czarny piasek fragment I

Przedstawiam fragment mojej powieści

CZARNY PIASEK

(wstęp i pierwszy rozdział)

 

“I thought God didn’t play dice with the universe.”
“God doesn’t play dice with the universe. He plays dice with you.”

 Pat Cadigan, Mindplayers


2006

PROLOGOS

HELIODOR TRYBIK

ZEGARMISTRZ

Taki szyld widniał nad drzwiami niewielkiej budki, stojącej na skraju dużego osiedla mieszkaniowego, w miejscu, gdzie kończyły się bloki, a zaczynał park. Klientów przychodziło tu stosunkowo niewielu; zakład zarabiał jednak dość, by utrzymać skromne, jednoosobowe gospodarstwo domowe pana Trybika.

Gdyby przestali przychodzić, musiałby zwinąć interes i przenieść się w inne miejsce. Ale nie sprawiało mu to różnicy. Heliodor Trybik miał bowiem na głowie sprawy znacznie większej wagi.

Tego dnia kończył mu się świat.

W związku z tym zegarmistrz miał mnóstwo roboty. Musiał sprawdzić, czy warto ten świat stworzyć na nowo, a to wymagało wielogodzinnej obserwacji jego struktury. Pan Trybik czynił to zwykle oczami klienta, który jako pierwszy zawitał do jego zakładu w ostatnim dniu świata. Dostawał ów klient w prezencie ozdobną klepsydrę, sprzężoną z ekranem umieszczonym w szafie na zapleczu zakładu. Patrząc na przesyłany pomiędzy nimi obraz, zegarmistrz do późnych godzin wieczornych obserwował świat, a potem decydował, czy nakręcić sprężynę i uruchomić mechanizm na kolejne pięćdziesiąt dwa lata, czy też odstawić go do lamusa. Jeśli świat nadal się rozwijał, choćby minimalnie, można go było z powrotem puścić w obieg. Ostatnio sprawy nie wyglądały wszak najlepiej. Już kilkakrotnie pan Trybik zastanawiał się, czy nie dać sobie spokoju; zawsze jednak znajdował jakiś drobny, może nieco wydumany powód, dla którego warto było wpuścić w tryby kropelkę oleju i dać mieszkańcom tej ziemi jeszcze jedną szansę. Wystarczyło małe zaskoczenie, błysk inteligencji, nowy wynalazek, który pojawił się w ciągu ostatnich pięćdziesięciu dwóch lat i nie służył wyłącznie do zabijania czy otumaniania. Ale było o nie coraz trudniej. Trybik nie mógł już dłużej oszukiwać ani siebie, ani macierzy. Świat karlał, cofał się w rozwoju i zmierzał ku nieuchronnej zagładzie. Lepiej było go wyłączyć, nim zacznie konać w potwornych męczarniach.

Z rozmyślań wyrwał zegarmistrza dźwięk dzwonka umieszczonego nad drzwiami. Pan Trybik wyszedł z zaplecza i skrzywił się, jakby zjadł cytrynę.

– Dzień dobry – powiedział gówniarzyk. Mógł mieć dwanaście, najwyżej trzynaście lat. Ale tradycji musiało stać się zadość.

– Dobry, dobry – mruknął Trybik. – Co tam?

– Chciałem odebrać zegarek – rzekł gówniarzyk, wyjmując z plecaka kwitek.

Trybik spojrzał na numer ewidencyjny i zaczął grzebać w pudle z naprawionymi zegarkami. No, światku, myślał, przyszła na ciebie kryska. Kto jak kto, ale ten szczawik na pewno mnie niczym nie zaskoczy. O ile dorosłym zdarzają się jeszcze jakieś przebłyski, dzisiejsza młodzież jest zupełnie, ale to zupełnie do niczego. Nic, tylko grają w te swoje gierki, odstrzelając sobie łby na ekranie komputera. No dobrze. Przynajmniej nie będę się dłużej męczył. Może w ramach następnego zadania dostanę pod opiekę jakiś nowy, dopiero nabierający rozpędu świat.

– Proszę. – Podał chłopakowi zegarek. – I jeszcze prezent od firmy.

Dzieciak gapił się tępo na klepsydrę. Miał okrągłą buźkę, piegowatą twarz i zadarty zawadiacko nosek. Oj, opadnie ci ten nosek, pomyślał Trybik.

– Wiesz, co to jest?

– Wiem, ale…

– No. To bierz i nie marudź.

Gówniarzyk obejrzał klepsydrę ze wszystkich stron. To nie była tandeta ze sklepu z pamiątkami. Wyglądała na prawdziwy antyk. Dwie połączone ze sobą szklane komory przymocowano do ramki za pomocą osi, tak że dyndały jak wahadło, a ta, w której znajdował się piasek, zawsze ciążyła w dół – chyba że obróciło się ją i zahaczyło na specjalnej zasuwce.

– Dzięki – powiedział. – Wszystkim pan to daje?

– Nie – burknął Trybik. – Tylko tobie.

Chłopak patrzył na niego jak sroka w gnat.

– No, nie gap się! Mam dziś urodziny, a ty jesteś pierwszym klientem. Idź już, bo się spóźnisz do szkoły. I nie zgub klepsydry.

Dzieciak wybąkał coś, jeszcze raz przyjrzał się prezentowi, schował go do plecaka wraz z zegarkiem i ruszył ku drzwiom. W progu odwrócił się i popatrzył na zegarmistrza, jakby chciał coś powiedzieć, ale w końcu tylko wzruszył ramionami i wyszedł.

Pan Trybik wrócił na zaplecze i przyglądał się staremu, zardzewiałem mechanizmowi, który tej nocy miał dokonać żywota – no, w każdym razie było to wysoce prawdopodobne. Mechanizm składał się z kilku kółek, z których każde (prócz głównej tarczy) osadzone było na skraju większego, wykonując dwojakiego rodzaju ruchy: wokół własnej osi i wokół osi większego koła. Najmniejsze kółko było kółkiem minut; następne były koła godzin, dni, miesięcy, lat, aż po koło całego pięćdziesięciodwuletniego cyklu. Kółka zgrzytały, jęczały i stękały, ale posłusznie wykonywały pracę. Zegarmistrz wiedział jednak, że do końca cyklu pozostało zaledwie kilkanaście godzin.

Do tej pory świat odradzał się niezliczoną ilość razy. Początkowo pan Trybik wiązał z nim wielkie nadzieje. Niektóre światy nie chcą się rozwijać i obumierają w ciągu jednego lub kilku cykli, ten jednak od samego zarania wykazywał ogromny potencjał. Fascynujące gatunki fauny i flory mnożyły się w niewiarygodnym tempie, walcząc o terytorium z fantazją, jakiej wśród dzisiejszych władców świata próżno było szukać. Na ziemi, w powietrzu i w głębinach mórz rozgrywały się epickie bitwy na śmierć i życie. Taki był tamten świat – pozbawiony szarzyzny, kunktatorstwa i obłudy; ekspandujący w szalonym tempie.

Rozklejam się, pomyślał zegarmistrz. Każdy świat ma czas rozwoju i schyłku, młodości i starości, narodzin i śmierci. Taka jest kolej rzeczy. Nawet ja kiedyś umrę, choć na pewno przeżyję jeszcze sporo takich światów.

Gdzieś w głębi serca, w maleńkiej szufladce umieszczonej na samym jego dnie, pielęgnował jednak wątłą nadzieję, że da się odwlec śmierć tego świata o jeszcze jeden cykl. Oderwał więc wzrok od zgrzytających kół, podszedł do jednej z szafek i otworzył ją wyjętym z kieszeni kluczem. Wyjął stamtąd niewielki ekran, postawił przed sobą na stole i zaczął obserwować przezeń to, co rejestrowała klepsydra. Potem przypomniał sobie o czymś. Oderwał wzrok od ekranu, sięgnął po kartkę i długopis, nasmarował coś, powiesił kartkę na drzwiach i zamknął je na klucz.

Następnie powrócił przed ekran.

Ktoś walił i walił w drzwi zamkniętego zakładu. Zegarmistrz podniósł ociężałą od snu głowę i powiódł wokół nieprzytomnym wzrokiem. Było ciemno. Co on tu jeszcze, u licha, robił? I kto, u diabła, walił w drzwi? Przecież tego świata już nie powinno tu być, a on, wraz ze swoim zakładem, powinien płynąć przez międzyświecie, powracając do macierzy. Ale nie. Ktoś musiał walić.

– Niech pan otworzy! – wrzeszczał jakiś sfrustrowany głos.

No jasne. Gówniarzyk. Można się było tego spodziewać. Zbyt głupi, by uratować świat, ale dość cwany, by się domyślić swojej roli.

W przerwach między waleniem a wołaniem pan Trybik słyszał zgrzyt dogorywającego mechanizmu. Dwa najmniejsze koła już nie pracowały, ale pozostałe jeszcze się kręciły. Zawsze tak było. Pierwsze przestawały płynąć minuty, po nich godziny, a dopiero później cała reszta.

