skarb

SKARB

Murzyn mieszkał w slumsach i był blondynką. Pomyślałem, że Tadziu nie tylko ze względów bezpieczeństwa nalegał, bym mu towarzyszył – jakkolwiek, nie przeczę, okolica była wyjątkowo paskudna – szybko jednak odkryłem, że choć dziewczyna jest ładna, nie miałbym ochoty znaleźć się z nią w łóżku.

– Zauważyłeś? – zapytał, gdy stamtąd wyszliśmy.

– Co?

– Że jest inna niż wszystkie.

– Lesbijka?

– Gorzej, bracie. Geniusz.

Tadziu odkrył Murzyna dzięki swojemu kumplowi ze studiów, któremu ten pisał wszystkie prace semestralne. Sam dobrnął do czwartego roku o własnych siłach, ale był już bardzo zmęczony. Zmogła go metafora w Konradzie Wallenrodzie.

Na pierwszą wizytę zaprowadził go kumpel. Ulice w tamtym fyrtlu kiedyś miały nazwy, ale w ostatnich czasach nie za bardzo. Tabliczki przegniły i nikomu nie chciało się przybijać nowych.

– Wokół same meliny – opowiadał mi potem – a pomiędzy nimi mieszkanko Murzyna. Czysto, przytulnie, technicznie. Nie wiem, jak ona wytrzymuje w takim miejscu.

– Przede wszystkim: dlaczego wytrzymuje – skorygowałem. – Mówiłeś, że ma dużo roboty. Nawet jeśli utrzymuje się wyłącznie z pisania prac dla studentów, z pewnością stać ją wynajęcie pokoju w lepszej dzielnicy.

To, czego dowiedział się Tadziu pomiędzy tamtą wizytą a dzisiejszą stawiało Murzyna w jeszcze bardziej tajemniczym świetle.

– Okazuje się, że obsługuje nie tylko studentów – powiedział mi. – Bywają tu także pracownicy naukowi. Podobno dziewczyna ma na koncie niejedną pracę doktorską i co najmniej dwie rozprawy habilitacyjne. Co więcej, operuje nie tylko w obszarze polonistyki.

– A sama?

– Co?

– Ma jakiś tytuł?

– Studiowała etnologię. Nie skończyła.

Na wzmiankę o skarbie natrafił Murzyn w artykule z dawno nieukazującego się pisma. Według słów autora, w Pieśni Wajdeloty znajdowała się zaszyfrowana informacja o miejscu ukrycia olbrzymiej fortuny. Mickiewicz miał czynić aluzje do tego faktu w swoim dzienniku, zlekceważonym przez środowiska naukowe jako falsyfikat.

– Moglibyśmy napisać na ten temat pracę magisterską – zasugerował Murzyn.

Tadziowi spodobało się to „moglibyśmy”, ale daleki był od podjęcia pochopnej decyzji.

– Co o tym sądzisz? – zapytał mnie, gdyśmy wracali.

Wzruszyłem ramionami.

– Temat chwytliwy, lecz mało naukowy. Twoi profesorowie mogą poczuć się dotknięci.

Wiedziałem co nieco o jego profesorach, sam bowiem byłem przez chwilę studentem polonistyki. Rychło się rozmyśliwszy, wstąpiłem w szeregi adeptów psychologii biznesu. Jako człowiek światły wybrałem opcję anglojęzyczną. Niemieckim posługiwali się jedynie drobni biznesmeni, a ja chciałem mieć porządną klientelę. Liczyłem na przedstawicieli dużego biznesu, światowców, reprezentantów sfery, której oficjalnym językiem był angielski.

Profesorowie Tadzia istotnie poczuli się dotknięci.

– Wstydziłby się pan, panie Tadeuszu – skarcił go najpoważniejszy kandydat na promotora. – Upatrywałem w panu przyszłego naukowca, swojego następcę, a pan mi tu przychodzi z artykułem z jakiegoś brukowca! Czyż pan nie rozumie, że na pańskich barkach spoczywa obowiązek ocalenia polskiej mowy?

Pan Tadeusz zadzwonił do Murzyna i oznajmił, że nici z projektu.

– Znalazłam nowe wzmianki – Murzyn na to. – Nie możemy tego tak zostawić. Napiszmy książkę.

– Żartujesz, Murzyn – mówi Tadziu. – Nikt już nie czyta.

– Przeczytają, jeśli się ich skusi skarbem – nie ustępował Murzyn. – Jeśli nie chcesz się w to włączyć, znajdę innego wspólnika. Zbyt wiele wysiłku włożyłam w te badania.

– Na co ci wspólnik? Doskonale poradzisz sobie sama.

Murzyn jakby się uśmiechnął.

– Nie lubię być na świeczniku.

Tadziu gryzł się przez tydzień, ale w końcu ambicja zwyciężyła. Zadzwonił ponownie do Murzyna i umówił się.

