Bryndży Niż

Najpierw byłam w domu rodzinnym na święta. Ten dom nie wyglądał jak obecny dom moich rodziców, bliżej mu było do starego mieszkania. Były tam osoby spoza rodziny, pamiętam jakąś dziewczynę, ale i tak strasznie nie chciało mi się wracać do domu. Spodziewałam się strasznej chandry, w wyniku której trudno mi będzie przetrwać następny dzień. Miało to związek z tym, że będę w tym domu sama i że po świętach zawsze smutno, ale też z czymś innym. Być może z tym, że zmarł jakiś przywódca, a „na dniach” miał umrzeć papież i było już nawet wiadomo, kto go zastąpi. Tak czy owak kusiło mnie, żeby zostać u rodziców do rana, ale z drugiej strony myślałam, że to tylko przedłuży agonię.

W końcu jadę (a może to już inny sen) i ląduję na jakimś zlocie w dużym budynku, prawdopodobnie szkolnym, z wieloosobowymi salami i metalowymi łóżkami. Na korytarzu spotykam Aśkę O., która wróciła z jakiejś dalekiej podróży i w jednej z sal szykuje się impreza, na której ona będzie opowiadać wrażenia. Chcę tam wpaść, ale najpierw udaję się do swojej sali, a tam niemiła atmosfera, bo ktoś kradnie kanapki i różne drobiazgi. Pal sześć drobiazgi – atmosfera podejrzliwości wynika z tego, że prawdopodobnie wśród nas jest złodziej, bo przy takiej liczbie osób w zasadzie się nie zdarza, żeby sala pozostawała pusta. To rodzi niepokój i gniew.

Jedziemy na wycieczkę. Mamy przejść przez jakiś zapuszczony park z rozwalonym ogrodzeniem. Obok jest pole, na tym polu chata, przed chatą kranik. Przy kraniku napisane, że można pić. Idziemy tam we 2-3 osoby. Zaglądamy do chaty, bo jest otwarta. Chyba nikogo nie ma. Tam też kranik (zlew), napisane, że do mycia. Myję ręce i wychodzimy. Gdy już się oddalamy, z domu jednak wygląda jakaś kobieta i nas woła. Ale nie takim tonem, jakby chciała opieprzyć. Raczej zaprosić. Nasza grupa już idzie, więc udajemy, że jej nie słyszymy, przechodzimy przez park i z całą grupą idziemy zwiedzać coś pod Pragą – jakiś zabytek, chyba nie zamek ani pałac, w każdym razie jakąś budowlę, która mi się podoba. Potem wracamy do autobusu przez centrum Pragi. Na głównym placu, który wcale nie wygląda jak Staromestske Namesti, jeden z domów jest ucharakteryzowany na lokomotywę. Dom jest podłużny, barwy głównie zielonej, ale z domieszką bordo, a na górze ma białą „parę” z jakiegoś materiału. Nagle ktoś mówi: „Patrzcie, Wojtek Mann w czapce Kory”. Patrzę, a tam stoi czarny pomnik W. Manna w czerwonej czapeczce z białym pomponem. Chcę zrobić zdjęcie lokomotywy i kiedy kończę, nikogo z mojej grupy już nie ma w pobliżu. Wiem, że trzeba skręcić w lewo, tylko nie wiem gdzie. Pierwsza boczna droga jest taka dość szeroka, choć piaszczysta, zaglądam w nią i stwierdzam, że skoro ich nie widać, to chyba tamtędy nie poszli, bo nie zdążyliby odejść tak daleko. Patrzę, a w następną, węższą uliczkę wchodzi stado gęsi. Gdy bardziej się zbliżam, okazuje się, że to wilki. Idę jeszcze dalej i już w ogóle znajduję się w lesie, po którym snuje się pełno tych wilków. Są spokojne, jedne leżą, drugie sobie chodzą, ale nie wiem, co im może strzelić do łba, więc wycofuję się z duszą na ramieniu w okolice głównego placu i tam spotykam koleżankę, która też się zgubiła (kojarzy mi się trochę z Anią Z., ale we śnie jest to słabo mi znana koleżanka z wycieczki). Idziemy ta najszerszą drogą i myślimy, że wyjdziemy zaraz przy tym zapuszczonym parku, w którym zaparkowany jest autobus, ale nic z tego. Zupełnie inny krajobraz. Zastanawiamy się, w którym kierunku trzeba iść, i stwierdzamy, że chyba w prawo. Idziemy. Miasto. Nagle widzimy, że przed nami idzie José Manuel Barroso. Traktujemy to jako ciekawostkę, ale nie dziwimy się zbytnio, jak gdyby to było jego miasto. Idzie o kuli. Przypominam sobie, że w ostatniej transmisji z parlamentu europejskiego też miał coś z nogą. Idzie z żoną, która jest drobna i ma długie włosy, chyba zaplecione w warkocz, raczej ciemnoblond niż czarne.