Cholerny bachor. Gdyby wyrzucił lub zniszczył klepsydrę, zasnąłby jak wszyscy i nie musiał się męczyć. Zegarmistrz nie mógł znieść tego wołania. Jakże łatwo byłoby czekać na dezintegrację świata, gdyby ten umierał w milczeniu.

Zapalił światło. Chłopak przestał walić i stał przed drzwiami, spoglądając na niego buńczucznie. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

– Rozbij klepsydrę – powiedział przez szybę zegarmistrz.

– Co?

– Rozbij. Tak będzie najlepiej.

– Co pan im zrobił?

Trybikowi opadły ręce. Jak wytłumaczyć smarkaczowi, że jego świat się zużył?

Szkoda, że mu powiedziałem o klepsydrze, pomyślał. Lepiej było udawać, że nie mam z tym wszystkim nic wspólnego, albo w ogóle nie zapalać światła.

– Miałem nadzieję, że ich uratujesz – powiedział z westchnieniem.

– Jak?

Zegarmistrz odszedł od drzwi, po czym pojawił się w nich ponownie z ekranem.

– Jest połączony z klepsydrą. Przez cały dzień oglądałem na nim wszystko, co się działo wokół ciebie. Gdybym zobaczył coś godnego uwagi…

– Godnego uwagi?

– Coś ciekawego. Nowego. Oryginalnego. Znak, że w tym świecie drzemie jeszcze jakaś moc sprawcza. Wtedy mógłbym rozważyć jego wznowienie.

Chłopak wpatrywał się w niego rozszerzonymi oczyma.

– Ale co ja mam z tym wspólnego?

– Nic. To standardowy test, przeprowadzany na pierwszym kliencie w ostatnim dniu każdego cyklu świata.

Chłopak walnął pięścią w grubą szybę.

– Zwariował pan? Jaki test, co pan pieprzy? Jakie wznowienie? Kurwa! Wie pan, jak to jest, kiedy człowiek budzi się w nocy i widzi, że wszyscy nie żyją? Wstałem, żeby pójść do kibla, a oni się nie poruszali! Nie oddychali! Leżeli w jakichś dziwacznych pozycjach, jakby ich ktoś zamroził. Mój brat… Ma pan brata? Tak myślałem. Mój brat wyglądał najgorzej ze wszystkich. Miał otwarte oczy. Zamknąłem mu je, a one znów się otworzyły. On ma dopiero sześć lat! – wrzasnął chłopak. – Skąd pan wie, co będzie robił, kiedy dorośnie? Może zostanie wynalazcą albo sławnym piłkarzem! – Ruchem ręki wskazał odległe okna. W niektórych wciąż paliły się światła. – Tam jest pełno takich dzieciaków! A pan chce je wszystkie skreślić?

– Kim chciałeś być, kiedy miałeś sześć lat?

Zaskoczony chłopak milczał przez chwilę.

– Bo ja wiem? Może gliną. Mój dziadek był gliną.

– A teraz?

Wzruszył ramionami.

– W salonie Toyoty bym chciał pracować.

– Już to słyszałem – powiedział zegarmistrz. – Przez klepsydrę.

Poprzedniego dnia w szkole jeden z kolegów dzieciaka chwalił się starszym kuzynem, który sprzedaje drogie samochody.

– Nie masz marzeń, prawda? – kontynuował Trybik. – Jesteś w szóstej klasie, a już przestałeś marzyć. To samo dzieje się ze wszystkimi. Nie będzie już żadnych wynalazców. Rozbij klepsydrę.

– Nie!

Pan Trybik patrzył na chłopaka beznamiętnie.

– Ona cię nie uratuje. Kiedy świat zacznie się dezintegrować, z tobą stanie się to samo. Po co masz cierpieć?

– Dlaczego jeszcze się nie zdezintegrował?

– Najpierw musi wyhamować. To trochę trwa.

– Ile?

Kolejne wzruszenie ramion.

– Według twojego czasu? Mogą to być minuty, mogą godziny.

– Niech mi pan da jeszcze jedną szansę. Jeśli w tym czasie znajdę dla pana coś godnego uwagi – dwa ostatnie słowa wymówił z wyraźnym przekąsem – uruchomi pan świat z powrotem.

– Niby gdzie chcesz to znaleźć? W ciemnościach, w pustym świecie, w którym tylko ty pozostajesz żywy? Miałeś już swoją szansę i zaprzepaściłeś ją!

– Znajdę to – upierał się chłopak. – Znajdę i przyniosę.

Zegarmistrz machnął ręką. Co się będzie z durniem spierał.

– W porządku.

Chłopak nie wierzył własnym uszom.

– Zgadza się pan?

– Zgadzam się, zgadzam, tylko idź już sobie – burknął pan Trybik. – I dodał: – Wiedz jednak, że nawet jeśli nakręcę sprężynę, to nie będzie ten sam świat.

Ale chłopak był już daleko.

Kiedy zegarmistrz wrócił na zaplecze, trzecie koło już stało. Kręciły się tylko trzy największe: koło miesięcy, koło lat i koło świata. O tym ostatnim właściwie trudno było powiedzieć, że się kręci: pełzło w niewiarygodnie powolnym tempie, ale wprawne oko pana Trybika dostrzegało i taki ruch. Pięćdziesiąt dwa lata. Tyle trwał pełen cykl. Potem stary świat się kończył i całkiem niedostrzegalnie zastępował go nowy.

Aż do teraz.

Biedny, głupi smarkacz! O ileż lepiej by zrobił, roztrzaskując klepsydrę i zamierając tak, jak zamarli inni, gdy stanęły zegary. Nic by nie poczuł, staczając się wraz ze światem w otchłań nieistnienia. A tak? Jak długo jeszcze będzie biegał jak szalony po martwych ulicach, szukając czegoś, czego znaleźć niepodobna? Jak długo będzie musiał znosić bezruch ludzi, zwierząt, nawet powietrza?

Już niedługo.

Pan Trybik na swój sposób pokochał ten świat – tę sekwencję światów – ale teraz marzył już tylko o tym, by jak najszybciej dokończyć tu swoje sprawy i powrócić do domu. Tutejszy czas nic dla niego nie znaczył, ale ta martwa cisza, świadomość nieuchronnego końca i przedłużającej się agonii sprawiały, że czuł się jak ostatni ocalały z rzezi żołnierz, brodzący samotnie w morzu krwi.

Z tego punktu widzenia miał nawet nadzieję, że gówniarzyk wróci, by mu potowarzyszyć w tych końcowych chwilach. Tylko co on by z nim zrobił? Nie mógł go przecież zabrać do macierzy. Mały był zrobiony z substancji tego świata i musiał się rozpaść wraz z nim; klepsydra trzymała go przy życiu tylko dopóty, dopóki kręciło się największe koło. Dalej była pustka – pustka i samotność pana Trybika, niczym Odyseusz żeglującego do domu przez międzyświecie.

Już prawie się przyzwyczaił do tej myśli, gdy z zadumy wyrwało go ponowne walenie w szybę.

Cholera! Niemożliwe, żeby gnojek coś znalazł. Pewnie po prostu spanikował i przybiegł do niego się wypłakać. Nie ma rady, trzeba mu będzie zabrać klepsydrę. Macierz była nieubłagana, ale nie okrutna. Nie kazała nikomu umierać w męczarniach. Przeciwnie: tym, którzy nie upierali się przy życiu wbrew jej prawom, zamykała oczy dotykiem tak łagodnym, że brali go za pieszczotę. Królowa anestezjologów. Ale zawsze znajdowali się tacy, którzy odrzucali jej dobrą wolę i do ostatniego tchnienia stawiali opór.

Chłopak stał spokojnie. Podejrzanie spokojnie.

– Co jest, mały?

– Mam coś, co pana zaciekawi.

Ach, gdybyż to mogła być prawda, westchnął w duchu pan Trybik, czując ukłucie starej, znajomej tęsknoty. Kiedy ostatnio coś go zaciekawiło? Kiedy zdarzyło się coś, co go poruszyło, przyspieszając bicie serca choćby o dziesiątą część sekundy?

– Co?

– Musi mnie pan wpuścić do środka. Inaczej nie pokażę.

– Skąd mam wiedzieć, że nie zmyślasz?

Dzieciak wzruszył ramionami i stał, spoglądając na niego beznamiętnie. Gdzie on się nauczył tak grać?

– Jak mnie pan nie wpuści – rzekł po dłuższej chwili – i świat się rozpadnie, do końca życia będzie pan sobie zadawał pytanie, co chciałem panu pokazać. Nigdy nie zazna pan spokoju.

Coś się w nim zmieniło, pomyślał Trybik. Mówi jak dojrzały człowiek. Jakby znalazł oparcie. Może naprawdę coś ma?

– Pokaż chociaż fragment.

– Dopiero w środku.

