szorty

ZDRADA

Wszystko byłoby w porządku, gdyby któregoś dnia nie zjawił się jakiś facet i nie kazał nam się wynosić. Nie mieliśmy żadnych kłopotów z sąsiadami. Czasem podkręciliśmy głośniej muzykę, a oni regularnie zalewali nam chatę, i nikt do nikogo nie miał pretensji. Aż tu nagle przychodzi ten dydek i mówi, że nie możemy tu mieszkać, bo to jest mieszkanie komunalne. Chyba mu odbiło. Wszyscy się tu posprowadzali, kiedy dawni mieszkańcy odeszli na przedmieścia albo do piachu, i nikt nikogo nie pytał o zgodę. Więc zlewamy ciecia z góry na dół i mieszkamy sobie dalej, bo niby dokąd mielibyśmy pójść. Zima była. Farelka nam się zjarała, pozostała tylko wiara i miłość, palenie i picie. Wszyscy, którzy mieli pracę i pieniądze, dawno już wynieśli się z tych ruin. Nasze mieszkanie należało niegdyś do porządnych ludzi z kasą i obrazami. Teraz jesteśmy tu my, a ilu nas jest, nikt się nie doliczy. Więc kiedy cieć przyszedł po raz trzeci, zrobiło nam się smutno i musieliśmy go wyłączyć. Wtedy zaczęli na nas krzywo patrzeć. Nawet by nas to nie ruszało, ale czasem czuliśmy się samotni i potrzebowaliśmy wsparcia. Seks i muzyka trzymały nas przy życiu, no i wiara w tego, którego co dzień na próżno wypatrywaliśmy. Powiedział, że przyjdzie i zabierze nas z tego domu, że otworzy przed nami świat, a tymczasem siedzimy tu z wyłączonym cieciem w szafie, który się rozkłada.

Zbudowali na schodach szlaban i pobierali myto, a my nie mieliśmy kasy, żeby im płacić. Więc przestaliśmy wychodzić. Prądu już w ogóle nie było i nie miał kto iść wymienić bezpieczników, zresztą skąd byśmy je wzięli. Czasem w nocy ktoś rzucał się do szybu po windzie. Czasem ktoś wychodził na dach i patrzył na miasto. Po drugiej stronie, za rzeką, paliły się światła. Tam żyli ludzie, którym jeszcze nie wytoczono procesu. Nikt jednak nie zadawał sobie trudu, by próbować się przedrzeć na tamtą stronę. Po co przeżywać to samo po raz drugi. Wiadomo było, że prędzej czy później i dla nich dobre czasy się skończą. My przynajmniej byliśmy już oswojeni z ostatecznością. Wychodziliśmy na klatkę tylko w dzień, bo nie mieliśmy w tym bloku przyjaciół i nie wiadomo było, co komu strzeli do głowy. Zauważyliśmy jednak, że pewna para z drugiego końca korytarza odnosi się do nas z sympatią. Okazało się – przypadkiem podsłuchaliśmy jakąś rozmowę – że ich też nachodził cieć. Nie wiadomo właściwie, dlaczego jednych nachodził, a innych nie. Któregoś dnia zaprosili nas do siebie. Mieli kominek i po raz pierwszy od iks czasu było nam naprawdę ciepło. Postanowiliśmy odwiedzać ich częściej. Zaczęliśmy też wychodzić razem na dach. Kobieta bardzo lubiła patrzeć na tamtą stronę; chyba wierzyła, że i u nas jeszcze kiedyś zapali się światło. Kiedy więc ci z góry postawili szlaban i zaczęli żądać opłat za przejście na wyższe piętra, od razu podupadła na zdrowiu. Wyprzedali biżuterię po przodkach, a potem pozostało im już tylko siedzenie przy kominku i gadanie z nami. Powoli zaczynało brakować opału. Mieliśmy w domu parę obrazów, które się nam dostały w spadku po poprzednich mieszkańcach. Straszne knoty, wszystkie oprócz jednego. Porąbaliśmy je na opał. Trochę śmierdziało farbami i atmosfera robiła się dziwna, ale lepsze to niż zamarznięcie żywcem. Zdaje się, że to oni wpadli na pomysł, żeby wrzucić ciecia do szybu od windy. Musi wam być ciężko z tym cieciem rozkładającym się w szafie, mówią. Rzeczywiście, przyznaliśmy, trochę cuchnie. W nocy, kiedy wszyscy spali, wynieśliśmy go i zrzuciliśmy na dół. Mieli łeb na karku ci nasi znajomi. Trochę nas dzieliły poglądy na życie, ale nie zagłębialiśmy się za bardzo w te sprawy. Raz tylko zapytali, co oznaczają te trzy szóstki wytatuowane na przegubach naszych rąk. Powiedzieliśmy, że to znak naszej miłości i wiary. Nie zadawali więcej pytań.