Poszedłem z nim, rzecz jasna. Mój nos biznespsychologa zwiastował, że i ja mogę coś na tym interesie zyskać.

Moje talenta nie okazały się wszak niezbędne. Murzyn sam doskonale wszystko wykoncypował.

– Wo ist der Schatz verborgen? – rzucił w nas, ledwieśmy stanęli w progu.

– Hę? – zdziwiłem się.

– „Gdzie ukryto skarb?” – wyjaśniła. – Książka musi być napisana w języku gminu, nie elit.

– Gminu? Gmin nie zna żadnego języka poza dialektem zachodniopolskim. A w tym chyba nie zamierzasz tworzyć.

– Nie bądź taki kategoryczny – rzekła. – Za parę lat na rynku zaczną się pojawiać książki pisane w tym języku.

– Wątpię. Plebs nie czyta. A przynajmniej nie dość, by warto było dla niego drukować książki.

– Zapominasz o romansach. Przejedź się tramwajem, a zobaczysz, jakie są niezbędne. Co druga pani z biura zaczytuje się nimi podczas podróży do pracy.

– Po niemiecku. Te rzeczy nawet ja rozumiem – a co dopiero osoby posługujące się językiem złożonym w połowie z niemieckich słów.

Murzyn uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Wiesz już, dlaczego nasza książka musi zostać napisana po niemiecku?

Cóż, musiałem jej przyznać rację. Zresztą kłóciłem się tylko dla zasady. Spośród trzech urzędowych języków naszego regionu niemiecki cieszył się zdecydowanie największą popularnością. „Posener Zeitung” ukazywało się w nakładzie pięciokrotnie większym niż „The Voice of Vielkopolska”, zaś „Gazeta Wyborcza” utrzymywała się na rynku jedynie dzięki wsparciu amerykańskiej Polonii. Czasem sięgałem po tę skamielinę, by rozkoszować się pięknem starej, dobrej polszczyzny; zawsze jednak pozostawał mi po tej lekturze niedosyt i jakieś poczucie, że zostałem nabity w butelkę: język, którym tam pisano, wydawał mi się odległy. Nie był to język, jakim posługiwałem się ja i ci spośród moich kolegów, którzy oparli się wpływowi wykładowej angielszczyzny lub niemczyzny i ulicznego dialektu. Polski pozostawał językiem elit intelektualnych – im bardziej jednak te starały się go izolować od makaronizmów, tym bardziej umierał. Przypuszczałem, że za kilka lat nasza – żywa – mowa oddali się od tamtej na tyle, by zostać przez jej rzeczników uznana za wariant dialektu zachodniopolskiego. Obrażało mnie to.

– Cholerne dinozaury – powiedziałem. – Gdyby trochę popuścili, może baby czytałyby „Harlequiny” po polsku.

– O kim tak czule się wyrażasz? – zainteresował się Tadziu.

– O twoich wujaszkach z Komisji Języka Polskiego – wyjaśniłem.

– To jak? – zapytał Murzyn. – Piszemy ten kryminał czy nie?

– Piszemy, piszemy! – zapewniliśmy pospiesznie.

Trzy miesiące później Wo ist der Schatz verborgen? było gotowe. Murzyn spisał się na medal. Przytoczył informacje zaczerpnięte z licznych źródeł, podpierając je cytatami z apokryficznego Dziennika petersburskiego Mickiewicza. Jednak najważniejsze było wytworzenie odpowiedniego nastroju: książkę istotnie czytało się jak kryminał. Tyle, że pozbawiony zakończenia – jego odgadnięcie pozostawiono bowiem zdolnościom dedukcyjnym czytelnika.

Książka donosiła, co następuje: w rzekomym dzienniku Mickiewicza, odnalezionym w latach 20. naszego wieku w Petersburgu i datowanym na okres przebywania poety na wygnaniu w Rosji, wzmiankowano tu i ówdzie o tajemniczym skarbie, którego lokalizację poeta znał, lecz – mając na uwadze ówczesną okupację kraju przez obce mocarstwa – mógł ujawnić jedynie w sposób zaszyfrowany, oczekując, że po latach, gdy ojczyzna będzie już niepodległa, ktoś zdoła odkryć prawdziwe znaczenie słów Pieśni Wajdeloty – ona to bowiem miała nieść ze sobą zakamuflowane informacje.

W dalszych rozdziałach Wo ist der Schatz verborgen? rozważano teorie dotyczące charakteru skarbu i miejsca jego ukrycia. Wiele wskazywało, że jest nim Wielkopolska, a nawet Poznań. Konrad Wallenrod opisuje walkę Litwinów z Krzyżakami – główne podejrzenie padało więc na ziemie, które za życia poety znajdowały się pod okupację niemiecką. Dalej, Mickiewicz w swoich notatkach wielokrotnie przywołuje Wielkopolskę, choć – jak wiadomo z historii – poza krótkim pobytem w 1831 roku, a więc już po powrocie z wygnania, nic go z tym regionem nie łączyło. I wreszcie – pisał Murzyn, podszywający się pod Tadzia – zaskakujące są rozmiary kultu, jakim otoczyło Mickiewicza to skądinąd niezwiązane z nim miasto: oto jeden z centralnych placów Poznania ochrzczono imieniem poety, a na placu wzniesiono jego pomnik; oto poznański uniwersytet za swego patrona obrał nie kogo innego jak Mickiewicza.

