Paterson

Mało ostatnio oglądam filmów, trochę z powodu pasji fotograficznej, a trochę pospolitego lenistwa, ale kilka dni temu obejrzałam jeden, który mnie oczarował. Jima Jarmuscha najbardziej uwielbiam za jego wczesne filmy, Inaczej niż w raju i Poza prawem. Gdybym wiedziała, że Paterson jest do nich tak podobny (choć zarazem inny), już rok temu poleciałabym do kina. Podobny, bo niby monotonny, o zwykłych ludziach, z powtarzającymi się miejskimi krajobrazami. Inny, bo dojrzalszy, z lepszymi ujęciami i lepszym montażem, a przede wszystkim bardzo dojrzały i oryginalny w wymowie. Bez ironii, przymrużenia oka wobec bohatera, choć zarazem lekki. Jarmusch zupełnie inaczej, niż zwykle się to czyni, potraktował tematykę życia pomiędzy tym, co mamy, a tym, co nam się marzy. Często przedstawia się ten rozdźwięk jako dramat, czasem ironicznie. Jarmusch ukazuje go poetycko, nie jako rozdźwięk, lecz jako współbrzmienie. Paterson wie, że gdzieś za rogiem, na wyciągnięcie ręki, jest inne życie. Ale zamiast po nie sięgnąć, wplata jego elementy do swojego świata. Cieszy się, mogąc spełniać marzenia żony. To nie jest tak, że nie odczuwa tęsknoty za czymś innym – ta tęsknota jest stałym elementem jego życia, jego naturalną składową. Jest nią również lęk przed nieznanym, przed każdą sytuacją, która wyrywa go ze strefy komfortu – jak wtedy, gdy psuje się jego autobus albo gdy pies ciągnie go w innym niż zwykle kierunku. Życie Patersona to życie rybki w akwarium, która wie, że jest rybką. Może mogłaby przeskoczyć do innego wymiaru, lecz wtedy musiałaby opuścić swoje akwarium, w którym zasadniczo jest jej dobrze. I tak sobie żyje między komfortem a tęsknotą, misternie splatając je ze sobą.

 

Reklamy

Jedna jest tylko racja

Taka myśl na dziś: im bardziej jesteśmy wychowywani w systemie „Jedna jest tylko racja i to jest moja racja” (co najczęściej przybiera formę „Rodzic/wychowawca ma zawsze rację, a ty jesteś głupi”), tym bardziej w dorosłości kierujemy się przekonaniem, że dwie racje nie mogą współistnieć. Jeśli ja nie narzucę ci swojej racji, ty narzucisz mi swoją, więc po prostu nie mogę się zgodzić, żebyś miał swoją rację, bo ona mi zagraża. Coś o tym wiem, bo całe życie borykam się z poczuciem, że czyjaś racja mi zagraża i że muszę mu udowodnić (a w ostateczności narzucić, choć to się zwykle wiąże ze strachem, że jednak ten stłamszony wyrwie się na wolność) swoją, bo inaczej on mi zabierze moją. Niestety nie wszyscy są zdolni do autorefleksji, nie wszyscy mają na nią siłę lub chęć, nie wszystkim pokazano, że można inaczej, stąd tyle osób czujących, że ktoś inny nie może żyć i myśleć tak, jak chce, bo im to zagraża. Mam wrażenie, że ten problem się ostatnio nasilił, a może po prostu ci ludzie zaczęli się zbierać w grupy i teraz rzeczywiście czują, że mają możliwość narzucania. Ale to się zawsze wiąże z dwiema niedogodnościami. Po pierwsze, grupa nigdy nie myśli dokładnie jak ty, więc choć początkowo przyciągnęło cię do niej jakieś podobieństwo, z czasem zaczynasz przyjmować jej dyskurs, a twój własny gdzieś się zaciera albo zostaje wyparty. Po drugie, żyjesz w ciągłym strachu, ciągłym poczuciu, że musisz walczyć, bo zagrażają ci wszystkie cudze racje, wszystkie inne narody, religie, mentalności. Więc tak ogólnie mam wrażenie, że praca nad sobą w zakresie uznawania inności jest bardziej satysfakcjonująca i rozwijająca, choć trudna.

Kilka tegorocznych motylków i innych bobrów

Nie udaje mi się regularnie pisać na blogu, więc przynajmniej poczęstuję Was paroma zwierzakami, które udało mi się tego lata sfotografować. Mam nadzieję, że to nie koniec! Nie udało mi się na przykład sfotografować czapli siwych, które czasem widuję, ostatnio nawet na wysokości mojego osiedla.

Bobrów jest w tym roku od cholery. Lis długo mieszkał w parku, ale chyba przeniósł się na Wildę. Sarenki objawiają się tu i ówdzie. Z motylami myślałam, że będzie dramat, ale jednak w końcu się objawiły. A że w międzyczasie pojechałam na wakacje, udało mi się wyhaczyć jeden prawdziwy rarytasik.

_MG_4310

Lis (Poznań Rataje)

_MG_4448

Wiewórka (Poznań Rataje)

_MG_4294

Bóbr (Poznań Rataje)

_MG_4832

Rusałka admirał (Poznań Rataje)

_MG_4393

Polowiec szachownica (Poznań – okolice Rataj i Poligrodu)

_MG_4813

Dostojka malinowiec (Poznań Rataje)

_MG_4760

Rusałka kratkowiec (Poznań Rataje)

_MG_4749

Rusałka ceik (Poznań, chyba Rataje)

_MG_5178

Osadnik egeria (Poznań Rataje)

_MG_5242

Rusałka pokrzywnik (Beskid Żywiecki, okolice Rajczy)

_MG_5783

Krasopani hera (Słowacja, Góry Strażowskie). To właśnie ten rarytas, o którym pisałam, bo w Polsce jest bardzo rzadka i z moją spostrzegawczością na pewno bym jej nie zobaczyła.

_MG_4171tt

Kowalik (Poznań Rataje)

Nieustająco obiecuję się poprawić i pisać więcej, ale nie deklaruję od kiedy 😉

Amatorka

Bardzo Was przepraszam, mam ostatnio lekki kryzysik (który to już?) aktywności na blogu. Trudno mi się zebrać do jakiegoś solidnego wpisu, a nawet fotograficznego dawno nie było. Dziś trochę się zrehabilituję, a przy okazji zaproszę do odwiedzania mojej nowo założonej strony ze zdjęciami na Facebooku.

duchy

Duchy na moście Jordana

hdr1

Jeszcze jedna zimowa wizja z cypla

_MG_0933

Gdzieś daleko, za lodami

_MG_1034

Oraz za chaszczami…

hdr

Widok maltański

_MG_1665c

Widok maltański w innej tonacji

_MG_1602

Miodzik

_MG_1673b

I ostatni (na dziś) maltański widok

_MG_1686

A dla kontrastu – coś monochromatycznego 🙂

Postaram się odezwać ponownie w nieodległej przyszłości!

Fotografuję w zimie

_mg_9502

Witanie nowego roku

Drodzy Czytelnicy! Mam świadomość, że ten blog coraz bardziej skręca w stronę fotografii. Zastanawiałam się nawet, czy nie założyć drugiego specjalnie w tym celu, ale w niektórych okresach (jak teraz, he he) niewiele zamieszczam innych wpisów i wówczas pierwszy z blogów leżałby odłogiem. Poza tym człowiek to całość, a nie tylko wycinek jego zainteresowań i dokonań. Może kiedyś uznam, że osobny blog fotograficzny jest potrzebny – na razie zostaję tutaj zarówno z fotografią, jak i z całą resztą. Nie gniewajcie się więc, jeśli kiedyś zamiast wrzucać zdjęcia będę recenzować filmy albo, o zgrozo, snuć rozważania. Ale nie gniewajcie się też, że wrzucam zdjęcia 🙂

_mg_9664

Bezśnieżny, ale z lekka mroźny spacer po dnie Malty, z której spuszczono wodę celem oczyszczenia (na pierwszym planie rzeczka Cybina, zwykle ukryta pod powierzchnią jeziora)

Czekałam na śnieg i się doczekałam. Warta wprawdzie nie zamarzła (Cybina owszem), ale płynęło nią sporo śryżu – trochę wciąż płynie – co udało mi się uwiecznić z pewnego szczególnego miejsca, do którego wybierałam się od dawna, a teraz mam za sobą dwie sesje w nim. Było warto! Choć okazało się, że nie jestem jedyną osobą, która wpadła na ten pomysł.

Na zdjęciach z pierwszej sesji woda i śryż płyną jeszcze obiema odnogami, na tych z drugiej (dzieliły je zaledwie trzy dni!) już tylko tą szerszą.

_mg_9791_mg_9860_mg_9882

28_30hdr0030hdr

Wybrałam się też na „Gargamela”, żeby sfotografować starówkę ze śniegiem na dachach. Niestety na samej powierzchni Starego Rynku śnieg jest regularnie uprzątany, a reszta rozdeptywana. Może będzie drugi rzut zimy i wtedy zdążę z aparatem, zanim biel zniknie.

_mg_0267hdr386

Na koniec jedno zdjęcie typowo „dzienne” (choć słońce chyliło się już mocno ku zachodowi), ale za to z kominem! Mam nadzieję, że tej zimy będę miała jeszcze okazję porobić trochę śnieżno-mroźnych fotografii.

_mg_0170

Nocne zdjęcia

_mg_5638

Fajnie się teraz robi „nocne” zdjęcia, bo zmrok zapada wcześnie i zapalają się lampy. Nie trzeba czatować do 22.00, wystarczy 0 16.00 czekać ze statywem w strategicznym miejscu. W dodatku o tej porze siedzą jeszcze ludzie w takich przybytkach jak biurowce, uczelnie czy Urząd Miasta, a co za tym idzie, palą się światła w oknach i zdjęcia mają więcej uroku.

Jest jednak pewien minus zimowych zdjęć, mianowicie temperatura. Trudno manipulować przy ustawieniach aparatu w rękawiczkach, a zasadniczo jestem zmarzlakiem, więc już jest ciężko, a co dopiero wtedy, gdy temperatura spadnie kilka stopni poniżej zera. A pewnie będę chciała fotografować i w takich okolicznościach przyrody, bo śnieg, szron albo choćby lód są wdzięcznym tematem, czy też raczej wątkiem fotograficznym.

