sakrament

SAKRAMENT

Historia ta, spisana ręką brata Włodzimierza, niechaj służy za świadectwo. Działo się to w roku 14 Powszechnej Tolerancji. Był mglisty zimowy ranek, deszcz siąpił, gdy z kamienicy przy ul. Truflowej wybiegł człowiek w sutannie. Wiatr wionął mu w twarz, sutanna załopotała, pozłacana kustodia zakołysała się w ręku. Dwaj faceci w czarnym mercedesie pojechaliby za nim nawet gdyby jej nie miał. Od dawna obserwowali tego człowieka. Wiedzieli, że jest jednym z tych, którzy roznoszą zarazę.

Brat Jerzy szedł szybko ulicą, nie oglądając się. Dzisiejsza misja była najważniejsza. Chodziło o starą kobietę, która do tej pory wzbraniała się przed przyjęciem komunii. Ta kobieta była dla niego kimś szczególnym. Dość długo nie kontaktował się z nią, by nie ściągać jej na kark policji, ale teraz, gdy godziny staruszki były policzone, podjął ostatnią próbę nakłonienia jej do zmiany decyzji.

Czarny mercedes sunął powoli za człowiekiem w sutannie.

– Co my tu robimy? – westchnął jeden z policjantów w cywilu, wysoki, zaspany chudzielec w randze posterunkowego.

Ten za kierownicą, starszy, nieco niższy, lekko pyzaty aspirant, wzruszył ramionami.

– Dokądś musi nas w końcu zaprowadzić. On albo któryś z pozostałych.

Wysoki pokręcił głową.

– Przestaję już w to wierzyć. Jaki on był, kiedyś?

Ramiona pyzatego uniosły się w górę i opadły bezradnie.

– Normalny. Zresztą nie pamiętam. To było dawno.

Nie chciał się wysilać. I tak głowa go bolała od niedosypiania. A teraz jeszcze ten Jurek, cholera, w co on się wpakował.

Wysoki, chudy aspirant nosił ciemne okulary i doklejone wąsy. Rzekomo po to, żeby kolega z podstawówki go nie rozpoznał. Ale w rzeczywistości miał już dość siebie i wolał udawać, że on to nie on.

Pierwsze przypadki choroby zwanej syndromem Rosenkreutza – RK – zanotowano w Stanach Zjednoczonych przed kilku laty. Aspirant nie wiedział, kim był ów Rosenkreutz. Pewnie lekarzem, który opisał symptomy. Tacy to przechodzą do historii. A policjanci? Do historii filmu, to owszem. Brudny Harry, porucznik Bullit… Ech, życie, życie… Tak czy inaczej, medycyna była bezradna wobec choroby, bo organizmy zarażonych rosenkreutzem zaczynały funkcjonować w przedziwny sposób – chorzy odzwyczajali się od jedzenia i picia, mówiono nawet, że nie muszą oddychać; a jednak wciąż funkcjonowali, choć z czasem jakby zaczynało im brakować materii. Wcale ich to zresztą nie martwiło. Mieli wszystko w dupie. Po prostu przestawali się interesować tym światem. Nie umierali – stawali się coraz bardziej niewyraźni, aż w końcu można było ich zdmuchnąć. To zresztą też ich nie martwiło.

Brat Jerzy przebiegł przez pasy koło Okrąglaka wprost przed maską czarnego mercedesa. Na szczęście jechali dość wolno, by zahamować. Ksiądz uniósł dłoń w przepraszającym geście. Wyglądało to, jakby błogosławił tych w środku.

– Fuck! – zaklął chudy.

– Fuck – przytaknął pyzaty.

– Co teraz? – zapytał posterunkowy.

– Pstro.

Ulica Kremówek Papieskich, w którą skręcił śledzony mężczyzna, była jednokierunkowa. Aspirant minął krzyżówkę, zjechał na krawężnik i zaparkował przy Marcepanowej.

– Rusz dupę, Pawiu.

Chudy posterunkowy stęknął, ale posłusznie wygramolił się z wozu. Trzasnęły dwie pary drzwiczek, zapiszczał pilot i obaj policjanci  ruszyli za księdzem.

Ku ich zdziwieniu facet w sutannie doszedł do końca ulicy, skręcił w prawo i skierował się w stronę kościoła Św. Marcina od Rogali. Szedł szybko, ale płynnie, jakby sunął ponad chodnikiem, zwinnie omijając przechodniów.

– Szlag! – Aspirant stuknął się w czoło otwartą dłonią.

– Co jest, Rzyguś?

– Będzie chciał podmienić opłatki!

– O, skurczymorda! – Posterunkowy trzasnął się pięścią w udo i obaj pobiegli. Policyjne buty ciężko uderzały o kamień. Chyba powinienem zacząć się odchudzać, pomyślał pyzaty aspirant, sapiąc jak lokomotywa.