– Dobre – orzekłem.

Jako konsultant ds. łapania rybek na haczyk miałem zapewniony niewielki udział w przyszłych zyskach. Tak naprawdę Murzyn doskonale poradziłby sobie beze mnie, czasem jednak, dla zachowania pozorów, pytał mnie o zdanie.

– Napisałam tekst na okładkę – powiedział teraz. – Zerknij, czy się nadaje.

Zerknąłem.

„W 2022 roku – przeczytałem – w Petersburgu odnaleziono zaginiony dziennik Adama Mickiewicza. Odkrycie wywołało wśród historyków literatury olbrzymie poruszenie: czy istotnie autorem tych notatek jest największy polski poeta? Jeśli tak, trzeba będzie przyjąć do wiadomości wiele faktów, o których dotąd nie było wiadomo, wśród nich istnienie wzmiankowanego wielokrotnie przez autora skarbu, rzekomo ukrytego na ziemiach polskich, prawdopodobnie wielkopolskich, i dotąd nie odnalezionego. Zaszyfrowane wskazówki na temat miejsca jego ukrycia miałyby się znajdować w Pieśni Wajdeloty, wchodzącej w skład Konrada Wallenroda. Nie chcąc, by skarb wpadł w ręce zaborców, Mickiewicz postanowił wykorzystać poezję w celu przekazania tych informacji potomnym, licząc na to, że zostaną odczytane w niepodległej Polsce.

CZY NASZE ZIEMIE ISTOTNIE SKRYWAJĄ BEZCENNY SKARB?

CZY DZIŚ, W NIEPODLEGŁEJ POLSCE, KTOŚ ZDOŁA ZŁAMAĆ SZYFR I ODNALEŹĆ ZAKOPANE BOGACTWA?

POLACY! SZUKANIE SKARBU TO WASZ PATRIOTYCZNY OBOWIĄZEK!”

Uśmiałem się jak norka.

– Czy ty aby nie przesadzasz? Granie na sentymentach narodowych wyszło z mody w ubiegłym stuleciu. Poza tym – przypomniałem jej – chcemy, żeby czytali to także przedstawiciele innych narodowości.

– Może masz rację – zgodziła się po chwili zastanowienia. – Wykreślmy tę ostatnią linijkę. Co proponujesz w zamian?

– Hm… Może: „I TY MOŻESZ ZOSTAĆ WŁAŚCICIELEM FORTUNY!”?

– To też niemodne. Trzeba bardziej pastelowo.

Byliśmy sami. Murzyn wysłał Tadzia na poszukiwanie wydawnictwa, które w miarę profesjonalnie i tanio zgodziłoby się wyprodukować i rozprowadzić nasze dzieło. Nie łudziliśmy się, że ktoś zaryzykuje wyłożenie pieniędzy. Murzyn wziął wszystko na własną kieszeń.

– Murzyn – mówię – jak to jest, że masz dość forsy na takie ekstrawagancje, a żyjesz w tej norze?

– Nie ekstrawagancje, tylko inwestycje – poprawiła. – Poza tym, nie życzę sobie, żebyś nazywał moje mieszkanie norą. Jestem lokalną patriotką.

Baraki przy ul. Gwiaździstej zostały przeznaczone do rozbiórki pięćdziesiąt lat temu. Przed stu laty znajdował się tam obóz koncentracyjny dla Niemców. Potem przerobiono cele na mieszkania. Kiedy rozpoczęto wyburzanie, mnóstwo biedoty straciło dach nad głową i rozpełzło się po mieście. Rada miasta zadecydowała wtedy o zaprzestaniu działań i wysupłała trochę grosza na remont. I tak rudery stały do dziś. Nikt się już nimi nie interesował, mieszkańcy nie płacili czynszu, a legalne podłączenie do wody i prądu miały tylko dwa budynki, zwane przez okoliczną hołotę „pałacami”. Murzyn mieszkał w jednym z nich.

– Murzyn – mówię – jak ty możesz tak mieszkać? Masz łeb jak Einstein, gdybyś chciała, miałabyś już pięć doktoratów i jeździła po świecie z odczytami, a ty siedzisz w tych slumsach, odwalasz za ludzi robotę i pozwalasz, żeby zbierali laury! Co ty masz z tego?

– Pieniądze – powiedziała. – Satysfakcję. I spokój. Trzy rzeczy bardzo ważne w życiu.

