Włóczęgi po Poznaniu 6 – ul. Hutnicza i Plac Lipowy

IMG_5325

ul. Hutnicza – „Osada”

Po kilku latach przerwy wznawiam sekcję „Włóczęgi po Poznaniu”. Wznawiam, bo jest okazja, choć nie obiecuję większej liczby wpisów, a to choćby dlatego, że inni robią lepsze zdjęcia i piszą ciekawiej.

W każdym razie udaliśmy się dziś w dwa miejsca, o których słyszałam i widziałam je na fotografiach, a nigdy dotąd w realu. Pierwszym z nich była tzw. Osada – kolonia domów wybudowanych pierwotnie dla pracowników kolei, mieszcząca się pomiędzy ulicami Hutniczą, Wspólną i 28 czerwca. Miejsce jest dobrze ukryte i choć wielokrotnie przejeżdżałam obok niego tramwajem albo nawet przechodziłam, długo nie miałam pojęcia o jego istnieniu, zwłaszcza że nie jest wspomniane w książce Ulicami mojego Poznania Zbigniewa Zakrzewskiego, z której czerpię większość wiedzy o mieście.

IMG_5326IMG_5328

IMG_5332

Te domy też należą do Osady – szkoda, że je pomalowano na taki nietypowy kolor.

Plac Lipowy mieści się niedaleko, pomiędzy ul. Lipową, Bluszczową i Bzową. Nie widnieje nawet na niektórych planach miasta, bo jest nieduży, ale warto zajrzeć i tam, i na okoliczne uliczki – choćby rzeczoną Lipową, gdzie odkryliśmy taki ładny dom (białe kropki na zdjęciu to opady śniegu 🙂 ).

IMG_5337

IMG_5335

Plac Lipowy

Serdecznie polecam odwiedziny w tych miejscach. Tymczasem koleżanka donosi, że nieopodal Osady, u zbiegu ulic Wspólnej i Tokarskiej, znajduje się największe podwórko (chyba już raczej podwórze?) w Poznaniu. Jest więc pretekst do kolejnej wycieczki.

Nowy Rok, nowe wyzwania

IMG_5196.jpg

Lądek Zdrój, 1 stycznia 2016

Rankiem 1 stycznia w Lądku (tak, tym Lądku), spadł śnieg. W Poznaniu również, o czym dowiedziałam się chwilę później. To będzie dobry rok, a przynajmniej nie tragiczny. Jest zbyt pięknie, by ktokolwiek mógł to zabić.

Wczoraj wieczorem, wróciwszy do domu, „zastaliśmy” na termometrze 13 stopni. Wewnątrz, rzecz jasna, bo na zewnątrz było prawie tyle samo na minusie. Dziś przynajmniej wiatr przestał dąć, więc udałam się na tradycyjny spacer nad Wartę i oto, co ujrzały me oczy.

IMG_5217IMG_5227IMG_5228

Wszystkiego dobrego w 2016! Żyjcie jak dotąd, a w każdym razie nie gorzej, bądźcie dobrzy dla przyjaciół i bliskich, a w szczególności dla siebie. Na wrogów nie plujcie, ale się ich nie lękajcie. I niech Wam przyświeca motto profesora Bartoszewskiego: „Warto być przyzwoitym, choć się nie opłaca. Opłaca się być świnią, ale nie warto”.

Minirecenzje filmowe – listopad 2015

W grudniu pewnie niewiele razy będę w kinie, ale za to w listopadzie trochę pobywałam i niniejszym daję temu świadectwo.

Imigranci (Dheepan) – polecam. Polski tytuł trochę pod publiczkę, choć z kolei Dheepan (przybrane imię głównego bohatera) zupełnie nic niemówiący. Trochę zmienia się optyka, punkt ciężkości z jednego bohatera przenosi się na troje, a może i więcej. Z jednej strony pokazuje kondycję życiową ludzi naznaczonych wojną i obcością na wielu płaszczyznach – społecznej, ekonomicznej, psychicznej, a wreszcie i takiej, że macki przeszłości czyhają na nich nawet w dalekim kraju. Z drugiej – trzyma w napięciu jak dobra sensacja, którą zresztą od pewnego momentu jest. Świetna konstrukcja – jeśli niedopowiedzenia, to celowe – reżyser podsuwa tropy, nie wykładając kawy na ławę. Zakończenie zaskakuje, ale na swój sposób jest wiarygodne.

 Moja matka – film z mnóstwem niedopowiedzeń, jego odbiór prawdopodobnie w dużej mierze zależy od naszych życiowych doświadczeń. Sądząc po rozmowie, jaką po filmie przeprowadziłam ze współoglądaczką, nie da się jednoznacznie określić postaci, łączących je więzi i kierujących nimi motywów. Ale powiedzcie, czy w życiu nie jest tak samo? Każdy ma swój punkt widzenia. Mnóstwo niuansów, choć mam świadomość, że nie każdy lubi takie kino – kameralne, psychologiczne. Nie bergmanowskie jednak, bo mimo wszystko jest tu trochę humoru.

Pani Müller musi odejść – film oparty na sztuce teatralnej, w moim odczuciu świetny – zabawny, ale z potężnym optymistycznym, humanistycznym przesłaniem. Post scriptum fantastyczne. Niestety nie wiadomo, czy wejdzie w Polsce do regularnej dystrybucji – ja obejrzałam go podczas Tygodnia Kina Niemieckiego. Trailer, niestety, po niemiecku.

El club – ciężka groteska, wszystko jakby wykrzywione, zamiast poważnego podejścia do człowieka i jego psychologicznej złożoności reżyser okopuje się na pozycji, że zło się wszędzie panoszy, wszystko zżera i nie ma przed nim ucieczki. Generalnie – to, czego w kinie nie lubię. I nie pomaga fakt, że film jest poświęcony problemowi nadużyć kleru katolickiego i tuszowania tychże przez Kościół. Chętniej oglądam filmy w rodzaju Tajemnicy Filomeny, która pięknie kontrastuje zło i dobro, butę i przebaczenie.

W objęciach węża – bardzo klimatyczny film kolumbijskiego reżysera Ciro Guerry opowiadający o Amazonii pierwszej połowy XIX wieku, wyniszczonej przez białego człowieka. Ale i biali – dwaj podróżnicy przemierzający Amazonię w odstępie 30 lat od siebie – są tymi, którzy pomagają zachować pamięć przeszłości. Jest trochę banałów, ale zdjęcia i klimat świetne, a do tego parę scen (np. sceny z misji i tego, w co przekształciła się po latach) mocno ryje czachę.

 

Minirecenzje filmowe – wrzesień/październik 2015

https://i1.wp.com/1.fwcdn.pl/an/867323/70973_1.12.jpg

Od czasu Transatlantyku obejrzałam trochę filmów i nie o wszystkich uda mi się tu napisać. Cóż – życie składa się nie tylko z bloga, a blog nie tylko z filmów. Nie trwońmy zatem czasu.

Everest – film godny obejrzenia w warunkach IMAX-owych. Ja przynajmniej w takich oglądałam i sądzę, że to naprawdę robi różnicę. Widziałam sporo filmów o górach, i fabularnych, i dokumentalnych, ale dopiero ten mi pokazał, jak strasznie tam może być. W jakim stopniu to zasługa samego filmu, a w jakim techniki, nie wiem.

Ciekawie przedstawiono postać Becka – początkowo byłam wściekła, że zrobiono z niego przesadnego buca, żeby wzbudzić w widzu negatywne emocje, ale wkrótce się okazało, że pod jego bucowatością – jak pewnie pod bucowatością większości buców – kryje się strach. Strach przed okazaniem się słabym. Strach kogoś, kto sam ma problemy z wiarą w siebie, więc potrzebuje, żeby inni w niego wierzyli. Przyznając się do lęku, wystawiłby się na szwank, a jest na to za słaby (albo tak myśli), więc przywdziewa maskę.

Żonę Becka gra Robin Wright, którą niegdyś oglądałam w serialu Santa Barbara. Pięknie dojrzała.

 Karbala. Film przemknął przez ekrany i błyskawicznie zniknął, a mnie się podobał. Żadna rewelacja, lecz w kategorii „polskie kino wojenne” naprawdę niezły. Bez martyrologii, bo rzecz dzieje się w Iraku, a w dodatku opowiada o wygranej bitwie. O wydarzeniach, które stały się jego kanwą, można przeczytać tutaj.

Sól ziemi – dokument Wima Wendersa o świetnym brazylijskim fotografie Sabastiao Salgado. Zdjęcia doskonałe, po wyjściu przez jakiś czas inaczej patrzysz na ludzi i obrazy. Zdecydowanie warto zobaczyć.

11 minut Jerzego Skolimowskiego. Niektórzy postrzegają ten film jako moralitet, a ja nie wiem dlaczego – dla mnie jest to świetnie zrealizowana groteska z doskonałymi zdjęciami, montażem, oprawą muzyczną. Szwankuje natomiast fabuła – pełno luźnych nitek, nie wiadomo, co i po co. Pomysł z martwym pikselem – czarnym punktem – doskonały. Moim zdaniem film o Oscara nawet się nie otrze, natomiast ma szanse zawojować europejskie i niezależne festiwale.