_mg_5710

Wschód słońca nad Maltą, październik

Powyższe zdjęcie to trochę insza inszość, bo znacznie mniej bolesne jest robienie zdjęć o zachodzie słońca niż przed wschodem. Po pierwsze, mniej więcej wiadomo wtedy, jak będzie wyglądało niebo, czy jest zachmurzone i czy można liczyć na jakieś fajne barwy, a przed świtem to loteria – prognoza pogody nie jest nieomylna. Ponadto nie lubię wcześnie wstawać, a tym bardziej nie uśmiecha mi się wychodzenie z domu, gdy jest jeszcze niemal całkiem ciemno (i zimno!), i jazda rowerem do miejsca fotografowania. Dwa razy jednak się skusiłam – drugi nie był tak malowniczy, ale podczas pierwszej sesji widoki z nawiązką wynagrodziły mi wstawanie i marznięcie (był październik, ale temperatura przed wschodem wynosiła jakieś 3-4 stopnie). Poniżej jeszcze jedno zdjęcie z tamtego poranka.

_mg_5732

Takie chwile i rano, i wieczorem potrafią być magiczne – trudno to sensownie opisać bez nurzania się w kiczu, ale czuje się wtedy ogromną zażyłość nie tyle z przyrodą, bo nie zawsze fotografuję przyrodę, trudno zresztą w mieście oddzielić przyrodę od wytworów człowieka, ile z pięknem. Czasem patrzę na widok, który fotografuję, i dosłownie opada mi szczęka. A jeszcze bardziej, jeśli udaje mi się uchwycić to piękno na zdjęciu, co niestety nie jest takie powszechne.

Poniżej kilka zdjęć wieczornych wykonanych między październikiem a grudniem.

_mg_8618

Widok z tarasu tzw. Gargamela, czyli dość pokracznej budowli mającej imitować zamek Przemysła II, o którym nikt nie wie, jak wyglądał

_mg_8747

Może znalazłyby się w moich zbiorach bardziej dramatyczne zdjęcia mostu św. Rocha, ale lubię to ze względu na barwy, księżyc, a także dlatego, że wykonałam je z pomostu dla wędkarzy, który wkrótce potem ktoś (nie ja!) zepsuł, a następnie go zdemontowano, wskutek czego teraz można fotografować tylko z brzegu i nie obejmie się całego odbicia.

_mg_9234

A z tych dramatycznych (już bez pomostu) to choćby takie

odzysk

Miały być odpaździernikowo dogrudniowe, a to jest z września. Ale przedostatniego 🙂 Fontanna i budynek Teatru Wielkiego w Poznaniu. Niestety przypadkowo skasowałam oryginał i pozostał mi jedynie gorszy jakościowo „odzysk z fejsa”. Przy tym rozmiarze – mam nadzieję – nie widać różnicy.

Tymczasem na fejsie: czy kobieta to towar?

My tu sobie protestujemy i domagamy się szacunku, a tymczasem lokal na starym rynku kusi „gorącymi laskami”, a siłownia (tak wnioskuję z obrazka) na Termach Maltańskich reklamuje się plakatem z napisem „Tylko 69” i panią wypinającą tyłek na jakimś przyrządzie sportowym. Większość osób na to nie reaguje, nawet jeśli im się to nie podoba, bo… no właśnie, bo co? Bo uważamy to za coś nieuchronnego? Ale czy to nie oznacza, że godzimy się z takim postrzeganiem kobiet? Tradycja uważania ich za zabawki dla mężczyzn jest długa, nie tylko w naszym kraju. Ale niektóre kraje walczą z tym lepiej niż nasz. U nas takie postrzeganie ciągle jest normą. Są instrumenty prawne do ścigania takich zachowań, bo podpada to pod dyskryminację ze względu na płeć, ale przypuszczam, że w większości przypadków sąd się nie dopatrzy przestępstwa (No bo właściwie kto tu jest dyskryminowany? Ja? Przecież to nie o mnie, tylko o jakichś paniach. Wszystkie kobiety? To niech wszystkie gremialnie złożą oświadczenie, że czują się dyskryminowane). Czasem się słyszy, że jakaś organizacja wniosła pozew, ale dotyczy to zwykle spraw grubszych, tymczasem tę straszną mentalność utrwalają właśnie takie „drobiazgi”, z którymi spotykamy się na każdym kroku. Druga strategia to zwracać uwagę na takie rzeczy, co niniejszym czynię. To nie jest normalne. Nie przyjmujcie tego jako czegoś nieuchronnego, nie śmiejcie się z żartów obrażających kobiety. Jeśli wszyscy zaczniemy zwracać uwagę, że to jest coś niewłaściwego, może za jakiś czas do tych zakutych łbów coś dotrze albo przynajmniej znajdą się w mniejszości i będą musieli się z nami liczyć.

Przypuszczam, że wrócę jeszcze do tego tematu, bo wciąż przychodzą mi do głowy (albo czytam o nich) kolejne przykłady tego, jak głęboko jest zakorzeniona wizja kobiety jako towaru. I to mimo emancypacji, feminizmu, zrównania w prawach. Tak jakby te wszystkie zjawiska zachodziły w jednym świecie, a wdrukowana mentalność rządziła w równoległym, z którym ten się przenika.

Tymczasem na fejsie: O radykalizacji

Chyba właśnie poczułam, jak to jest, że ludzie się radykalizują. Wygłaszasz jakąś myśl, jedni cię chwalą, inni przestają się odzywać. Naturalnie więc grawitujesz ku tym, którzy pochwalili. No bo ci drudzy się nie odzywają, a w ogóle to jesteś obrażona, bo ty tylko wyraziłaś swoje zdanie. I tak coraz bardziej, coraz bardziej w jedną stronę.

Bo kto ma siłę, żeby iść samotnie?

Albo może być tak: im więcej krzywdy wyrządzi tobie lub twojej sprawie jedna strona, tym bardziej grawitujesz ku drugiej. Można wtedy być ślepym na to, że druga strona stosuje podobne metody.

A trzecia strona? A czwarta? Może gdzieś istnieją. Czasem na świecie, czasem tylko w nas.

Tymczasem na fejsie: O prawdzie

Czasem coś piszę na fejsie pod wpływem chwili, dla znajomych, a po pewnym czasie dochodzę do wniosku, że chciałabym to upublicznić. Blog ma ograniczony zasięg, ale dłuższą trwałość wpisów, więc od czasu do czasu będę robić remanent w zapiskach z ostatnich tygodni i wrzucać je tutaj. Wiem, że nie odkrywam tymi wpisami żadnej Ameryki, chociaż właściwie odkrywam – dla siebie. Czasem pierwszy raz, czasem kolejny. Może akurat trafię u kogoś na taki moment, że się zastanowi albo nawet przytaknie.

Uwaga, banał! Ale wart przypominania. Uważam, że powinniśmy zawsze dążyć do prawdy i obiektywizmu, i nie bać się zmienić zdania, gdyby się okazało, że nie mieliśmy racji. Warto mieć autorytety, bo nikt z nas nie jest alfą i omegą, ale trzeba mieć w sobie gotowość na to, by samemu sobie powiedzieć „Sprawdzam”, gdy dochodzą do nas jakieś nowe poszlaki. Bo czasem się okazuje, że broniąc z żelazną konsekwencją swoich „prawd”, w istocie bronimy kłamstwa. Napisałam to już parę razy i powtórzę – nonkonformizm nie polega tylko na nieufności wobec tego, co płynie z zewnątrz. Najtrudniejsze jest ciągłe sprawdzanie własnych ugruntowanych przekonań, konfrontowanie ich z faktami. Dlatego nie dziwi mnie, choć smuci, że wielcy „nonkonformiści” często są ślepi na fakty i trzymają się jakiejś raz ustalonej wersji, co jest w istocie typowym konformizmem, podczas gdy osoby mozolnie dążące do obiektywizmu i wciąż rewidujące swoje przekonania w obliczu nowej wiedzy, nowo odkrywanych faktów, nie są doceniane.

Są przypadki, w których prawdy nie docieczemy. Jeśli coś rozegrało się w zamkniętym gronie i A mówi a, a B mówi b, nie możemy mieć stuprocentowej pewności, które z nich mówi prawdę. Wtedy zwykle o naszej opinii decyduje to, komu bardziej ufamy – warto jednak postawić na marginesie mały znak zapytania. Podobnie wtedy, gdy uważamy, że prawda leży pośrodku – bo może wcale tak nie jest.

Podobnie w sprawach wielkich. Ja na przykład nie wierzę w Boga i żyję zgodnie z tą niewiarą, ale nie mam dowodów na to, że on nie istnieje. Dlatego staram się nie kpić z osób wierzących, nie szerować memów obrażających ich wiarę, a od nich z kolei oczekuję, że nie będą się oburzać na moje poglądy ani instruować mnie, jak mam żyć. Bo one też nie mogą mieć pewności. Jeśli przyjmujemy, że obiektywizm jest wspólną płaszczyzną dla całej myślącej i dyskutującej ludzkości, mimo rozbieżności dyskusje stają się łatwiejsze i bardziej cywilizowane, a my sami przestajemy żyć w rozdwojonym świecie, w którym istnieje prawda zinternalizowana i prawdy wyparte.

Wspomnienie lata

_mg_3683

Dostojka latonia

Coraz trudniej spotkać motyle, ale może to dobry moment, by powspominać szał, który ogarnął mnie w lipcu. Otóż odkryłam niedaleko miejsca mojego zamieszkania kępę kwiatów odwiedzanych przez setki motyli – najwięcej osetników, ale były też pawiki, dostojki latonie, polowce szachownice, bielinki, przestrojniki i dużo małych motylków. Aż do wyjazdu na wakacje chodziłam tam niemal codziennie, a gdy po dwóch tygodniach wróciłam, osty przekwitły i motyli już nie było – przynajmniej tych większych. Podejmowałam jednak wyprawy i od czasu do czasu udało mi się jakiegoś sfotografować we wdzięcznej pozie.

_mg_2054

Rusałka osetnik – król świata, a przynajmniej tego skrawka

_mg_3697

Cytrynek

Ciepły wrzesień pozwolił mi dopaść parę kolejnych okazów. Szczególnie wdzięcznym miejscem do sesji okazał się poznański Ogród Botaniczny, gdzie wciąż bytowało mnóstwo pawików, ale przy odrobinie szczęścia spotykało się i inne gatunki. Przy okazji można było popatrzeć na roślinki, a nawet odwiedzić festiwal herbaty.