Ten jeden obraz, którego nie oddaliśmy na porąbanie, wisiał u nas w pokoju. Co wieczór przed snem wpatrywaliśmy się w niego z potwornym zachwytem. Był to obraz Fritza Reubera, na którym wszystko umierało. Wkrótce po jego odkryciu nie mogliśmy już żyć bez niego, zastanawiało nas nawet, jak to możliwe, że kiedyś nie było go w naszym życiu. Tymczasem w kominku u naszych znajomych nie bardzo już było czym palić pomimo porąbania wszystkich mebli. Kobieta coraz bardziej podupadała na zdrowiu i ciągle patrzyła przez okno, ale ani ich okna, ani nasze nie wychodziły na tę stronę, gdzie światła. Któregoś ranka, kiedy jak zwykle wyszliśmy na poranny spacer po korytarzu, okazało się, że sąsiedzi postawili szlaban na środku i próbowali pobierać myto za przejście na drugą stronę. Pewnie też nie mieli czym palić i chcieli wydębić od nas jakieś smętne resztki. Problem w tym, że nic nie mieliśmy. Przestaliśmy więc odwiedzać znajomych. Czasami rozmawialiśmy ze sobą przez szlaban i opowiadaliśmy sobie, co słychać. Początkowo przychodzili razem, chociaż po kobiecie widać było, że nie ma się najlepiej. Później facet przychodził już sam. Któregoś razu obudził nas w środku nocy wołaniem, że jego żona umiera. Zaklinał nas, żebyśmy tam poszli. Sąsiedzi od szlabanu ochoczo wylegli na korytarz, przeczuwając możliwość zarobku. Nie mieliśmy już nic oprócz obrazu, który kochaliśmy nad życie. Nie wiem, dlaczego było nam tak trudno oprzeć się wołaniu tego faceta. Może sądziliśmy, że przez patrzenie na czyjąś śmierć staniemy się bardziej żywi, a może po prostu mieliśmy już dosyć tego wrzasku. Wywlekliśmy nasz obraz i sprzedaliśmy go sąsiadowi w zamian za przekroczenie granicy. I wtedy stała się rzecz dziwna. Dokładnie w momencie, w którym szlaban oderwał się od ziemi, w całym budynku rozbłysły światła.

*

Kiedy wrócili do domu, pozapalali wszystkie lampy i włączyli magnetofon. Zagotowali wodę na herbatę, zrobili jajecznicę i nawet wygrzebali skądś jakieś całkiem jeszcze dobre fajki. Trochę było im szkoda obrazu, nie na tyle jednak, żeby nad nim płakać: teraz, kiedy rozbłysły światła, cały tamten czas stał się snem. Jak coś takiego mogło się dziać naprawdę? Dźwięki płynące z magnetofonu, fajki i jajecznica zaprzeczały temu. Teraz  śpią. To dziwne, tak patrzeć z góry na kogoś, kim jeszcze przed godziną byliśmy. Rano wstaną, pójdą do sklepu po bułki, powiedzą „dzień dobry” sąsiadom.

