Category Archives: film

Paterson

Mało ostatnio oglądam filmów, trochę z powodu pasji fotograficznej, a trochę pospolitego lenistwa, ale kilka dni temu obejrzałam jeden, który mnie oczarował. Jima Jarmuscha najbardziej uwielbiam za jego wczesne filmy, Inaczej niż w raju i Poza prawem. Gdybym wiedziała, że Paterson jest do nich tak podobny (choć zarazem inny), już rok temu poleciałabym do kina. Podobny, bo niby monotonny, o zwykłych ludziach, z powtarzającymi się miejskimi krajobrazami. Inny, bo dojrzalszy, z lepszymi ujęciami i lepszym montażem, a przede wszystkim bardzo dojrzały i oryginalny w wymowie. Bez ironii, przymrużenia oka wobec bohatera, choć zarazem lekki. Jarmusch zupełnie inaczej, niż zwykle się to czyni, potraktował tematykę życia pomiędzy tym, co mamy, a tym, co nam się marzy. Często przedstawia się ten rozdźwięk jako dramat, czasem ironicznie. Jarmusch ukazuje go poetycko, nie jako rozdźwięk, lecz jako współbrzmienie. Paterson wie, że gdzieś za rogiem, na wyciągnięcie ręki, jest inne życie. Ale zamiast po nie sięgnąć, wplata jego elementy do swojego świata. Cieszy się, mogąc spełniać marzenia żony. To nie jest tak, że nie odczuwa tęsknoty za czymś innym – ta tęsknota jest stałym elementem jego życia, jego naturalną składową. Jest nią również lęk przed nieznanym, przed każdą sytuacją, która wyrywa go ze strefy komfortu – jak wtedy, gdy psuje się jego autobus albo gdy pies ciągnie go w innym niż zwykle kierunku. Życie Patersona to życie rybki w akwarium, która wie, że jest rybką. Może mogłaby przeskoczyć do innego wymiaru, lecz wtedy musiałaby opuścić swoje akwarium, w którym zasadniczo jest jej dobrze. I tak sobie żyje między komfortem a tęsknotą, misternie splatając je ze sobą.

 

Reklamy

Notki filmowe 2016 (II)

https://image.tmdb.org/t/p/w342/v9xSiXv10NjFdCfQtwurAzPUz5I.jpg

Tę notkę musi otwierać plakat Carol, bo inaczej być nie mogło. Zacznę jednak dzisiejszy wpis – a uzbierało mi się sporo filmów od poprzedniego razu, och, tak sporo, że nie wiem, jak się z tym wszystkim wyrobię –  przewrotnie: od spektaklu. Ale obejrzanego w kinie.

Ostatnio zrobiła się moda na transmitowanie w kinach spektakli teatralnych, na ogół z Londynu. A że w moim prywatnym wszechświecie zrobiła się akurat moda na Benedicta Cumberbatcha, postanowiłam się wybrać na transmitowanego z National Theatre Hamleta z nim w roli głównej, tym samym spełniając jednocześnie kilka swoich potrzeb/zachcianek: odchamiając się, oglądając znośną sztukę (Szekspir nie przestaje mnie zaskakiwać tym, jak wiele fragmentów piosenek czy nazw zespołów okazuje się cytatami lub parafrazami z jego dzieł – pewnie jako anglistka powinnam to już wiedzieć, ale a) napisał dużo, b) mam sklerozę), oglądając Cumberbatcha w roli scenicznej, wreszcie – last but not least – przekonując się, jakie to uczucie oglądać teatr, i to nie byle jaki, w kinie. Nie zawiodłam się. Tak bogatej i sprawnie zmienianej scenografii jeszcze nie widziałam, efekty dźwiękowe i ich zgranie z elementem wizualnym robią wrażenie, a sam Benedict – cóż, chyba pierwszy raz w życiu naprawdę poczułam ból Hamleta, choć w jakim stopniu wynikało to z jego gry, a w jakim z emocjonalnego stosunku do serialowej postaci Sherlocka w wydaniu tego aktora, powiedzieć nie umiem. Jest jednak bardzo chwalony za tę rolę, więc pewnie nie tylko to drugie.