Zegarmistrz ponownie westchnął – tym razem na głos – i dwukrotnie przekręcił gałkę zamka. Potem odsunął się na bok, by przepuścić chłopaka.

– No? – zapytał, gdy już zamknął drzwi za plecami tamtego. Właściwie nie wiadomo po co, skoro byli jedynymi żywymi istotami na tym świecie.

– Chodźmy na zaplecze – rzekł chłopak. – Tu nawet nie ma na czym usiąść.

Pan Trybik zlustrował go wzrokiem. Chuchro, metr czterdzieści w kapeluszu. Nie ma się czego obawiać.

Odwrócił się i ruszył w kierunku wejścia na zaplecze.

– To on? – zapytał na widok mechanizmu chłopak.

Pan Trybik przez chwilę miał wrażenie, że świat już się dezintegruje i ucieka mu spod nóg. To jakiś absurd, pomyślał; skąd szczeniak wziąłby prawdziwą spluwę? Pewnie zabrał bratu zabawkę i łudzi się, że mnie nastraszy.

Lufa wbijająca mu się w kręgosłup na wysokości lędźwi była jednak dziwnie definitywna.

– Unieś ręce nad głowę! – zakomenderował chłopak.

Zegarmistrz westchnął i próbował coś powiedzieć.

– Już! – Chłopak dźgnął go lufą.

Pan Trybik z ociąganiem wykonał polecenie, zastanawiając się, jakie to uczucie dostać kulkę w kręgosłup i leżeć w kałuży krwi, wijąc się w męczarniach.

– Jak się to uruchamia?

Stały już cztery koła; tylko dwa największe poruszały się jeszcze zgrzytliwie.

– Skąd masz spluwę? – Może uda się wytrącić go z równowagi; wyczuć, czy broń jest prawdziwa, czy szczeniak potrafi z niej strzelić, czy się odważy.

– Ja tu zadaję pytania! – fuknął dzieciak.

– Daj spokój, mały. Mnie nie można zabić. Nie jestem zrobiony z substancji twojego świata.

W zasadzie była to prawda. Pan Trybik stanowił integralną część macierzy i jako taka zawsze w końcu się z nią jednoczył, choćby i posiekano go na kawałki. Ale opiekował się tym światem już tak długo, że przywykł do swego ludzkiego ciała i choć nie mógł odczuwać fizycznej rozkoszy ani bólu, wyobrażał je sobie tak plastycznie, że chwilami był niemal przekonany, iż posiadł tę zdolność.

Tak jak teraz. Dotyk zimnego metalu, który przez cienki materiał koszuli wwiercał mu się w kręgosłup, był jak ból fantomowy, i zegarmistrz nie miał najmniejszych wątpliwości, że jeśli dostanie kulkę w plecy, pozna smak cierpienia. Zabawne – a może znamienne? – że oto w godzinie śmierci tego świata dowiadywał się, jakie to uczucie być człowiekiem.

Tak się później tłumaczył przed sobą, przed macierzą. Mówił, że odkrył coś, co uzasadniało dalsze istnienie świata: niezłomną wolę życia, która sprawiała, że w obliczu zagłady nawet najbardziej żałosna jednostka zaczyna nagle doceniać swoją nędzną egzystencję i walczyć o nią. Ale tak naprawdę Heliodor Trybik po prostu sikał w gacie ze strachu.

– Nie pieprz – powiedział chłopak, dźgając go mocniej.

Gdyby pan Trybik był prawdziwym człowiekiem, wiedziałby, że dzieciak, który nie potrafi powiedzieć „Nie pierdol”, nie będzie też umiał nacisnąć spustu. Mimo swej niezmierzonej skądinąd mądrości, w pewnych subtelnych kwestiach Heliodor Trybik był jednak kompletnym, ale to kompletnym tumanem.

– Trzeba nakręcić sprężynę – bąknął.

– Gdzie?

Ruchem głowy wskazał mechanizm.

– Z tyłu, za tarczami.

Chłopak pchnął go we wskazanym kierunku. Po drugiej stronie mechanizmu widniała skrzynia, z której wystawało jakieś pokrętło.

– Tym?

Trybik skinął głową.

– Opuść pomału jedną rękę – zakomenderował dzieciak – i kręć. Do oporu.

Zegarmistrz zawahał się. W ciągu swojej nieskończenie długiej pracy nigdy dotąd nie doświadczył podobnej sytuacji. Owszem, zdarzało mu się wznawiać zdegenerowane światy, jak choćby ten; nigdy jednak nie próbował dołączyć nowego ogniwa do przerwanego już łańcucha. Ten świat był martwy, choć nie zaczął się jeszcze rozkładać. Jakie reperkusje mógł mieć ów fakt dla jego nowego wcielenia? Czy nie powstanie tu potwór, świat-zombi, napędzany niewidzialną ręką nieznanej, nieokiełznanej przez macierz siły? Pan Trybik doskonale wiedział, jak niebezpieczna potrafi być klepsydra. Ale było już za późno na takie rozważania. Był tylko on, dotyk metalu w części lędźwiowej kręgosłupa i ręka, która powoli, lecz nieuchronnie pełzła ku pokrętłu.

– Co jest?

Zegarmistrz nakręcił sprężynę do oporu, ale mniejsze koła nadal stały.

– Może się zablokowały. Trzeba poruszyć.

Chłopak dał przyzwolenie gestem, który w ciągu ostatnich minut stanowił najlepszy sposób komunikacji między nimi: dźgnięciem w plecy. Zegarmistrz przeszedł na stronę tarcz i popchnął koło godzin, które zazgrzytało i zaczęło się kręcić. Gdy robił to samo z kołem minut, w dłoni został mu jeden zardzewiały ząb. Na szczęście gówniarzyk – no, jednak nie był z niego taki gówniarzyk – niczego nie zauważył.

Na dworze nagle zrobiło się jasno. I jakoś żywo. Nie widzieli przez szybę żadnych ludzi, ptaków, czy nawet psa z kulawą nogą, ale wystarczyło łagodne falowanie poruszanych przez wiatr liści, by wiedzieć, że świat powrócił do życia.

– Odwróć się twarzą do ściany – zażądał chłopak – i nie ruszaj się, póki nie doliczysz do tysiąca. Potem możesz robić, co chcesz.

Pan Trybik wykonał pierwsze polecenie, ale dzieciak nadal stał za jego plecami, a dotyk metalu ani trochę nie zelżał.

– Raz – zaczął drżącym głosem zegarmistrz – dwa, trzy…

Gdy doszedł do dziewiętnastu, chłopak cofnął lufę i pędem wybiegł z zakładu, zatrzaskując za sobą drzwi.

Heliodor Trybik osunął się na podłogę, spazmatycznie łapiąc oddech.


2012

PAMIĘTNIK. 1 MAJA

Dziś minął miesiąc. Zapaliliśmy znicz w ruinach.

Jezu, ile się musieliśmy nakombinować, żeby tam pójść! W ogóle nie wypuszczają nas z domów i wciąż pilnują, jakby coś się jeszcze mogło stać. Zresztą nie wiem. Od tamtego dnia czuję się, jakby mnie ktoś zdzielił młotkiem w łeb. Może to kiedyś przejdzie. W każdym razie wymknęliśmy się wszyscy trzej. Piotrek już miał ten znicz kupiony, więc poszliśmy, postawiliśmy go w rogu i staliśmy. Bo niby co mieliśmy robić, modlić się?

Aż nagle Piotrek mówi:

– Słuchajcie, tu jest miska dla kotów. Jakby do niej nalać wody, tobyśmy mogli polać wosk i zobaczyć, co wyjdzie.

– Co ty – mówię – debil jesteś? Dziś nie Andrzejki. Zresztą to zabawa dla bab.

Ale Kacper już się napalił na ten pomysł.

– No – mówi. – Może będą jakieś wskazówki na temat… No wiecie.

Tylko wzruszyłem ramionami, bo co miałem powiedzieć? To było bardziej dziecinne niż zabawa w Indian. Ale oni też to przeżywają. Może nawet bardziej niż ja. Ja wiem, że nie mogłem nic zrobić. A oni? Kacper mi się zwierzał, że w ogóle nie może spać. Ciągle myśli, że gdyby wtedy powiedział o wszystkim swoim starym, zrobiliby coś. Powiedziałem mu, że to by nic nie zmieniło. Najwyżej na chwilę.

No więc pozwoliłem im się bawić, niech się – jak to powiedziała ta psycholożka? – aha! odreagują.