  styczeń 1998

POŻERACZ

Zimą w barze mlecznym śmierdzą bezdomni. Jedzenie obiadu staje się wtedy sprawą znacznie bardziej skomplikowaną, trzeba bowiem wynaleźć sposób na pokonanie tego smrodu, a przynajmniej zredukowanie go do rozmiarów pozwalających swobodnie zajadać kaszę gryczaną z sosem myśliwskim i buraczkami i mieć z tego należytą przyjemność. Zuzanna K. nabyła właśnie swój ulubiony posiłek i odebrawszy go jęła rozglądać się po sali, szukajac miejsca oferującego szansę spełnienia powyższego postulatu. Znalazła je w kąciku stanowiącym doskonały punkt obserwacyjny, co zadowalało ją podwójnie: raz, że daleko od bezdomnych, a dwa, że można się zatracić w obserwacjach i zapomnieć o niedogodnościach towarzyszących aktowi konsumpcji.

Podczas gdy akt się dokonywał, oczy Zuzanny wędrowały od stolika do stolika, przyglądając się jedzącym ludziom. Próbowała odgadnąć motywy, które skłoniły każdą z obecnych tu osób do spożywania obiadu w tym przybytku. Ona sama nie zawsze miała czas i ochotę na gotowanie w domu, a takie miejsca jak to wydawały się stworzone specjalnie dla niej. Można tu było jeść lewą ręką nie ściągajac na siebie pełnych dezaprobaty spojrzeń sąsiadów, wypluwać ziarenka pieprzu, obracać talerzem w tę i we w tę i czuć się równie swobodnie jak we własnej kuchni.

Od stolika do stolika wędrował również chłopiec, zbierajac do woreczka foliowego pozostawione na talerzach resztki. Szedł potem do kuchni i oczyszczał z pozostałości naczynia, które zostały już wyniesione, ale nie trafiły jeszcze do zlewu. Personel wydawał się go znać. Chłopiec był porządnie ubrany, a jego twarz zdradzała inteligencję i dobre pochodzenie. Trudno było powiedzieć, ile ma lat: może piętnaście, a może dwadzieścia. Wypełniał swoje zadanie ze swobodą kogoś, komu nikt nie powiedział, że to, co robi, może być postrzegane jako dziwne, a nawet upokarzające. Pewnie ma psa albo jakieś inne zwierzę, pomyślała Zuzanna. Nie uspokoiło jej to jednak, nie pozwoliło skoncentrować się na kaszy i buraczkach. Intrygowało ją, jak można tak się poniżać dla głupiego zwierzaka.

Kilka dni później zobaczyła go znowu. Za trzecim razem skonstatowała, że przychodzi zawsze o tej samej godzinie, i postanowiła dostroić się do jego harmonogramu. Wymyśliła też fortel, który miał jej pomóc w nawiązaniu rozmowy. Z natury była bardzo nieśmiała wobec mężczyzn, ale ten był jeszcze chłopcem i nie odczuwała skrępowania. Zostawiła na talerzu trochę kaszy i czekała, aż znajdzie się w pobliżu jej stolika. Kiedy podszedł, aby zebrać resztki z sąsiedniego, wstała, zdjęła z wieszaka kurtkę i powoli zaczęła się ubierać.

Zgarnąwszy, co było do zgarnięcia z poprzedniego stołu, zerknął w kierunku jej talerza, a potem przeniósł wzrok na nią. Skinęła głową przyzwalająco.

– Po co ci tyle jedzenia? – zapytała, gdy zrzucał odpadki do worka.

– Karmię Pożeracza – wyjaśnił bez mrugnięcia okiem.

– To pies?

– Nie. – Pokręcił głową, jakby zdziwiony pytaniem. – Pożeracz.

Co za dziwny dzieciak, pomyślała. Albo kpi sobie z niej, albo jest niespełna rozumu. Skłaniała się raczej ku tej drugiej hipotezie, choć wyraz twarzy Chłopca i cała jego postać zdawały się przeczyć takiej diagnozie.