W miarę posuwania się naprzód coraz bardziej stwierdzamy, że chyba wybrałyśmy złą drogę, bo beton i beton, żadnego parku, raczej wygląda to na centrum miasta. Postanawiamy się cofnąć, a że akurat jedzie autobus, wsiadamy i chcemy jechać tak długo, aż zobaczymy coś podobnego do parku. Koleżance dzwoni komórka. Okazuje się, że to szefowa wycieczki. Nie wiem dlaczego, ale koleżanka podaje telefon mnie, a tam szefowa wyraźnie zdenerwowanym głosem mówi: „Mamy z wami wielki emocjonalny problem. Gdzie jesteście??!”. Aż mnie ciarki przechodzą, jak słyszę o tym emocjonalnym problemie. Wiem, że czeka nas poważna awantura. Dopiero potem zauważam, że od czasu naszego zgubienia się minęło już pół godziny. Wyglądam przez okno i czytam z tabliczek nazwy ulic: główna to Bryndży Niż, a ta, w którą skręcamy, to Opolo. Wysiadamy tam i mamy na nich czekać. Jeszcze we śnie stwierdzam, że nazwa Bryndży Niż kojarzy mi się z nazwą głównej ulicy w Ułan Bator, ale po przebudzeniu się okazuje, że niespecjalnie, bo ta w Ułan Bator to Enchtajwny Gudamdż.

Jeden z bardziej fascynujących snów w ostatnim czasie. Najciekawsze:

– scena z wilkami. Erich Fromm na pewno by stwierdził, że cofnięcie się z tego lasu oznacza strach przed pójściem w jakimś nowym, nieznanym kierunku, a może zagłębieniem się w otchłań swojej duszy. Ale co ja mogę za to, że tam była już zupełna dzicz i było dla mnie oczywiste, że z pewnością nie jest to właściwa droga do mojego autokaru?

– pani terroryzująca nas stwierdzeniem, że ma z nami emocjonalny problem. I tu ma rację Fromm (tak, wiem, miało nie być frommowskich interpretacji, ale ostatnio odświeżyłam sobie jego książkę, so), że we śnie łatwiej dotrzeć do sedna sprawy, które na jawie jest zakamuflowane, czyli w tym wypadku do tego, że robiąc nam awanturę dana osoba (mama, nauczyciel, żona) robi ją nie z powodu naszych przewinień, tylko z powodu konieczności wyładowania swoich emocji, z którymi nasze przewinienia mają często związek, lecz nieadekwatny do reakcji. W tym wypadku zostaje to wyłożone explicité – problemem naszej szefowej nie jest to, że się zgubiłyśmy, tylko to, że ona się zdenerwowała.

– nieprzyjemna i podejrzliwa atmosfera w sali, gdy giną kanapki. Niby nic poważnego się nie dzieje, ale wszystko podszyte jest uczuciem, że nikomu nie można ufać i że lada chwila może się zdarzyć coś poważniejszego. To też ma odzwierciedlenie w życiu – czasem niby nic się nie dzieje, ale czujesz, że coś jest nie tak, niby nikogo nie złapałeś za rękę, że coś knuje, a jednak.

Najzabawniejsze:

– papież, który ma umrzeć i już wiadomo, kto go zastąpi (przy czym nie chodziło o żadną intrygę, ot po prostu, było wiadomo, że za parę dni umrze, acz nie w tym sensie, że był już w agonii – no po prostu była nam dana taka wiedza, że umrze i kto będzie po nim);

– lokomotywa i Wojciech Mann w czapce Kory;

– kulawy Barroso i to, że jego widok nas nie dziwi;

– Bryndży Niż i Opolo🙂

One response to “Bryndży Niż

  1. Uwielbiam te sny, po ktorych mozna narysowac mape miejsca, ktore sie w nim zwiedzilo. No i te nazwy ulic!!!!! Czad!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s