Ponadto obejrzałam grecki Płomień – niezbyt mi się podobał, zdecydowanie przereklamowany albo po prostu zbyt różnimy się kulturowo od Greków. Bohaterka wydawała mi się płytka, prymitywna, nie miałam żadnego punktu zaczepienia, by się z nią identyfikować. Ciekawie natomiast pokazany (choć przerysowany) szwagier nazista. Załapałam się na spotkanie z reżyserem w kinie Muza – bardzo miły człowiek.

Obejrzałam też Sicario, którego nie polecam osobom o dużej wrażliwości. Doceniam klimat – muzykę, zdjęcia – natomiast uważam, że fabuła jest kliszowa, niedopracowana, drastyczne sceny usprawiedliwione jedynie potencjałem komercyjnym (co potępiam), a przesłania, że źli są źli, a dobrzy równie źli, nie kupuję.

Marsjanina polecam (acz bez przesadnych ochów i achów), choć pewnie i tak już wszyscy widzieli. Z nieco starszych filmów obejrzałam animowany W głowie się nie mieści – opowieść o tyle godną polecenia, że idzie pod prąd filozofii fałszywego optymizmu i uczy, że jeśli nie dajemy sobie miejsca na smutek czy złość, mogą z tego być kłopoty.

O listopadowych filmach napiszę, gdy trochę się ich uzbiera, ale już teraz zachęcam do obejrzenia Imigrantów (znanych też pod tytułem Dheepan). Dobry, wciągający film.

Trzęsienie umysłu (I)

W filmie Chce się żyć dziewczyna – nie pamiętam imienia, więc nazwę ją Anią – przyprowadza Mateusza, niepełnosprawnego, niemówiącego i uważanego za głęboko upośledzonego, na imprezę urodzinową swego bogatego ojca. Przez poprzednie tygodnie opiekowała się Mateuszem, w końcu zaczynając go traktować jako swojego chłopaka. Wreszcie ktoś zrozumiał, że nie ma do czynienia z rośliną – myśli widz. I jakież to heroiczne, że zabiera chłopaka na elegancką kolację do ojca, wiedząc, że zebrani będą kręcić nosami.

Rzeczywiście – ojciec i jego świta patrzą krzywo, mamy poczucie, że za chwilę dojdzie do awantury. „Kogo przyprowadzisz za rok? – pyta ojciec. – W zeszłym roku bezdomny, teraz on…” Po czym zwraca się do Mateusza: „Przepraszam cię za swoją córkę”.

Chwilę siedzę oszołomiona, próbując ogarnąć, co tu się wydarzyło. Te dwa wypowiedziane zdania, a zwłaszcza bezpośrednie zwrócenie się do Mateusza, całkowicie odwracają sytuację, przenicowują nasze dotychczasowe wyobrażenia o Ani i o tym, gdzie na osi dobro/zło znajduje się ona, a gdzie ojciec.

Uwielbiam takie momenty w literaturze i filmie – kto wie, czy nie najlepsze „twisty”, jakie można nadać dziełu fabularnemu. Siedzisz sobie wygodnie w fotelu, przekonany, że kibicujesz właściwej stronie, a tu cała wizja sypie się w wyniku jednego gestu, kilku słów. A więc to tak? Nie z miłości czy nawet sympatii, tylko z chęci zemsty na ojcu Ania omamiła Mateusza, dając mu nadzieję, że wreszcie dla kogoś zaczął się liczyć, a w rzeczywistości w najmniejszym stopniu nie biorąc pod uwagę jego uczuć? Prawdopodobnie podzielała przekonanie większości, że chłopak jest zbyt upośledzony, by cokolwiek rozumieć, a dawane przez niego sygnały ignorowała w imię swoich celów. Wizerunek ojca natomiast ociepla się, gdy ten odzywa się wprost do chłopaka. Nawet jeśli nie sądzi, by ten go rozumiał, widzi w nim człowieka i czuje potrzebę przywrócenia mu godności.

Ale to znowuż nie jest tak, że wystarczy obrócić kalejdoskop do góry nogami i wszystko stanie się takie, jakie jest naprawdę. Po pierwsze, nie wiemy, co naprawdę czuje Ania. Może oprócz chęci prowokowania ojca jest w niej autentyczne poczucie solidarności z ludźmi wykluczonymi, bo się z nimi identyfikuje? Ojciec ma nową rodzinę, o matce i ewentualnym rodzeństwie nie wiemy nic. Zniknięcie Ani z życia Mateusza po tym incydencie zdecydowanie przemawia jednak na jej niekorzyść. Owszem, może jej być wstyd, ale przecież musiała się spodziewać takiego rozwoju wydarzeń, ba – biorąc pod uwagę, że to „recydywa”, jesteśmy skłonni sądzić, że prowokacja była jej celem – więc to, że nie pojawia się więcej, zdaje się potwierdzać tezę, że chłopak był dla niej wyłącznie narzędziem walki z ojcem.

Po drugie – i bardziej istotne – jeśli między rodzicami a dzieckiem źle się dzieje, zwykle nie jest to wina dziecka. Owszem, zdarza się, że opiekunowie wszystko zrobili dobrze, a z dziecka i tak wyrasta niezłe ziółko, lecz chyba znacznie częściej problemy dzieci są wynikiem błędów rodziców, którzy z kolei są produktem swoich, także niedoskonałych rodziców… i tak w nieskończoność. Postrzegam to jako rodzaj grzechu pierworodnego, za który wszyscy pokutujemy i zbawić nas może jedynie korzystny zbieg okoliczności i/lub ciężka praca: albo we wczesnym okresie życia trafimy na kogoś bardzo mądrego i empatycznego, kto te błędy naprawi, skrzywienia złagodzi, albo osiągniemy to dzięki mozolnej pracy nad sobą. Zdecydowanie korzystniejsze jest to pierwsze, bo kiedy już okrzepliśmy w złym schemacie, naprawdę trudno jest go zmienić. Niestety nie od nas to zależy, więc jeśli wchodzimy w dorosłość tacy powykrzywiani, pozostaje już tylko drugi sposób. Powolne zmienianie siebie, które potrwa do końca życia.

Ciekawe, czy o tym wszystkim myślał reżyser, gdy budował tę postać – postać, której imienia nawet nie zapamiętałam, ale która mogłaby być tak wieloma z nas. Ilekroć dostrzegam w fabułach (lub ich fragmentach) głębię, której większość otaczających mnie osób nie wydaje się dostrzegać, zastanawiam się, czy nie nadinterpretuję. Ale chyba nie, bo żeby wymyślić taki twist, potrzeba wnikliwości. A nawet gdyby w niektórych wypadkach okazywało się, że pomyślałam o czymś, co nie było zamiarem twórcy, dziełu to nie zaszkodzi, a tych, z którymi podzielę się refleksjami, może skłonić do wartościowego namysłu. Oby 🙂

Pamięć emocjonalna i CPTSD

Niedawno natknęłam się na pojęcie, które wydaje się doskonale opisywać pewne rzeczy przydarzające się mnie i być może niektórym z Was. Od dawna byłam świadoma, że czasem reaguję na jakieś zdarzenie niewspółmiernie do jego wagi – mieszanką wściekłości i wstydu, toksyczną zazdrością, albo też nieproporcjonalnym poczuciem szczęścia, któremu zwykle towarzyszy lęk. Albo że obezwładnia mnie poczucie strasznej pustki i bezradności. Wiedziałam, że musi się to jakoś wiązać z dzieciństwem, ale to, co pamiętam, to wciąż było za mało, żeby „oskarżyć” jakieś zdarzenie/a z przeszłości. Nawet sama wpadłam na pomysł, że to uczucie bezradności i pustki przypomina uczucie małego dziecka, które pozostawiono samo w łóżeczku i ono nic nie może zrobić. A tu nagle czytam w internecie o neurotycznym poczuciu wstydu i natykam się na pojęcie „emotional flashbacks”. Jakieś zdarzenie w teraźniejszości uruchamia w tobie emocje z przeszłości, przy czym – uwaga! – wcale nie musisz pamiętać zdarzeń wiążących się z tymi emocjami, być może dlatego, że pamięć emocjonalna sięga głębiej niż pamięć faktów i może dotyczyć rzeczy, które wydarzyły się choćby w okresie niemowlęcym. Pojęcie flashbacków emocjonalnych (najlepsze polskie tłumaczenie, jakie mi przychodzi do głowy, to „emocjonalne déjà vu”) wiąże się z pojęciem, które też pierwszy raz spotkałam – CPTSD, Complex Post-Traumatic Stress Disorder. Zespół stresu pourazowego jest dobrze znany, ale kojarzył mi się dotąd z ludźmi, którzy mają za sobą przeżycia powszechnie uznawane za traumatyczne – wojna, przemoc, wykorzystywanie seksualne. Tymczasem CPTSD (złożony zespół stresu pourazowego, złożone zaburzenie po stresie traumatycznym) dotyczy głównie długotrwałych przeżyć z dzieciństwa, często bardzo wczesnego. I jak piszą autorzy – wcale nie musi to być trauma przemocy fizycznej czy seksualnej, wystarczy brak troski, niepozwalanie dziecku na ekspresję emocji, brak akceptacji jego naturalnych zachowań. Choćby coś tak banalnego jak pozostawianie dziecka samemu sobie, by „się wypłakało”, może mieć niszczące skutki dla jego psychiki: dziecko po jakimś czasie przestaje płakać, bo nie ma już sił, ale wcale nie zasypia, tylko leży przerażone i ostatecznie ucieka w wyłączenie, wyparcie emocji. Jeśli zaniedbywanie czy zawstydzanie dziecka jest normą, często wyrasta z niego osoba skrajnie niepewna siebie, depresyjna, niezdolna nikomu zaufać.