Od tamtej pory zaczął się do niej odnosić z pewną rezerwą, która sugerowała, że ma jej za złe zadawanie głupich pytań. Pożeracz wyraźnie stał pomiędzy nimi i nie miał najmniejszego zamiaru ruszyć się stamtąd. Przez kilka tygodni Chłopiec w ogóle nie podchodził do jej stolika. Próbowała go zwabić, pozostawiając na talerzu co smaczniejsze kąski, pozostawiając coraz więcej, aż w końcu zaczęła kupować jedzenie tylko dla Pożeracza. Chłopiec jednak ignorował ją i niejednokrotnie obiecywała sobie, że przestanie tam przychodzić; że zacznie żywić się w innym barze albo w domu. Ale nie mogła. Cała ta sprawa z Pożeraczem zupełnie odebrała jej apetyt, tak że zostawianie obiadu nie stanowiło dla niej żadnego problemu, nawet w przypadku kaszy z buraczkami.

Pewnego razu wyjechała na tydzień w sprawie służbowej. Miała nadzieję, że Chłopiec zauważy jej nieobecność i będzie żałował swojego postępowania, myśląc, że zrezygnowała. Kiedy wróciła, kupiła obiad i zasiadła do stołu z mocnym postanowieniem zjedzenia go do ostatniego kęsa. Chłopiec już tam był: jak zawsze wędrował od stolika do stolika, zbierajac resztki, ale wydawał się bardziej niespokojny niż zwykle. Zebrał chyba ze dwa razy tyle co dawniej, a jednak ciągle się czaił, żeby uszczknąć coś jeszcze. Kiedy już wszystkie źródła się wyczerpały, podszedł do jej stolika i patrzył na nia wyzywająco.

– Co, Pożeracz zwiększył przerób? – zapytała z kpiną w głosie.

– Żre jak świnia – powiedział.

Zgrywał chojraka, ale była w nim desperacja człowieka stojącego nad przepaścią. Zuzanna pomyślała, że zmienił się od czasu, gdy zobaczyła go po raz pierwszy.

Wyszli razem z baru.

– Chcę zobaczyć Pożeracza – powiedziała.

– Nikt oprócz mnie nie może go oglądać – odrzekł twardo. – Tylko ja potrafię go ujarzmić, bo jestem jego panem. Biada innym, jeśli się z nim zetkną.

– Zawsze jest ci posłuszny? – zapytała.

Puścił pytanie mimo uszu, ale odniosła wrażenie, że się zaczerwienił.

– Tu mieszkam – powiedział i odbił w lewo.

Widziała, jak wystukuje kod na domofonie i wchodzi do klatki, skrupulatnie zamykajac za sobą drzwi.

Od tamtej pory nie mogła się uwolnić od myśli o Pożeraczu. Chłopiec przychodził do baru coraz wcześniej i zbierał coraz więcej jedzenia, a mimo to z każdym dniem stawał się bardziej nerwowy. Nigdy nie zbierał resztek z jej talerza, zanim nie opuściła baru. Ani razu na nią nie spojrzał: jego wzrok prześlizgiwał się po niej, jakby jej nie zauważał, co dowodziło czegoś wręcz przeciwnego. Dodatkowym przeciwnikiem w jego desperackiej walce o wykarmienie Pożeracza stała się Bezdomna Babcia, która – być może idąc za jego przykładem – także zaczęła pielgrzymować między stołami i zbierać resztki jedzenia. Kiedy ją na tym przyłapywał, zabierał jej worek i przywłaszczał go sobie.