– Ale najważniejsza jest ta ostatnia, prawda? – zapytałem. – To dla niej ukrywasz swój talent?

– Nie ukrywam. Przed nikim nie udaję głupszej, niż jestem.

– Ale pozwalasz, żeby głupsi od ciebie uchodzili za mędrców.

– W świecie głupców. A w ogóle co ci do tego, jak żyję?

– Lubię cię, Murzyn… – powiedziałem, patrząc w podłogę.

Kiedy podniosłem głowę, zobaczyłem, że się szczerzy.

– To pozwól mi rozporządzać własnym życiem, OK?

Pokiwałem głową z rezygnacją.

Ostatecznie umieściliśmy na okładce hasło: „FORTUNA CZEKA!”

Tadziu załatwił wydawcę. Miesiąc później książka była gotowa. W przeddzień jej trafienia do księgarń odebraliśmy z wydawnictwa egzemplarze autorskie.

– Jak myślisz, Radziu – zapytał mnie Tadziu nerwowo, gdyśmy na przystanku stali – uda nam się?

Tadziu bardzo zaniedbał studia w ciągu ostatnich miesięcy i książka była jego jedyną nadzieją na rehabilitację lub odejście w aureoli chwały.

– Co ma się nie udać – odparłem, sam nerwowy. Ja też miałem parę egzaminów do tyłu.

Na przystanku stało kilka osób. Zaryzykowałem.

– Dzień dobry – powiedziałem, podchodząc do dwóch kobiet. – Mój kolega odebrał właśnie z wydawnictwa swoją książkę. Dopiero jutro trafi do księgarń, ale kolega tak bardzo się cieszy, że postanowił sprezentować paniom egzemplarz.

Mówiłem po niemiecku, nie siląc się na poprawność. Kobiety nie wyglądały na wykształcone. Z pewnością na co dzień posługiwały się dialektem, do tego jednak nie zamierzałem się zniżać.

Powtórzyłem manewr z dwiema innymi osobami. Podchodząc do ostatniej, starszego faceta w dobrze skrojonym płaszczu i kapeluszu, nieco bardziej się sprężyłem: gość wyglądał na niemieckiego biznesmena.

Danke – powiedział i zaczął przeglądać książkę.

Wróciłem do Tadzia i oddałem się obserwacji obdarowanych. Najbardziej żywiołowo zareagowały dwie panie: wertowały książkę w poszukiwaniu wskazówek dotyczących miejsca ukrycia skarbu i raz po raz wznosiły triumfalne okrzyki, po czym niemczyzną gorszą od mojej odczytywały sobie fragmenty.

– Dobra nasza – mówię do Tadzia. – Połknęły przynętę.

Rozmawialiśmy ściszonymi głosami. Większość miejscowych sporo rozumiała po polsku, mimo iż sami posługiwali się dialektem. Dlatego podskoczyliśmy nerwowo, słysząc naraz za plecami wypowiedziane miłą dla ucha niemczyzną „Entschuldigung”.

Był to facet w płaszczu.

Ja?

– Proszę mi wybaczyć to pytanie – ciągnął facet – ale zaciekawiło mnie, dlaczego książka wydana w Polsce, dotycząca polskich ziem i polskiego poety została napisana po niemiecku. Przed przyjazdem tutaj – widzą panowie, jestem tu dopiero od kilku dni, ale prawdopodobnie zostanę na dłużej – miałem nadzieję, że nauczę się trochę polskiego. Tymczasem widzę, że w księgarniach, prasie i telewizji króluje niemiecki. Dlaczego Polacy oglądają wiadomości po niemiecku?

Zaprosiliśmy go na piwo. Powiedział, że woli kawę.

– Pan pewnie z daleka? – zapytałem, gdy zasiedliśmy przy stoliku.

– Z Wiednia – odparł. – Mam tu pracować.

– Czym się pan zajmuje?

Uśmiechnął się.

– Muzyką. Jestem dyrygentem. Zaproponowano mi kierowanie orkiestrą tutejszej filharmonii.

A niech to. Słyszałem w telewizji, że sprowadzili jakiegoś sławnego gościa.

– Czujemy się zaszczyceni – powiedziałem.

– To pan napisał tę książkę? – zwrócił się facet do Tadzia, który od początku rozmowy milczał jak zaklęty.

– Tak, ja… – Tadziu spiekł raka i wbił wzrok w łyżeczkę. – Mind if I speak English? – wykrztusił w końcu.

Nie wytrzymałem i zaniosłem się histerycznym śmiechem. Facet, na szczęście, zawtórował mi serdecznie, bez złośliwości. Doskonale władał angielskim, więc i ja z ulgą przeszedłem na ten język. Rzuciliśmy się z Tadziem do wyjaśnień.