Filmów, jako się rzekło, obejrzałam sporo. Dość szokujący (rzekłabym nawet „schizujący”) okazał się austriacki Widzę, widzę. Po obejrzeniu trailera nie było wiadomo, czy nastawiać się na horror, czy na film psychologiczny, aczkolwiek większą nadzieję miałam na to drugie. Wyszłam z kina wstrząśnięta, ale i zdegustowana, bo twórcy chyba nieco przesadzili z obrzydliwością – niemniej sama fabuła świetnie utkana, ze zdumiewającym zwrotem, a zdjęcia/ujęcia doskonałe. Film z pewnością nie jest horrorem, ale nie jest też fimem psychologicznym, choć może zgłaszać takie pretensje – jest raczej dobrym thrillerem.

W ramach nadrabiania zaległości obejrzałam Wstyd z Michaelem Fassbenderem w roli faceta uzależnionego od seksu. Robi wrażenie (podziwiam aktora za odwagę zagrania w nim, ale w końcu od tego są aktorzy) – świetnie pokazuje pustkę w duszy nałogowca, który już dawno przestał odczuwać przyjemność z oddawania się nałogowi i teraz czyni to jedynie z przymusu. Wkurza mnie natomiast, gdy czytam w opisach, że Wstyd to, „diagnoza współczesnego społeczeństwa”. Wczoraj czytałam, że morderca Kajetan P. jest przykładem choroby drążącej społeczeństwo, mianowicie manii samodoskonalenia. Otóż nie. Tak jak nie każdy samodoskonalący się człowiek zabija (co nie przeszkadza mi zauważyć, że owszem, w wielu ludziach istnieje neurotyczna potrzeba bycia lepszymi, której źródeł prawdopodobnie trzeba szukać w dzieciństwie), tak nie całe społeczeństwo uzależnia sie od seksu i ma problem z nawiązywaniem relacji emocjonalnych. W filmie pojawiają się wyraźne przesłanki wskazujące na to, że Brandon i jego siostra pochodzą z rodziny, w której działy się jakieś bardzo złe rzeczy. Oboje są potrzaskani emocjonalnie – Sissy ma za sobą samookaleczenia i próby samobójcze, nie potrafi znaleźć sobie miejsca w życiu. Kontaktu z rodzicami nie utrzymują („We’re not bad people, we’ve just come from a bad place” – mówi w pewnym momencie do brata dziewczyna). Znamienna jest scena, w której Sissy wchodzi Brandonowi do łóżka, a on ją wyrzuca. Dla mnie jest to dość wyraźna sugestia, że rodzeństwo w przeszłości miało ze sobą kontakty seksualne, być może nie z własnej woli. Z pewnością w każdym razie zaznało  przemocy seksualnej.

Z cyklu „nadrabianie filmów z Fassbenderem” chciałam również sięgnąć po Głód, opowiadający o strajku głodowym więźniów w Irlandii Północnej w roku 1981, który zakończył się śmiercią dziesięciu z nich, ale… nie mam odwagi. Chyba sobie odpuszczę, bo wizja śmierci głodowej, zwłaszcza zaś zagłodzenia się na śmierć z własnej woli, jest dla mnie przerażająca. Dlatego tak mną wstrząsa sprawa strajku głodowego Nadii Sawczenko (której oczywiście życzę długiego i szczęśliwego życia), choć wiem, że takich spraw na świecie jest znacznie więcej.

Wracając do kina – Pokój, który pewnie już widzieliście, podobał mi się, ale nie przeżyłam efektu „wow”, bo wcześniej czytałam książkę Emmy Donoghue, którą jestem absolutnie oczarowana. Książka jest pisana  z punktu widzenia Jacka, zawiera charakterystyczne błędy, jakie mógłby popełnić sześciolatek (no dobrze, sześciolatek w ogóle nie umiałby tak pisać, ale i tak jest to zabawne), a do tego nieco dłużej utrzymuje się w niej niejasność co do tego, co film wyjaśnia już w trailerze – czym jest tytułowy pokój i dlaczego oni się tam znajdują. Książkę zatem polecam wszystkim i film też, bo daje radę (Emma Donoghue napisała scenariusz, a Lenny „Jestem Lennym Abrahamsonem” Abrahamson sprawnie go zrealizował), choć szczerze mówiąc, nie wiem, które powinno pójść na pierwszy ogień. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że jeśli najpierw przeczytacie książkę, podobnie jak ja nie będziecie tak zachwyceni filmem jak większość widzów, ale i odwrotnie – jeśli film będzie pierwszy, książka może już Was tak nie porwać.