Bo przysłali nam psycholożkę po tym wszystkim, żeby zrobiła pogadankę na temat tego, jak to nam teraz ciężko, ale nie możemy się obwiniać, tylko musimy się starać żyć tak jak przedtem, i tak dalej, i tak dalej. Sranie w banie. Nic nie jest takie jak przedtem i nigdy nie będzie. Ona nie ma pojęcia, co się stało. Nikt z dorosłych nie ma o tym pojęcia. Szczerze mówiąc, my też nie. I myślę, że nigdy się tego nie dowiemy. To było coś takiego, jakby nagle cały świat się rozwalił, a oni go zeszyli i udają, że nic się nie zmieniło. Tylko że my na każdym kroku widzimy szwy. Ale czego można się spodziewać po dorosłych? Nie wierzyli w robala, rekwizyty z gry na ich oczach znikały albo zmieniały się w zwykłe przedmioty, to i teraz są ślepi. Ciekawe, czy ja też oślepnę, jak dorosnę. Czasem myślę, że bym chciał. Wtedy wszystko byłoby prostsze. Ale gdy sobie pomyślę o tym wszystkim, co bym stracił, to jednak nie chcę.

Najgorsze, że nikogo nie oskarżyli. Gliny niby nadal prowadzą śledztwo, ale w telewizji mówią, że to pan Pliszka i mama Predraga za [tekst nieczytelny]. Szkoda tylko, że tamci nie mogą się obronić. Pan Pliszka podobno zmarł na atak serca – nawet głupi by w to nie uwierzył! – a mama Predraga zniknęła. Niektórzy mówią, że uciekła do Szwecji. Ale ja myślę, że ona też nie żyje.

Wrócił Kacper z napełnioną miską, podnieśli znicz i polali.

– Kurde – mówi Piotrek, kręcąc tą miską na wszystkie strony. – Co to może być? Wygląda jak ósemka albo bałwan.

– Nie – mówi Kacper. – Zobacz, ma spłaszczone końce. Obróć tak. Widzisz?

– Niby że co?

– Jak to co? To klepsydra, głąbie!

Piotrek przyglądał się przez chwilę.

– Głupiś – mówi. – W ogóle nie ma spłaszczonych końców. To wygląda jak symbol nieskończoności.

Wziąłem swój plecak i wyszedłem, bo już mnie znudziły te ich gadki. Wołali coś za mną, ale nie zwracałem na nich uwagi. Przez jakiś czas szlajałem się bez celu po parku, aż w końcu nogi zaniosły mnie na kręgielnię.

Wyszedłem na taras. Przypomniałem sobie, jak przyszliśmy tu w zeszłym roku po rozdaniu świadectw. To był jeden z ostatnich razów, kiedy tak tam staliśmy w piątkę: Predrag, Kacper, Piotrek, Fred i ja. Predrag już wiedział, że jego stary wyjeżdża. Może miał nadzieję, że go zabierze. W każdym razie staliśmy tak i patrzeliśmy z tarasu na park, i nagle Predrag mówi:

– Jak kiedyś stąd wyjadę, to niczego mi tak nie będzie brakowało jak tego widoku. Będę zamykał oczy i wyobrażał sobie, że stoję tu z wami.

A ja mu wtedy powiedziałem:

– Kawałek ciebie na pewno tu zostanie. Jak się stęsknimy, to będziemy tu przychodzić i gadać z tobą.

ALFA

LOKOMOTYWA

Zebranie się skończyło. Rodzice pomału opuszczali salę, wymieniając uwagi i uprzejmości. Chłopiec z Plakatu jeszcze się szczerzył, raz po raz powtarzając magiczne „do widzenia”, jakby został zaprogramowany na odpowiednią liczbę odtworzeń, ale ukryty pod jego fasadą Albin już się szykował do odlotu.

Niestety! Szczupły człowieczek o wyglądzie intelektualisty zmierzał wprost ku niemu.

– Durbanow – przedstawił się lakonicznie.

Albin skinął głową. Prowadził tę klasę od kilku miesięcy i nie zdążył jeszcze poznać wszystkich rodziców, ale spojrzawszy na rozmówcę z bliska, od razu dostrzegł w nim podobieństwo do syna: ta sama szczupła sylwetka, pociągła twarz, ciemne włosy i duże, jakby przezroczyste oczy, o których nigdy nie było wiadomo, na co właściwie patrzą.

Mężczyzna milczał uparcie, jakby zależało mu na tym, by to Albin wykonał następny ruch. Ten, by zyskać na czasie, zaczął wertować dziennik.

– Nie mam kłopotów z Garim – rzekł w końcu Chłopcem – ale chyba nie przykłada się zbytnio do nauki.

Szczerze mówiąc, Albin bał się Gariego. Dzieciak miał w sobie coś z autystyka albo z kosmity. Nauczyciel nie miał jednak najmniejszego zamiaru dzielić się takimi refleksjami z ojcem Gariego, który, bądź co bądź, też mógł być kosmitą.

– Mam z nim ostatnio kłopoty – wyznał Durbanow. – Może pan mi coś doradzi.

Ugrrrrh… Pod ugrzecznionym obliczem Chłopca gęstniała frustracja. Doradzić. Doradzić. To było jedno z tych słów, które blokowały umysł Albina.

– Chodzi o tę nową zabawę – dodał rozmówca. – Wie pan, o czym mówię.

Albin spojrzał na niego ze zdziwieniem. Ale Durbanow tego nie zobaczył. Chłopiec z Plakatu kiwał bowiem głową ze zrozumieniem, nawet mrugnięciem nie zdradzając zawiłych operacji, które rozgrywały się pod taflą jego niewinnego spojrzenia.

Na szczęście tamten zdecydował się kontynuować.

– Pożarty czy Pożeracz, tak na nią mówią. Niewiele wiem na ten temat. Gari tak się w to zaangażował, że w ogóle przestał z nami rozmawiać. Nigdy nie był komunikatywny. Sam pan wie. Ale teraz to już w ogóle.

Albin wrócił do wertowania dziennika..

– Nie ma wielu jedynek – rzekł. – Głównie tróje i czwórki. Jak było w poprzednich latach?

Dubanow westchnął.

– Niech pan powie… Czy ktoś go prześladuje? Pastwi się nad nim? Oni mylą tę grę z życiem, zauważyłem… Nie wiem, jak mu pomóc.

Może to desperacja pobrzmiewająca w głosie rozmówcy sprawiła, że Albin ośmielił się ujawnić swoje mniej doskonałe oblicze.

– Usiądźmy. – Gestem wskazał Durbanowowi najbliższe krzesło. – Dzieciaki bawią się w różne gry. Na ogół niezdrowe. Aż się boję myśleć, co to takiego też Pożeracz.

Durbanow uśmiechnął się krzywo.

– To bardziej enigmatyczne, niż pan myśli. Bardziej enigmatyczne niż cały dzisiejszy świat. To jest większe od nich. A Gari… On zawsze był inny. Jakby należał do innego świata, który teraz przyszedł, by się o niego upomnieć. Przepraszam, bredzę. Syn ma świetną pamięć i doskonałą zdolność kojarzenia ze sobą pozornie niezwiązanych informacji, a jednocześnie nie pojmuje wielu rzeczy, które nam zdają się oczywiste. Już dawno pogodziłem się z tym, że nie mogę go zrozumieć, więc staram się po prostu akceptować, choć bywa to trudne. Pamiętam, jak kiedyś – chodził jeszcze do przedszkola – siedzieliśmy w pokoju przy włączonym telewizorze, w którym pokazywano wywiad z jakimś naukowcem. W pewnym momencie Gari wskazał ekran i powiedział: „To mój tata”. „Jak to?”, zapytałem. „A ja?” Ale on chyba nawet tego nie słyszał. Wpatrywał się w ekran jak zaczarowany. U dołu widniała wizytówka naukowca: Greg Borg, neuropsychiatra. Próbowaliśmy wypytywać Gariego, dlaczego myślał, że ten pan jest jego tatą, ale on szybko zapomniał o całej sprawie. W końcu doszliśmy do wniosku, że Gari, który wówczas umiał już trochę czytać, skojarzył widniejące na ekranie imię ze swoim, które także miało cztery litery i zaczynało się na „G”.

Albin uśmiechnął się, pół Chłopcem, pół sobą.

– Kiedy byłem mały, straszyłem matkę, że przeprowadzę się do sąsiadki, jeśli mi nie pozwoli na to czy owo.

– A ona?

– Wtedy nic. Ale zapamiętała to sobie.

Durbanow skinął głową i Albin miał wrażenie, że dostrzega w jego oczach iskierkę zrozumienia.

– Pan to robił z premedytacją. Gari nie. Nie mogłem się na niego gniewać. Za bardzo się bałem – o niego, o całą naszą rodzinę.

– Einstein też był nietypowym dzieckiem. Podobno zaczął mówić dopiero w wieku ośmiu lat.

Durbanow znów pokiwał głową.

– No a teraz… Syn sprawia wrażenie, jakby jego mózg wciąż pracował na wysokich obrotach, przetwarzając tyle danych, że nie starcza już miejsca na zwyczajną ludzką komunikację. Wydaje się niespokojny. Ciągle gra w tę grę, szuka czegoś w internecie, oblicza, rysuje. Czasem niespodziewanie wybiega z domu, by wrócić po godzinie czy dwóch i znów siąść do komputera.