– Napisałem tę książkę po polsku – rzekł Tadziu – a potem przetłumaczono ją na niemiecki. Widzi pan, niewiele osób włada dziś czystą polszczyzną. Na terenie kraju funkcjonuje kilka dialektów, wywodzących się z dawnej polszczyzny poddanej wpływom innych języków – angielskiego, niemieckiego, rosyjskiego. Tu, na zachodzie, większość populacji używa dialektu zachodniopolskiego, z przewagą słów niemieckich. Mieszka tu także wielu Niemców, głównie przemysłowców. Dlatego bardziej opłaca się pisać po niemiecku.

– Dziwne – pokręcił głową facet.

Miał na imię Andreas. Dobre imię dla dyrygenta. Zaprosił nas na swój pierwszy koncert z poznańską orkiestrą.

Miesiąc później wszystko było już jasne. Książka sprzedawała się jak ciepłe bułeczki. Obsesja na punkcie skarbu ogarniała coraz szersze rzesze miejscowej społeczności. Pieniądze wyłożone przez Murzyna szybko się zwróciły i zostały zainwestowane w dodruk. Potem zaczęliśmy zarabiać.

Zaczęliśmy? Powinienem raczej powiedzieć: zaczęli. Murzyn z Tadziem. Ja, skromny konsultant ds. promocji, miałem zaledwie pięcioprocentowy udział w zyskach, a i to po znajomości. Wkrótce jednak okazało się, że popyt na pewne usługi, które mogłem zaoferować społeczeństwu, wzrósł niepomiernie.

Ludzie szybko pojęli, że aby marzyć o odnalezieniu skarbu, muszą czytać Pieśń Wajdeloty w oryginale. Trudno było przypuścić, aby tłumacz, sam nieświadom obecności w tekście zaszyfrowanych wskazówek, zdołał je odtworzyć w wersji niemieckiej. Z bibliotek poznikały nieliczne znajdujące się tam jeszcze egzemplarze polskich wydań Konrada Wallenroda. Przez chwilę była to najbardziej poszukiwana książka w Wielkopolsce – ściągano ją z innych części kraju, próbując prześcignąć wiadomość o skarbie, która jednak rozchodziła się lotem błyskawicy – potem przebudzone ze śpiączki Wydawnictwo Literackie w rekordowym tempie przygotowało nowe wydanie poematu, które na listach bestsellerów ścigało się z naszą książką. Było to pierwsze polskojęzyczne dzieło od czasu Mrocznych sekretów panny Mani, które przekroczyło nakład pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy.

Tadziu stał się osobą publiczną. Początkowo każdy wywiad był dla niego stresem. Musiał brać u Murzyna korepetycje z własnej książki, żeby się nie zbłaźnić. Szybko jednak nabrał pewności siebie. Udzielał wywiadów po polsku i angielsku. Wielokrotnie indagowano go, kim jest osoba, która dokonała przekładu dzieła na niemiecki, ale Murzyn zastrzegł sobie anonimowość. Tajemnica wyszła książce na dobre: przebąkiwano, że tłumaczenie wyszło spod pióra jednego z najsłynniejszych literaturoznawców w Polsce, który pragnie pozostać anonimowy ze względu na nienaukowy charakter utworu.

Profesorowie Tadzia szybko zmiarkowali, że popełnili błąd. Kierownik instytutu zaprosił go przed swoje oblicze, uścisnął dłoń i zapewnił, że z radością powita pracę magisterską poświęconą skarbowi opiewanemu przez Mickiewicza.

Tym sposobem Tadziu stał się człowiekiem szalenie zapracowanym. Tymczasem w społeczeństwie zaczęło narastać zainteresowanie językiem polskim. Cóż z tego, że ludzie pokupowali sobie Konrada Wallenroda, skoro nie potrafili go przeczytać. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kursy języka ojczystego, a poloniści, których na szczęście nie było wielu, przeżywali prawdziwe oblężenie. Załapałem sporo lekcji. Nikomu nie przeszkadzało, że nie mam dyplomu: wystarczyło rzucić okiem na moją półkę z książkami, by uwierzyć, że mam kwalifikacje. Początkowo sporo pomógł mi Tadziu, do którego często zwracano się z prośbą o polecenie dobrego nauczyciela. Potem już sprawy toczyły się same.

Wziąłem dziekankę, by mieć więcej czasu na pracę. Kombinowałem, że jeśli popyt się skończy, zdążę wrócić na studia, jeśli zaś nie, dyplom uniwersytecki nie będzie mi niezbędny do życia. Zarabiałem sporo. Jedyne, co mnie trochę drażniło, to pozostawanie w cieniu Tadzia, którego wkład w powstanie książki niewiele przewyższał mój. Nie miałem, rzecz jasna, pretensji do niego: biorąc pod uwagę ilość uczniów, których mi podesłał, stał się niemalże moim sponsorem. A jednak czułem niedosyt. Najwyraźniej, w odróżnieniu od Murzyna, żądny byłem uznania.