Pewnie niejeden czytelnik żachnie się, że Amerykanie znowu wymyślili jakieś bzdury, żeby wyciągać od ludzi pieniądze albo wypłynąć naukowo na nowym pojęciu. Osobiście nie wierzę w powszechność takich działań, podobnie jak nie wierzę, że ADHD „wymyślono” po to, by sprzedawać leki. Zupełnie inną jest rzeczą, że w niektórych kulturach mogła się wytworzyć tendencja do pochopnego diagnozowania tego zaburzenia i niepotrzebnego przepisywania leków, jakkolwiek nie sądzę, by dotyczyło to naszego kraju – cieszę się, że ta choroba w ogóle stała się zauważana, bo w czasach, w których uczęszczałam do szkoły, nikt o niej nie słyszał. Niestety w Polsce przeważa przekonanie, że ADHD dotyczy tylko dzieci – w Stanach jest inaczej i sądzę, że to Amerykanie mają rację.

Dlaczego CPTSD to dla mnie strzał w dziesiątkę? Znacie to uczucie, kiedy przez długi czas bezskutecznie usiłujecie znaleźć rozwiązanie jakiegoś problemu, aż nagle natykacie się na jakieś zdanie, kierunek, i klik! – wszystko wskakuje na swoje miejsce? Tak było ze mną, gdy przeczytałam o flashbackach emocjonalnych, a później o zaburzeniu, z którym się wiążą. O ile można nazwać CPTSD zaburzeniem, bo jest to raczej seria niefortunnych zdarzeń, która doprowadziła cię do pewniej rzeczywistości psychicznej. Tak czy owak kliknęło i było to miłe kliknięcie. Wyobraźcie sobie, że przez całe życie zastanawiacie się, co z wami jest, nawet psychologowie nie potrafią was przypiąć do jednego zaburzenia – raz jesteście neurotykami, raz borderline’ami, ocieracie się o depresję, dwubiegunówka niby nie, ale spektrum niewykluczone. I nie chodzi o nazwę – chodzi o zrozumienie siebie i rzeczy, które ci się przytrafiają. Pływasz w jakiejś zupie, a tu nagle trafiasz na trampolinę, od której możesz się odbić i… no nie, nie mam złudzeń, że poszybować. Ale ruszyć w górę bardziej energicznie niż dotąd.

Pete Walker (cyt. za http://cptsd.org/), terapeuta zajmujący się CPTSD, wymienia następujące zjawiska, które mogą występować u osób cierpiących na zespół:

  • emotional flashbacks – unlike the flashbacks associated with PTSD, these do not typically have a visual component (although they may), but instead involve overwhelmingly negative feelings such as anger, shame, humiliation, abandonment, and of being small and powerless much like a child would feel when abused

czyli „emocjonalne déjà vu”, zwykle bez komponentu wizualnego – nagłe poczucie wstydu, wściekłości, osamotnienia, o którym nie bardzo wiesz, skąd się wzięło, ale które przypomina uczucie małego dziecka,

  • toxic shame – a pervasive feeling of being worthless, defective and useless

„toksyczne” poczucie wstydu. Walker pisze o poczuciu bezużyteczności i bycia „wybrakowanym”, ale ja mogłabym napisać książkę na temat tego, czego i jak bardzo można się wstydzić – począwszy od myślenia o seksie, a skończywszy na koleżance, która idąc z tobą ulicą, nagle zaczyna śpiewać,

  • self-abandonment – a sense of not being worthy or deserving of care and protection from others or self; dissociating from situations which feel overwhelming or threatening

Poczucie, że nie jesteś nic wart i że nikt nigdy cię nie pokocha, bo musiałbyś mu w zamian coś dać, a ty przecież nie masz nic do dania. Albo że za cokolwiek się bierzesz, i tak sobie z tym nie poradzisz, co zwykle doprowadza do tego, że faktycznie sobie nie radzisz,

  • inner critic – an ongoing inner dialogue which is contemptuous, disdainful and humiliating towards oneself

O wewnętrznym krytyku mogłabym napisać drugą książkę, chociaż właściwie chyba tę samą, bo wstyd jest właśnie jego sprawką. Gdy w jakimś stopniu sobie z nim poradziłam, okazuje się, że poczucie samotności czy pragnienie bycia lubianą wcale nie odbierają mi godności. Bardzo trudno jest jednak uciszyć krytyka, który twierdzi, że się ośmieszasz, bo chcesz, żeby ktoś cię kochał. Ciebie, takiego mutanta,

  • social anxiety – a feeling of being different from everyone else; fear and anxiety when around other people; wanting to isolate and avoid social situations.

Fobia społeczna – w moim odczuciu niejako wpisana w życie osób, które mają niskie poczucie własnej wartości.

Większość tych rzeczy w mniejszym lub większym stopniu mnie dotyczy. Konflikt między potrzebą zwrócenia na siebie uwagi a wewnętrznym krytykiem, który za takie coś miesza mnie z błotem. Poczucie bycia pariasem, który praktycznie nie należy do rasy ludzkiej i może tu zostać tylko pod warunkiem, że nie ujawni żadnych potrzeb emocjonalnych (a i seksualnych), wstydzenie się za własne myśli, emocje i czyny, a nawet za kogoś innego, kto przypadkiem stał obok, odczuwanie bardzo silnych emocji w sytuacjach, w których wydają się one nie na miejscu, a do tego niejasność w sprawie obrazu własnego ja i własnych przekonań, o których tu akurat nie wspomniano, ale która też pojawia się w artykułach o CPTSD – wszystkie te rzeczy są mi tak dobrze znane, że nie sposób nie czuć ulgi, znajdując je w opisie jednego zjawiska. Mam nadzieję, że mój wpis przyda się osobom, które borykają się z podobnym problemem. Skoro wcześniej nie zetknęłam się z CPTSD, choć sporo czytam o psychologii, to pewnie termin nie jest jeszcze bardzo rozpowszechniony, więc może i Wy się z nim nie zetknęliście.

Załączam linki do jednego z artykułów Walkera i do hasła z Wikipedii.

https://www.psychotherapy.net/article/complex-ptsd

https://en.wikipedia.org/wiki/Complex_post-traumatic_stress_disorder

Atraktory

Z natury skłaniam się ku poglądom umiarkowanym i wszelka skrajność budzi we mnie lęk. Może dlatego Mini wykłady o maxi sprawach Leszka Kołakowskiego doczytałam tylko do połowy, bo prawie zawsze się z nim zgadzałam i zrobiło się to nudne.

Zdarza się jednak, że pod czyimś wpływem przechodzę krótkotrwałą fascynację jakąś ideą. Kiedyś napisałam, że uwodzą mnie idee, ale tak naprawdę robią to ludzie – czasem ktoś, kogo znam, czasem pisarka czy muzyk. Trudno mi przejść obojętnie wobec wyrazistych osobowości – najczęściej budzą we mnie albo miłość, albo niechęć i opór. Trochę mnie to wkurza, że jakaś jednostka potrafi tak na mnie wpłynąć. Pocieszam się, że gdyby naprawdę doszło do sytuacji, w której miałabym pod wpływem idola zrobić coś złego, cofnęłabym się przed tym, ale stuprocentowej pewności mieć nie mogę, bo takie rzeczy nie dzieją się skokowo, tylko płynnie – zaakceptujesz jedno, drugie, trzecie i niepostrzeżenie znajdujesz się po drugiej stronie.

Chciałam napisać, że na szczęście nie wybieram sobie do tej fascynacji osób naprawdę niebezpiecznych, ale to też nie takie proste. Ktoś może mieć dobre serce, a być owładnięty jakimiś poglądami, które mnie (na trzeźwo) wydają się przerażające. Natomiast osoby umiarkowane, stonowane, mądre rzadko bywają charyzmatyczne. Ale to nie jest ich wada. Raczej moją jest wadą, że daję się uwieść charyzmie zamiast mądrości i empatii. I jeśli chcecie wiedzieć, to właśnie staram się to zmienić. Pewnie nigdy nie uda się w pełni, bo charyzma nie byłaby charyzmą, gdyby nie działała, ale trochę przefiltrować emocje przez rozum nie zawadzi.

Nie, żebym była jakimś wyjątkiem, bo o takim ścieraniu się idei pisze na przykład Greg Egan w opowiadaniu Niestabilne orbity w przestrzeni kłamstw. Wielu z nas niejednokrotnie zmieniało poglądy, a później wracało do wcześniejszych lub zmieniało je na jeszcze inne. Może jedyną różnicą jest moja świadomość, jak wielką rolę w moich fluktuacjach ideowych odgrywają poszczególni ludzie. Których niniejszym pozdrawiam, bo jak widać – nic bardzo złego mi jeszcze nie zrobili :p

https://i1.wp.com/d.gr-assets.com/books/1287341765l/156783.jpg

Chłopiec i świat – nibyrecenzja

Bardzo fajna brazylijska animacja, której jestem skłonna wybaczyć ekopropagandę. Odrobinę mnie drażnił uproszczony podział na dobrych i złych, wolnych i agentów zniewolenia. Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro to film dla dzieci, musi operować prostymi symbolami – myślę jednak, że dzieci tak czy owak nie zrozumiały symboliki walki kolorowego ptaka z czarnym.