Brat Jerzy znał ten kościół jak własną kieszeń. Ileż to razy jako uczeń służył tu do mszy? To było w innych czasach, ale miał nadzieję, że wyjście od strony zakrystii nadal pozostaje otwarte przez większość dnia. To dawało mu szansę na umknięcie dwóm tajniakom z czarnego merca, którzy znów deptali mu po piętach.

Widywał ich wielokrotnie i miał to gdzieś, ale ten dzień był inny. Ten jeden raz nie mógł sobie pozwolić na utratę hostii.

Zamknął za sobą drzwi i ruszył biegiem wzdłuż głównej nawy. Dzieciaki chyba obrabiały skarbonki, a może  bawiły się w chowanego w świątyni, bo na jego widok rozpierzchły się po kątach. Jeszcze nie dobiegł do połowy kościoła, gdy drzwi znów zaskrzypiały. Nie odwrócił się. Miał nadzieję, że to tylko bachory się ulotniły.

Ale nie. Na posadzce zabębniły kroki, miarowe i stanowcze.

Sutanna krępowała mu nogi, spowalniała trzymana w ręku kustodia. Tamtym mogło się wydawać, że płynie, ale materii nie dało się oszukać. Skręcił w lewo, ku drzwiom zakrystii. Tamci byli już tuż, tuż. Ksiądz nacisnął klamkę.

Drzwi były zamknięte.

Brat Jerzy z udawanym spokojem obrócił się ku  prześladowcom. Musiał spróbować ostatniego sposobu.

Skupił w sobie całą emanację –

i osunął się na ziemię.

Kustodia odbiła się od posadzki, podskoczyła, opadła i przez chwilę wibrowała, brzęcząc jak bączek.

– Co jest, kur… – zaczął Paw, ale przypomniał sobie, gdzie jest. Przykląkł.

– Uważaj – ostrzegł Rzyguś, wyciągając spluwę.

Posterunkowy ostrożnie obrócił fałszywego księdza twarzą do góry, a ten wlepił w niego niewidzące oczy.

– Jezu, Rzyg… aspirancie, on chyba nie żyje! Ja go nawet nie dotknąłem!

– Spokojnie. – Pyzaty schował broń,  przykląkł obok ciała i poszukał pulsu. – Pamiętaj, że gość ma rosenkreutza. Z nimi nigdy nic nie wiadomo. W jednej chwili są trupami, w drugiej wstają i wychodzą jakby nigdy nic.

Ale pulsu nie znalazł. Aż się spocił. Usiadł na zimnej posadzce, westchnął i przeczesał palcami włosy.

On też znał ten kościół. Wiedział, że drzwi zakrystii już od dawna są zamykane na klucz. Bachory wszystko rozkradały.

Ostatnio nawet spotkał księdza Karola. Staruszek miał chyba z osiemdziesiątkę, ale wciąż odprawiał msze. „Dawno cię nie widziałem” – powiedział. Rzyguś nie chciał mu sprawiać przykrości. „Robota – powiedział. – Wie ksiądz, ilu dzisiaj przestępców do łapania”. A teraz siedział tu i zastanawiał się, czy będzie musiał aresztować dawnego kumpla, czy tylko zgłosić zgon.

– Jurek… – mruknął cicho, patrząc w nieruchomą twarz leżącego.

Ciało się poruszyło.

Paw zerwał się na równe nogi i wycelował spluwę.

Ciało znieruchomiało.

– Jaja se z nas robi! – Zdenerwowany Paw kopnął księdza.

– Przestań!

Aspirant podniósł kustodię, otworzył zasuwkę i podniósł wieczko. W środku spoczywała garść opłatków. Wyglądały całkiem tak samo jak te, które podawano w trakcie komunii. Powąchał, ale nic nie wyczuł. Nigdy nie zastanawiał się, czy hostia ma zapach. Jak pachniał Bóg?

Białe, gładkie kółeczko. Mógłby je zmiażdżyć jednym palcem.

– Znowu się ruszył! – wrzasnął Paw, unosząc pistolet.

Aspirant podniósł wzrok.

– Zdawało ci się.

– Przecież widziałem, kurwa! – Tym razem  podwładny nawet nie próbował się opanować. – Zastrzelę gnoja, zabiję, czemu on tak na mnie patrzy, do kur…

– Posterunkowy Pawica! – huknął aspirant. Ale Paw już spanikował. Miał dopiero dwadzieścia lat.

– Trzeba go zabić! – wrzeszczał. – Wszystkich ich trzeba zabić! Jak nie my ich, to oni nas! Nałożysz takiemu kajdanki, to ci się między nimi wysmyknie i pójdzie dalej roznosić to świństwo. W końcu sam się zarazisz. Przestaniesz jeść. Przestaniesz myśleć. Będziesz miał w dupie, czy żyjesz. – Opuścił głowę.