Podczas zimowych ferii wygospodarowałem kilka godzin na odwiedzenie Andreasa. Nie widzieliśmy się od czasu premiery, ale ze wzmianek w gazetach i telewizji wiedziałem, że orkiestra pod jego batutą święci triumfy. Wyglądało na to, że nowy dyrygent na dobre zadomowi się w Poznaniu.

Zajmował małe mieszkanko na Łazarzu, na szczęście zbyt daleko od rynku, by mogła mu przeszkadzać tamtejsza wrzawa.

– Nie tylko wrzawa – mówię. – Przede wszystkim rozróby. Mało ich tam nie ma.

– Ale to miejsce ma swój urok – polemizował. – Czuje się w nim powiew dawnego Poznania, takiego sprzed dwustu lat. Trzeba tylko znaleźć ukryte przejścia.

– To jedna z najstarszych części miasta – przyznałem. – Tam, gdzie ja mieszkam, jeszcze sto lat temu było pole.

Na ulicy w dole zebrała się grupa chłystków, z gatunku tych, co kradną zegarki na Rynku Łazarskim. W pewnym momencie przez okno w przeciwległym bloku wychynęła głowa jeszcze jednego.

– Tej, Jasiu! – wykrzyknął w kierunku tych w dole. – Majn bruder zejen?

– Za hausem jest – odkrzyknął mu ten zwany Jasiem. – Smokuje. Zara przyjdzie.

Andreas wydawał się zaciekawiony.

– „Smokuje” to znaczy: „Pali papierosy”? – zapytał.

Skinąłem głową.

– Ale „smok” to po polsku „dragon”, prawda?

– Nie – powiedziałem. – „Dragon” to „smok”.

Roześmieliśmy się.

– Uczę się polskiego – pochwalił się Andreas. – „W czasie suszy szosa sucha” – zademonstrował. Nawet nieźle mu wyszło. – Ale ta mowa – zrobił ruch brodą w stronę okna – też mi się podoba. Przyswajam ją sobie tu codziennie.

– Tylko nie zacznij się do mnie w niej zwracać – zagroziłem – bo zerwę z tobą wszelkie kontakty.

Rozmawialiśmy po angielsku. Mój niemiecki, choć nieco bogatszy od tego, którym władał Tadziu, był jednak zbyt ubogi na dyskusje z wielkim dyrygentem. Poza tym, rozmowa w języku neutralnym nie faworyzowała żadnego z nas.

– Kupiłem Wallenroda – powiedział. – A nuż znajdę skarb?

– Jeśli chcesz mnie przekupić – odparłem – nic z tego. Nawiasem mówiąc, co byś zrobił, gdybyś go znalazł?

– Wybudowałbym salę koncertową – rzekł – żeby mój zespół nie musiał grać w pożyczonej. Zresztą – zastanowił się – może lepiej nie. Miło tak wyjść po koncercie wprost w objęcia największego polskiego poety.

Aula uniwersytecka, w której odbywały się koncerty symfoniczne, sąsiadowała z Placem Mickiewicza i pomnikiem poety.

– Tylko że za każdym razem, gdy tak na niego wychodzę, zaczynam myśleć o skarbie – dodał Andreas.

Zaczęliśmy się bawić w wymyślanie, na co jeszcze można by spożytkować skarb.

– Urządzimy w Poznaniu festiwal beethovenowski – zaproponowałem.

– Założymy w Wiedniu wydawnictwo – zrewanżował się Andreas – i będziemy promować polską literaturę. Macie paru świetnych pisarzy: Gombrowicz, Mrożek…

– Gombrowicz? – zapytałem. – Mrożek?

– A co? – spłoszył się.

– Nic – powiedziałem – to moi ulubieni.

Pogadaliśmy chwilę o literaturze. Pochwaliłem się znajomością Ericha Frieda, co nie było bezpieczne – gdybyśmy się zatrzymali przy literaturze austriackiej na dłużej, odkryłby, że znam tylko dwa nazwiska – więc czym prędzej zmieniłem temat.

– Tadziu przeprasza, że nie mógł przyjść. Ma teraz mnóstwo roboty.

– Wiem, wiem – pokiwał głową Andreas. – Stał się sławny.

Coś mnie podkusiło.

– Wiesz, Andreas – mówię – z tą książką to nie całkiem jest tak. On jej nie napisał sam.

– Aha – powiedział – pomogłeś mu, a teraz on zbiera laury?

– Nie ja – żachnąłem się. Jak on mógł coś takiego pomyśleć? – Nasza znajoma. To był jej pomysł. Właściwie sama tę książkę napisała. Myśmy tylko trochę jej pomogli. Tyle że – zawahałem się – ona nie pragnie uznania. Potrzebowała kogoś, kto by to wziął na siebie. Nie wiem dlaczego. Jakoś mi głupio – wyznałem.

– A ja ją rozumiem – rzekł Andreas. – Sam uciekłem z Wiednia między innymi dlatego, że chciałem wreszcie przestać być sławnym dyrygentem i zacząć normalnie żyć.