Prawdopodobnie nie zrozumiały też tego, co dla mnie jest (poza samymi obrazkami) największą siłą tego filmu, a mianowicie jego zakończenia. Główny bohater – chłopiec – w trakcie swojej wędrówki spotyka osoby, które mu pomagają: najpierw starszego, schorowanego człowieka pracującego przy zbiorze bawełny, potem nastolatka pracującego w fabryce dywanów i nocami ukradkiem zakradającego się do fabryki, by tkać własny kolorowy dywan. Na końcu filmu bohater, już podrośnięty, wraca do domu, po czym… znów udaje się w świat, stając się najpierw nastolatkiem w kolorowej czapce z fabryki dywanów, a potem starszym mężczyzną z plantacji. Czy od początku pomagały mu w drodze jego przyszłe wcielenia, czy też raczej reżyser chce nam w ten sposób powiedzieć, że wszystko, co nas spotyka, w przyszłości oddajemy? Że każde wyświadczone nam dobro zmieni się w dobro, które wyświadczymy innym? Tak czy inaczej zakończenie filmu niesie ze sobą potężne przesłanie zwycięstwa wolności nad uciskiem.

Film obejrzałam z okazji festiwalu Kino Dzieci w poznańskim kinie Muza – miejmy nadzieję, że wejdzie do regularnej dystrybucji.

Żadne emocje nie są nielegalne

Nie ma czegoś takiego jak złe emocje, usłyszałam od znajomej pani psycholog. Nie mamy wpływu na to, co czujemy – to po prostu przypływa. Cokolwiek czujemy – nienawiść, zazdrość, chęć skrzywdzenia kogoś – nie jesteśmy za to odpowiedzialni i nie musimy się tego wstydzić. Zawsze natomiast możemy mieć wpływ na swoje czyny.

Wydaje mi się to ogromnie istotne. Mam wrażenie, że wiele osób utożsamia emocje z czynami i że może to prowadzić do bardzo złych zjawisk. Po pierwsze, do piętnowania u innych i u siebie samych emocji. Jak możesz nienawidzić własnych rodziców! Jak możesz zazdrościć przyjaciółce zamiast cieszyć się jej szczęściem! Takie piętnowanie wywołuje w nas konflikt: nie chcemy być źli, ale swoich emocji nie potrafimy zmienić. Czujemy się więc słabi, przegrani, mamy wrażenie, że jesteśmy po prostu złymi ludźmi i nie da się temu zaradzić.

Tymczasem to, co najgorsze, może się wydarzyć nie z powodu pierwotnych emocji, lecz z racji tego, że nie dajemy sobie na nie zgody. Ponieważ z tymi potępionymi emocjami czujemy się źle, możemy próbować zredukować konflikt poprzez znajdowanie dla nich „racjonalnych” wytłumaczeń – „Nienawidzę Arabów, bo są brudasami, nierobami i fundamentalistami! Nienawidzę homoseksualistów, bo są mięczakami! Nienawidzę Legii, bo to stara k…!”. A wtedy mamy już usprawiedliwienie dla czynienia zła i zachodzi poważne prawdopodobieństwo, że będziemy je czynić.

Dlatego pozwólmy sobie zaakceptować swoje emocje, a zarazem pamiętajmy, że tylko od nas zależy, co z nimi zrobimy. Możemy robić to, co opisałam powyżej, ale to najprostsza i najgorsza droga. Jeśli mamy siłę, przyglądajmy im się, analizujmy. Może na przykład nienawidzimy dlatego, że się boimy. Boimy się nieznanego albo tego, że kumple uznają nas za słabych. Strach przed nieznanym można zredukować, poznając je – czytając, słuchając, zdobywając wiedzę, która zmniejszy przepaść. Strach przed słabością to już trudniejsza sprawa. Ja staram się go redukować, akceptując słabość, ale do tego, paradoksalnie, potrzeba siły. Zastanawiam się, co ma zrobić ktoś, kto potrzebuje wsparcia grupy. Może znaleźć sobie grupę z lepszymi wzorcami? Zawsze to jakiś początek. A jeśli w dodatku będzie to grupa szanująca indywidualność? Kto wie, może właśnie zrobiliśmy ważny krok na ścieżce samorozwoju.

Transatlantyk 2015 – filmy fabularne

slow west

I jeszcze szybciutko o filmach fabularnych obejrzanych podczas minionej (jak się okazuje – ostatniej poznańskiej) edycji Transatlantyku.

Gość – naprawdę dobra produkcja, którą nazwałabym pastiszem thrillera. Jedyny problem w tym, że nie przepadam za pokazywaniem strzelanek i rozlewu krwi gwoli rozrywki. Jeśli jednak ktoś posiadł odporność na takie obrazy, mogę film polecić.

Slow West na odmianę nieco mnie rozczarował. Kodi Smit-McPhee to mój idol zarówno ze względu na oryginalne imię i nazwisko, jak i na niezwykle wyraziste rysy twarzy. Prawie nie musi grać, żeby świetnie wypadać. Jeśli nazwisko nic wam nie mówi – Kodi to chłopiec z Drogi, Aaron z Kongresu, Alexander z Ewolucji Planety Małp. Pomyślałam, że skoro gra w westernie zatytułowanym Slow West, będzie z tego niezła gratka. Niestety, choć i on, i partnerujący mu Michael Fassbender dali radę, film jest nudny. Nie aż tak, żeby nie warto było go oglądać, bo trochę klimatu ma i na szczęście trwa zaledwie 80 minut, ale spodziewałam się czegoś lepszego.

45 lat natomiast świetne. Mam nadzieję, że nim wejdzie do dystrybucji kinowej, poprawią tłumaczenie, bo roiło się od błędów. Popis aktorów, świetne teksty i ostrożny optymizm.

I na koniec film, który był dla mnie największym wydarzeniem festiwalu – Syn Szawła, węgierski obraz, który oficjalną premierę w Polsce będzie miał w listopadzie. Nie widziałam dotąd takiego filmu o obozie koncentracyjnym – tak naturalistycznego i bolesnego w odbiorze. I to nawet nie z powodu strasznych scen masowych mordów, ale też tego, jak odnosili się do siebie towarzysze niedoli. „Żydowska świnia”, „polska gnida” – patrząc na to, jak ludzie odnoszą się do siebie w normalnych warunkach, właściwie trudno się spodziewać czegoś lepszego w skrajnych, ale zwykle tę część historii się w Polsce wybiela. Film zostawia ślad. I jest świetnie zrealizowany. (Warto podkreślić, że to debiut reżysera, który dotąd robił filmy dokumentalne). Od 12 lat? Nie żartujcie, ja z trudem to zniosłam.

Akcja filmu rozgrywa się na kanwie buntu więźniów z Sonderkommando w Oświęcimiu, o którym można przeczytać m.in. tutaj.

Transatlantyk 2015 – dokumenty

Koniec sierpnia, a ja nic jeszcze nie napisałam o tegorocznym Transatlantyku. Spieszę zatem nadrobić zaległości. Na początek filmy dokumentalne.

Cerro Torre i Meru – dwa filmy teoretycznie podobne, bo oba opowiadające o zdobywaniu niezwykle trudnych do zdobycia szczytów. W przypadku Cerro Torre chodziło o zdobycie rzeczonej góry (tej samej, o której mowa w Krzyku kamienia Herzoga) w stylu klasycznym, w przypadku Meru – o przejście jednej z najtrudniejszych tras wspinaczkowych na świecie, Płetwy Rekina, wiodącej na środkowy wierzchołek góry Meru w Himalajach. O ile jednak Cerro Torre jest filmem komercyjnym, finansowanym przez Red Bulla, co przydaje mnóstwo uroku i dramatyzmu zdjęciom, lecz ujmuje nieco autentyczności całej historii, o tyle większość zdjęć do Meru zrobili uczestnicy wyprawy, głównie Jimmy Chin. Niektóre ujęcia kręcono wprawdzie z oddali (ze zbocza innej góry?), lecz mimo to wiemy, że wspinacze są zdani wyłącznie na siebie i w przypadku problemów nie mają szans na ratunek. Jesteśmy tam, gdy się źle czują, gdy podejmują dramatyczną decyzję o powrocie. A piękno gór, choć filmowanych bez udziału helikoptera, i tak poraża. Meru zdecydowanie mocniej dotyka spraw ludzkich, ludzkiej słabości i siły, doświadczenia, przyjaźni. Ale obejrzeć warto oba.

Virunga – wstrząsający film o strażnikach z parku narodowego w Demokratycznej Republice Konga, którzy ryzykując i często tracąc życie bronią parku przed kłusownikami, rebeliantami, brytyjską korporacją naftową i własnym rządem. Wyrazisty przykład tego, jak Europejczycy DZIŚ destabilizują sytuację w Afryce. Ale i jest i pozytywny, ba! cudowny przykład w postaci dyrektora parku, Emmanuela de Merode, Belga, który – może trochę dla odkupienia win przodków, ale przede wszystkim z przekonania – dba o ten park i jego mieszkańców bardziej niż o własne życie. Niesamowity facet, podobnie jak jego najbliżsi współpracownicy, i niesamowity film. Podziw też dla filmowców, którzy niejednokrotnie znaleźli się w ogniu walki. Nie podoba mi się nawiązywanie relacji osobistych dla zdobywania informacji – dziennikarka spotyka się z przedstawicielem koncernu naftowego. Facet wprawdzie wie, że jest dziennikarką, a ponadto nie zostało wyraźnie powiedziane, jak daleko się posunęli w swojej znajomości, ale jednak mi to zgrzyta. Co nie zmienia faktu, że inaczej nie usłyszelibyśmy rewelacji wygłaszanych przez pracowników SOCO o tym, że Afrykę trzeba ponownie skolonizować, bo inaczej nic się tu nie zmieni. Film momentami mocny, powinien mieć ograniczenie wiekowe.