_mg_4605

Rusałka pokrzywnik

_mg_4469

Pawik – obawiam się, że lepszego zdjęcia tego motyla już w życiu nie zrobię

Tymczasem nadeszła jesień, motylki idą spać – jedne na zawsze, inne tymczasowo. Być może w najbliższych miesiącach będę robić więcej zdjęć nocnych, bo noc dłuższa. Może sfotografuję jakieś fajne ptaki. Motyle muszą poczekać – ale bez obaw, wrócą i one, i ja z aparatem na łąkę. Na razie zostawiam Was z kilkoma przyjemnymi okazami!

strzepotekruczajnik

Strzępotek ruczajnik

_mg_4683

Dostojka raz jeszcze

_mg_5063

Pawik ponownie

_mg_1990

Osetnik

Dobranoc, motylki! Śpijcie dobrze. Pięknych snów – i widzimy się wiosną!

Pocztówka z wakacji – Czeskie Budziejowice, Czeski Krumlow, Trzeboń, Tabor, Jindřichův Hradec, Szumawa

_MG_2116

Czeskie Budziejowice – Plac Przemysła Ottokara, ponoć jeden z największych rynków w Europie (widok z Czarnej Wieży)

Kurczę! Nie dam rady szczegółowo opisać naszego tegorocznego pobytu, a był najdłuższy ze wszystkich dotychczasowych, bo trwał równo dwa tygodnie. Planowaliśmy tydzień spędzić w Czeskich Budziejowicach, a tydzień na Szumawie w miejscowości Nova Pec, ale dzień przed wyjazdem z Budziejowic otrzymaliśmy (a raczej – odebraliśmy, bo wysłał go dwa dni wcześniej, ale w pensjonacie nie łapało nam wifi, więc co dwa-trzy dni braliśmy laptopa pod pachę i szliśmy z nim do knajpy, by się połączyć ze światem przy piwie lub kofoli) maila od gospodarza z Novej Peci, że piorun uderzył mu w skrzynkę od prądu i spalił instalację, w związku z czym anuluje nam pobyt. Rozważaliśmy trzy opcje: próbować znaleźć nocleg gdzie indziej na Szumawie, przedłużyć w Budziejowicach albo jechać do Pragi. Najpierw zadzwoniliśmy do kilku miejsc w okolicach Novej Peci i o dziwo nawet udało nam się dogadać, ale niestety wszędzie mówili, że miejsc nie ma. W Pradze nie odbierali telefonu, bo sobota. Kiedy więc okazało się, że nasz gospodarz może przedłużyć nam pobyt aż do piątku, uznaliśmy, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu (choć jeśli gołąb, to na pewno byłby sierpówką, bo pełno ich latało i pohukiwało wokół naszego pensjonatu i parku Stromovka) i przystaliśmy na to. Potem już na spokojnie załatwiliśmy sobie jedną noc w Pradze i stamtąd w sobotę wracaliśmy do Polski.

_MG_2271

Czeski Krumlow – detal z zamku

Na Szumawę ostatecznie skoczyliśmy, ale tylko na dzień – pociągiem z Budziejowic rano, powrót wieczorem. Zobaczyliśmy Novą Pec i rozlaną Wełtawę, która w tamtym miejscu przechodzi w jezioro Lipno. Przeszliśmy się tzw. Niedźwiedzią Ścieżką (bez obaw – nazwa pochodzi od ostatniego misia, ubitego tam ponad półtora wieku temu). Nie było jednak czasu na konkretną wycieczkę w góry ani na plażowanie nad Wełtawą. Może jeszcze kiedyś tam trafimy – oceniając na podstawie widoku z pociągu, upodobaliśmy sobie miejscowość Černá v Pošumaví, gdzie otwiera się piękny widok na jezioro Lipno i bujające się na nim jednostki pływające.

_MG_3145

Plac Przemysła Ottokara nocą – zdjęcia robione z ręki, muszę pochwalić swój aparat (Canon EOS 700D)

_MG_3158

Czeskie Budziejowice okazały się uroczym i przyjaznym miastem z dużą i ładną starówką, dwiema rzekami i mnóstwem terenów zielonych (czego, szczerze mówiąc, się nie spodziewałam – przeciwnie, z jakiegoś powodu sądziłam, że jadę do brzydkiego miasta, wartego odwiedzenia tylko ze względu na Szwejka i sąsiedztwo). Okolice bliższe i dalsze też godne uwagi – Czeski Krumlow, miasteczko znajdujące się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, oblegane przez turystów niczym praska starówka i równie piękne. Z kolei Jindřichův Hradec – spokojne miasteczko bez nadmiaru turystów, ale bardzo urokliwe ze swoimi dwoma jeziorkami, które – jeśli dobrze pamiętam – zwą się po prostu Velky Rybnik i Maly Rybnik. Po drodze odwiedziny w Trzeboniu i oprócz przechadzki obowiązkowa degustacja tamtejszego piwa Regent. Innego dnia wypad do Taboru, który z kolei odrobinę mnie rozczarował, a może mieliśmy po prostu pecha do pogody. I jeszcze Hluboka nad Vltavou z tamtejszym zamkiem, o którym przewodnik pisze, że jest drugim najczęściej odwiedzanym w Czechach. Moja reakcja na jego widok? „Wygląda, jakby go zbudowali wczoraj”. Cóż, spodziewałam się czegoś w rodzaju zamku Czocha, a tymczasem budowla jest gruntownie odnowiona. Niemniej widoki z wieży całkiem zacne. 

_MG_2692

Jindrichuv Hradec – widok z wieży zamkowej na stawy

_MG_2747

Jindrichuv Hradec

_MG_2775

Rynek w Trzeboniu

_MG_3220

Tabor – uliczka

_MG_2578

Hluboka nad Vltavou – zamek

Mimo wszystko dwanaście nocy spędzonych w Czeskich Budziejowicach to trochę za dużo. Po pierwsze, mam niedosyt, że nie zrealizowaliśmy naszych górskich planów. Po drugie, tak się przyzwyczaiłam do Budziejowic, że wyjeżdżałam stamtąd niemal ze łzami w oczach. Przystanek w Pradze nieco osłodził nam powrót, ale bardzo mi żal, że wakacje dobiegły końca. Tym bardziej że po pięciu kolejnych wakacyjnych wyjazdach do Czech podjęliśmy męską decyzję, iż przyszłoroczne wakacje spędzimy częściowo w Polsce, a częściowo na Słowacji. Na ogół jednak z takich wczesnych planów niewiele wychodzi, bo nim nadchodzi kolejne lato, już nawet ich nie pamiętamy…

_MG_2999

Wełtawa w Novej Peci

_MG_2464

Rzeka Malse w Czeskich Budziejowicach

_MG_3133t

Dzięcioł zielony „ustrzelony” w parku Stromovka

_MG_3338

Graffiti nad Wełtawą

Niedoemancypowani

Tyle się mówi o seksizmie w kontekście dyskryminacji kobiet, a tak mało o tym, co stereotypizacja ról robi mężczyznom (i co w dalszej kolejności szkodzi także kobietom, podobnie jak wtłaczanie kobiet w niezdrowe ramy szkodzi mężczyznom, bo przecież żyjemy razem, jeśli nie w domu, to w społeczeństwie). Niedawno przeczytałam na blogu pewnej pani artykuł  o tym, jak to biedne, „niedoruchane” dziewczyny męczą się z facetami, którzy nie chcą z nimi spać.

Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby w tym tekście zamienić płcie rolami. Jaka awantura by wybuchła, że kobiety mają prawo to robić, kiedy i jeśli chcą, a jak się facetowi nie podoba, to niech chodzi do burdelu, bo widać do związku nie dojrzał. I w ogóle męska opresja itd., itp. Wygląda na to, że w drugą stronę to nie działa – mężczyzna ma być ogierem, który zaspokaja kobietę wtedy, kiedy ona ma na to ochotę.

Jeden wielki seksistowski bullshit.

Mężczyzna – podobnie jak kobieta – ma prawo mieć niskie libido, ma też prawo być aseksualny. Niestety w naszej kulturze „być mężczyzną” oznacza być zawsze gotowym i chętnym. Jeśli ktoś nie pasuje do tego schematu, jest wykpiwany, a najczęściej także totalnie zakompleksiony, bo kupuje te bzdury o męskości i o tym, że coś z nim nie tak. Dostrzegacie tę dysproporcję? Kobietom wolno się kochać, kiedy i jeśli chcą, z kim chcą i jak chcą, ale mężczyznom nie – oni muszą!

W moim odczuciu osób aseksualnych lub o libido niższym niż to, które można by uznać za normę na bazie filmów, książek czy opowieści przy piwie, jest mnóstwo. Warto też wspomnieć, że pojęcie aseksualności bywa rozumiane rozmaicie. Bynajmniej nie oznacza impotencji (choć prawdopodobnie tej etykiety najbardziej boją się faceci), nie musi też oznaczać braku zainteresowania seksem. Wiele osób określających siebie jako aseksualne stosuje ten termin w opozycji do hetero/homoseksualności: nie pociągają ich ani mężczyźni, ani kobiety. W ogóle nie pociągają ich ludzie. Nie wyklucza to jednak aktywności seksualnej, bo zwykle są to osoby sprawne fizycznie w tym względzie i podobnie jak inni zdolne do czerpania przyjemności z orgazmu[1].

W jednym zgadzam się z autorką: jeśli istnieje znaczna dysproporcja w tym względzie, para albo powinna się rozstać, albo poszukać jakiegoś sposobu na kompensację dla osoby, której brakuje seksu w związku. Tyle że do tego ostatniego potrzebna jest otwartość, której – jak z artykułu wynika – owi mężczyźni nie prezentują (nie chcą rozmawiać, obrażają się, udają, że nie ma tematu). Zamiast jednak sarkać, że nasz facet to duży dzieciak, zadajmy sobie pytanie, czy same jesteśmy całkiem w porządku. Czy zamiast wysyłać faceta na terapię, nie powinnyśmy zacząć od uznania jego prawa do odmienności? Czy miarą naszej dojrzałości nie byłoby powiedzenie: „Słuchaj, nasze potrzeby seksualne się rozmijają, może jednak nie jesteśmy dla siebie stworzeni?”. Sugerowanie, że problem leży po drugiej stronie, zawsze obnaża naszą słabość, niezdolność do wzięcia części odpowiedzialności za sytuację – albo za uznanie, że sytuacja jest, jaka jest, bez niczyjej winy. Związki czasem się nie udają. Początkowo ludzie są bardziej skłonni do robienia tego, co lubi druga osoba. Są zakochani, chcą się przypodobać. Potem, gdy przysłowiowa adrenalina opada i bycie razem staje się codziennością, woleliby po prostu być sobą. Czasem obie strony potrafią się w tym odnaleźć, czasem nie.