– I co?

– Na razie nie jest tak źle – powiedział – ale już obserwuję pewne niepokojące symptomy. Jeszcze parę lat i pewnie będę musiał wiać na Madagaskar.

Miło mi się gadało z Andreasem, ale w końcu uznałem, że pora iść. Zaprosiłem go do siebie. („O ile znajdziesz chwilkę czasu”). Obiecał, że mnie odwiedzi.

– Pozdrów Tadzia – rzekł – i tę dziewczynę. Jak ona ma na imię?

– Murzyn – powiedziałem.

Widocznie nie przerabiał jeszcze tego słowa na lekcjach polskiego, bo nie zdziwił się zbytnio.

Mijały kolejne tygodnie. Miałem robotę, ale nie czułem się spełniony. Tadziu swój skarb już znalazł – stał się osobą publiczną, rysowała się przed nim perspektywa kariery naukowej. Ja wciąż szukałem swojego. Przed laty zrezygnowałem ze studiów polonistycznych, wierząc, że jako biznespsycholog będę miał większą szansę na dobrą pracę i godziwy zarobek. Zawsze lubiłem czytać, czasem także pisałem, nie zamierzałem jednak przymierać głodem z powodu nietypowych zainteresowań. Teraz los spłatał mi figla: okazało się, że mogę zarobić dzięki temu, iż nie zrezygnowałem całkowicie z ich kultywowania, podczas gdy biznespsycholodzy, których uczelnia produkowała niezliczone ilości, coraz częściej zostawali bez pracy na zakorkowanym rynku.

Wiedziałem, że jeśli popularność języka polskiego utrzyma się jeszcze przez kilka lat, stracę i tę fuchę. Pojawi się więcej osób z dyplomami ukończenia polonistyki – uniwerek na pewno skorzysta z szansy zarobienia na młodych ludziach, desperacko pragnących studiować modny kierunek – a ja zostanę na lodzie. Nie myślałem zaczynać studiów od początku. Za stary byłem. Najlepsze, co mogłem zrobić, to wykorzystać obecną chwilę na odłożenie paru groszy, a potem ukończyć swoją psychologię.

Sfrustrowany, uciekałem w rojenia o mickiewiczowskim skarbie. Pomagali mi w tym moi uczniowie, zgłaszający coraz to nowe teorie dotyczące miejsca jego ukrycia. Debatowano także nad charakterem i rozmiarem skarbu. Młodzi ludzie, których uczyłem, wywodzili się przeważnie z niższych sfer i upatrywali w nim swoją szansę na wzbogacenie się. Co do mnie, pożądałem go z przyczyn ambicjonalnych. Nie, żebym pragnął zaszczytów: chodziło mi o osobistą satysfakcję. Pamiętałem słowa Andreasa o uciekaniu od rozgłosu i, choć daleko mi było do skromności Murzyna, nie pragnąłem też iść w ślady Tadzia, który teraz tonął w powodzi korespondencji, jego telefon nie milkł, a drzwi z trudem się zamykały.

Pieśń Wajdeloty znałem na pamięć od szóstej klasy szkoły podstawowej. Początkowo nie miałem pojęcia, o co w niej chodzi, ale zafrapowało mnie brzmienie słów. Kilka lat później sądziłem, że posiadłem tajemnicę przesłania. Teraz wyglądało na to, że nie w pełni.

Nasza książka sugerowała, iż miejsca ukrycia skarbu należy szukać w Wielkopolsce. Czy jednak Murzyn naprawdę tak myślał, czy może był to jedynie chwyt reklamowy? Owszem, mieliśmy w Poznaniu uniwersytet im. Adama Mickiewicza i pomnik poety w centralnym punkcie miasta, ale w końcu był to najsłynniejszy polski poeta.

W radiu anglojęzyczny spiker odczytywał wiadomości. Bruksela: konferencja krajów unii w sprawie kryzysu słowackiego… Stany Zjednoczone: prezydent Wang z wizytą na stacji orbitalnej „Unity”… Madryt: eksplodował samochód-pułapka… Poznań: wystawa z okazji sto pięćdziesiątej rocznicy strajku dzieci wrzesińskich w obronie ojczystej mowy.

Strajk dzieci wrzesińskich…

Strajk dzieci wrzesińskich???!!!

Poleciałem do Tadzia.

Jak mogłem być taki głupi? Jak mogliśmy wszyscy być tacy głupi??? „Arko! tyś żadnym niezłamana ciosem, póki…”

– Tadziu – mówię – znalazłem skarb.

Pół roku później zapukałem do drzwi Murzyna.

– Co ja bym bez ciebie zrobił, Murzyn? – westchnąłem, odbierając rozdział i wręczając jej pieniądze.

Poczęstowała mnie ciastem.

– Jakaś okazja?

– Imieniny.

– Za dużo gości nie widzę.