Mów mi Marianna – polski film o osobie transpłciowej. Nie wzbudził mego zachwytu, natomiast jego wielką zaletą jest pokazanie, jak skomplikowana medycznie, prawnie i społecznie jest procedura zmiany płci i że w obliczu tego wszelkie opinie, jakoby ktoś robił to pod wpływem widzimisię, są po prostu bez sensu. Druga zaleta filmu to pokazanie dramatu nie tylko osoby transpłciowej, lecz także jej rodziny. Trzecia – pokazanie jej codzienności, z samotnością, wyzwaniami, ale i szczęściem.

Wkrótce postaram się nabazgrać o filmach fabularnych.

Czechy 2015 (II) – Liberec i okolice

Łaźnie cysorza pana

Łaźnie cysorza pana

Będzie ekspresowo, ale jeśli teraz tego nie napiszę, to nigdy. Liberec jest bardzo ładnym, przyjemnym miastem. Oczywiście w zależności od dzielnicy wygląda to różnie, ale pokochałam go od pierwszych chwil – od dworcowego baru, gdzie niedrogo można zjeść przyzwoity obiad, od kiosku, w którym nie było problemów z zakupem planu miasta, od pierwszej podróży tramwajem wzdłuż ul. Masaryka i „wysiąścia” obok uroczych gmachów Łaźni i Muzeum Północnoczeskiego, wyglądających jak fragmenty naszego zamku (cesarskiego, a nie tego drugiego). Szukając zaklepanej kwatery przy ul. Svojsikovej (czyli im. pana Svojsíka), mijaliśmy wielkie, w większości przypadków dobrze utrzymane wille. Musiała to być kiedyś bogata dzielnica. Miło widzieć, że nadal jest w dobrym stanie.

Muzeum Północnoczeskie

Muzeum Północnoczeskie

Muzeum Północnoczeskie

Muzeum Północnoczeskie „od d. strony”

Wille przy ul. Dvořaka

Wille przy ul. Dvořaka

Centrum miasta też ma się czym pochwalić. Liberecki ratusz (ponoć wybudowany na wzór wiedeńskiego) trafił do trójki moich ulubionych ratuszy w Czechach – obok ołomunieckiego i pardubickiego (który z kolei jest podobny do ratusza w Bielsku-Białej). Trzeba zobaczyć Valdštejnské domky (czyli wallensteinowe domki, bo ich nazwa wywodzi się od niejakiego Albrechta von Wallensteina, choć nie zdołałam dociec, co mają z nim wspólnego – aha, niby że są zbudowane w stylu znanym z czasów jego władania w regionie, choć zbudowano je później) z XVII w. (w liczbie trzech), choć trudno je dobrze sfotografować, gdyż znajdują się w bardzo wąskiej uliczce. Warto również wybrać się do zoo oraz do IQlandii – czegoś podobnego do Centrum Nauki Kopernik, być może mniejszego, ale nie wiem, bom w Centrum nie była.

Ratusz

Ratusz

Widoki z ratuszowej wieży

Widoki z ratuszowej wieży

IMG_4013

Valdstejnske domky

Valdstejnske domky

W granicach administracyjnych Liberca znajduje się góra Ještěd (1012 m n.p.m.), na którą można wjechać wyciągiem krzesełkowym lub kolejką kabinową, a także – jak zauważyliśmy – samochodem (wprawdzie na samą górę wjazd mają tylko wybrańcy, ale chyba każdy może dojechać na parking, z którego idzie się na szczyt może z piętnaście minut). Jeśli ktoś nie może iść pieszo, niech skorzysta z wersji kolejkowej, no już ostatecznie samochodowej, bo warto pogapić się z góry na widoki. Jeśli może, polecam szlak przez Pláně pod Ještědem (znaki niebieskie idące prosto od pętli tramwajowej [choć na mojej mapie były czerwone]). Wrócić można krótszym, również niebieskim szlakiem skręcającym w prawo od drogi przed pętlą. Albo na odwrót – iść krótszym, a wrócić dłuższym, który jest ciekawszy, bo na Pláně pod Ještědem są ładne widoki i knajpa oferująca większy asortyment niż ta na szczycie. Szczyt jest oblegany, ale na szlaku spotyka się mało ludzi – przynajmniej tak było, kiedy my szliśmy, choć częściowo może za to odpowiadać pogoda – trochę popadało po drodze, acz bez dramatu.

Widoki z Jestedu i z trasy

Widoki z Jestedu i z trasy

IMG_3925 IMG_3931 IMG_3932

Bardzo warto się wybrać do oddalonych o kilka kilometrów od Liberca wsi Kryštofovo Údolí i Novina (administracyjnie stanowiących jedną wieś). Można pojechać autobusem linii 16, tylko trzeba sprawdzić na rozkładzie, którym, bo zaledwie kilka kursów dziennie jedzie aż tam. Można też pociągiem. Jeśli kupicie bilet do Noviny, przejedziecie przez tzw. Mały Wiadukt, ale chcąc przejechać przez ten większy, musielibyście pojechać do następnej miejscowości. Cóż, wszystko wskazuje na to, że my przejechaliśmy po wiadukcie w drodze z Ústí do Liberca, ale tego nie zauważyliśmy (a dziwne, bo jest wysoki). Może akurat byliśmy zajęci kłótnią albo jedzeniem czekolady.

Mały wiadukt

Mały wiadukt

IMG_3976

Duży wiadukt

Duży wiadukt

W Kryštofovo (Kryštofovem?) Údolí do zobaczenia jest barokowy drewniany kościółek, figurka św. Jana Nepomucena na mostku i św. Wacława nieco wyżej, muzeum szopek (co roku konstruuje się tu wielką szopkę bożonarodzeniową) i zegar z ruchomymi figurkami, przywodzący mi na myśl ten z ołomunieckiego ratusza, tyle że „wolnostojący”. W Novinie zaś – wspomniane wiadukty. Przy większym z nich zaczyna się niebieski szlak, którym wróciliśmy do Liberca. Szlak jest zarośnięty lasem i nie spotkaliśmy na nim nikogo oprócz panów zwożących drzewo. Dopiero po dojściu do drogi w miejscu zwanym Výpřež  albo Tetřeví sedlo ponownie stykamy się z cywilizacją. W pewnym momencie trzeba skręcić z niebieskiego szlaku na żółty – jest drogowskaz.

Zegar

Zegar

Kościół św. Krzysztofa

Kościół św. Krzysztofa

I to tyle, moi mili, jeśli chodzi o tegoroczne wakacje… Choć może we wrześniu jeszcze gdzieś wyskoczymy? Chciałabym.

Pingwin Humboldta

Pingwin Humboldta

Transatlantyk 2015 – rozgrzewka

Właśnie przestudiowałam program tegorocznego Transatlantyku i wypisałam sobie 21 filmów. Zaznaczam, że nie interesują mnie żadne ekstrawagancje typu kino łóżkowe czy kulinarne – chcę oglądać dobre filmy. Osiem dni, trzy kina, wypisanych przeze mnie 21 filmów to niewielki ułamek tego, co będzie się tu działo. Filmy oscarowe i niszowe, dokumenty, kino festiwalowe, kino sportowe z genialnymi zdjęciami. Bilety na niektóre sekcje po 15 zł., na inne po 5 lub za darmo. Oczywiście będę musiała wykreślić jeszcze połowę, bo nie mam tyle czasu, część filmów jest o tych samych porach, a Muza wymyśliła, że bezpłatne wejściówki będą do odebrania godzinę przed seansem, co praktycznie oznacza brak możliwości ich zdobycia, jeśli nie ustawię się (lub kogoś) w kolejce dwie godziny wcześniej. Ale i tak czeka mnie cudowny tydzień. Od dwóch lat planuję wakacje w taki sposób, żeby na Transatlantyk być w Poznaniu. Więc błagam, nie mówcie mi, że ten festiwal jest niepotrzebny. W ciągu tych ośmiu dni przewija się tu tyle genialnego kina, ile nie zobaczy się we wszystkich kinach Poznania przez cały rok. Owszem, część tych filmów (np. te nominowane do Oscarów) już była w kinach, a część będzie. Ale większości nie było i nie będzie.

Podobno Kaczmarek wyciągał od miasta wielkie pieniądze i podobno większość tych pieniędzy szła nie tyle na kino, ile na imprezy dookolne. Podobno nie ze wszystkimi artystami się rozliczył. Mnie osobiście owe dookolne imprezy nic a nic nie obchodzą, mam gdzieś bankiety, warsztaty i zapraszanie przebrzmiałych gwiazd (a raczej wdów po gwiazdach) w stylu Yoko Ono. Ponadto denerwuje mnie mieszanie ideolo do sztuki, a zwłaszcza akcje przeciwko GMO. Byłabym szczęśliwa, gdyby festiwal polegał wyłącznie na prezentacjach filmowych. Więc mam prośbę do tych, którzy narzekają na festiwal i z radością odsyłają go do Łodzi – jeśli te wszystkie filmy można sprowadzić i pokazać w tych samych cenach za dużo mniejsze pieniądze, to niech ktoś to, kurde, zrobi!!! Bo z punktu widzenia kinomanki odjazd festiwalu jest gigantyczną stratą.