Obejrzałam również Most szpiegów, który wydał mi się bardzo przyzwoitym filmem, acz bez zaskoczeń, nawet jeśli nie zna się faktów, na których został oparty. Mark Rylance zasłużył na Oscara za rolę drugoplanową (choć pewnie nie powinnam tego pisać, bo nie wszystkich kandydatów widziałam w akcji), a i Tom Hanks zagrał przyzwoicie. Duże wrażenie zrobiły na mnie sekwencje budowy Muru Berlińskiego i tego, co się wokół niego działo.

Tak się złożyło, że trzy ostatnie opisywane dziś filmy rozgrywają się w podobnej epoce – Most szpiegów w roku 1960, a dwa pozostałe – Brooklyn i Carol – już zupełnie w tym samym czasie, bo Brooklyn w latach 1951-1952, a Carol chyba o rok później (zaczyna się przed Bożym Narodzeniem roku 1952). Ciekawe jednak, że oglądając Brooklyn, miałam wrażenie, że dzieje się znacznie wcześniej. Być może to dlatego, że o ile Carol jest o przełamywaniu stereotypów, film Crowleya (na podstawie powieści Colma Toibina) traktuje raczej o życiu takim, jakie ono było, ze wszystkimi konwenansami, choć jego bohaterka też jest osobą bardzo odważną. Serdecznie polecam ten obraz – bardzo malowniczy, klimatyczny, mądry, z Saoirse Ronan w roli głównej i Domhnallem Gleesonem w jednej z pozostałych ról. Gleeson (dopiero się  dowiedziałam, czyim jest synem, bo zwykle nie mam pamięci do nazwisk irlandzkich aktorów, nawet tak charakterystycznych) gra ostatnio w mnóstwie filmów i przez chwilę nawet sobie żartowałam, że pewnie spłaca kredyt, ale przyznaję – potrafi się wcielać w różne postacie i przybierać różny wygląd. Z coraz większym zainteresowaniem śledzę jego karierę.

Na koniec zapowiedziana Carol. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak wzruszona jak podczas oglądania tego filmu. Niby obyczajówka, niby się wie, że cała ta gra na emocjach jest skalkulowana (jak zawsze w sztuce), ale chemia w organizmie buzuje. To wreszcie jest taki film o miłości kobiet, na jaki czekałam – bez epatowania ostrym seksem jak w Życiu Adeli, bez fatalizmu cechującego choćby Inne spojrzenie (które zresztą dość mocno się zestarzało, choć wciąż jest warte obejrzenia) czy irańsko-libański (bo nakręcony przez irańską imigrantkę w Libanie) Circumstance. Po prostu piękny film o miłości wbrew konwenansom. O tym, ile możemy stracić, a ile zyskać, decydując się zdjąć maskę i żyć prawdziwym życiem. Bo o ile Therese, młodsza z bohaterek, nie ma do stracenia aż tak wiele, o tyle wybór Carol jest dramatyczny.

Przyznaję, że o ile przed obejrzeniem filmu byłam bardziej przekonana do obsadzenia w jednej z głównych ról Cate Blanchett, niż do Rooney Mary, po filmie moje wrażenia są odwrotne – Rooney jest wyśmienita, Cate tylko OK. Trochę mi przeszkadzało, że 46-letnia aktorka gra matkę czterolatki, bo o ile dziś tak późne macierzyństwo się zdarza, wydaje mi się, że w latach 50. rodzenie pierwszego dziecka około czterdziestki było rzadkością (chociaż co ja tam wiem – to tylko przypuszczenia). Przyjmuję więc, że filmowa Carol ma około trzydziestki, góra 35 lat, a o ile 30-letnia Rooney Mara wypada przekonująco w  roli 19-latki (wiek chyba nie zostaje podany w filmie, ale tak jest w opisach), po Cate po prostu widać, że jest po czterdziestce. Co oczywiście nie zmienia faktu, że jest bardzo atrakcyjną kobietą po czterdziestce 🙂

Myślę, że długo jeszcze będę przeżywać ten film i nie raz do niego wrócę. Wzbudził we mnie emocje, które chce się przeżyć ponownie.

Przepiękna muzyka!

Uff! Myślałam, że już mi się nie uda tych wszystkich opisów zamieścić, ale jakoś dałam radę. Mam nadzieję, że komuś się przydadzą. A gdyby ktoś chciał podyskutować – zapraszam.