Nie krzywdźmy siebie. Pogódźmy się z tym, że nikt nie ma obowiązku być taki jak druga osoba – również w sferze seksualnej. Jeśli nie można inaczej, zwróćmy sobie wolność bez oskarżeń. A jeśli chcemy pomóc naszemu facetowi, to owszem, namawiajmy go na wgląd w siebie, polecajmy wizytę u psychologa – ale nie dlatego, że coś jest nie tak z jego sferą seksualną, tylko dlatego, że tkwi zawieszony między swoją tożsamością a wymaganiami społeczeństwa. Polecajmy mu terapię, by mógł być sobą bez poczucia winy. Nie leczmy go z „obniżonej” seksualności, bo to równie wstrętne jak leczenie z homoseksualności – pomóżmy mu wyleczyć się z kompleksów, z niepewności, z przekonania, że jest z nim coś nie tak.

To się powoli zmienia, ale mężczyźni wciąż są daleko w polu za kobietami, jeśli chodzi o wyzwalanie się z maskulinistycznych konwenansów, uświadamianie sobie swojej tożsamości i uczenie się żyć po swojemu bez kompleksów. Na zasadzie Paragrafu 22 działa tu stereotyp, że prawdziwy mężczyzna musi być silny – stereotyp, który nie tylko odpycha mężczyzn od gabinetów psychologów, ale i skłania do wypierania ze świadomości własnych dylematów. Oczywiście to też stereotyp. W wielu wypadkach jest inaczej, niemniej wydaje mi się, że w przekroju całego społeczeństwa, przynajmniej polskiego, samoświadomość kobiet (świadomość swoich praw, potrzeb, emocji, swojego ciała) jest znacznie wyższa niż samoświadomość mężczyzn. Jeśli więc czytają to mężczyźni, zapewniam, że zastanawianie się nad sobą Was nie zabije i że póki nikogo nie krzywdzicie, możecie być tacy, jacy jesteście – a jeśli wydaje Wam się, że krzywdzicie, nie uciekajcie przed tym, tylko poszukajcie rozwiązania, najlepiej wespół z tą osobą. Jeśli zaś czytają to kobiety, apeluję o to, żeby w ocenianiu mężczyzn unikały seksistowskich klisz, przed którymi same tak się buntują.

 

[1] Jako że może to być konfundujące, zamieszczam link do bloga o aseksualności (zwracam szczególną uwagę na rozróżnienie między pożądaniem [sexual attraction], czyli tym, że pociąga nas jakaś osoba, a libido, czyli popędem seksualnym w ogóle).

Ptaszki i motylki

mewa

Śmieszka

Powoli oswajam się z robieniem zdjęć dużym obiektywem. Spieszę wyjaśnić moją fachową terminologię – duży obiektyw to ten, co jest większy, a mały to ten, co jest mniejszy 🙂 Mały (zakres ogniskowych 18-55mm) nadaje się do fotografowania krajobrazów, budynków i ogólnie rzeczy w miarę dużych, które pozwala objąć, a duży (zakres 55-250mm) ma tę zaletę, że pozwala „przybliżyć” obiekt, więc stosuję go do fotografowania ptaszków, motyli i podobnego tałatajstwa. Tak naprawdę z całego zakresu jego ogniskowych używam przeważnie największej – 250 – dającej maksymalne przybliżenie, oraz najmniejszej – 55 – kiedy chcę sfotografować jakiś widoczek, a nie chce mi się zmieniać obiektywu. Od biedy da się coś objąć przy tej ogniskowej (np. widok Malty z punktu widokowego przy lodziarni obok Malta Ski), ale na ogół wychodzą jakieś toporne fragmenty.  Doradzano mi zakup obiektywu stałoogniskowego, ale po pierwsze, wszystkie były znacznie droższe, po drugie, nie bardzo wtedy wiedziałam, jaka ogniskowa by mi odpowiadała (teraz wiem, że 250 to absolutne minimum dla fotografii ptasiej), a po trzecie – chyba jednak lubię obiektywy zmiennoogniskowe. Może są mniej profesjonalne, ale można się nimi pobawić.

_MG_1294

Polowiec szachownica

Początkowo nie byłam zadowolona z efektów – a to przybliżenie za małe (bo ptaki raczej nie lubią podchodzić i kłaniać się przed aparatem), a to, jeśli już udało mi się coś sfotografować, jakieś takie bez duszy były te zdjęcia – ot, ptaszek sobie płynie albo stoi w trawie. Ale z czasem udało się uchwycić parę ciekawszych obrazków – a to motyl fajnie rozłożył skrzydła, a to ptak spojrzał. Zupełnie jeszcze nie mam pojęcia, jakim cudem ludziom udaje się fotografować ptaki w locie, bo mnie one przemykają przez wizjer, nim zdążę nawet pomyśleć i ustawieniu ostrości, a co dopiero ją złapać. Ale najwyraźniej można, bo widywałam w sieci zrobione w locie zdjęcia nawet tak szybkich ptaków jak jaskółka czy jerzyk.

Ja na razie skromnie prezentuję kilka zdjęć różnych złapanych przez siebie stworzonek.

_MG_0714

Młoda wiewiórka

glowienka

Samiec głowienki (chyba zostawił rodzinę, bo teraz widuję tylko samicę z młodymi)

_MG_1334

Tak se pływam (młoda głowienka)

_MG_1344

Z mamą

_MG_1552

Karłątek ryska

Jak pokochałam Maltę

IMG_9259

Widok z okolic zegara słonecznego

Porobiło się tak, że najchętniej fotografuję krajobrazy. Mam już wprawdzie nowy obiektyw „na ptaszki” (55-250mm) i nawet w tym wpisie pokażę Wam efekty jego używania, ale i tak najczęściej wyprawiam się na zdjęciowe łowy z małym obiektywem i statywem. Okazało się, że najbliższe i najwdzięczniejsze miejsce na takie łowy to Jezioro Maltańskie, do którego mam jakichś piętnaście minut rowerem. Przez ostatnie trzy miesiące dowiedziałam się o tym miejscu więcej niż przez wszystkie dotychczasowe lata (a mieszkam na Ratajach od roku 1993), poznałam chyba wszystkie pomosty, punkty widokowe na brzegu, a także sporo fauny – ot, choćby bobra, perkoza rdzawoszyjego czy też samotnego młodego łabędzia, któremu nadałam imię Ash. Ash przesiaduje zwykle na jednym z pomostów przy końcu jeziora. To ponoć nic dziwnego, że jest sam, bo łabędzie odłączają się od rodziców w wieku kilku miesięcy, a rodzinę zakładają dopiero w wieku 4-5 lat. Trochę jednak się o niego martwię. Mam nadzieję, że jesienią dołączy do jakiejś grupy i odleci z nią.

_MG_0473

Ash na pomoście

IMG_9621t

Perkoz rdzawoszyi

Bobra Wam nie pokażę, bo zdjęcie nieostre, ale mogę opowiedzieć, jak go spotkałam. Otóż przyczaiłam się na fontannę, która wreszcie zaczęła działać – wcześniej bowiem wieczorami, kiedy powinna mienić się kolorami, na ogół nie działała. Ale naprawili. No i znalazłam sobie takie miejsce, nie napiszę gdzie, które wydawało się obiecujące do zrobienia fajnych prawie-nocnych zdjęć. Rozstawiłam statyw i fotografuję, coraz bardziej świadoma, że w trzcinach za plecami coś się gramoli. W końcu wylazło. Może trochę przyczynili się do tego wrzeszczący ludzie w pontonie z silnikiem, którzy panoszyli się po całym jeziorze. W każdym razie bóbr wygramolił się z wody jakieś dwa metry ode mnie. Było już bardzo szaro, ale nie ciemno.  Trochę się na niego pogapiłam, a ponieważ od razu nie zwiał, poszłam po aparat, jakimś cudem nawet przypomniałam sobie, by włączyć lampę, ale niestety aparat nie złapał ostrości (chyba nawet wiem dlaczego), więc choć pokazałam jedno ze zdjęć znajomym na fejsie, to Wam nie pokażę 😉 W każdym razie bydlak był wielki i nie ma wątpliwości, że to bóbr. Potem zwiał do wody, popłynął kawałek dalej, gdzie trzcina była gęstsza, i tyle go widziałam.

Wszystkie te wieczory i związane z nimi przygody obudziły we mnie głęboką miłość do tego miejsca. Niby miejskie jezioro, oblegane przez spacerowiczów, rowerzystów, biegaczy, rolkarzy, nawet osoby pijące piwo w przyjeziornych knajpkach, ale drzemie w nim kawał magii – wielokrotnie samotnie stałam ze statywem na pomoście, przy którym latem jest popularna plaża, gdy wokół zapadał zmrok. Tylko kaczki pluskały, muzyka dobiegała z dala, aż nagle, o dziewiątej, ciemno już było, zaczynała płynąć po wodzie melodia dobiegająca prawdopodobnie aż z kościoła w Zielińcu – w każdym razie kiedyś byłam tam wieczorem i tak samo grało. Zaprawdę, powiadam Wam – kawał solidnej magii. Nie raz tam zmarzłam, ale zwykle nie odczuwałam tego podczas robienia zdjęć. Albo byłam zbyt zaaferowana, albo zimno dawało się we znaki dopiero na rowerze, gdy trzeba było mierzyć się z wiatrem.

Każdy wieczór jest inny. Inny jest każdy zachód słońca, każdy zmierzch. Czasem zdjęcia w „niebieskiej godzinie” – krótko przed całkowitym zapadnięciem ciemności – faktycznie wychodzą niebieskie (właściwie granatowe), a czasem bardziej szare. Jeszcze tego do końca nie rozgryzłam, ale wydaje mi się, że większe szanse na niebieskość są wtedy, gdy niebo jest albo całkowicie czyste, albo jednolicie zaciągnięte chmurami. Gdy trochę tak, a trochę tak – wychodzi szarość z chmurką.

Im bardziej zaprzyjaźniam się z tym miejscem i z tamtejszą fauną, tym bardziej niepokoją mnie sytuacje w rodzaju tych gości, którzy szaleją motorówkami. Mam nadzieję, że była to jakaś jednorazowa impreza, a nie, że na przykład otwarto wypożyczalnię i odtąd będą tak szaleć codziennie. Wydaje mi się, że przeszkadza to nie tylko zwierzętom, ale także znakomitej większości ludzi wypoczywających tam i uprawiających różne formy rekreacji.