Czechy 2015 (I) – Ústí nad Labem i okolice

Pravcicka Brana

Pravcicka Brana

W tym roku, surprise, znów spędziliśmy wakacje w Czechach. Zgodnie z zasadą „jedziemy tam, gdzie jeszcze nie byliśmy”, tym razem za bazy noclegowe obraliśmy Ústí nad Labem (które po polsku podobno nazywa się Uście nad Łabą) i Liberec. Najpierw Ústí. Podróż PolskimBusem do Pragi i stamtąd pociągiem – niby dziwnie, ale najprościej i najkrócej. Wyjechawszy z Poznania o piątej nad ranem, w Ústí lądujemy około szesnastej, a moglibyśmy i godzinę wcześniej, gdyby korki po czeskiej stronie nie spowolniły autobusu, albo przynajmniej – gdybyśmy pojechali metrem z dworca Florenc na główny zamiast błądzić pieszo. Ale i tak jest nieźle.

Ústí nad Labem to miasto brzydkie, przemysłowe. Tak piszą i do pewnego stopnia to prawda, choć ja nazwałabym je raczej postprzemysłowym, bo żywot wielu zakładów dobiegł już kresu. Ale kiedy jest się w podróży, chłonie się wszystko – ciekawostki, melodię języka. Nigdzie nie ma planu miasta, a centrum informacyjne akurat nam zamknęli, więc w oparciu o zrobione zapobiegawczo notatki znajdujemy autobus jadący w pobliże naszego noclegu, jak się okazuje – niemal pod drzwi pensjonatu. Miało to swój minus, dobrze się jednak wpisujący w charakter miasta – pensjonat mieścił się przy ruchliwej ulicy, a na dole miał knajpę. Bardziej przeszkadzała ulica, zwłaszcza że upał nie pozwalał zamknąć okna. Poza tym jednak warunki bardzo dobre.

teatr

Teatr w Usti nad Labem

W samym mieście warto obejrzeć dwa kościoły – Wniebowzięcia NMP i św. Wojciecha – oraz teatr. Pierwszy z kościołów słynie z tego, że po amerykańskich bombardowaniach roku 1945 jego wieża odchyliła się od pionu o niemal 2 metry, co jednak niespecjalnie widać.

Ciekawiej jest po drugiej stronie Łaby – znajdują się tam ruiny wybudowanego na skalistej skarpie zamku Střekov, z których roztacza się wdzięczny widok na okolicę, w tym na leżące u jego podnóża „zdymadlo”, czyli śluzę. Mniej ciekawy jest widok z ładnej skądinąd wieży widokowej, tzw. „střekovskiej vyhlidki”, stojącej na wzgórzu na wschód od zamku. Natomiast na zachód od niego mieści się odbudowany na początku naszego wieku po pożarze pałacyk Vetruše, do którego można wjechać kolejką linową. Podarowaliśmy sobie, uznając, że jest tylko trochę ładniejszy od Gargamela albo krymskiego Jaskółczego Gniazda, aczkolwiek dla widoku pewnie warto.

IMG_3568

Widok z zamku

IMG_3560

Śluza (Masarykovo Zdymadlo)

Widok na podeschniętą Łabę, w oddali kościół NMP

Widok na podeschniętą Łabę, w oddali kościół NMP

Drugiego dnia wybraliśmy się do parku narodowego Czeska Szwajcaria – pociągiem do Děčína, stamtąd podmiejskim autobusem do wsi Mezna i potem szlakiem do Bramy Pravčickiej – największego mostu skalnego w Europie. Na górze (jak nietrudno się było domyślić) komercja – punkty widokowe leżą na terenie należącym do restauracji, której trzeba zapłacić za wstęp. Jeśli nie chcesz wchodzić na punkt widokowy, ale chcesz się najeść albo wysikać, i tak musisz zapłacić za wstęp, a żarcie w samej restauracji też drogie. Widoki jednak wynagradzają wydatek (przynajmniej ten za bilet, a jeśli chodzi o jedzenie, oszczędnym polecam wziąć wałówkę – ceny nie są mordercze, ale o jakieś 50% wyższe niż na dole).

Park Narodowy Czeska Szwajcaria - Prama Pravcicka i okolice

Park Narodowy Czeska Szwajcaria – Brama Pravcicka i okolice

IMG_3585 IMG_3622IMG_3606

Przy odrobinie samozaparcia moglibyśmy zwiedzić Děčín w drodze powrotnej, lecz uznaliśmy, że wolimy przyjechać ponownie następnego dnia (to tylko kilkanaście km od Ústí). Miasteczko warte obejrzenia głównie ze względu na ogród różany przy zamku, z którego roztaczają się cudne widoki na miasto. Sam zameczek też niczego sobie, ładnie odbija się w Łabie. Kamienny most z figurkami świętych można sobie podarować. Myślałam, że będzie podobny do tego w Kłodzku (który z kolei jest podobny do tego w Pradze), a tymczasem wszystkie figurki zebrano go kupy w jednym miejscu. Synagoga z początków XX w. w głównej części miasta przetrwała dzięki niesubordynacji dwóch niemieckich urzędników. Niedaleko dość ładny kościół ewangelicki. Warto też zajrzeć na rynek, czyli Mírové Náměstí.

synagoga w Decinie

Synagoga w Decinie

Zamek

IMG_3681

Rosarium i widok z tegoż

Ogrody zamkowe

Ogrody zamkowe

Następny dzień poświęciliśmy na wizytę w Litomierzycach (Litoměřice) i pobliskim Terezinie, gdzie podczas wojny mieściło się getto oraz więzienie w tzw. Małej Twierdzy. Litomierzyce są urokliwym miasteczkiem, wartym odwiedzenia mimo remontu na rynku (swoją drogą, co ci Czesi mają z remontami – ilekroć gdzieś jedziemy, rynek jest rozkopany). Lot ptaka zastępuje wieża katedralna.

Muzeum w starym ratuszu, kościół Wszystkich Świętych i rozkopy

Muzeum w starym ratuszu, kościół Wszystkich Świętych i rozkopy

Klasztor dominikanów i kościół św. Jakuba

Klasztor dominikanów i kościół św. Jakuba

Cerkiew św. Wacława

Cerkiew św. Wacława

Widok z wieży katedralnej

Widok z wieży katedralnej

Na zwiedzenie miasta wystarczy jednak godzina (chyba że chce się zwiedzić też podziemia) – potem można wsiąść w autobus i podjechać kilka kilometrów do Terezina. W 1941 roku całą aryjską ludność wysiedlono, a miasto zmieniono w getto. Hitlerowcy traktowali je jako pokazowe – mieszkańcy mieli swoje sklepiki, szkoły, nawet terezińską walutę. Niemcom udało się nawet oszukać dwie komisje MCK, które przyjechały do miasta, by zbadać panujące tam warunki. Rzeczywistość była zgoła odmienna – spośród ponad 150 tys. osób, które trafiły do Terezina, uratowało się zaledwie nieco ponad 17 tys. Reszta albo zmarła w wyniku warunków panujących w samym getcie, albo została wywieziona do obozów koncentracyjnych i tam zgładzona. W samym Terezinie, w tzw. Małej Twierdzy, która była więzieniem już w czasach Habsburgów, urządzono obóz dla więźniów politycznych, w którym straciło życie 2600 osób (liczby podaję za anglojęzyczną Wikipedią). Na mnie największe wrażenie zrobiły rysunki dzieci ze szkoły, w której teraz mieści się Muzeum Getta – dzięki nim ta historia zyskała dla mnie bardzo indywidualny wymiar, bo obrazki są podpisane, z przy większości nazwisk widnieją daty narodzin oraz data i miejsce śmierci – zwykle Oświęcim.

IMG_3785 IMG_3787 IMG_3788

Rysunki dzieci ze szkoły w terezińskim getcie

Rysunki dzieci ze szkoły w terezińskim getcie

Brama obozu/więzienia w Małej Twierdzy

Brama obozu/więzienia w Małej Twierdzy

Wkrótce sprawozdanie z drugiej części wyprawy – Liberec, Ještěd i Kryštofovo Údolí /Novina.

Selekcja nienaturalna – post scriptum

Poprzedni tekst pisałam wkurzona. Wkurzona, bo przez długi czas broniłam decyzji rządu o sprowadzeniu wyselekcjonowanych przez fundację Estera chrześcijan z Syrii przed tymi, którzy się oburzali. A tu się okazuje, że fundacja jakaś szemrana. Potem znowu się okazuje, że może wcale nie szemrana, tylko ktoś coś przekręcił. Cóż. Pozostanie niesmak i – co ważniejsze – obawy. Obawy wynikające z uświadomienia sobie, co mogłoby wyniknąć z przyjmowania ludzi wybranych przez prywatną fundację w oparciu o jej kryteria i jej metody. Nawet jeśli w przypadku tej konkretnej fundacji nic złego się nie stanie, a mam nadzieję, że wiele dobrego. Nadal trudno mi uwierzyć, że tak okropne przekłamanie zostało zdementowane dopiero po czterech dniach i mnóstwie flejmu w internecie, ale jeśli to rzeczywście było przekłamanie, a spóźniona reakcja wynikała z braku doświadczenia szefowej fundacji, to dziennikarka, która ten cytat sygnowała swoim nazwiskiem, powinna się smaż… powiedzmy, powinna pracować pół roku bez wynagrodzenia i w pocie czoła udowadniać swoją przydatność do zawodu. Albo przynajmniej spędzić kilka nieprzespanych nocy na zastanawianiu się, co narobiła. Inaczej dla mnie nie jest dziennikarką.