Notki filmowe 2016 (I)

Zmieniam tytuł wpisów o kinie, bo „minirecenzje” to i tak za duże słowo na określenie tego, co tu piszę. Ale traktuję ten blog po trosze jako pamiętnik, więc pozwolę sobie nie rezygnować z wynotowywania obejrzanych filmów. Z doświadczenia wiem, że tytuły lubią umykać jak rącze jelenie, a kiedy indziej na odwrót – tytuł zostaje w głowie, umykają wrażenia. Warto więc prowadzić takie notatki nawet dla wzmocnienia własnej pamięci, a ponieważ jestem próżna i lubię, jak mnie czytają, pozwolę sobie nadal czynić to publicznie. A nuż ktoś pochwali, a nuż kogoś zachęcę albo zniechęcę.

Filmem, który w ostatnich tygodniach wywarł na mnie największe wrażenie, jest Dureń Jurija Bykowa. Film ten przemknął przez kina jak błyskawica, dziś można go oglądać głównie na przeglądach, lecz liczę na to, że prędzej czy później pojawi się w telewizji. Jeśli ktoś dobrze zna rosyjski, można obejrzeć go na YouTube – ja nie dałam rady, choć z niektórymi rosyjskimi filmami idzie mi jako tako. Może to przez słabą jakość dźwięku, która utrudnia zrozumienie, a może zbyt trudny tekst. W każdym razie w końcu udało mi się obejrzeć Durnia z polskim tłumaczeniem i przyznaję – jest tak dołujący, jak mi opowiadano, a może i bardziej. Ale oczywiście wiecie, że w moim wypadku słowo „dołujący” nie jest niczym złym, a w tym wypadku stanowi wręcz pochwałę, choć nie tylko za „dołującość” Dureń jest jej godzien. Jest to bardzo wnikliwe studium moralnego upadku społeczeństwa tak długo nadgryzanego przez korupcję i tumiwisizm, że ostatecznie musi się chwytać najpodlejszych sposobów, by gałąź, na której siedzi, nie runęła. Lepiej, żeby runął jakiś dom na drugim końcu miasta. Ale nie to, nie dekadencja rządzących, jest w tym filmie najstraszniejsze. Najstraszniejsze są jej skutki, za których powstanie rządzący wcale nie czują się odpowiedzialni. Nie to, że dom zwali się ludziom na głowy, lecz to, co w tych głowach jest – a raczej, czego nie ma.

I jeszcze wykorzystana w filmie piosenka zespołu Kino, doskonale wpisująca się w jego nastrój:

To zdecydowanie mój numer jeden ostatnich tygodni, ale były i inne filmy warte wzmianki. Wzmiankujmy więc:

Steve Jobs – świetnie wyreżyserowany i zmontowany, z fajną rolą Kate Winslet jako bliskiej współpracownicy Jobsa Joanny Hoffman, która notabene jest córką polskiego reżysera Jerzego Hoffmana. Winslet otrzymała nominację do Oscara za najlepszą żeńską rolę drugoplanową i myślę, że nie jest bez szans. Michael Fassbender jako Jobs przekonał mnie nieco mniej, ale może to dlatego, że reżyser nieco przeszarżował z postacią. Owszem, słyszałam, że ze Steve’a był niezły sukinsyn, lecz na przykład jego duchowa przemiana pod koniec jest zdecydowanie zbyt gwałtowna. Olśnienia istnieją, natomiast wywołana przez nie zmiana zachowań to już proces długotrwały. Niemniej film godzien polecenia, nawet jeśli ktoś nie ma pojęcia o komputerach i tzw. naukach ścisłych – wprawdzie przez duże partie filmu nie będziecie (jak ja) wiedzieli, o co chodzi, ale strona psychologiczna wam to wynagrodzi. Rym.

Spotlight – tu będę trochę bardziej krytyczna. Film zbiera świetne recenzje, ale pomijając doniosłość opowiadanej historii, mam wrażenie, że jest jest to typowa solidna hollywoodzka produkcja bez cienia oryginalności. Psują go kiczowate wstawki w rodzaju tej, kiedy Rezendes, rozmawiając w Saschą na werandzie, dywaguje, że choć odszedł od Kościoła, myślał sobie, że może kiedyś wróci. Duży plus natomiast za drobiazg, który nie każdy dostrzega – kiedy Rezendes pędzi samochodem do sądu, bo dowiedział się, że odtajniono akta, mija podwórko, na którym swojego synka huśta Patrick – bohater wcześniejszego wywiadu i ofiara księdza pedofila. Ta scena to nie tylko puszczenie oka do spostrzegawczych czytelników, lecz – w moim odczuciu – coś więcej: pokazanie, że można się wyrwać z błędnego koła krzywd i nieszczęść. Że ci, którzy byli krzywdzeni, nie muszą krzywdzić – zwłaszcza jeśli mogli swoje krzywdy wykrzyczeć, przeżyć katharsis.