– Upiekłam dla siebie. Zawsze tak robię. Po co ktoś ma mi zjadać ciasto?

Parsknąłem śmiechem, ale zaraz spoważniałem. Ostatnio coraz lepiej ją rozumiałem.

– Dlaczego zrobiłaś dla mnie wyjątek?

Wzruszyła ramionami.

– Kaprys cesarzowej.

– Wszystkiego najlepszego, Murzyn. A propos – ośmieliłem się spytać – jak ty właściwie masz na imię?

Chwilę się zastanawiała, czy odpowiedzieć.

– Grażyna – mruknęła w końcu. – Ale nie waż się tak na mnie mówić.

To ci dopiero. Z Murzyna – Grażyna.

– Powiedz jeszcze, że twój ojciec miał na imię Adam – zakpiłem.

– Zgadłeś.

– Wygląda na to, że spośród naszej trójki – tym trzecim, rzecz jasna, był Tadziu, a nie tatuś Murzyna – tylko ja jestem z innej bajki – powiedziałem.

I wcale mnie to nie cieszyło. Murzyn był jedyną osobą w tym mieście, do jakiej jeszcze chciało mi się otwierać gębę. Tadziowi zaproponowano asystenturę na uniwerku we Frankfurcie, z niezłą pensją. Wyjechał we wrześniu. Andreas ruszył z orkiestrą na tournee po krajach Dalekiego Wschodu. Miał być z powrotem dopiero za dwa miesiące. Mnie nie pozostało nic innego, jak wrócić na studia. Zainteresowanie nauką polskiego drastycznie zmalało, gdy ludzie się dowiedzieli, że chodzi o skarb niematerialnej natury.

Przez tych kilka miesięcy zdążyłem się przyzwyczaić do dostatniego życia i do tego, że nikomu z niczego nie muszę się tłumaczyć. Teraz trudno mi było odnaleźć się na powrót w roli studenta, a co dopiero studenta piszącego pracę magisterską na temat roli reklamy w handlu. Postanowiłem zwrócić się o pomoc do Murzyna. Zleciłem jej napisanie drugiego rozdziału, zatytułowanego Jak reklamować towar, by się sprzedał. (Pierwszy, Jak reklamować towar, by zrobić manko,napisałem sam).

Kiedy poszedłem do niej omówić szczegóły zlecenia – było to nasze pierwsze spotkanie od czasu chryi z rozwikłaniem tajemnicy skarbu – okazało się, że od początku wiedziała, o jaki skarb chodzi.

– Dlaczego nic nie powiedziałaś?

– Potrzebował forsy i rozgłosu. – Mówiła, jak zwykle, o Tadziu. – Książka mogła mu to dać. Potem i napisanie pracy magisterskiej było łatwiejsze.

– Sądziłaś, że się domyśli?

Przez twarz przemknęło jej chyłkiem coś na kształt uśmiechu.

– Sądziłam, że ty się domyślisz.

Nigdy nie mówiłem Murzynowi, że to ja odkryłem tajemnicę skarbu. Tadziu tym bardziej.

– Wiesz, Murzyn – powiedziałem – z ciebie to naprawdę jest geniusz.

Teraz trzymałem w rękach gotowy rozdział swojej pracy. Przede mną stał pusty talerzyk. Nie miałem już żadnych interesów z Murzynem i musiałem się wynosić.

– Dzięki za poczęstunek – rzekłem, wstając. – Jeszcze raz wszystkiego najlepszego.

Wyszedłem w noc. W pałacach paliło się kilka świateł, poza nimi rozciągała się ciemność. Markotno mi było. Jesień. Dżdżysto. Od ziemi wiało strasznym jakimś chłodem. Próbowałem się rozweselić, licząc pieniądze. Murzyn po znajomości dał mi upust, więc w portfelu zostało jeszcze jakieś siedemdziesiąt euro. Kiedyś potrafiłem zarobić tyle lekcjami w ciągu jednego dnia; teraz wydawało się to sporą sumą. Może starczy na trzytomowe wydanie opowiadań Mrożka.

Na moście zatrzymało mnie trzech żuli. W jednym rozpoznałem swojego byłego ucznia. Oczywiście udawał, że mnie nie zna.

– Dawaj geldy – mówią.

Rozejrzałem się. Nikogo. Nawet samochody, jak na złość, przestały jeździć. Zrobiło się nagle tak cicho, że prawie słyszałem, jak rzeka w dole przepływa. W oddali widziałem swój blok. W oknach paliły się światła – ale tu, na moście, nie było nikogo, kto mógłby uratować dla mnie Mrożka.

Cóż miałem robić, trzech ich było. Świgłem im geldy, wziełem w klape i poszłem w haus.

listopad 2001

Iwona Michałowska

opowiadanie zostało opublikowane w „Nowej Fantastyce”, ale nie pytajcie mnie kiedy, bo nie pomę. Chyba jakoś w 2002 lub ‚3.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s