Sceptycyzm pozostał.

Selekcja nienaturalna

Od wczoraj burza w mojej głowie. Oto bowiem czytam w artykule z „Newsweeka”, traktującym o pierwszych przybyłych do Polski uchodźcach syryjskich, słowa następujące: „Dokładnie sprawdziliśmy, kim są członkowie wytypowanych rodzin, jakie mają powiązania i życiorysy. Przez jakiś czas ich telefony były na podsłuchu, weryfikowaliśmy ich świadectwa chrztu, by mieć pewność, że to chrześcijanie. Także księża znający ich od lat poświadczyli za nich i zapewnili, że reprezentują te same wartości, co my – mówiła Miriam Shaded założycielka i prezes zarządu Fundacji Estera” [podkreślenia moje – IMG].

Burza, bo do tej pory uważałam, że skoro fundacja zaproponowała rządowi polskiemu sfinansowanie przyjazdu grupy chrześcijan, ten ze względu na dobro uciekających przed wojną ludzi słusznie się zgodził. Uchodźcy przydzieleni przez UE i tak z czasem zaczną przyjeżdżać, a ci pierwsi po prostu przetrą szlaki. Dopiero po tym artykule zrozumiałam, jak błędna była współpraca rządu z prywatną fundacją w tej sprawie – przy całym zrozumieniu faktu, że został postawiony w trudnej sytuacji, bo przecież chcemy pomagać. Ta historia coraz mniej przypomina przyjmowanie uciekinierów, którzy nie mają czasu do stracenia, a coraz bardziej przyjmowanie osób wybranych w trakcie starannej i kosztownej selekcji w oparciu o zasady, którymi się brzydzę.

Szokuje mnie beztroska, z jaką pani Shaded przyznaje się do inwigilacji wyselekcjonowanych osób. (O ile, rzecz jasna, te słowa naprawdę zostały wypowiedziane. Zakładam jednak, że tak, skoro przez cztery dni od ukazania się artykułu ich nie zdementowała). Przyjmujemy uchodźców z krajów ogarniętych wojną, by mogli żyć w miejscu, w którym szanowane są prawa człowieka, a ona jak gdyby nigdy nic opowiada, że łamała te prawa podczas wyboru kandydatów. Rozumiem, że fundacja to jej prywatny folwark, ale Polska już nie.

Im dłużej myślę o tej „aferze podsłuchowej”, tym bardziej jest ona dla mnie tajemnicza. Kto konkretnie dokonywał podsłuchów? Zorganizowanie takiej akcji przez prywatną fundację wydaje mi się niewykonalne, zorganizowanie jej przez rząd innego kraju (Polski) raczej niemożliwe, więc najbardziej prawdopodobny wydaje się rząd Assada i to, że podsłuchuje rutynowo swoich obywateli (albo osoby starające się o wyjazd), a Fundacja Estera jakoś do tych podsłuchów (albo zebranych dzięki nim informacji) dotarła (legalnie? nielegalnie? w zamian za co?). Jeśli zaś szefowa fundacji kłamie o podsłuchach, świadczy to o niej równie źle, bo oznacza, że uważa je za coś chlubnego.

Dalej sprawa weryfikacji świadectw chrztu. Nie przeszkadzało mi, że w pierwszej kolejności przyjadą chrześcijanie, ale nie myślałam, że będą selekcjonowani w tak paranoidalny sposób. Oczywiście, że „uchodźczy” charakter uchodźców powinien być weryfikowany, ale tym powinny się zajmować unijne i rządowe instytucje, a nie działająca po partyzancku prywatna fundacja we współpracy z duchownymi i Bóg/Allach/Budda* wie kim jeszcze. Pomijając aspekt etyczny, pamiętajmy, że na wszystkie te rzeczy idą pieniądze, które mogłyby posłużyć tu, w Polsce, na pomoc uchodźcom przydzielonym przez Unię.

Nie wyobrażam sobie, aby polski rząd nie ustosunkował się do tej sprawy. Jeśli powie wyraźnie: „Nie wiedzieliśmy o tym i w takiej sytuacji nie chcemy dalszej współpracy z fundacją”, spróbuję uwierzyć, choć widzę na horyzoncie bałagan z osobami już sprowadzonymi. Może nie taki duży, skoro fundacja opłaca ich pobyt do czasu rozpatrzenia wniosków o azyl (chyba że się obrazi i przestanie), ale znowuż w razie odrzucenia wniosków, a w przypadku części osób może tak być, zrobi nam się tu kolejne małe piekiełko.

Ale w oczach osób, które uciekły przed grozą wojny, wszystkie nasze polityczno-humanistyczne spory wyglądają pewnie jak kłótnia dzieci, której przyglądają się ze strachem, bojąc się, że jej wynik może mieć wpływ na ich los. Chcę wierzyć, że organy decydujące o przyznaniu statusu uchodźcy są niezawisłe i zadecydują w oparciu o wszystkie dostępne przesłanki. Zależy mi jednak na tym, żeby ci ludzie nie czuli się odrzuceni przez polskie społeczeństwo i żeby wiedzieli, o co chodzi w tej awanturze. Dlatego, choć może to zarozumiałe, zwrócę się teraz bezpośrednio do nich. Uwaga, przechodzę na lenguydż.

Dear Refugees,

I’d like to welcome you to our country and I hope you will be permitted to stay here and help us build a peaceful society that respects rights of all humans regardless of nationality, color or creed. Precisely because of those values, however, we cannot tollerate the attitude of the Estera Foundation, whose president without any shame admits that in order to select „the right people” for the trip to Poland, they tapped your phones and eavesdropped your private conversations. This is a serious violation of human rights and should never be done in the name of law.

Thus, remember that the protests against Estera are not directed at you and that most people here empathize with you and wish you well.

—–
* Niepotrzebne skreślić.

Przed chwilą portal gazeta.pl przytoczył słowa, w których Miriam Shaded jednak dementuje swoją rzekomą wypowiedź, twierdząc, że to „pomyłka redakcji albo jej przejęzyczenie”. Chcę wierzyć, że to prawda – jeśli tak, to szkoda, że potrzeba było aż czterech dni na usłyszenie tych słów. Tekst zostawiam ku przestrodze dla wszystkich.

Minirecenzje filmowe – czerwiec 2015

Tym razem bez trailerów, bom zarobiona, ale wypiszę chociaż tytuły i wkleję parę refleksji, tak, zgadliście, z fejsa.

Magical Girl

Dawno nie miałam takiej niejasności, co napisać o obejrzanym właśnie filmie. Filmie, który jest niemal doskonały. Doskonale skomponowany, zmontowany, zagrany, trzymający w napięciu, klimatyczny. Straszny i zabawny. Świetnie pokazujący ludzkie charaktery. Dialogi o upadku edukacji i komercjalizacji piłki nożnej oraz monolog o charakterze Hiszpanów (który wszak bardziej pasowałby do Polaków) genialne. Jest tylko jedno „ale” – to typowa wydmuszka, sztuka dla sztuki. Można by się na siłę doszukiwać jakiegoś przesłania, ale jestem pewna, że reżyser miał je gdzieś. Czego zresztą można oczekiwać od gościa, który nazywa się Vermut? 😉 Ani to film z przesłaniem, ani wzruszający – ot, taki, żeby potrzymać w napięciu, zachwycić formą i fajerwerkami intelektu, czasem rozbawić, czasem przerazić. Brakuje spoiwa, które połączyłoby te wszystkie elementy, sprawiając, że będziemy mieli do czynienia z dziełem, a nie tylko z wyśmienitą (!!!) zabawą intelektualną.

CitizenFour. Dwie refleksje:

1. A propos śledzenia obywateli poprzez śledzenie ich kart kredytowych: w Opowieści podręcznej Margaret Atwood totalitarny reżim rozpoczyna swój atak od unieważnienia kart kredytowych kobiet.

2. Fakt, że Snowden dostał azyl w Rosji, budzi w niektórych wątpliwości co do jego wiarygodności. Bo rosyjskich władz nie lubimy. A w dobie natłoku informacji chcianych i niechcianych mało komu chce się jeszcze dociekać, gdzie Snowden starał się o azyl i kto mu odmówił. A starał się w 21 krajach, w tym w Polsce, i został załatwiony odmownie. Starał się wprawdzie w dużym pośpiechu, więc prawdopodobnie wniosek faktycznie nie spełniał wymogów formalnych, a nie wiadomo, czy próbował kolejny raz, lecz mimo wszystko warto o tym wiedzieć.

Warto obejrzeć film i jeszcze doczytać.