– Nie będziesz miał w dupie – rozległ się z ziemi spokojny głos.

Gdyby pyzaty nie podbił Pawiowi ręki, kulka wbiłaby się księdzu między oczy. Pistolet na szczęście miał tłumik, więc tylko świsnęło cicho, a pocisk uderzył gdzieś wysoko o ścianę. Aspirant szamotał się z posterunkowym, usiłując wyrwać mu broń. Potrącili kustodię, przewróciła się i kilka opłatków wypadło na podłogę.

Figura w czerni pociągnęła posterunkowego za nogę i ten runął jak długi, wypuszczając broń. Pyzaty błyskawicznie odkopnął ją w bok. Paw długo się gramolił, jakby nie był pewien, czy w ogóle warto wstawać.

– Wezwij posiłki – polecił wielkodusznie przełożony. – A do czasu ich przybycia masz stać na zewnątrz i pilnować, żeby nikt nie wchodził.

Paw wycofał się tyłem, popatrując zalęknionym wzrokiem to na aspiranta, to na ciało, które podniosło się do pozycji siedzącej i oparło o ławkę.

– Możesz już zdjąć te bryle, Włodek.

Aspirant wpatrywał się w księdza jak sroka w gnat.

– Nie mamy wiele czasu – kontynuował brat Jerzy.

– Od kiedy to wam zależy na czasie? – prychnął aspirant, unosząc okulary i zakładając je na głowę. – Jesteś aresztowany – dodał po chwili zmęczonym głosem.

– Wysłuchaj mnie – rzekł brat Jerzy. – Dobrze wiesz, że w każdej chwili mogę ci uciec. Uciec przez siebie do Boga. Ale chcę, żebyś zrozumiał.

Włodek „Rzyguś” Rzegocki, były ministrant w kościele św. Marcina, nie miał powodu wątpić w słowa Jerzego. Zwłaszcza po tym, co przed chwilą zobaczył.

– Słyszałem, że podmieniacie opłatki – powiedział. – Ale nie wierzyłem. Po co wam ci wszyscy starzy ludzie?

– A jak myślisz, po co oni tu przychodzą?

Rzyguś wzruszył ramionami.

– Bo nikt inny już nie wierzy w te brednie.

– Właśnie! Pomyśl! Ci ludzie wierzą, że zostaną zbawieni. Że jedzenie opłatka i modlitwa dadzą im życie wieczne. Tymczasem prawdziwy klucz do zbawienia leży tu – wskazał kustodię. Udając obojętność, obaj uważnie ją obserwowali.

– Kto by pomyślał, że staniesz się heretykiem – powiedział policjant. – Chciałeś studiować teologię.

– Studiowałem – rzekł chmurnie Jerzy. – Więc jestem heretykiem? A co powiesz o sobie? Za czwartej byłeś ministrantem, ale widzę, że w nowej rzeczywistości czujesz się jak ryba w wodzie. Święty Marcin od rogalików, kremówki… Widzisz tu miejsce na Boga, na zbawienie?

– Widzę miejsce na człowieka! Na życie! Wiesz, dlaczego Paw tak się zdenerwował? Ktoś zaraził tym jego siostrę. Nigdy nie zrozumiesz, jak to boli.

– Ty zaś nie zrozumiesz, jak boli, gdy ktoś, kogo kochasz najbardziej w świecie, nie chce przyjąć tego daru –  szeptem odpowiedział mu Jerzy.

– Co to właściwie jest? – zapytał policjant.

–  Lekarstwo na śmierć – rzekł brat Jerzy, patrząc w oczy dawnego przyjaciela. – Droga do zbawienia. Opłatki zawierają substancję uruchamiającą w mózgu procesy pozwalające w ciągu kilku minut dostąpić wszystkich wtajemniczeń, które dotąd wymagały lat wytężonej nauki i mozolnych praktyk religijnych.

– Naprawdę wierzysz, że Boga można podać w pigułce?

– Czyż nie jestem najlepszym dowodem? Przed chwilą byłem martwy, teraz ze mną rozmawiasz. Byłem w Bogu, ale wróciłem do ciebie. W tej dziedzinie też dokonuje się postęp. Któż dziś ślęczy nad katechizmem, któż studiuje Biblię? Żyjemy w kulturze prefiguratywnej, my friend, i musimy pomóc swoim przodkom dostać się do nieba. Nawiasem mówiąc, wcale nie zamierzałem podmienić opłatków. A teraz wybacz –

Błyskawicznym ruchem poderwał leżącą na podłodze kustodię i zdzielił w głowę kucającego aspiranta. Ten stracił równowagę i upadł na plecy, a wtedy brat Jerzy uderzył go raz jeszcze, rozsypując kolejne opłatki. Pozbierał te leżące najbliżej, zamknął pojemnik, drugą ręką podniósł leżący kilku kroków dalej pistolet i pobiegł ku drzwiom. Słychać już było dźwięki policyjnej syreny.

