego właśnie potrzebuję czasem katharsis. Raz będzie to katharsis uogólnione, jak w przypadku muzyki Lacrimosy, która ostatnio budzi mnie każdego ranka i od razu wprawia w dobry nastrój. Innym razem – katharsis uszczegółowione, jak w przypadku książki Atwood, która jakoś tam dotyka mojego własnego życia i własnych demonów. A jeśli czuję potrzebę bardzo konkretnego katharsis, tworzę je sobie sama.

Z własnoręcznie tworzonym katharsis też jest problem. O ile spełnia funkcję terapeutyczną, o tyle nie wiadomo, czy przemówi do innych. A chciałoby się upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, prawda? Spuścić trochę ciśnienia z opon mózgowych i jeszcze zyskać odrobinę uznania. Myślę sobie jednak, że skoro Atwood do mnie trafia, skoro trafia muzyka Lacrimosy, to dlaczego ja nie miałabym trafić do innych? Wystarczy pewna wspólna płaszczyzna wrażliwości.

Co rzekłszy, wracam to swojej twór… oż kurczę, przecież dziś miałam pracować, to znaczy tłumaczyć cudzą grafomanię. No dobra. Powiem cierpieniu, że musi jeszcze trochę zaczekać na wyzwolenie.

budzik