Taxi Teheran

Lubię kino irańskie i lubię się dowiadywać, jak żyją, myślą, zachowują się ludzie w innych częściach świata. Z tego drugiego powodu Taxi Teheran był wart obejrzenia – w przemyślny sposób mówi bowiem bardzo wiele o życiu Irańczyków, także o bardzo mrocznych jego stronach (im bliżej końca filmu, tym mroczniejszych). Nie umknął mojej uwagi specyficzny stoicyzm i poetyckie, zdystansowane spojrzenie na swój los, które zaobserwowałam (i podziwiałam) także w innych filmach Irańczyków. Niemniej do moich ulubionych irańskich produkcji raczej się nie zaliczy, bo należę do tych konserwatystów, którzy uważają, że film fabularny musi mieć fabułę… a z tym było tu kiepsko. Jest to raczej zbiór historyjek połączonych osobą kierowcy – reżysera – i miejscem, o którym opowiada.

Oprócz tego obejrzane:

Frank

1. Ważne spostrzeżenie, że aby mieć zaburzenia psychiczne, niekoniecznie trzeba było przeżyć w życiu jakieś traumy.

2. Fassbender – bo podobno to naprawdę on – umie śpiewać.

Poza tym obejrzałam Minionki (polecam, zwłaszcza dorosłym) i „to by było na tyle”.

Nalepka

I jeszcze jedna porcja refleksji z fejsa, sprzed dwóch tygodni, ale jakże aktualna.

Dzisiaj spotkała mnie przykrość. Zerwałam nalepkę z bardzo wulgarnym symbolem obrażającym pewną grupę społeczną, patrzę, a na tej nalepce „Lech Poznań”. W pierwszej chwili pomyślałam, że chyba czas przestać się spierać z tymi wszystkimi ludźmi, którzy stawiają znak równości między środowiskiem kibicowskim a gnojkami, którzy takie rzeczy rozpowszechniają i co za tym idzie, poniżają ludzi i nawet jeśli sami tego nie robią, sankcjonują ich dręczenie, a nawet zabijanie. No bo trudno z tym polemizować, skoro przykłady na ten znak równości mamy na każdym kroku.

Tylko że to znowu jest tak, jak z tym zawłaszczaniem polskiej flagi i miana patriotów. Ohydną manipulacją, z którą bardzo trudno jest walczyć. Zgraja ksenofobów i nienawistników wyciera sobie gęby symbolami Polski, ogłasza się jedynymi prawdziwymi patriotami i każdego, kto sprzeciwia się ich wizji, nazywa zdrajcą. Tak samo pewien typ nieprzyjemnych osobników próbuje zawłaszczyć symbole klubów i całą zawodową piłkę nożną i wmówić społeczeństwu, że ci, którzy nie są z nimi, nie są prawdziwymi kibicami. Jeśli ktoś to kupuje, albo zaczyna trzymać z nimi sztamę, bo nie chce być gorszy, albo stwierdza, że kibice to zło i on nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Otóż ja uwielbiam piłkę nożną, uwielbiam Lecha i gardzę tymi, którzy przyklejają ukradkiem nalepki i wykrzykują obraźliwe hasła, ale tylko, kiedy są w grupie albo ukryci za ekranem komputera w swoich bezpiecznych mieszkaniach. Nie, w sumie nawet nimi nie gardzę, tylko jest mi ich żal. Bo wiem, że w gruncie rzeczy to są słabi, nieszczęśliwi i samotni ludzie, którzy wyrażają nienawiść do innych, żeby zagłuszyć fakt, że nienawidzą siebie.

Może jestem adwokatem przegranej sprawy, zwłaszcza w taki gorący dzień, ale chciałam to napisać, więc napisałam.

O dojrzałości

Jeszcze jeden mój wpis z fejsa, który uznałam za wart przekopiowania na blog:

Uwaga, przemyśliwam! Miarą, a może jedną z miar dojrzałości państwa i narodu (ale także jednostki) wydaje mi się sposób, w jaki odnosimy się do swojej i swoich przodków historii. I co więcej, to samo wydaje mi się miarą trwałych dobrych relacji. Jeśli nie umiemy zaakceptować faktu, że nasi rodacy czynili zło, cały czas siedzimy na wielkiej puszce Pandory, pilnując, żeby to, co zamknięte w środku, się nie uwolniło. To postawa kogoś, kto czuje się słaby i boi się, że nic z niego nie zostanie, jeśli ten wyidealizowany model runie. Ale równie złe jest zamiatanie pod dywan doznanych krzywd w imię przyjaźni między narodami. Wtedy obie strony siedzą na wieku puszki, żeby hydra nie wyskoczyła. A ona się karmi naszym strachem. Myślę, że jedynym sposobem na trwały pokój jest odwaga spojrzenia hydrze w oczy. Badajmy to, co stało się przed laty. Nie udawajmy, że o tym zapomnieliśmy, bo takie udawane zapomnienie podsyca nienawiść. Miejmy odwagę i żądajmy jej od drugiej strony. Tylko żmudne i uczciwe dociekanie prawdy z pełną gotowością jej zaakceptowania, przeproszenia i przyjęcia przeprosin może nas uwolnić od nienawiści. Nie udawajmy, że nie było rzezi na Wołyniu. Nie udawajmy, że nie było Jedwabnego. Badajmy te sprawy najuczciwiej, jak potrafimy. Dopiero kiedy obejmiemy wzrokiem to całe pobojowisko i podamy sobie ręce ponad morzem trupów, wygramy.

Taka międzynarodowa psychoterapia.

Ufność to nie grzech

Chcę dziś napisać o pewnym zjawisku, które zwykle przechodzi niezauważone. O złu, w którym gremialnie uczestniczymy.

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że jesteśmy zewsząd otoczeni przez wielką machinę, której wyłącznym celem jest oszukanie każdego, kto okaże się nie dość ostrożny. Firmy podszywające się pod inne firmy, by wcisnąć produkty, których nie potrzebujemy, wyłudzanie pieniędzy „na wnuczka”, „na policjanta”, fałszywe rachunki za prąd, fałszywe mejle od oszustów polujących na nasze hasło do banku. Pomyślcie, ile energii i czasu marnujemy na uczenie się, jak uniknąć kolejnego popularnego przekrętu. Z każdym tygodniem wybuchają nowe afery – a to fałszywe mejle od Poczty Polskiej, a to fałszywe rachunki od Enei… Niedługo nie będziemy mieli czasu na nic innego, bo cały będziemy poświęcać na uczenie się, co zrobić, by nas nie oszukano, nie okradziono, nie wrobiono.

Oprócz straty czasu i pieniędzy (bo jednak ciągle ktoś wpada w pułapkę), katastrofalnym skutkiem tej plagi oszustw jest utrata zaufania do innych ludzi. Kiedy następnym razem będziecie chcieli ponarzekać na znieczulicę, powiążcie jedno z drugim. Boimy się ludzi. Boimy się, że ktoś, kto prosi nas o pomoc, w rzeczywistości ma złe zamiary. Dlatego uciekamy. Na ten temat napiszę osobny tekst, bo myślę, że nieufność nie jest jedynym powodem braku gotowości (lub odwagi) do pomocy, ale wydaje mi się istotnym czynnikiem.

O nieufności wywołanej falą oszustw był niedawno trafny felieton w „GW”, ale choć jest ona straszna i trzeba zrobić wszystko, by jakoś się z niej wyzwolić, ja chcę tu napisać o czymś innym. O czymś, co wydaje mi się jeszcze straszniejsze.

O tym, że my, rzekomo stojący po jasnej stronie mocy, dźwigamy na swoich barkach wielką winę. Zwróćcie uwagę, jaką plagą stała się stygmatyzacja ofiar oszustw. Piętnowanie pokrzywdzonych zamiast przestępców. Nazywanie ich naiwniakami, debilami, rozpisywanie o tym, jak ktoś mógł dać się nabrać na to czy owo. Internetowe fora pełne są „beki” z tych, którzy zostali w coś wrobieni. Może młodzi ludzie, którzy najczęściej na tych forach siedzą, też padli ofiarą – może od dzieciństwa wpajano im, że naiwność to jeden z grzechów głównych, a może sami zostali oszukani i teraz mszczą się na innych oszukanych, bo oszuści są nieuchwytni? Starsze pokolenie nieco lepiej pamięta czasy, kiedy nie próbowano nas na każdym kroku zrobić w konia, a zaufanie do drugiego człowieka nie było wystawione na tak ciężką próbę jak dziś. Może warto sięgnąć do tych wspomnień, własnych lub cudzych. Wyobrazić sobie, że świat mógłby być przyjaznym miejscem, w którym ofierze należy okazać serce zamiast ją gnoić. A jeśli sam padłeś ofiarą, nie musisz się tego wstydzić.

Wiele ostatnio pisano o tym, by nie stygmatyzować ofiar. Ofiar gwałtów, przemocy domowej, przestępstw „ciężkiego kalibru”. Ale stygmatyzując ofiary oszustw – choćby i były to przekręty wykorzystujące luki w prawie, a może szczególnie wtedy – pomagamy oszustom, a szkodzimy uczciwym ludziom. Niszczymy solidarność międzyludzką. Pamiętajcie o tym, kiedy następny razem będziecie mieli ochotę zakpić z kogoś, kto dał się nabrać: im więcej winy przerzucasz na ofiarę, tym więcej zdejmujesz jej z tego, kto naprawdę zawinił. Znasz kogoś, kogo oszukano? Podaj mu rękę, pomóż dochodzić swoich praw, a jeśli się nie da, wesprzyj go duchowo. Ostrzegaj innych przed oszustami, ale też daj im wyraźny przekaz, że jeśli wpadną w pułapkę, nie odwrócisz się od nich.