– Dzieciaki wyzywają się od pożeraczy i robali – przypomniał sobie Albin. – Tak myślałem, że wyciągnęły to z komputera. Jak wszystko teraz.

– Niezupełnie – sprostował Durbanow. – Istnieje nawet kilka komputerowych gier o tej tematyce, ale wszystkie są wtórne w stosunku do podwórkowej zabawy, a raczej śledztwa. Główna idea, o ile zdołałem się zorientować, głosi, że pewna liczba graczy została zainfekowana przez jakiś obcy byt czymś, co nosi nazwę pożeracza, Gryma, czarnego piasku lub robala. Ziarno rozrasta się wewnątrz ofiary, niszcząc starą, ludzką tkankę, i budując w jej miejsce coś nieludzkiego. Taki człowiek-nieczłowiek krąży później po świecie, „pożerając” innych poprzez zarażenie ich obcą materią. Wie pan, jak w tym filmie. W dodatku takiego pożeracza nie można zabić. Można go jedynie zneutralizować poprzez – Durbanow westchnął – zakopanie na dwie godziny w białym piasku. Tyle czasu potrzeba, żeby białe ziarna wygryzły czarne.

– To jakaś makabreska – stwierdził Albin.

Z jednej strony marzył o tym, żeby Durbanow już sobie poszedł, zabierając swoje problemy ze sobą, z drugiej mimo woli zaczynał odczuwać zaciekawienie.

Rozmówca pokiwał głową.

– Podejrzany ma tylko jeden sposób na dowiedzenie swojej niewinności: musi umrzeć.

– Na szczęście w tej okolicy trudno o biały piasek – zauważył Albin. – Gdybyśmy mieszkali nad morzem…

– Nie wie pan jeszcze najciekawszego – przerwał mu Durbanow. – Nad morzem nie grają w tę grę. To wręcz niewiarygodne w dobie globalnej wioski, ale zabawa w czarny piasek ma zasięg lokalny, jak w czasach pańskiej młodości gra w korale.

Albin z pewnym zawstydzeniem, acz nie bez nostalgii, przypomniał sobie, jak spędzał całe dnie na próbach trafienia szklaną kulką do maleńkiego dołka. Dopiero po latach dowiedział się, że gra była kompletnie nieznana w innych częściach kraju.

To jednak było w zupełnie innej epoce. Teraz każdy nowy wynalazek rozchodził się po świecie z prędkością łącza internetowego. Skoro „Pożeracz” nie przyjął się w innych regionach kraju, jego geneza i mitologia musiały pozostawać w ścisłym związku z tym miejscem.

„W czasach pańskiej młodości”, powiedział Durbanow. Zapewne był tylko o kilka lat starszy od Albina, ale jego nazwisko i nieco śpiewny akcent świadczyły o tym, że wychował się daleko stąd. Rosjanin? Być może. Wielu ich tutaj przybywało, odkąd Polska złagodziła restrykcje związane z podejmowaniem pracy przez przybyszów zza wschodniej granicy. Albin nie był im specjalnie przychylny, ale jego obecny rozmówca zdecydowanie nie pasował do stereotypu rosyjskiego mafioza. Naukowiec? Lekarz?

– Skąd wiadomo, kto jest zakażony?

Durbanow rozłożył ręce.

– To najbardziej zagadkowy punkt całej gry. Pożeracza typuje się według jakiegoś specjalnego klucza. Trzeba rozszyfrowywać wiadomości, rozwiązywać zagadki. To nad tym tak się głowią te dzieciaki. Problem w tym, że różne systemy prowadzą do różnych wniosków. Wydaje mi się – Durbanow się zawahał – że Gari coś odkrył, albo jest bliski odkrycia. I nie jest to odkrycie, którym chciałby się dzielić z kolegami.

Albin zastanowił się. Jeśli Gari istotnie miał zaburzone postrzeganie rzeczywistości (na tę myśl Chłopiec w jego głowie zachichotał), mógł traktować świat dziecinnej gry jako absolutnie prawdziwy i bać się kolegów, których uważał za agentów obcej mocy.

– Skoro jednak wie, kto jest zainfekowany – pomyślał na głos – powinien również wiedzieć, komu można zaufać.

– A jeśli tym zainfekowanym jest on sam? – zapytał Durbanow, patrząc mu prosto w oczy.

W jego spojrzeniu malowała się trwoga, która na moment zmroziła Albina.

– Chodźmy stąd – rzekł, podnosząc ze stołu dziennik. – Wszyscy już pewnie skończyli i woźna chce zamknąć szkołę. Porozmawiamy po drodze.

Gdy znaleźli się na świeżym powietrzu, wszystko odzyskało właściwe proporcje.

– Gari ma prawo mieszać fikcję z rzeczywistością – powiedział stanowczo Albin do przestraszonego wciąż ojca. – Pan nie. Musi pan być dla niego oparciem.

– Staram się – odparł cicho Durbanow.

 

Wiedział, że Szary Wilk już mu nie pomoże, ale tylko on mógł podjąć poszukiwania tam, gdzie Ighar je zakończył. Gdzie poległ. Żałował, że nie doczeka chwili, w której odnaleziony statek odpali silniki i wzniesie się ponad Piaszczystą Planetę, by odlecieć do domu po ratunek. O ile jeszcze jest kogo ratować. Ale to nieważne, pomyślał Ighar: ważne jest tylko to, by przekazać słowo.

Słowo. To ono było sensem całej rozgrywki. Szukał go od początku, nie wiedząc o tym; myśląc, że chodzi o dotarcie do statku i uratowanie pozostałych przy życiu członków załogi. Nie wiedział, ilu ich jest: obudził się na tej przeklętej planecie z amnezją, wśród obcych istot, które brały go za swojego. W pewnym momencie nawet uwierzył, że należy do tego plemienia, ale wkrótce potem skontaktował się z nim kapitan, wyprowadzając z błędu. Podał współrzędne statku. Powiedział, że sam jest niedaleko, ale nie może dotrzeć do pojazdu, bo został porażony bronią, która odebrała mu władzę w nogach. Reszta załogi zaginęła w obcych miastach, prawdopodobnie tracąc pamięć, jak Ighar. Kapitan powoli odzyskiwał łączność z niektórymi z astronautów; reszta nadal milczała.

– Musisz porzucić to miasto i odnaleźć statek – rzekł. – Wiem, że jesteś blisko. Twój sygnał jest najsilniejszy. Jeśli tu dotrzesz i pomożesz mi, sprowadzimy pomoc z Ziemi i uratujemy pozostałych.

To było dawno temu. Wolałby pozostać w mieście, żyć tubylczym życiem. Skąd mógł wiedzieć, że ten głos mówi prawdę? Że jego plemię nie jest jego plemieniem? Ale odkąd usłyszał wezwanie, nie mógł spokojnie spać. Nie mógł wierzyć, że świat wokół niego jest prawdziwy, że żył w nim od zawsze. Dlatego zaczął wymykać się nocami i szukać statku.

Nie wiedział, że tubylcy go śledzą. Chcieli wysadzić statek, nie dopuścić do odlotu. Bali się, że ktoś pozna ich tajemnicę i postanowi zniszczyć planetę. On poznał ją dopiero dziś, lecz musiał zginąć. Na szczęście udało mu się ich nabrać: uwierzyli, że kapsuła, w której się schronił, jest właściwym statkiem, i szykowali się do wysadzenia jej. Wilk wciąż miał szansę na odnalezienie prawdziwej maszyny.

Tylko czy będzie miał dość rozumu, by zabrać stąd słowo i zasiać je na Ziemi?

Przez następne tygodnie Albin bacznie obserwował Gariego i pozostałe dzieci. Teraz, kiedy już zwracał na to uwagę, rzeczywiście dostrzegał wielką fascynację swoich uczniów – w szczególności chłopaków – tą dziwaczną grą. Przez całe przerwy dyskutowali, pochyleni nad jakimiś mapami, albo rysowali nogą na piasku linie i symbole. Nawet na lekcjach trudno było przyciągnąć ich uwagę, bo wciąż błądzili myślami po hermetycznym labiryncie.

Durbanow miał rację: Gari był już nie tylko outsiderem. Był wrogiem publicznym numer jeden. Ta historia wciągała Albina jak wir i choć tłumaczył sobie, że jest dorosły i musi pozostać na zewnątrz, żyjący w nim Chłopiec z perlistym śmiechem ciągnął go za rękę ku tajemnicy.

„A jeśli tym zainfekowanym jest on sam?” Słowa Durbanowa seniora powracały jak natrętna mucha w upalne popołudnie. Każdego dnia, każdej chwili, ilekroć jego spojrzenie pobiegło mimowolnie ku nieobecnym, jakby skierowanym do wewnątrz oczom Gariego, Albin miał wrażenie, że wszystkie linie, które pozostali gracze kreślą na piasku, zbiegają się w głowie chłopaka – i że ta głowa może w każdej chwili eksplodować.