Jestem też ostrożna w kwestii nowej ledowej tablicy, która powstała w miejscu starej tablicy wyników. Jeszcze jej nie widziałam, ale z opisu wnoszę, że będzie wyświetlała filmiki reklamowe, co moim zdaniem bardzo źle wpłynie na estetykę miejsca i zepsuje przyjemność obcowania z zachodami słońca.

Ale zobaczymy. Na razie zostawiam Was z filmem ukazującym feerię barw fontanny (polecam obejrzenie do końca, bo pod sam koniec coś się dzieje) oraz kilkoma zdjęciami jeziora.

_MG_0352

Z prawej za pomostem to oczywiście Ash

_MG_0420

CH Malta z kaczką

_MG_0509

Wieczór sfotografowany z trawiastego półwyspu niedaleko term

_MG_0551

Raz jeszcze fontanna – tym razem statycznie

_MG_0529

Dobra, macie tego bobra

Pomiędzy

Zamieściłam ten wpis kilka dni temu na Facebooku, a potem żal mi było patrzeć, jak znika przykryty przez kolejne wpisy o tym, że pies zaginął albo człowiek. Przypomniałam sobie, że ten blog pierwotnie powstał właśnie po to, by takie wpisy, w które włożyłam trochę rozmyślań, zachować na nieco dłużej. Proszę bardzo – może kogoś skłoni.

Myślę sobie o tym, jak skomplikowaną sprawą jest znalezienie równowagi między całkowitym zaufaniem do „swoich” – swoich przyjaciół, swojej partii, swojej linii ideowej – a podważaniem wszystkiego, czego się nie widziało na własne oczy. Sceptyk we mnie mówi, że powinno się podważać wszystko. Nie byłam, nie widziałam, nie wiem, kto mówi prawdę i czy ktokolwiek. Ale tak chyba nie da się żyć – jesteśmy pogrupowani, mamy jakieś swoje frakcje, tym osobom wierzymy, a tym nie, tego radia słuchamy, a to jest gadzinówką. Nie da się być wszędzie. Nie mieć zdania na temat niczego, przy czym się nie było, może i się da, ale wtedy stajemy się bierni. Więc jednak stopniowanie zaufania w zależności od tego, skąd jakaś wieść pochodzi. Ale to z kolei niesie ze sobą niebezpieczeństwo, które często obserwuję u ludzi, w tym u siebie – wiarę w to, że „moi” nie mogą się mylić, naginać prawdy albo że nie mogli zrobić tego złego czegoś, o co ktoś ich oskarża. A przecież jesteśmy tylko ludźmi i zwykle nawet sami do siebie nie mamy stuprocentowego zaufania. Możemy zrobić coś niewłaściwego, bo jesteśmy w trudnej sytuacji, w depresji, coś nam odbiło albo po prostu dokonaliśmy złego wyboru. To, że ktoś jest naszym dobrym znajomym albo ulubionym politykiem czy dziennikarzem, nie znaczy, że jest kryształowy i nigdy się nie myli. Warto zadać sobie pytanie, czy stosujemy tę zasadę ograniczonego zaufania w stosunku do osób, które znajdują się dla nas po dobrej stronie mocy. Czy zdarza nam się pomyśleć: „OK, on/ona tak mówi, ale przecież nie mam stuprocentowej pewności, że tak było”. Ja często się waham pomiędzy wiarą a sceptycyzmem i czasem mi się obrywa za łatwowierność, a kiedy indziej za to, że się nie angażuję. Trzeba być pomiędzy, bo z jednej strony jest fanatyzm, a z drugiej obojętność. Tylko w którym miejscu tego pomiędzy – oto jest pytanie.

Wychodzę na chwilę

IMG_7649

Jest taka sprawa, że nabyłam lustrzankę. Jest też taka sprawa, że umiejętności związane z jej używaniem nie rodzą się automatycznie w głowie i w oku, co może nie było dla mnie szczególnym zaskoczeniem, ale przyczyną pewnej frustracji i owszem. Na szczęście kilka zaledwie dni po tym, jak nabytek wylądował w mych rękach, zostałam pocieszona przez posiadacza podobnej zabawki, niejakiego Prezesa, że jemu też początkowo zdjęcia wychodziły gorsze niż z idiotencamery i dopiero po pół roku zaczęły jakoś wyglądać. Dodam, że „jakoś” w jego przypadku znaczy „naprawdę nieźle”.

No więc ćwiczę. Ćwiczę namiętnie. Tak namiętnie, że współmałżonek wertuje encyklopedię zdrowia w poszukiwaniu odpowiedniej jednostki chorobowej. Już wcześniej wprawdzie zdarzało się, że po powrocie z zakupów rzucałam siatki w korytarzu, wołałam „Wychodzę na chwilę!”, brałam aparat (mój wcześniejszy model, o którym zaraz) i zbiegałam przez park nad Wartę, by obfotografować zachód słońca. Czasem nawet nie było trzeba wracać z zakupów – wystarczyło światło odbijające się w oknach przeciwległego bloku.

IMG_6656

Mój poprzedni aparat, właśnie. Choć „poprzedni” to jednak krzywdzące określenie, bo z racji mieszczenia się w torebce nadal bywa w użyciu i podejrzewam, że nie rozstanę się z nim na dobre. Nie był pierwszy, ale był moją pierwszą cyfrówką, i choć można robić na nim automatycznie wszystko, od początku zawzięłam się, żeby ustawiać ręcznie, co tylko się da. Podobnie zresztą robię z nowym, co oczywiście nie jest optymalnym wyjściem, bo niemal przy każdym ujęciu trzeba zmieniać ustawienia (i przeważnie wykonać kilka zdjęć, nim się znajdzie jakieś w miarę dobre), a nie zawsze jest na to czas. Uparłam się jednak, że chcę jak najwięcej się nauczyć, a czas na tryb automatyczny czy półautomatyczny przyjdzie potem.

Poprzednim aparatem fotografowałam kilka lat i wiele się nauczyłam, choć może po moich zdjęciach tego nie widać 😉 Dużo z tej wiedzy przydaje mi się teraz, gdy mam nowy, też zresztą Canona, więc i rozkminienie teorii okazało się łatwiejsze. Praktyka to całkiem inna para kaloszy, ale mam na nią całą resztę życia. Jedna natomiast rzecz z czasem coraz mocniej mi doskwierała, mianowicie aparacik ów nie dawał możliwości własnoręcznego ustawienia czasu naświetlania i przysłony. Można było dać mu do zrozumienia, czego dusza pragnie, manipulując ISO i przełącznikiem makro/normalne/pejzaż, ale o uzyskanie wymarzonego efektu było trudno. A kusiły mnie choćby zdjęcia nocne.

IMG_7723

Długo się przymierzałam do zakupu nowego aparatu. Mając niewielką wiedzę (bo tej nabywa się dopiero w praktyce, o czym zdają się nie pamiętać różni mądralińscy z forów fotograficznych), nie umiałam określić, jaki aparat będzie dla mnie dobry, a każdy doradzał co innego. W końcu wybrałam najprostsze rozwiązanie: oto ktoś zapytał fotografa publikującego fajne zdjęcia na fejsie, jakiego używa sprzętu, a on odpowiedział: „Nie specjalnego, Canon taki a taki, obiektyw taki a taki”. Postanowiłam, że taki właśnie aparat kupię. Skończyło się na nowszym modelu, bo tamtego nie było już w sprzedaży. Okazało się zresztą, że to aparat dość popularny wśród moich znajomych. Na drugi obiektyw wciąż pracuję, na razie używam standardowego 18-55mm, który nieźle nadaje się do pejzaży, natomiast trudno robić nim zdjęcia czegoś, co nie chce pozować ni podejść, np. ptaszków. Upatrzyłam już sobie nawet obiektyw 55-250mm, ale pomijając aspekt finansowy, chcę na razie trochę poćwiczyć na tym, który mam. Czasem się wściekam – ot, choćby podczas wczorajszej wycieczki rowerowej, gdy przyuważyłam kokoszkę wodną w Parku Sołackim, a na Rusałce kaczkę z małymi – ale czuję, że jeszcze nie czas na dokładanie kolejnego przedmiotu w tej mojej fotoszkole, bo i bez tego daleka jestem od jakiegokolwiek ogarniania. Uczę się cierpliwości – zdarza mi się pojechać rowerem nad Maltę o zachodzie słońca, znaleźć fajną miejscówkę, rozstawić  statyw, zmarznąć, a po powrocie do domu stwierdzić, że mam może jedno znośne zdjęcie. Najgorsze, że torturuję znajomych z Facebooka swoją twórczością, czasem nawet tą słabszą, bo jakoś nie mogę się pogodzić z tym, że wieczór poszedł na marne.

Inna rzecz, że dziś wiele osób przegląda internet na komórkach, gdzie nie zawsze da się odróżnić dobre zdjęcie od niedobrego, co może być pewną pociechą w przypadku tych gorszych, za to w przypadku lepszych frustruje. No i algorytmy fejsa, które arbitralnie decydują, co komu pokazać, a co nie.

IMG_7829

Tak więc odkrywam, że pod wieloma względami fotografowanie przypomina pisanie – namęczysz się, a pies z kulawą nogą tego nie doceni. Tyle tylko, że przynajmniej omiecie wzrokiem, a to i tak więcej niż w przypadku twórczości literackiej czy choćby tego wpisu. Ale chwilowo nowe hobby przysłania mi większość starych, co w jednych przypadkach mnie martwi, a w innych cieszy. Besztam się na przykład za to, że rzadko biegam, natomiast brak pisania mnie wręcz raduje, bo niepublikowana twórczość powoli przestawała mieścić się w szufladzie. W szufladzie mojej cierpliwości, that is. Spieszę jednak zapewnić, że nie z powodu frustracji zaprzestałam pisania. Na pewno kiedyś doń wrócę, choćby i za dwadzieścia lat. Tylko to bieganie… no dobra, może dzisiaj się uda, bo pogoda mało fotograficzna.

W każdym razie nie zanosi się na to, żebym w najbliszej przyszłości przestała wrzucać na fejsa zdjęcia, w nadmiernej być może liczbie. Mam nadzieję, że nie stanie się to dla nikogo powodem wyłączenia mnie z feedu. A współmałżonek pewnie jeszcze nie raz usłyszy „Wychodzę na chwilę!” i będzie doskonale wiedział, że nie ma się mnie spodziewać wcześniej niż za godzinę.

Chciałabym kiedyś robić dobre zdjęcia. Trzymajcie kciuki.