Miałam nadzieję, że Saschy uda się porozmawiać z księdzem, który twierdził, że został w dzieciństwie zgwałcony. Dobrze byłoby pokazać, że ci, którzy krzywdzą, sami byli krzywdzeni. Tak się nie stało, co nieco podważa moja tezę o typowym Hollywood – być może reżyser trzymał się faktów, a może przeciwnie, zmyślił ten epizod, by dać widzowi do myślenia.

Amy – długo się zbierałam do obejrzenia tego filmu, bo o ile historia Amy Winehouse interesowała mnie ze względów psychologicznych, o tyle jej muzyka zupełnie mi się nie podoba. Sama postać też wzbudzała ambiwalentne uczucia. Podejrzewam, że w każdym z nas tkwi psycholog i zwykły śmiertelnik. Ten ostatni ocenia ludzi po pozorach – jeśli ktoś zachowuje się jak palant, nie mam ochoty zawracać sobie nim głowy. Ten pierwszy przeciwnie – im bardziej zakręcona postać, tym ciekawsza. Film pozwala dostrzec genezę problemów artystki: niedojrzały ojciec, który przez dziesięć lat chodził do kochanki, nim zdecydował się odejść od rodziny, zrodził w dziewczynce poczucie, że nie jest warta miłości, i patologiczną potrzebę zabiegania o względy mężczyzn, którzy źle ją traktowali. Jeśli można było jej pomóc, to we wczesnym wieku nastoletnim, a wtedy (jak nader często bywa) nikt jej problemów nie dostrzegał. Sława i poznanie faceta, który dawał w żyłę, pogłębiły jej problemy, lecz trudno mi wyobrazić sobie Amy jako szczęśliwą dziewczynę nawet gdyby uniknęła tych dwóch rzeczy. Być może (choć nie ma gwarancji) nie skończyłaby tak tragicznie, ale wciąż byłaby zaburzona i potrzebowała głębokiej terapii. Zwłaszcza że ojciec, który miał do tego najmniejsze prawo, również w dorosłości wtrącał się w jej życie, a ona nie za bardzo umiała postawić granicę.

Nie zmienia to faktu, że słuchanie towarzyszącej filmowi muzyki było dla mnie torturą (stąd brak trailera pod niniejszym tekstem), a sama postać wydała się wysoce irytująca tej części mnie, która nie lubi się wgłębiać. Z ciekawością przymierzam się natomiast do obejrzenia Janis, bo choć historia pewnie podobna, to i muzyka, i epoka bliższa moim zainteresowaniom.

I ostatni dziś film – Anomalisa. Z dużymi szansami na Oscara w kategorii „najlepszy film animowany”, bo to animacja poklatkowa wykonana z dużym pietyzmem. Trzeba przyznać, że nie widziałam dotąd filmu lalkowego, w którym tak realistycznie odmalowany został seks. W ogóle przez większość czasu nie pamiętałam, że w filmie grają lalki, a nie aktorzy. Niestety, w warstwie fabularnej jest to opowieść o facecie, który przeżywa kryzys wieku średniego i odbija mu szajba, a on, zamiast iść do psychiatry, krzywdzi kobiety i zamęcza sobą ludzi. Żałosna postać. Dlatego przy całym szacunku dla twórców będę niezadowolona, jeśli film dostanie Oscara.

I przy całym dla nich szacunku pozwalam sobie nie umieszczać trailera.

Przymierzam się jeszcze do napisania o kinowej transmisji Hamleta z londyńskiego National Theatre z Benedictem Cumberbatchem, którego do tej pory niemal utożsamiałam z Sherlockiem, co – jak się okazuje – miało dobre i złe strony. Chociaż będzie to opis wrażeń, a nie recenzja, bo na teatrze znam się jak wilk na gwiazdach. Ale za to emocje gwarantowane.