Pewnego razu się spóźnił. Zuzanna była zaniepokojona, czy nic mu się nie stało, ale czekała cierpliwie. Przybiegł wreszcie, w chwilę po tym, jak Babcia, zebrawszy wszystko, co było do zebrania, opuściła bar, unosząc ze sobą cenny łup. Było już późno i w barze pozostało niewielu klientów. Chłopiec był roztrzęsiony, usiłował zebrać to, co jeszcze się dało, ale była to kropla w morzu potrzeb Pożeracza. Miotając się między stołami, przez nieuwagę spojrzał prosto w oczy Zuzanny, która zbierała się do odejścia, by dać mu sposobność do napełnienia worka kaszą z buraczkami. Wypuścił worek z rąk i wybiegł z baru. Zuzanna pobiegła za nim, wiedziona impulsem, nie usiłujac się kryć. Wbiegł do klatki, ale nie tracił czasu na domykanie drzwi, co pozwoliło jej wbiec tam za nim, podążyć za tupotem nóg na schodach i zobaczyć, jak przed nosem zatrzaskują jej się drzwi na pierwszym piętrze.

Usiadła na schodach, czekając ciągu dalszego, ogarnięta pragnieniem ujrzenia Pożeracza tak przemożnym, że aż przyprawiało ją o drżenie. Ledwo drzwi zatrzasnęły się za Chłopcem, z wnętrza zaczęły dobiegać odgłosy przypominające walkę psów albo ścieżkę dźwiękową z filmu Godzilla contra Gigant.

Po dość długiej szamotaninie hałasy umilkły nagle. Przez chwilę za drzwiami panowała głucha cisza, od której serce zamierało, ale wkrótce zabrzmiały kroki, szczęknęła zasuwa i drzwi się otworzyły. Stał w nich Chłopiec. W półmroku, który panował na klatce schodowej, Zuzanna widziała go niemal dokładnie takim, jakiego pamiętała.

grudzień 1997

WEZWANIE

Dopóki nie nadeszło wezwanie, areszt w zasadzie mi nie przeszkadzał. Dom był przestronny, z oknami wychodzącymi na wszystkie strony świata i małym ogródkiem na tyłach. Na dworze było zawsze za gorąco albo za zimno, za głośno albo za cicho, za sucho albo za mokro, a tu wszystko w sam raz. Ja sama ustanawiałam sobie prawa w swoim domu i było mi doskonale obojętne, czy jestem w nim aresztowana, czy nie. Kiedy mi się nudziło, zapraszałam gości. Siedzieliśmy do późna, pijąc wino. Później oni odchodzili do swoich domów, tłukąc się tramwajami albo płacąc za taryfy, a ja zostawałam na swoich włościach i radowałam się ciszą czterech ścian.

Wszystko się zmieniło, kiedy pewnego dnia znalazłam w skrzynce na listy wezwanie. W pierwszej chwili ucieszyłam się, że mnie wzywają, potem jednak przypomniałam sobie o areszcie i mina mi zrzedła. Zaczęłam się zastanawiać, jak by tu wyprowadzić dom w pole i wymknąć mu się. Pomyślałam na przykład, że mogłabym spróbować uczynić to nocą. Nie ma wtedy tylu ludzi na ulicy, a zatem prawdopodobieństwo, że ktoś mnie przyuważy i doprowadzi z powrotem, znacznie maleje. Trudno jednak, żebym stawiała się na wezwanie w nocy. Pomijając fakt, że taki brak taktu wystawiłby mi fatalną notę, i tak nikt nie trudziłby się przyjmowaniem mnie o tak nieprzyzwoitej porze. Byłoby to niepotrzebne ryzyko i strata energii, która przecież była mi potrzebna do wypełniania zadania, do którego zostałam wezwana.

Próbowałam się radzić znajomych. Niektórzy mówili, żebym sobie dała spokój, bo sprawa jest przegrana. Nie mogłam jednak przyznać im racji. Nie mam moralnego prawa zlekceważyć wezwania, argumentowałam. To jest moja szansa i powinność, w końcu nie każdy dostaje wezwanie, trzeba się poczuwać do obowiązku. Większość zgadzała się ze mną. Doradzali mi, żebym mimo wszystko spróbowała się wyrwać. Nawet jeśli zauważą moją ucieczkę, być może uda mi się dotrzeć na miejsce, zanim zostanę ujęta. Nikt jednak nie zaoferował mi swojej pomocy. Gdyby na przykład ktoś zaproponował, że podwiezie mnie samochodem, szanse, że znajdę się na miejscu, zanim rozpocznie się interwencja, bardzo by wzrosły. Ale jakoś nikt się nie kwapił z taką ofertą. Trudno im się dziwić: w końcu to nie oni zostali wezwani i może nawet w skrytości ducha liczyli na to, że moje usiłowania spełzną na niczym.