Pewnej nocy przyśniło mu się, że tak się stało. Stał przy tablicy i – jak  każdego przeklętego dnia – wykładał lekcję, gdy nagle zaczął odczuwać jakieś napięcie – zrazu słabe, potem coraz silniejsze. Rozejrzał się w poszukiwaniu jego źródła i skrzyżował spojrzenia z Garim. Głowa chłopaka promieniowała jakąś straszliwą energią, jakby w środku coś rosło i rosło, rozpychając ją i usiłując zrobić sobie miejsce – aż w końcu wybuchła, obrzygując wszystko wokół ziarnami czarnego piasku. Piach skwierczał na skórze i ubraniach dzieci, wypalając dziury i wżerając się w ciała. Albin nie odczuwał bólu, ale czuł, jak czarne ziarno przenika do jego krwiobiegu, i wiedział, że od tej pory nic już nie będzie takie samo.

Prawie się zdziwił, gdy następnego ranka zobaczył Gariego w szkole, całego i zdrowego. Gdy jednak zadał mu jakieś pytanie, tamten spojrzał na niego wzrokiem tak jaskrawo przytomnym, że Albin zadrżał. Może to było złudzenie, pokłosie snu, ale naprawdę zobaczył w oczach chłopaka oskarżenie. Gari patrzył na niego jak ktoś, kto wie o świecie i o nim samym rzeczy, o których on nie ma pojęcia.

Trwało to tylko moment. Gdy Gari zaczął odpowiadać na pytanie – Albin musiał mu je powtórzyć, bo za pierwszym razem chłopak nie dosłyszał – znów był grzecznym, zamkniętym w sobie, drobnym i całkiem niegroźnym dwunastolatkiem.

Ostatnie tygodnie zimy przyniosły jeszcze jedno brzemienne w skutki wydarzenie: Albin zakochał się w matce swego ucznia.

Widywał ją już wcześniej na ulicy i miał nadzieję, że tylko dlatego zaczął się uśmiechać jak idiota, gdy ją zobaczył na pierwszym zebraniu. Oczywiście pracował wtedy Chłopcem, jak przez większość czasu w szkole, więc uśmiech był w pewnym sensie przyklejony do jego ust klejem uniwersalnym. Albin jeszcze nie wiedział, jakie z jej synalka ziółko, ale gdy przyszło zebranie na koniec semestru, nie mógł nie wspomnieć o paru rozróbach i czymś, co w żargonie pedagogicznym nazywa się notorycznym lekceważeniem obowiązków szkolnych.

Po zakończeniu zebrania kobieta podeszła do niego.

– Jestem matką Predraga – powiedziała tonem, w którym wstyd mieszał się z urazą.

– Wiem. – Albin uśmiechnął się niepewnie i spiekł raka pod ugrzecznioną fasadą.

Babka była naprawdę fajna. Cholera, że też musiała urodzić takiego potwora.

– Kiepsko się uczy… – mruknął, zawieszając głos.

Popatrzyła mu w oczy.

– Jest bardzo dojrzały – powiedziała, teraz już wyraźnie urażona. – Odkąd mąż wyjechał do pracy w Szwecji, syn jest dla mnie prawdziwą podporą. Opiekuje się mną. Wykonuje wszystkie męskie prace w domu. Nie wiem, co bym bez niego zrobiła.

Albin przeszedł w pełen tryb Chłopca, by móc bez przeszkód podziwiać jej urodę.

– Doceniam to – rzekł miękko. – Ale to jeszcze dziecko. Przede wszystkim powinien się uczyć.

Kobieta gwałtownie wciągnęła powietrze i gdy wydawało się, że przypuści kolejny atak, równie gwałtownie to powietrze z niej uszło, a ona sama usiadła i ukryła twarz w dłoniach.

– Już nie wiem, co robić – szepnęła po chwili. – Mąż musiał wyjechać, w Polsce nie było dla niego pracy. Przyjechał tutaj pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Pracował na budowie u niemieckiego inwestora. Poznaliśmy się. Wzięliśmy ślub. Urodził nam się syn. Mąż dostał pozwolenie na stałą pracę. Harował po kilkanaście godzin dziennie, póki było gdzie. Potem go zwolnili. Nie miał nawet prawa do zasiłku. Oszczędności szybko się skończyły, a moja urzędnicza pensja nie wystarczała, żeby związać koniec z końcem. Wtedy pojawiła się szansa pracy w Szwecji. Osiedliło się tam kilku przyjaciół męża. Wiedzieli, że jest w trudnej sytuacji, więc go namówili na przyjazd. Ustaliliśmy, że pojedzie na rok, a później zadecydujemy, co dalej. Predrag był wściekły. Uparł się, żeby jechać z ojcem. Mąż wybił mu to z głowy i kazał się mną opiekować. No a syn chyba za bardzo wziął to sobie do serca. Zaczął się uważać za głowę rodziny. – Rozłożyła ręce. – Południowa krew. Zupełnie nie wiem, jak go przywołać do porządku. Ma dopiero dwanaście lat, a zachowuje się jak dorosły.

Albin spoglądał na kosmyk jasnych włosów, który kobieta co chwila odgarniała z twarzy gniewnym gestem. „Mąż wyjechał do pracy w Szwecji”…  – powtarzał w głowie, zamiast myśleć, jak okiełznać Predraga.

– Cieszę się, że mi pani o tym powiedziała – rzekł elokwentny jak zwykle Chłopiec. – Uważałem go za pospolitego rozrabiakę, ale teraz widzę, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Spróbuję – wzrok Albina przypadkiem padł na jej bluzkę, dość luźną, ale nie aż tak, by ukryć zarys kształtnych piersi – spróbuję coś wymyślić i przemówić mu do rozsądku.

Jej wargi ułożyły się w rogalik, oczy pojaśniały.

– Dziękuję. Może wspólnym wysiłkiem jakoś przepchniemy go przez tę szkołę.

Zastanawiał się, czym dla niej jest jego uśmiech. Na pewno nie rogalikiem. Raczej pieczęcią, poświadczeniem sojuszu.

– Jest pani dzielną kobietą. – Tym razem Chłopiec zdecydowanie przesadził, a Albin znów spiekł raka do wewnątrz.

Spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– W dzisiejszych czasach nie można sobie pozwolić na słabość – zadeklarowała. – Albo się płynie, albo tonie.

Pierwszym, co zrobił Albin, kiedy tylko za kobietą zamknęły się drzwi, było otwarcie dziennika na stronie zawierającej informacje o rodzinach uczniów. Małgorzata Lukić, pracownik administracyjny. Małgorzata… Pracownik administracyjny? To znaczy, że całymi dniami siedzi w jakimś biurze i przewraca papiery?

Było w tej myśli coś świętokradczego. Kiedy już zmierzał do domu przez tonące w pośniegowej brei ulice, rozglądając się dyskretnie w nadziei, że może zatrzymała się gdzieś po drodze i oto wpadną na siebie przed blokiem, bardziej boleśnie niż zwykle uświadamiał sobie swoją samotność. Mężczyźni, rzecz jasna, nie rozmawiają o takich rzeczach. Był ktoś, kto wiedział… Wiedział, choć Albin nigdy nie wyrzekł na ten temat ani słowa. Niektórzy po prostu mają rentgen w oczach.

Pomyślał o Małgorzacie. Prawdopodobnie była o kilka lat starsza od niego, a nawet jeśli nie, to i tak był przy niej kompletnym dzieciakiem. Ona – żona i matka z kilkunastoletnim stażem, on – frajer, którego podboje miłosne przypominały perypetie słonia w składzie porcelany. Im bardziej czegoś pragnął, tym szybciej i bardziej spektakularnie wymykało mu się to z rąk. Sądził, że już się z tym pogodził, przestał walczyć, a teraz… Ten kosmyk włosów, rogalik uśmiechu, zarys piersi pod bluzką…

Niedługo musiał czekać na perlisty śmiech w głowie.

– Śnij, pariasie, śnij.

– Zamknij się, Nemo. Zamknij mordę.

Ale Chłopiec dopiero się rozkręcał.

– Nigdy nie będziesz miał kobiety. A już na pewno nie ją. Puknij się. To zimna ryba, leci tylko na forsę.

– Potrzebuje ciepła – targował się, wiedząc, że jest głupcem. – Jest samotna. Widziałem to w jej oczach.

– Oszukuj się dalej, durna pało.

Potknął się o fragment złamanej płyty chodnikowej, która wyrwała go z tamtego świata, przywracając do bezpośredniej rzeczywistości. Nemo zamilkł.

Mijając jej blok, Albin zlustrował wzrokiem wszystkie okna. Zapamiętał z dziennika numer mieszkania; to musiało być gdzieś w połowie wysokości, na piątym lub szóstym… Może tam, gdzie te krótkie firanki zakończone u dołu sinusoidą. „Mąż wyjechał do pracy w Szwecji” – kołatały mu się pod czaszką jej słowa. „Na rok… Później zadecydujemy, co dalej…”

Opuścił głowę. Do domu dotarł niemal biegiem. Nienawidził myśli, że mógłby tak bezczelnie wykorzystać sytuację.