Minirecenzje filmowe – Tajemnice Bridgend

bridgend-poster

Przez ostatnie dwa miesiące widziałam parę filmów, ale jakoś tak wyszło, że niewiele mam o nich do powiedzenia – poza jednym. Nie żeby wszystkie były złe – przeciwnie, oglądałam je z zaciekawieniem, tyle że nie bardzo wiem, co o nich napisać. W jednym przypadku dlatego, że pewien wątek w filmie obudził we mnie negatywne emocje, w innym – szykowałam się na coś innego, niż dostałam. Fistaszki całkiem mi się spodobały (choć dowiedziawszy się, że mają być w 3D, obawiałam się, że twórcy postawią wyłącznie na widowiskowość), ale cóż właściwie mogę o nich napisać poza tym, że warte są obejrzenia, jeśli lubi się humor Schulza? Przebudzenie mocy fajne, lecz wszystko już o nim napisano. O odcinku specjalnym Sherlocka piszę w innym miejscu. Ostatecznie więc uznałam, że poświęcę wpis tylko jednemu filmowi. Tym bardziej że Tajemnice Bridgend na takie wyróżnienie zasługują.

Film widniał na mojej wstępnej liście obrazów do obejrzenia podczas festiwalu Transatlantyk 2015, ale ostatecznie nie udało mi się zobaczyć go w sierpniu. Kiedy więc wszedł do dystrybucji na początku grudnia, udałam się do kina, nie bardzo już pamiętając, o czym ten film ma być. Coś mi tam się kołatało po głowie, ale okazało się, że pamiętam wszystko na opak – nie chodziło o morderstwa, lecz o samobójstwa, spodziewałam się filmu amerykańskiego, a tymczasem akcja dzieje się w Walii, a reżyserem jest Duńczyk. Spodziewałam się kryminału/thillera, a dostałam coś, co – zależnie od spojrzenia – może być horrorem lub dramatem.

Ciężka, mroczna, gęsta atmosfera sącząca się z ekranu od pierwszej sceny z czasem tylko gęstnieje. Dlaczego młodzi ludzie w miasteczku Bridgend masowo popełniają samobójstwa? Czy są po prostu rozczarowani światem, który zostawili im rodzice, czy też – jak zdają się sugerować niektóre sceny – w otaczających miasteczko lasach i tamtejszym jeziorze znajduje się coś, co oddziałuje na ich psychikę – silne stężenie jakiejś substancji chemicznej? Bo chyba nie coś nadprzyrodzonego? Widz zaczyna obserwować sytuację w czasie, gdy owe samobójcze zapędy młodych ludzi przekształciły się w coś w rodzaju rytuału, a ci, którzy mu hołdują – w sektę. Samobójcy są czczeni jako bohaterowie, a ci, którzy przebąkują o wyjeździe z miasta, okrzykiwani zdrajcami. Czy nowo przybyłym – nastoletniej Sarze i jej ojcu, policjantowi, którego ściągnięto do miasta w celu rozwikłania zagadki – uda się wyrwać młodzież z mrocznego letargu? I czy dowiemy się, co tak naprawdę dzieje się w Bridgend?

Śmiem twierdzić, że film jest taki dobry dlatego, iż zagadka pozostaje nierozwiązana, a o tropy można się długo spierać. Dodatkowo fascynuje i przeraża fakt, że – o czym dowiedziałam się dopiero po projekcji – Bridgend naprawdę istnieje i boryka się z falą samobójstw. Reżyser filmu, Jeppe Rønde, przez kilka lat jeździł do miasteczka i rozmawiał z mieszkańcami, nim przystąpił do zdjęć. Co więcej, pierwotnie jedną z głównych ról miał odtwarzać chłopak z Bridgend , lecz przed rozpoczęciem zdjęć samobójstwo popełnił jego bliski przyjaciel i chłopak się wycofał.

Trochę spojleruję, ale w przypadku tego filmu nie ma to aż takiego znaczenia – ten obraz po prostu trzeba zobaczyć samemu, a moje spojlery mogą jedynie zachęcić. Niestety film szybko zniknął z ekranów i teraz będzie trzeba się trochę postarać, by go obejrzeć. Polecam gorąco, choć i uprzedzam – nie jest przyjemny.