– Biada ci, jeśli spróbujesz mi przeszkodzić. – Ksiądz zamachał Pawiowi przed nosem jego własną bronią. Potem pobiegł.

Stracił tyle czasu! Błagał Boga, by nie było za późno; by ten pozwolił  dotrwać kobiecie do chwili przybycia sakramentu. On sam przyjął go kilka miesięcy temu, ku jej rozpaczy – lecz tak naprawdę dla niej, bo już wtedy była chora. Nie chciał tu zostać bez niej. Nie miał nic do stracenia.

Od tamtej pory starał się ewangelizować wszystko, co się ruszało. Ale ona wciąż się wzbraniała.

Szczęście, że zdołał się jakoś wymknąć. To wcale nie było tak proste, jak usiłował wmówić Włodkowi. Opuszczając swoją zewnętrzną powłokę i nurkując, ryzykował, że nie znajdzie drogi powrotnej i nie zrealizuje ostatniej, najważniejszej misji. Ale się udało.

Syreny były coraz bliżej. Brat Jerzy dał nura w podwórze, a potem przez sąsiadujący z nim dom przebiegł na Karmelową, skąd tylko kilka kroków do Torcikowej. Ludzie schodzili mu z drogi – może na widok pistoletu, a może kustodii.

Wbiegł na czwarte piętro lekko jak piórko. Kiedyś miał astmę, ale teraz nawet się nie zadyszał.

Gdy aspirant podniósł się i chwiejnym krokiem wyszedł z kościoła, w środku przez chwilę panowała cisza. Potem skrzypnęły drzwiczki konfesjonału. Dzieciak przez chwilę rozglądał się wokół przestraszonym wzrokiem. Najpierw się upewnił, że wszyscy sobie poszli, potem podszedł do miejsca dziwnej bijatyki. Na podłodze leżało kilka białych opłatków. Dzieciak podniósł jeden i przez chwilę trzymał go na otwartej dłoni, przyglądając się ciekawie. Nigdy nie był u komunii. Do kościoła przychodził tylko na szaber albo żeby się pogapić. Zwłaszcza jak śpiewali na Gwiazdkę… Podobało mu się. Raz nawet chciał przyjąć komunię – ot tak, żeby sprawdzić, jak smakuje – ale akurat starzy zadzwonili na komórkę i musiał wyjść. Ciekawe. Jak ich potrzebował to nigdy nie dzwonili. Zawsze byli zajęci wchodzeniem w dupę jakimś bogatym palantom. Mówili, że to dla niego.

Teraz trzymał ten opłatek. I nikt go nie widział.

Dzieciak uniósł dłoń do ust i ostrożnie polizał białe kółeczko.

Przyjemne. Jak… jak płatek śniegu w gorący dzień. Jak ciepło kominka w zimie.

Raz jeszcze przytknął język do dłoni, a wtedy opłatek przykleił się. Dzieciak powoli cofnął język, zamykając hostię w ustach.

Przechodził przez siedem królestw. Coraz to nowe prawdy bombardowały jego umysł jak deszcz kryształków. Aż w końcu, u kresu drogi, poraził go absolut. Padł na kolana przed mężczyzną na krzyżu, który z bliska wyglądał zupełnie jak jego tata.

Tymczasem brat Jerzy był już na górze. Drżącymi dłońmi przekręcił klucz w zamku, przebiegł przez korytarz i wpadł do pokoju.

– Matko! – Przykląkł przy jej łożu, ale kobieta nie poruszyła się. – Matko, proszę, odezwij się!

Ujął jej dłoń. Była jeszcze ciepła, jakby staruszka dosłownie przed sekundą oddała ducha. Może nie było za późno. Brat Jerzy, syn Jerzy, pospiesznie odemknął wieko kustodii, wyjął opłatek i wepchnął w usta matki, modląc się, by żyło w niej jeszcze to miejsce, w którym zaczyna się Bóg.

Gdy zdyszany aspirant z obwiązaną szalikiem głową wpadł na czwarte piętro, staruszka była już martwa. Twarz miała spokojną, jak zwykle starzy ludzie, którzy przeżyli swoje życie do końca i pogodzili się z losem. Fałszywego księdza nigdzie nie było; zniknęła też kustodia, ale na kredensie spoczywał jeden okrągły opłatek. Jakby na kogoś czekał.

Coś zatrzepotało za oknem. Włodek uniósł głowę, ale nic nie zobaczył. Pewnie to tylko siatka przeleciała.

Na schodach słychać już było ciężki tupot policyjnych butów.

styczeń 2007

Iwona Michałowska

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s