Zresztą Albin nie był dobry w wykorzystywaniu sytuacji.

Nie lubił Predraga. Chłopak był niesubordynowany, nie uczył się, a przede wszystkim był małym dyktatorem i męskim szowinistą. Albin zastanawiał się, ile z tych cech młody Lukić odziedziczył po ojcu. Południowcy zawsze mieli porywczą naturę, a na Bałkanach wciąż panował patriarchat. Pewnie ten facet jest taki sam, pomyślał, wchodząc do mieszkania i z furią zatrzaskując drzwi. Dźwięk odbił się echem od pustych ścian.

Właśnie. Ciekawe, jaki jest. Może ją bije. Zdradza – na sto procent. Ale za to na pewno jest cholernie przystojny i dobry w łóżku. Albin westchnął ciężko. Nemo miał rację. Małgorzata wyglądała na zmysłową kobietę; nieśmiały intelektualista nie mógłby przyciągnąć jej uwagi. Mimo to miał nadzieję, że mąż Małgorzaty pozostanie w Szwecji na dłużej, może na zawsze.

Wpisał w wyszukiwarce „czarny piasek” i próbował znaleźć pośród tysięcy odpowiedzi coś, co odnosiłoby się do dziecięcej gry. Nie znalazł wiele: głównie wypowiedzi z list dyskusyjnych. Teorie dotyczące pochodzenia zabawy były różne, często sprzeczne. Pewne elementy jednak się powtarzały, a po długotrwałym i wnikliwym czytaniu zaczęła się z nich wyłaniać następująca opowieść.

Mniej więcej pół roku wcześniej w jednej z dzielnic Poznania zaginął chłopiec. Kilka dni później policja zatrzymała jego brata, osiemnastoletniego narkomana, który rzekomo od dawna nosił się z zamiarem odebrania chłopcu życia, twierdząc, że ten jest siedliskiem niezidentyfikowanej wrogiej siły, występującej w relacjach pod nazwą czarnego piasku, robala lub Gryma. Wrogi ów element miał działać za pośrednictwem swoich nieświadomych agentów, noszących w sobie i rozsiewających ziarna czegoś, co nazywano „nirwaną”, „deformą” albo po prostu „bezświeciem”. Podejrzany o zbrodnię młodzieniec, Johan Kraft, z wielkim zapamiętaniem przekonywał przesłuchujących go policjantów o grożącym światu niebezpieczeństwie, utrzymując jednocześnie, że nie zabił brata. Nie znajdując podstaw prawnych do dalszego przetrzymywania, zwolniono chłopaka, przydzielając mu sekretną kuratelę. Młody Kraft szybko jednak zgubił ogon i przepadł jak kamień w wodę. Krążyły plotki, że jest w sekcie albo w ośrodku Monaru; że szuka brata albo ukrywa się przed nim.

Małego Gerta nie odnaleziono. Rodzice chłopców wyjechali do Niemiec. Sprawa szybko przycichła – oficjalna prasa informowała wszak jedynie o zaginięciu; rewelacje z list dyskusyjnych, prawdziwe czy nie, musiały się rozprzestrzenić później – by po kilku miesiącach powrócić niespodziewanym echem w postaci dziecięcej zabawy.

Dalej internauci spekulowali na temat tego, co naprawdę stało się z Gertem Kraftem, a przede wszystkim na temat teorii głoszonej rzekomo przez jego brata. Opinie, jak zwykle w szerokiej i demokratycznej społeczności internetowej, były najróżniejsze – od złożonych interpretacji gnostyckich przywołujących Apokalipsę św. Jana po eksperckie wyjaśnienia rodzajów halucynacji wywoływanych przez poszczególne narkotyki, z najczęstszym wskazaniem na tao jako źródło podobnych olśnień. Nie brakowało też sceptyków, którzy twierdzili, że cała historia została od początku do końca wyssana z palca, a jedynym w niej pewnikiem jest to, iż zaginął chłopiec. Kwestionowano nawet personalia zaginionego. Jedna z uczestniczek forum sugerowała, że w rzeczywistości chodziło o syna oficera policji, a sprawie szybko ukręcono łeb, gdy się okazało, że chłopak uciekł z domu, bo był maltretowany przez ojca.

Ufff! Albin zapisał te wszystkie pliki na dysku, zastanawiając się, czy zawierają choć ziarno prawdy. Może to wcale nie zaginięcie chłopca zainspirowało twórców zabawy, lecz zabawa zainspirowała swoich interpretatorów. Jak Odyseja kosmiczna, napisana przez Clarke’a na fali sukcesu filmu, choć większość czytelników sądzi, że było odwrotnie.

Postanowił przeprowadzić jeszcze jeden test. Wszedł w ustawienia, zawęził poszukiwania do polskich stron rządowych, po czym w polu „znajdź” wpisał „Johan Kraft”. Tym razem wyświetliło się zaledwie kilkanaście stron (znacznie więcej, gdy napisał „Johann” przez dwa „n”, ale szybko się okazało, że wszystkie dotyczą innych Johannów Kraftów). Większość zawierała dementi znanych już Albinowi plotek; pozostałe informowały lakonicznie, iż mężczyzna o takim imieniu i nazwisku w czerwcu ubiegłego roku był przesłuchiwany przez policję w związku z zaginięciem swego brata.

A zatem personalia były prawdziwe. Strzępy informacji związanych z przesłuchaniami Johana musiały się roznieść prywatnymi kanałami, dając początek zarówno zabawie, jak i internetowym dociekaniom. Cała osnuta na nich historia wyglądała jednak na typowy produkt zbiorczej fantazji wirtualnej społeczności. Albin był przekonany, że gdyby wpisał w wyszukiwarce hasło „czarna wołga”, znalazłby znacznie więcej niezbitych dowodów na to, że u schyłku ubiegłego wieku taki samochód istotnie porywał dzieci.

Swoją drogą, ta deforma, bezświecie… Nie był ani trochę zdziwiony, że ludzie wymyślają takie rzeczy. Od dawna nie mógł się oprzeć wrażeniu, że ludzkość osiągnęła jakieś przesilenie, jakby biegała w kółko wewnątrz zawijającej się ku środkowi spirali, zataczając coraz mniejsze kręgi, aż wreszcie dotarła do środka i zakorkowała się. „Ten świat już pędzi tak szybko, a ja szaleństwa jestem blisko”, przypomniała mu się jakaś piosenka. Kto to śpiewał? A, Kult, te dziady z ubiegłego tysiąclecia. Zabawne. Tamten czas wydawał się Albinowi taki powolny, ślimaczy wręcz. To teraz świat pędził do przodu na złamanie karku, zwiększając tempo kosztem masy. Dusza nie ważyła już nawet 21 gramów. Lokomotywa spalała każdą ważką myśl, każde uczucie zbyt złożone, by dało się przetrawić w biegu. Skąd zatem wrażenie zakorkowania? Czyżby ów pęd był złudzeniem, chorobliwymi rojeniami społeczeństwa uwięzionego w martwym punkcie? A jeśli lokomotywa istotnie pędziła, czyż nie było oczywiste, że prędzej czy później będzie musiała się rozbić? Podobno kilkaset lat temu artykułowano słowa o tyle wolniej, że ówcześni ludzie nie byliby w stanie zrozumieć mowy współczesnego człowieka; Albin był jednak gotów przysiąc, że nawet jego pokolenie nie mówi tak szybko jak młodsze o dwadzieścia lat dzieciaki. Gdyby nie pracował w szkole, pewnie i on miałby kłopoty z ich rozumieniem… Dokąd zmierzał ten pociąg?

Jakby na przekór ledwie powłócząc nogami, Albin powlókł się do łazienki. Z lustra spoglądał na niego jakiś facet. Trochę nieudany, z ziemistą cerą, zakolami na czole i lekko zapadniętymi policzkami. Okaz suchotnika. Ale weźmy takiego Durbanowa. Wcale nie prezentował się lepiej, a jednak ożenił się i zrobił syna, nawet jeśli ten wyszedł mu trochę dziwny.

Może miał jakieś inne zalety. Ta myśl tylko pogrążyła Albina, który uważał się za  swoiste kuriozum zbudowane z samych wad.

– Przykro mi, panie Albinie, ale ani trochę nie przypomina pan Steve’a McQueena – rzekł do mężczyzny z lustra, po czym rozpiął rozporek i zaczął sikać.

Jak na złość, akurat wtedy pomyślał o Małgorzacie.

Oczywiście oni, w swoim przenicowanym świecie, mieli pełne prawo uważać ów świat za właściwy, jak ziarenka z odwróconej klepsydry. To była ich rzeczywistość, ich… życie? W każdym razie coś, co pozwalało im istnieć-w-swoim-mniemaniu, egzystować-na-swoją-miarę. Wykreowane w komputerze byty też wierzą, że są prawdziwe; kim jesteśmy my, by o tym wyrokować? Ale tu było inaczej: my albo oni. A w miejscu, w którym znalazł się Ighar, tamtych było znacznie, znacznie więcej.