Chłopiec o imieniu Sherlock

sherlock_series_tv_poster_by_marrakchi-d5bcpfa

Bałam się, że pisanie o tym serialu będzie jak odkrywanie na nowo Ameryki. Wszak napisano już pewnie o nim całe tomy, a przynajmniej zapisano wiele forumowych ścian. Dzięki Blogowi Ysabell poznałam jednak słowo headcanon, które dało mi pretekst. Każdy odbiorca sztuki ma osobistą wizję, w której na to, co uniwersalne, nakładają się jego osobiste przeżycia, zainteresowania, obsesje. To właśnie jest headcanon. Wszyscy oglądamy tego samego Sherlocka, a każde z nas widzi co innego. Dywagując nad cudzą psychiką, nie sposób uniknąć sięgania do skarbnicy własnych doświadczeń. Wszak to z głębi siebie sięgamy ku innym, to z głębi siebie obserwujemy wszystko, co istnieje poza nami. Pozwólcie zatem, że wydobędę z tej głębi to, co się tam kłębi na temat Sherlocka.

Na początek mała uwaga: nie da się pominąć niewygodnego faktu, że mówimy o postaci, która – choćbyśmy nie wiem jak ją kochali – jest fikcyjna. Co więcej, mówimy o postaci serialowej wzorowanej na literackiej i choć przeniesienie historii w XXI wiek pozwoliło scenarzystom potraktować oryginał dość luźno, wciąż są to wariacje na temat, a nie całkiem nowa melodia. O ile osobiście wolałabym, żeby to jednak była nowa melodia z wplecionymi motywami z pierwotnej – nie mogę na przykład wybaczyć scenarzystom, że po licznych sugestiach, jakoby Sherlock i Watson mieli się ku sobie, ożenili Johna – o tyle rozumiem, że miłośnicy Conan Doyle’a (ja czytałam jego książki trzydzieści lat temu i nie pamiętam z nich wiele) pewnych rzeczy mogliby im nie wybaczyć. Niestety, napięcie pomiędzy oryginałem a wizją autorską i może także kwestie komercyjne (widz raz po raz musi się poczuć zaskoczony) powodują, w moim odczuciu, pewne niekonsekwencje w prowadzeniu postaci i ich wzajemnych relacji. Cóż jednak – w prawdziwym życiu też często prowadzimy się niekonsekwentnie.

Niekonsekwencją, którą trudno mi przeskoczyć, jest pokazanie matki Sherlocka jako osoby niezbyt charyzmatycznej i raczej ustępliwej wobec synów. Owszem, jest matematyczką, która poświęciła karierę, by wychować wybitnie uzdolnione latorośle, co może uzasadniać sugestie, że – niczym ojciec Davida Helfgotta w filmie Blask – przelała na synów swoje ambicje intelektualne, zaniedbując, a nawet tłamsząc ich rozwój emocjonalny, lecz całe to straszenie Sherlocka mamą przez Mycrofta i rozpaczliwe zastanawianie się tego ostatniego, „dlaczego nie pozwalała nam się bawić z innymi dziećmi”, traci na wiarygodności na widok tej pospolitej, pospolicie sprzeczającej się z mężem kobiety. Pozostaje mieć nadzieję, że i w tym względzie scenarzyści szykują jakąś niespodziankę. Odnoszę bowiem wrażenie, że Sherlock w takiej postaci, w jakiej ukazany jest w serialu, nie mógł zaistnieć bez dzieciństwa skażonego zaniedbaniem emocjonalnym, nadmiernymi wymaganiami i prawdopodobnie także wychowywaniem poprzez szantaż. Podobnie zresztą rzecz się ma z Mycroftem, którego początkowo postrzegałam jako oprawcę, lecz teraz i w nim widzę ofiarę.

Serialowy Sherlock wydaje się mieć rozliczne problemy mentalne i emocjonalne, co – jakkolwiek w jego przypadku przerysowane – nie jest całkowicie niemożliwe, bowiem takie problemy mają tendencję do występowania w grupach, a zaburzenia osobowości często przybierają postać mieszaną. Jak zwykł mawiać on sam, „Kiedy wyeliminuje się niemożliwe, prawdą musi być to, co pozostało, choćby i było wysoce nieprawdopodobne”.