IMG_6863

IMG_7413

Przyjaźń z podwórka

Pewnie wszystkie Ameryki są już odkryte, ale własne odkrycia mają niepowtarzalny smak. Poza tym czasem się okazuje, że wcale nie dopłynęliśmy do Ameryki, tylko do Indii albo w ogóle na manowce. Tak przynajmniej jest u mnie – jakieś nowe zdarzenie, inny punkt widzenia i trzeba przemodelować dotychczasowe przekonania.

Dziś będzie o przyjaźni.

Spotkałam się niedawno z określeniem „przyjaźń poza strefą komfortu”. Strefa komfortu to otoczenie, w którym czujemy się swojsko i bezpiecznie. Każdy powinien taką strefę mieć, a jednocześnie przebywanie w niej przez cały czas ogranicza nasze poznanie. To tak, jakbyśmy przez całe życie bawili się na swoim podwórku, czasem tylko zerkając przez bramę na świat poza nim, lecz nigdy nie wychodząc, bo nie wiadomo, co nas tam spotka. W tak skonstruowanym świecie ludzie kisiliby się w gettach i pielęgnowali w sobie zmyślone wyobrażenia na temat innych gett.

Przyjaźnią poza strefą komfortu nazwał na Facebooku mój kolega przyjaźń Judy i Nicka – króliczki i lisa – ze Zwierzogrodu. Na lisim podwórku co rusz rozbrzmiewają dowcipy o królikach, z kolei królicze pełne jest strachu przed lisami i negatywnych stereotypów na ich temat. Aby się zakumplować, Judy i Nick muszą najpierw ze swoich podwórek wyjść, wyłączyć filtry uprzedzeń i zobaczyć drugą osobę taką, jaka jest naprawdę. Nie obędzie się bez nieporozumień i tarć, ale ostatecznie przyjaźń zwycięży.

W życiu, niestety, bywa trudniej. Ponieważ nasze strefy komfortu są płynne – w dzieciństwie może to być dom rodzinny i grupa przedszkolna czy klasa, potem środowiska skupione wokół podobnych zainteresowań czy poglądów – miewamy znajomych, czasem nawet bliskich, w innych strefach. Weźmy paczkę koleżanek z liceum. Jeździcie razem na wakacje, zwierzacie się sobie z rozterek. Po maturze trafiacie do różnych środowisk, nasiąkacie różnymi ideami. A może po prostu upływ czasu was zmienia. Wciąż jednak się widujecie. Wspominacie stare czasy, opowiadacie, co u was słychać – niekiedy pobrzmiewają w tych rozmowach dysonanse, pojawiają się pęknięcia, ale szybko od nich uciekacie, och, nie będziemy się tu przecież kłócić o politykę, w końcu jesteśmy starymi przyjaciółkami i nic tego nie zmieni.

Aż tu nagle bum! – wydarza się coś, co zaburza ten układ. Oto jedna z koleżanek ujawnia, że jest lesbijką. Albo związała się z czarnoskórym chłopakiem. Dla ciebie to nie problem – z chłopakami trzeba być ostrożną, z dziewczynami też, ale dopóki nie wyłącza rozsądku, ma twoje błogosławieństwo. Tymczasem Kryśka wpada w histerię. Jadźka, daj spokój, Murzyn i może jeszcze do tego muzułmanin? Wywiezie cię do Afryki i zamknie w haremie. Albo zrobi ci dziecko i wyjedzie, a ludzie będą cię wytykać palcami, że się z czarnym puściła. Jadźka, ja to wszystko dla twojego dobra, przysięgam! Po prostu nie chcę, żebyś cierpiała.

I Kryśka naprawdę tak uważa. Może nawet sprawy tak się potoczą, że będzie mogła powiedzieć „A nie mówiłam?”. Bo w życiu każdy wybór obarczony jest ryzykiem, a im trudniejszy, tym ryzyko większe.

Na pewnym poziomie Kryśka pozostaje lojalną przyjaciółką. Bez wahania wesprze koleżankę, gdyby ta miała problemy… hm, choćby finansowe. Jeśli Jadźka zachoruje, Kryśka będzie biegać do szpitala, gotować dla niej, opiekować się kotami. Nawet ta nieakceptacja jej wyborów wynika wyłącznie z troski, więc Jadźka czuje, że nie ma prawa się skarżyć, bo przecież ta Kryśka taka dobra, tak się o nią troszczy mimo różnicy poglądów. I jest jej głupio, kiedy wcale się nie cieszy z widoku Kryśki. „Jestem niewdzięczna – myśli sobie – a przecież ona tyle dla mnie robi”.

Co jednak z tego, że Kryśka wspiera ją w chorobie czy kłopotach finansowych, skoro nie potrafi wykrzesać z siebie wsparcia dla tego, co najważniejsze: dla bycia sobą? Kogo ona właściwie wspiera, Jadźkę czy swoją wizję Jadźki, a może po prostu tym bieganiem do szpitala zagłusza wyrzuty sumienia wywołane faktem, że nie potrafiła zaakceptować wyborów przyjaciółki? Albo jeszcze gorzej – wierzy, że uda jej się wpłynąć na Jadźkę, wymodelować ją zgodnie z własnymi oczekiwaniami? Wszystkie te procesy zachodzą podświadomie, ale czymkolwiek się kieruje, nie potrafi dać przyjaciółce tego, czego ta potrzebuje najbardziej: akceptacji. Nie pomoże jej rozwiązać problemu czy podjąć decyzji, bo przecież potępiła jej wybór i nie zniży się do dyskutowania o czymś, co jest jego skutkiem. Zamknęła się na swoim podwórku i jeśli Jadźka chce rady, musi tam przyjść i negocjować na warunkach Kryśki.

Pewnie każde z nas ma takich znajomych. I wszyscy czujemy, że coś jest nie tak z tą ich przyjaźnią, choć nie zawsze potrafimy to nazwać. Zadałam sobie jednak pytanie, co by było, gdyby hipotetyczna Jadźka nagle wstąpiła do dziwnego kościoła albo zadała się z jakimś kryminalistą. Czy wtedy ja nie stałabym się Kryśką, która potępia ją w czambuł?

I oczywiście byłabym przekonana, że chodzi mi o dobro Jadźki.

Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to że trzeba rozmawiać nawet wtedy. Rozmawiać – nie pouczać. Wyrażać swoje obawy, ale przede wszystkim słuchać. Słuchać tego, co mówi druga osoba, ale także tego, co to mówi o niej. Jeśli istotnie wpadła w złe towarzystwo albo doznała jakiejś szajby religijnej, najprawdopodobniej brakuje jej bliskości drugiego człowieka. Może odda się we władanie każdemu, kto wyciągnął do niej rękę, czy to będzie gangster, czy Bóg? Może po prostu trzeba jej dać do zrozumienia, że nie są jedynymi, których na niej zależy? To pewnie nie podziała od razu, bo osoby z niską samooceną mają tendencje do zakochiwania się w niedostępnych, a lekceważenia tych, którzy się o nie troszczą. To pokłosie dzieciństwa, w którym rodzice lub opiekunowie niewystarczająco spełniali ich potrzeby emocjonalne, utrwalając poczucie, że miłość jest czymś, na co należy sobie zasłużyć będąc doskonałym albo spełniając wszystkie zachcianki ukochanej osoby. Jeśli ktoś daje ci miłość ot tak, to znaczy, że nie ma ona żadnej wartości. Ale jeśli pozwala, byś lizała mu buty, a w podzięce pogłaszcze cię jak pieska – wtedy jesteś szczęśliwa.

Trudno jednak wymagać od Kryśki, żeby rozkminiała dzieciństwo Jadźki. Może po prostu trzeba rozmawiać, póki obie strony to potrafią. Jeśli nie – pogodzić się z myślą, że czasem przyjaźnie się kończą. Albo następuje przerwa. Przed udaniem się na taką przerwę warto jednak zostawić komunikat: „W razie czego wiesz, gdzie mnie szukać”.

To jakby zostawić uchyloną bramę.

 

Notki filmowe 2016 (II)

https://image.tmdb.org/t/p/w342/v9xSiXv10NjFdCfQtwurAzPUz5I.jpg

Tę notkę musi otwierać plakat Carol, bo inaczej być nie mogło. Zacznę jednak dzisiejszy wpis – a uzbierało mi się sporo filmów od poprzedniego razu, och, tak sporo, że nie wiem, jak się z tym wszystkim wyrobię –  przewrotnie: od spektaklu. Ale obejrzanego w kinie.

Ostatnio zrobiła się moda na transmitowanie w kinach spektakli teatralnych, na ogół z Londynu. A że w moim prywatnym wszechświecie zrobiła się akurat moda na Benedicta Cumberbatcha, postanowiłam się wybrać na transmitowanego z National Theatre Hamleta z nim w roli głównej, tym samym spełniając jednocześnie kilka swoich potrzeb/zachcianek: odchamiając się, oglądając znośną sztukę (Szekspir nie przestaje mnie zaskakiwać tym, jak wiele fragmentów piosenek czy nazw zespołów okazuje się cytatami lub parafrazami z jego dzieł – pewnie jako anglistka powinnam to już wiedzieć, ale a) napisał dużo, b) mam sklerozę), oglądając Cumberbatcha w roli scenicznej, wreszcie – last but not least – przekonując się, jakie to uczucie oglądać teatr, i to nie byle jaki, w kinie. Nie zawiodłam się. Tak bogatej i sprawnie zmienianej scenografii jeszcze nie widziałam, efekty dźwiękowe i ich zgranie z elementem wizualnym robią wrażenie, a sam Benedict – cóż, chyba pierwszy raz w życiu naprawdę poczułam ból Hamleta, choć w jakim stopniu wynikało to z jego gry, a w jakim z emocjonalnego stosunku do serialowej postaci Sherlocka w wydaniu tego aktora, powiedzieć nie umiem. Jest jednak bardzo chwalony za tę rolę, więc pewnie nie tylko to drugie.

Filmów, jako się rzekło, obejrzałam sporo. Dość szokujący (rzekłabym nawet „schizujący”) okazał się austriacki Widzę, widzę. Po obejrzeniu trailera nie było wiadomo, czy nastawiać się na horror, czy na film psychologiczny, aczkolwiek większą nadzieję miałam na to drugie. Wyszłam z kina wstrząśnięta, ale i zdegustowana, bo twórcy chyba nieco przesadzili z obrzydliwością – niemniej sama fabuła świetnie utkana, ze zdumiewającym zwrotem, a zdjęcia/ujęcia doskonałe. Film z pewnością nie jest horrorem, ale nie jest też fimem psychologicznym, choć może zgłaszać takie pretensje – jest raczej dobrym thrillerem.