Kiedy otrzymał od kapitana współrzędne statku, od razu poszedł do sklepu i kupił atlas. Ale przeczuwał, że nie będzie łatwo, i nie pomylił się. Mieszkańcy tej krainy nie używali współrzędnych liczbowych. Zamiast nich stosowali hasła, ciągi znaczeniowe. Czasem skojarzenia mogą biec w różnych kierunkach, więc zdarzało się, że różne punkty miały te same współrzędne, albo że do tego samego punktu można było dojść różnymi drogami. Te używane najczęściej były najbardziej wydeptane, natomiast każde nowe, oryginalne skojarzenie zmieniało układ topograficzny, jakby w mózgu tworzyła się nowa synapsa. O ile na przykład z punktu Kraina ślepców można było przejść do Oka na niebie, ale i do Wehikułu czasu, bo układ logiczny planety akceptował zarówno skojarzenia semantyczne, jak i systematyczne, o tyle zaproponowanie hasła Obcy w obcym kraju, sięgającego znacznie bardziej w głąb, do kwintesencji opowiadania Wellsa, pozwoliło Igharowi przeskoczyć do Księgi imion nieznanych o wiele szybciej, niż gdyby podążał utartymi szlakami.

Często jednak system nie akceptował jego pomysłów. Widać logika logice nierówna. Co gorsza, niekiedy wędrowiec w ogóle nie mógł się ruszyć z miejsca, bo planeta wszędzie stawiała mu szlabany. Taki los. Na szczęście zawsze można było się cofnąć i wybrać inną drogę.

Mapy też na niewiele się zdawały. Były jak trójwymiarowe pocztówki: wystarczyło spojrzeć pod innym kątem, by zobaczyć coś całkiem innego.

Następnego ranka Predrag i jego kumpel Baltazar wylądowali na dywaniku u pani dyrektor. Okazało się, że przyczepili dziewczynce z młodszej klasy do pleców kartkę z napisem „Czarny Robal”. Najwyraźniej nie mając zielonego pojęcia o grze, pani dyrektor potraktowała całą sprawę jako dowcip w rodzaju przyczepienia etykietki „Szukam męża z wielkim fiutem”. Albin uznał, że jej wtajemniczanie byłoby zbyt czasochłonne.

Po wyjściu z gabinetu – bo i on, jako wychowawca delikwentów, musiał wysłuchać kazania – odesłał Baltazara do klasy, a Predraga zatrzymał.

– Słyszałem, że dobrze się opiekujesz mamą – zaczął chytrze. A przynajmniej tak mu się zdawało.

Predrag spojrzał na niego spode łba.

– Ale nie podobają jej się twoje oceny – kontynuował Albin-Chłopiec. – Mógłbyś się trochę wziąć.

– I tak wyjadę do starego – burknął Predrag.

– Myślisz, że w Szwecji nie ma szkół?

Dzieciak-Dorosły wzruszył ramionami.

– Może i są. Ale nie takie gówniane.

Co racja, to racja. Albin niemal natychmiast zdjął uśmiech z twarzy, ale Predrag i tak zdążył zauważyć.

– Co, też pan uważa, że szkoły są gówniane?

– Kiedyś tak uważałem – odparł dyplomatycznie. – Słuchaj, zapomnę o dzisiejszym incydencie pod warunkiem, że przestaniesz rozrabiać i zaczniesz się trochę uczyć. Ojciec na pewno nie jest zadowolony, że ci tak kiepsko idzie.

– Stary ma to gdzieś – prychnął Predrag.

Albin miał wielką ochotę usłyszeć, że mąż Małgorzaty jest egoistą i świnią, ale chłopak nie powiedział nic więcej.

– Dlaczego myślisz, że ta dziewczynka jest robalem? – zapytał znienacka.

Predrag spojrzał na niego gwałtownie. Potem odwrócił wzrok i wzruszył ramionami.

– Przecież to tylko kawał.

Ale Albin już się rozkręcił.

– Kto jeszcze jest robalem? Gari? Po czym to poznajecie?

Chłopak milczał i było jasne, że nie ma zamiaru zdradzić żadnych tajemnic. W końcu Albin skapitulował.

– Wracaj do klasy. – Zawahał się na sekundę. – I pozdrów mamę.

Predrag przewrócił oczami.

– Chyba jej pan wpadł w oko.

Albin tylko pogroził chłopakowi palcem i gestem odesłał go do sali, mając nadzieję, że dzieciak nie zauważył jego zmieszania.

Po przejściu kilku kroków Predrag odwrócił się ku niemu.

– On jest najgorszy – powiedział. – Kiedyś go załatwię.

Potem okręcił się na pięcie i odmaszerował.

Przez kolejne dwie lekcje Albin nie mógł się skupić. Wciąż powracał myślą do rozmowy z Predragiem. Kogo miał na myśli chłopak, mówiąc: „On jest najgorszy”? Ojca? Gariego? I co, do diabła, znaczyło to „Chyba jej pan wpadł w oko”?

Chciał mnie podpuścić, zdecydował w końcu twardo, przywołując się do porządku. Zostały mu jeszcze dwie godziny zajęć; później mógł sobie rozmyślać do woli.

Ostatnią lekcję miał ze swoją klasą. Udawał, że nie widzi, iż Predrag przez cały czas bawi się pod ławką grą elektroniczną. Był zadowolony, że chłopak nie patrzy mu w oczy.

Gari, jak zwykle, siedział w samym środku sali, na wpół ukryty za plecami wyższych kolegów. Przez całą lekcję notował pilnie w zeszycie. Nawet wtedy, gdy Albin nic nie dyktował.

Nie zareagował na wezwanie do odpowiedzi. Kolejne, głośniejsze, także nie zbudziło go z letargu. Siedzący z przodu uczniowie zaczęli się obracać. Kolega z ławki poszturchnął Gariego.

Wolno, potwornie wolno, chłopak uniósł wzrok.

What is your favourite season? – powtórzył pytanie Albin.

Długa chwila ciszy.

Winter – rzekł wreszcie Gari mechanicznie, niczym nakręcana lalka.

Why?

I don’t know.

Albin postanowił spróbować podstępu.

Do you like sand? – zapytał, patrząc Gariemu prosto w oczy.

Sand? – powtórzył chłopak, już bardziej przytomnie.

Yes. Sand. Do you like it?

No – odparł Gari pewnie, lecz bez wyraźnych emocji. – I don’t like sss… sand.

Zasyczał jak wąż, zaciął się, ale jego twarz pozostawała beznamiętna. Albin dał spokój w obawie, by pozostałe dzieciaki nie zaczęły się zastanawiać, po jaką cholerę ten facet pyta ich kumpla, czy lubi piasek. I to w dodatku zimą. Kątem oka zerknął na Predraga, ale ten nadal był pochłonięty grą.

OK – rzekł nauczyciel. – Bring your notebook here.

Gari podniósł zeszyt z ławki i powolnym krokiem podszedł do biurka nauczyciela.

Albin wziął z jego ręki zeszyt.

Otworzył go pośrodku.

Podniósł wzrok na chłopca, ale ten znów odpłynął w głąb swego umysłu.

Albin przewrócił kartkę. Potem drugą i kolejne. Cofał się tak długo, aż dotarł do początku zeszytu.

Wszystkie strony, linijka po linijce, były zapisane równym, starannym pismem, powtarzającym w nieskończoność – bez znaków przestankowych, bez wielkich liter – jedno słowo.

Sand.

Tej nocy po raz pierwszy pozwolił sobie śnić o Małgorzacie. Nie wiedział, jakim cudem udało mu się przekupić Nemo – choć był pewien, że kiedyś za to zapłaci – ale ten jeden raz Chłopiec dał mu spokój. Była tylko ona, nic więcej; blond czupryna nie wyłaniała się spod poduszki w najmniej odpowiednim momencie, pod czaszką nie rozbrzmiewał cyniczny śmiech szatańskiego niewiniątka. Pijany mrokiem, który odrealnia dzienny świat i zaciera granice między możliwym a niemożliwym, Albin pieścił jej piersi, chłonął smak skóry, z poddańczą wdzięcznością przyjmował najlżejszą pieszczotę. To było jego zbawienie, jego wytchnienie od wielkiej otchłani, na którą składała się już nie tylko samotność, lecz także hermetyczny świat dzieci, zbrodnia Johana Krafta, potworna nirwana, robal Predraga, piasek Gariego. Dotyk Małgorzaty, widok jej twarzy pod powiekami otaczał go jak opiekuńcza aureola, przez którą nie może się przebić żaden koszmar. Było tylko to ciało, ciepłe, bezpieczne i gotowe na wszystko, co sobie wymarzył wśród niezliczonych pustych nocy.

Tylko to ciało.

Ciało.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s