Bo czym na przykład wytłumaczyć poradę, abym napisała pismo informujące, że bardzo chciałabym się stawić, lecz nie mogę, gdyż jestem aresztowana? Tłumaczyli, że dzięki temu usprawiedliwiłabym swoją nieobecność, dementując tym samym podejrzenia o  zlekceważenie wezwania. Byłam odmiennego zdania. Po pierwsze, mówiłam, nikt mi nie uwierzy, że jestem aresztowana we własnym domu. W tamtych sferach to się nie zdarza. Po drugie, jeśli nawet uwierzą, to tym gorzej. Od razu postawią na mnie kreskę i wezwą kogoś innego. Może właśnie o to chodziło tym, którzy dawali mi takie rady.

Nocami budziłam się, wstawałam i wyglądałam na ulicę. Była ciemna, nieruchoma i łagodna. Tylko od czasu do czasu jakiś samotny cień przemykał pomiędzy latarniami. W takich momentach wyjście na zewnątrz wydawało mi się dziecinną igraszką. Ot, zejść na dół, pchnąć drzwi i już ulica, już cały świat stoi przede mną otworem. Potem zasypiałam, a kiedy się budziłam, słońce stało wysoko na niebie, a ulicą pędziły tysiące samochodów i pieszych. Nie była to ta sama ulica, którą widywałam nocą, i zejście na nią było zupełnie niewyobrażalne.

Powoli ogarniała mnie rezygnacja. Wydawało się, że najlepszym wyjściem będzie zapomnieć o wezwaniu i żyć dalej tak, jak gdybym nigdy go nie otrzymała. Przynajmniej będę mogła znowu normalnie spać i przestanę myśleć o rzeczach niemożliwych. Była akurat wiosna i dużo czasu spędzałam w ogródku na tyłach domu, rozkoszując się zielenią, ciszą i młodymi promieniami słońca. Niechętnie odbierałam telefony, w których znajomi, szczerze czy fałszywie zaniepokojeni moim milczeniem, indagowali, dlaczego nie daję znaku życia. Początkowo tłumaczyłam, że potrzebuję trochę czasu na uporządkowanie swoich spraw, a kiedy nie dawali za wygraną, wyłączyłam telefon.

Wtedy przyszło powtórne wezwanie.

Kiedy tylko zobaczyłam kopertę w skrzynce, ogarnęło mnie niedobre przeczucie. Przyszło mi nawet do głowy, żeby ją wyrzucić, nie otwierając, ale moja próżność zwyciężyła. Człowiek pochlebia sobie, że został wezwany, nawet jeśli nie może się na to wezwanie stawić. Otworzyłam więc – i rzeczywiście było to wezwanie, bardziej niespokojne i natarczywe od pierwszego. Serce zabiło mi mocniej, kiedy je czytałam. Ogródek od razu zniknął z moich myśli. Kopnęłam wychodzące nań drzwi, które odbiły się od framugi i otworzyły ponownie, poszłam na górę, nalałam sobie drinka i zaczęłam przemyśliwać sprawę.

Gdybym od razu, kiedy tylko wyjęłam pismo ze skrzynki i przeczytałam je, pchnęła drzwi wychodzące na ulicę i zrobiła krok do przodu, być może sprawy potoczyłyby się inaczej. Takie pomysły nie przychodzą jednak do głowy komuś, kto od lat żyje w areszcie domowym, a jeśli nawet, z miejsca odrzucane są jako zbyt śmiałe. Dopiero kiedy wypiłam tego drinka, mój duch znacznie się rozochocił i postanowiłam spróbować. Zeszłam na dół i stanęłam twarzą w twarz z ogródkiem. Ponownie pchnęłam drzwi, żeby nie musieć oglądać jego sennego oblicza, a te ponownie się otworzyły. Ogródek wydawał się kpić ze mnie w żywe oczy, przekonany najwyraźniej, że nie zdołam się wyrwać, że i tak w końcu do niego wrócę. Ja jednak nie zamierzałam dać za wygraną. Wyglądało na to, że zostałam wezwana do wypełnienia zadania o wiele donioślejszego, niż mi się pierwotnie zdawało.