W ramach nadrabiania zaległości obejrzałam Wstyd z Michaelem Fassbenderem w roli faceta uzależnionego od seksu. Robi wrażenie (podziwiam aktora za odwagę zagrania w nim, ale w końcu od tego są aktorzy) – świetnie pokazuje pustkę w duszy nałogowca, który już dawno przestał odczuwać przyjemność z oddawania się nałogowi i teraz czyni to jedynie z przymusu. Wkurza mnie natomiast, gdy czytam w opisach, że Wstyd to, „diagnoza współczesnego społeczeństwa”. Wczoraj czytałam, że morderca Kajetan P. jest przykładem choroby drążącej społeczeństwo, mianowicie manii samodoskonalenia. Otóż nie. Tak jak nie każdy samodoskonalący się człowiek zabija (co nie przeszkadza mi zauważyć, że owszem, w wielu ludziach istnieje neurotyczna potrzeba bycia lepszymi, której źródeł prawdopodobnie trzeba szukać w dzieciństwie), tak nie całe społeczeństwo uzależnia sie od seksu i ma problem z nawiązywaniem relacji emocjonalnych. W filmie pojawiają się wyraźne przesłanki wskazujące na to, że Brandon i jego siostra pochodzą z rodziny, w której działy się jakieś bardzo złe rzeczy. Oboje są potrzaskani emocjonalnie – Sissy ma za sobą samookaleczenia i próby samobójcze, nie potrafi znaleźć sobie miejsca w życiu. Kontaktu z rodzicami nie utrzymują („We’re not bad people, we’ve just come from a bad place” – mówi w pewnym momencie do brata dziewczyna). Znamienna jest scena, w której Sissy wchodzi Brandonowi do łóżka, a on ją wyrzuca. Dla mnie jest to dość wyraźna sugestia, że rodzeństwo w przeszłości miało ze sobą kontakty seksualne, być może nie z własnej woli. Z pewnością w każdym razie zaznało  przemocy seksualnej.

Z cyklu „nadrabianie filmów z Fassbenderem” chciałam również sięgnąć po Głód, opowiadający o strajku głodowym więźniów w Irlandii Północnej w roku 1981, który zakończył się śmiercią dziesięciu z nich, ale… nie mam odwagi. Chyba sobie odpuszczę, bo wizja śmierci głodowej, zwłaszcza zaś zagłodzenia się na śmierć z własnej woli, jest dla mnie przerażająca. Dlatego tak mną wstrząsa sprawa strajku głodowego Nadii Sawczenko (której oczywiście życzę długiego i szczęśliwego życia), choć wiem, że takich spraw na świecie jest znacznie więcej.

Wracając do kina – Pokój, który pewnie już widzieliście, podobał mi się, ale nie przeżyłam efektu „wow”, bo wcześniej czytałam książkę Emmy Donoghue, którą jestem absolutnie oczarowana. Książka jest pisana  z punktu widzenia Jacka, zawiera charakterystyczne błędy, jakie mógłby popełnić sześciolatek (no dobrze, sześciolatek w ogóle nie umiałby tak pisać, ale i tak jest to zabawne), a do tego nieco dłużej utrzymuje się w niej niejasność co do tego, co film wyjaśnia już w trailerze – czym jest tytułowy pokój i dlaczego oni się tam znajdują. Książkę zatem polecam wszystkim i film też, bo daje radę (Emma Donoghue napisała scenariusz, a Lenny „Jestem Lennym Abrahamsonem” Abrahamson sprawnie go zrealizował), choć szczerze mówiąc, nie wiem, które powinno pójść na pierwszy ogień. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że jeśli najpierw przeczytacie książkę, podobnie jak ja nie będziecie tak zachwyceni filmem jak większość widzów, ale i odwrotnie – jeśli film będzie pierwszy, książka może już Was tak nie porwać.

Obejrzałam również Most szpiegów, który wydał mi się bardzo przyzwoitym filmem, acz bez zaskoczeń, nawet jeśli nie zna się faktów, na których został oparty. Mark Rylance zasłużył na Oscara za rolę drugoplanową (choć pewnie nie powinnam tego pisać, bo nie wszystkich kandydatów widziałam w akcji), a i Tom Hanks zagrał przyzwoicie. Duże wrażenie zrobiły na mnie sekwencje budowy Muru Berlińskiego i tego, co się wokół niego działo.

Tak się złożyło, że trzy ostatnie opisywane dziś filmy rozgrywają się w podobnej epoce – Most szpiegów w roku 1960, a dwa pozostałe – Brooklyn i Carol – już zupełnie w tym samym czasie, bo Brooklyn w latach 1951-1952, a Carol chyba o rok później (zaczyna się przed Bożym Narodzeniem roku 1952). Ciekawe jednak, że oglądając Brooklyn, miałam wrażenie, że dzieje się znacznie wcześniej. Być może to dlatego, że o ile Carol jest o przełamywaniu stereotypów, film Crowleya (na podstawie powieści Colma Toibina) traktuje raczej o życiu takim, jakie ono było, ze wszystkimi konwenansami, choć jego bohaterka też jest osobą bardzo odważną. Serdecznie polecam ten obraz – bardzo malowniczy, klimatyczny, mądry, z Saoirse Ronan w roli głównej i Domhnallem Gleesonem w jednej z pozostałych ról. Gleeson (dopiero się  dowiedziałam, czyim jest synem, bo zwykle nie mam pamięci do nazwisk irlandzkich aktorów, nawet tak charakterystycznych) gra ostatnio w mnóstwie filmów i przez chwilę nawet sobie żartowałam, że pewnie spłaca kredyt, ale przyznaję – potrafi się wcielać w różne postacie i przybierać różny wygląd. Z coraz większym zainteresowaniem śledzę jego karierę.

Na koniec zapowiedziana Carol. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak wzruszona jak podczas oglądania tego filmu. Niby obyczajówka, niby się wie, że cała ta gra na emocjach jest skalkulowana (jak zawsze w sztuce), ale chemia w organizmie buzuje. To wreszcie jest taki film o miłości kobiet, na jaki czekałam – bez epatowania ostrym seksem jak w Życiu Adeli, bez fatalizmu cechującego choćby Inne spojrzenie (które zresztą dość mocno się zestarzało, choć wciąż jest warte obejrzenia) czy irańsko-libański (bo nakręcony przez irańską imigrantkę w Libanie) Circumstance. Po prostu piękny film o miłości wbrew konwenansom. O tym, ile możemy stracić, a ile zyskać, decydując się zdjąć maskę i żyć prawdziwym życiem. Bo o ile Therese, młodsza z bohaterek, nie ma do stracenia aż tak wiele, o tyle wybór Carol jest dramatyczny.

Przyznaję, że o ile przed obejrzeniem filmu byłam bardziej przekonana do obsadzenia w jednej z głównych ról Cate Blanchett, niż do Rooney Mary, po filmie moje wrażenia są odwrotne – Rooney jest wyśmienita, Cate tylko OK. Trochę mi przeszkadzało, że 46-letnia aktorka gra matkę czterolatki, bo o ile dziś tak późne macierzyństwo się zdarza, wydaje mi się, że w latach 50. rodzenie pierwszego dziecka około czterdziestki było rzadkością (chociaż co ja tam wiem – to tylko przypuszczenia). Przyjmuję więc, że filmowa Carol ma około trzydziestki, góra 35 lat, a o ile 30-letnia Rooney Mara wypada przekonująco w  roli 19-latki (wiek chyba nie zostaje podany w filmie, ale tak jest w opisach), po Cate po prostu widać, że jest po czterdziestce. Co oczywiście nie zmienia faktu, że jest bardzo atrakcyjną kobietą po czterdziestce 🙂

Myślę, że długo jeszcze będę przeżywać ten film i nie raz do niego wrócę. Wzbudził we mnie emocje, które chce się przeżyć ponownie.

Przepiękna muzyka!

Uff! Myślałam, że już mi się nie uda tych wszystkich opisów zamieścić, ale jakoś dałam radę. Mam nadzieję, że komuś się przydadzą. A gdyby ktoś chciał podyskutować – zapraszam.

Notki filmowe 2016 (I)

Zmieniam tytuł wpisów o kinie, bo „minirecenzje” to i tak za duże słowo na określenie tego, co tu piszę. Ale traktuję ten blog po trosze jako pamiętnik, więc pozwolę sobie nie rezygnować z wynotowywania obejrzanych filmów. Z doświadczenia wiem, że tytuły lubią umykać jak rącze jelenie, a kiedy indziej na odwrót – tytuł zostaje w głowie, umykają wrażenia. Warto więc prowadzić takie notatki nawet dla wzmocnienia własnej pamięci, a ponieważ jestem próżna i lubię, jak mnie czytają, pozwolę sobie nadal czynić to publicznie. A nuż ktoś pochwali, a nuż kogoś zachęcę albo zniechęcę.

Filmem, który w ostatnich tygodniach wywarł na mnie największe wrażenie, jest Dureń Jurija Bykowa. Film ten przemknął przez kina jak błyskawica, dziś można go oglądać głównie na przeglądach, lecz liczę na to, że prędzej czy później pojawi się w telewizji. Jeśli ktoś dobrze zna rosyjski, można obejrzeć go na YouTube – ja nie dałam rady, choć z niektórymi rosyjskimi filmami idzie mi jako tako. Może to przez słabą jakość dźwięku, która utrudnia zrozumienie, a może zbyt trudny tekst. W każdym razie w końcu udało mi się obejrzeć Durnia z polskim tłumaczeniem i przyznaję – jest tak dołujący, jak mi opowiadano, a może i bardziej. Ale oczywiście wiecie, że w moim wypadku słowo „dołujący” nie jest niczym złym, a w tym wypadku stanowi wręcz pochwałę, choć nie tylko za „dołującość” Dureń jest jej godzien. Jest to bardzo wnikliwe studium moralnego upadku społeczeństwa tak długo nadgryzanego przez korupcję i tumiwisizm, że ostatecznie musi się chwytać najpodlejszych sposobów, by gałąź, na której siedzi, nie runęła. Lepiej, żeby runął jakiś dom na drugim końcu miasta. Ale nie to, nie dekadencja rządzących, jest w tym filmie najstraszniejsze. Najstraszniejsze są jej skutki, za których powstanie rządzący wcale nie czują się odpowiedzialni. Nie to, że dom zwali się ludziom na głowy, lecz to, co w tych głowach jest – a raczej, czego nie ma.

I jeszcze wykorzystana w filmie piosenka zespołu Kino, doskonale wpisująca się w jego nastrój:

To zdecydowanie mój numer jeden ostatnich tygodni, ale były i inne filmy warte wzmianki. Wzmiankujmy więc:

Steve Jobs – świetnie wyreżyserowany i zmontowany, z fajną rolą Kate Winslet jako bliskiej współpracownicy Jobsa Joanny Hoffman, która notabene jest córką polskiego reżysera Jerzego Hoffmana. Winslet otrzymała nominację do Oscara za najlepszą żeńską rolę drugoplanową i myślę, że nie jest bez szans. Michael Fassbender jako Jobs przekonał mnie nieco mniej, ale może to dlatego, że reżyser nieco przeszarżował z postacią. Owszem, słyszałam, że ze Steve’a był niezły sukinsyn, lecz na przykład jego duchowa przemiana pod koniec jest zdecydowanie zbyt gwałtowna. Olśnienia istnieją, natomiast wywołana przez nie zmiana zachowań to już proces długotrwały. Niemniej film godzien polecenia, nawet jeśli ktoś nie ma pojęcia o komputerach i tzw. naukach ścisłych – wprawdzie przez duże partie filmu nie będziecie (jak ja) wiedzieli, o co chodzi, ale strona psychologiczna wam to wynagrodzi. Rym.

Spotlight – tu będę trochę bardziej krytyczna. Film zbiera świetne recenzje, ale pomijając doniosłość opowiadanej historii, mam wrażenie, że jest jest to typowa solidna hollywoodzka produkcja bez cienia oryginalności. Psują go kiczowate wstawki w rodzaju tej, kiedy Rezendes, rozmawiając w Saschą na werandzie, dywaguje, że choć odszedł od Kościoła, myślał sobie, że może kiedyś wróci. Duży plus natomiast za drobiazg, który nie każdy dostrzega – kiedy Rezendes pędzi samochodem do sądu, bo dowiedział się, że odtajniono akta, mija podwórko, na którym swojego synka huśta Patrick – bohater wcześniejszego wywiadu i ofiara księdza pedofila. Ta scena to nie tylko puszczenie oka do spostrzegawczych czytelników, lecz – w moim odczuciu – coś więcej: pokazanie, że można się wyrwać z błędnego koła krzywd i nieszczęść. Że ci, którzy byli krzywdzeni, nie muszą krzywdzić – zwłaszcza jeśli mogli swoje krzywdy wykrzyczeć, przeżyć katharsis.

Miałam nadzieję, że Saschy uda się porozmawiać z księdzem, który twierdził, że został w dzieciństwie zgwałcony. Dobrze byłoby pokazać, że ci, którzy krzywdzą, sami byli krzywdzeni. Tak się nie stało, co nieco podważa moja tezę o typowym Hollywood – być może reżyser trzymał się faktów, a może przeciwnie, zmyślił ten epizod, by dać widzowi do myślenia.

Amy – długo się zbierałam do obejrzenia tego filmu, bo o ile historia Amy Winehouse interesowała mnie ze względów psychologicznych, o tyle jej muzyka zupełnie mi się nie podoba. Sama postać też wzbudzała ambiwalentne uczucia. Podejrzewam, że w każdym z nas tkwi psycholog i zwykły śmiertelnik. Ten ostatni ocenia ludzi po pozorach – jeśli ktoś zachowuje się jak palant, nie mam ochoty zawracać sobie nim głowy. Ten pierwszy przeciwnie – im bardziej zakręcona postać, tym ciekawsza. Film pozwala dostrzec genezę problemów artystki: niedojrzały ojciec, który przez dziesięć lat chodził do kochanki, nim zdecydował się odejść od rodziny, zrodził w dziewczynce poczucie, że nie jest warta miłości, i patologiczną potrzebę zabiegania o względy mężczyzn, którzy źle ją traktowali. Jeśli można było jej pomóc, to we wczesnym wieku nastoletnim, a wtedy (jak nader często bywa) nikt jej problemów nie dostrzegał. Sława i poznanie faceta, który dawał w żyłę, pogłębiły jej problemy, lecz trudno mi wyobrazić sobie Amy jako szczęśliwą dziewczynę nawet gdyby uniknęła tych dwóch rzeczy. Być może (choć nie ma gwarancji) nie skończyłaby tak tragicznie, ale wciąż byłaby zaburzona i potrzebowała głębokiej terapii. Zwłaszcza że ojciec, który miał do tego najmniejsze prawo, również w dorosłości wtrącał się w jej życie, a ona nie za bardzo umiała postawić granicę.

Nie zmienia to faktu, że słuchanie towarzyszącej filmowi muzyki było dla mnie torturą (stąd brak trailera pod niniejszym tekstem), a sama postać wydała się wysoce irytująca tej części mnie, która nie lubi się wgłębiać. Z ciekawością przymierzam się natomiast do obejrzenia Janis, bo choć historia pewnie podobna, to i muzyka, i epoka bliższa moim zainteresowaniom.

I ostatni dziś film – Anomalisa. Z dużymi szansami na Oscara w kategorii „najlepszy film animowany”, bo to animacja poklatkowa wykonana z dużym pietyzmem. Trzeba przyznać, że nie widziałam dotąd filmu lalkowego, w którym tak realistycznie odmalowany został seks. W ogóle przez większość czasu nie pamiętałam, że w filmie grają lalki, a nie aktorzy. Niestety, w warstwie fabularnej jest to opowieść o facecie, który przeżywa kryzys wieku średniego i odbija mu szajba, a on, zamiast iść do psychiatry, krzywdzi kobiety i zamęcza sobą ludzi. Żałosna postać. Dlatego przy całym szacunku dla twórców będę niezadowolona, jeśli film dostanie Oscara.

I przy całym dla nich szacunku pozwalam sobie nie umieszczać trailera.

Przymierzam się jeszcze do napisania o kinowej transmisji Hamleta z londyńskiego National Theatre z Benedictem Cumberbatchem, którego do tej pory niemal utożsamiałam z Sherlockiem, co – jak się okazuje – miało dobre i złe strony. Chociaż będzie to opis wrażeń, a nie recenzja, bo na teatrze znam się jak wilk na gwiazdach. Ale za to emocje gwarantowane.

Minirecenzje filmowe – Tajemnice Bridgend

bridgend-poster

Przez ostatnie dwa miesiące widziałam parę filmów, ale jakoś tak wyszło, że niewiele mam o nich do powiedzenia – poza jednym. Nie żeby wszystkie były złe – przeciwnie, oglądałam je z zaciekawieniem, tyle że nie bardzo wiem, co o nich napisać. W jednym przypadku dlatego, że pewien wątek w filmie obudził we mnie negatywne emocje, w innym – szykowałam się na coś innego, niż dostałam. Fistaszki całkiem mi się spodobały (choć dowiedziawszy się, że mają być w 3D, obawiałam się, że twórcy postawią wyłącznie na widowiskowość), ale cóż właściwie mogę o nich napisać poza tym, że warte są obejrzenia, jeśli lubi się humor Schulza? Przebudzenie mocy fajne, lecz wszystko już o nim napisano. O odcinku specjalnym Sherlocka piszę w innym miejscu. Ostatecznie więc uznałam, że poświęcę wpis tylko jednemu filmowi. Tym bardziej że Tajemnice Bridgend na takie wyróżnienie zasługują.

Film widniał na mojej wstępnej liście obrazów do obejrzenia podczas festiwalu Transatlantyk 2015, ale ostatecznie nie udało mi się zobaczyć go w sierpniu. Kiedy więc wszedł do dystrybucji na początku grudnia, udałam się do kina, nie bardzo już pamiętając, o czym ten film ma być. Coś mi tam się kołatało po głowie, ale okazało się, że pamiętam wszystko na opak – nie chodziło o morderstwa, lecz o samobójstwa, spodziewałam się filmu amerykańskiego, a tymczasem akcja dzieje się w Walii, a reżyserem jest Duńczyk. Spodziewałam się kryminału/thillera, a dostałam coś, co – zależnie od spojrzenia – może być horrorem lub dramatem.

Ciężka, mroczna, gęsta atmosfera sącząca się z ekranu od pierwszej sceny z czasem tylko gęstnieje. Dlaczego młodzi ludzie w miasteczku Bridgend masowo popełniają samobójstwa? Czy są po prostu rozczarowani światem, który zostawili im rodzice, czy też – jak zdają się sugerować niektóre sceny – w otaczających miasteczko lasach i tamtejszym jeziorze znajduje się coś, co oddziałuje na ich psychikę – silne stężenie jakiejś substancji chemicznej? Bo chyba nie coś nadprzyrodzonego? Widz zaczyna obserwować sytuację w czasie, gdy owe samobójcze zapędy młodych ludzi przekształciły się w coś w rodzaju rytuału, a ci, którzy mu hołdują – w sektę. Samobójcy są czczeni jako bohaterowie, a ci, którzy przebąkują o wyjeździe z miasta, okrzykiwani zdrajcami. Czy nowo przybyłym – nastoletniej Sarze i jej ojcu, policjantowi, którego ściągnięto do miasta w celu rozwikłania zagadki – uda się wyrwać młodzież z mrocznego letargu? I czy dowiemy się, co tak naprawdę dzieje się w Bridgend?

Śmiem twierdzić, że film jest taki dobry dlatego, iż zagadka pozostaje nierozwiązana, a o tropy można się długo spierać. Dodatkowo fascynuje i przeraża fakt, że – o czym dowiedziałam się dopiero po projekcji – Bridgend naprawdę istnieje i boryka się z falą samobójstw. Reżyser filmu, Jeppe Rønde, przez kilka lat jeździł do miasteczka i rozmawiał z mieszkańcami, nim przystąpił do zdjęć. Co więcej, pierwotnie jedną z głównych ról miał odtwarzać chłopak z Bridgend , lecz przed rozpoczęciem zdjęć samobójstwo popełnił jego bliski przyjaciel i chłopak się wycofał.

Trochę spojleruję, ale w przypadku tego filmu nie ma to aż takiego znaczenia – ten obraz po prostu trzeba zobaczyć samemu, a moje spojlery mogą jedynie zachęcić. Niestety film szybko zniknął z ekranów i teraz będzie trzeba się trochę postarać, by go obejrzeć. Polecam gorąco, choć i uprzedzam – nie jest przyjemny.