W miarę jak zbliżałam się do drzwi wejściowych, moje nogi stawały się coraz cięższe i bardziej nieposłuszne. Byłam przygotowana na to, że nie będzie łatwo, i gotowa walczyć do upadłego. Serce waliło mi jak młotem, ręce miałam spocone, a o tym, co działo się z moim żołądkiem, wolę nie wspominać. A jednak parłam naprzód. Dopiero jakieś dwa, trzy kroki przed drzwiami, kiedy zwycięstwo wydawało się już w zasięgu ręki, nogi ostatecznie odmówiły mi  posłuszeństwa i padłam. A padłam tak, jakbym już nigdy nie miała wstać.

Po tej historii wiedziałam już, że nigdy nie uda mi się opuścić domu frontowymi drzwiami. Wszystko wydawało się daremne i nieskończone, straciłam oparcie w spotkaniach towarzyskich, ogród zaś napawał mnie wstrętem. Snułam się z kąta w kąt, rozmyślając, jak by tu w miarę bezboleśnie przestać być częścią tego świata, i nie znajdowałam takiej metody. Wczoraj koszmar się skończył. Odkryłam drzwi porzucone lata temu. Tak naprawdę to nawet nie drzwi, tylko właz w podłodze, zamknięty na przeżartą rdzą kłódkę i przykryty grubą warstwą linoleum. Jako dziecko wykradałam czasami klucz do kłódki i schodziłam po drabince, niezbyt daleko, bo czeluście, które rozciągały się pode mną, napawały mnie trwogą. Wiedziałam, że ta domena jest niezmierzona i że nikomu, kto zstąpił do niej i zatrzasnął za sobą właz, nie udało się powrócić. Bywałam nawet świadkiem takich zdarzeń. Potem urosłam, dom wypuścił mnie na spotkanie świata i na wiele lat zapomniałam o drzwiach.

Teraz, odkrywszy je ponownie, zrozumiałam, że są tu, aby mnie bronić przed wezwaniami i nie pozwolić domowi trzymać mnie w szachu. Uznałam, że mając takiego sojusznika nie muszę się spieszyć z ucieczką, i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów spojrzałam w przyszłość z niejaką ufnością. A nuż zapomną o mnie i przestaną przysyłać wezwania, albo przyślą pismo, że rezygnują z moich usług? Wtedy może dałoby się żyć. Człowiek silny jest. Wiele zniesie. Znalazłabym sobie jakieś zajęcie. A jak się nie powiedzie – to myk do dziury.

Dzisiaj przyszło trzecie wezwanie. Jakby zgadli. Z dziką rozkoszą wyciągałam je ze skrzynki. Z jeszcze dzikszą czytałam. Mimo wszystko nie spodziewałam się, że zadanie, do którego mnie wzywają, może być aż tak wielkiej wagi. I ten niepokój między wierszami, wyraźnie dający do zrozumienia, że jestem jedyna, niezastąpiona, że nikt tego nie może zrobić oprócz mnie. Zostałam wybrana, myślę z satysfakcją, która mi wynagradza całą gehennę lat minionych. Otworzyłam właz i czuję już powiew otchłani, już po mnie sięgają łapy ciemności. Ale jeszcze raz sobie przeczytam to moje ostateczne wezwanie, zanim przystąpię do gładzenia grzechów świata.

kwiecień 1998

©Iwona Michałowska-Gabrych

Z powyższych opowiadań na papierze – w magazynie „SFera” – ukazał się jedynie Pożeracz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s