Nie podejmę się oceny, czy – jak sugeruje Watson – Sherlock ma zespół Aspergera. Pewne rzeczy (umysł działający genialnie w wybranych dziedzinach, nieświadomość konwencji społecznych) mogą na to wskazywać, ale za mało wiem na temat tego schorzenia. Zaburzenia ze spektrum autyzmu wydają się zależeć raczej od czynników biologicznych, co stawia je poza głównym obszarem moich zainteresowań, którym jest wpływ czynników wychowawczych na naszą konstrukcję psychiczną. A w Sherlocku pojawia się sporo sugestii, jakoby na osobowość bohatera znacząco wpłynęły doświadczenia z dzieciństwa.

Sherlock nie jest ani psychopatą, jak mówią o nim niektórzy, ani „wysokofunkcjonującym socjopatą”, jak mówi on sam. (Do pewnego momentu cechy psychopaty wydaje się przejawiać Mycroft, lecz później scenarzyści go zmiękczają). Owszem, czasem bezlitośnie wykorzystuje ludzi, ale kiedy indziej jest gotów narazić życie, by pomóc przyjaciołom. W moim odczuciu obaj bracia są produktem dzieciństwa naznaczonego wrodzoną innością oraz matczynymi ambicjami, lękami, być może nieudolnością rodzicielską. Dodatkowo Mycroft lubił się dowartościowywać kosztem wrażliwego braciszka.

Wrażliwość jest słowem kluczowym dla zrozumienia Sherlocka. A symbolem tej wrażliwości jest tajemniczy Rudobrody, o którym przypomina bratu Mycroft, ilekroć ten daje się owładnąć – szkodliwym w odczuciu starszego brata – emocjom. Z czasem dowiadujemy się, że Rudobrody był ukochanym psem Sherlocka, który „musiał zostać uśpiony”, co chłopiec przeżył tak głęboko, że od tej pory każde zaangażowanie emocjonalne kojarzy mu się z bólem. Nie wiemy jeszcze rzeczy niezmiernie istotnej, mianowicie – dlaczego uśpiono Rudobrodego. Moim zdaniem byłoby zbyt proste, gdyby zwyczajnie zachorował. Może na przykład pogryzł dotkliwie kogoś, kogo Sherlock nie lubił, co wzbudziło w chłopcu poczucie winy i przekonanie – które zabrał ze sobą w dorosłe życie – że zaangażowanie emocjonalne zniszczy nie tylko ciebie, ale i tych, których kochasz? Jeśli dodamy do tego trudności w kontaktach społecznych oraz kompleksy (Sherlock był mniej błyskotliwym z braci, co – biorąc pod uwagę fakt, że wychowywali się w izolacji – wywołało w nim poczucie, że jest głupi), otrzymujemy obraz człowieka pełnego lęku przed zranieniem i absolutnie niezdolnego wyobrazić sobie, że komuś może na nim zależeć (to ostatnie dobrze pokazano w odcinku, w którym John prosi go, by został drużbą na jego ślubie – dopóki nie powie wprost, że chodzi o Sherlocka, ten nie dopuszcza do siebie możliwości, że sformułowanie „najlepszy przyjaciel” może się odnosić do niego).

Psychiatra i psychoanalityczka Karen Horney uznałaby obu Holmesów za neurotyków. Neurotyk w jej ujęciu to osoba, której prawidłowy rozwój został w dzieciństwie zahamowany w wyniku niekorzystnych okoliczności.

Wskutek rozmaitych ujemnych wpływów dziecku może jednak nie być dane rozwijać się zgodnie z jego potrzebami i przyrodzonymi dyspozycjami. Tego rodzaju niesprzyjające okoliczności są zbyt liczne, aby móc je tu wszystkie wymienić. Lecz gdy się je podsumuje, wszystkie sprowadzają się do tego, że ludzie z otoczenia dziecka zbyt pogrążeni są w swoich własnych stanach nerwicowych, aby móc dziecko kochać, a nawet dostrzegać w nim określoną indywidualność. Ich postawy wobec dziecka warunkują własne neurotyczne potrzeby i reakcje. Mówiąc po prostu, dorośli bywają dominujący, przesadnie opiekuńczy, onieśmielający, skorzy do gniewu i nerwowi, nadmiernie wymagający, nadmiernie pobłażliwi, zmienni i niekonsekwentni, faworyzujący kogoś z rodzeństwa dziecka, obłudni, obojętni itd. Rzecz nie sprowadza się nigdy do jednego czynnika, zazwyczaj istnieje cała konstelacja wywierająca niepożądany wpływ na rozwój dziecka.

W wyniku tych wpływów w dziecku nie rozwija się poczucie przynależności, nie czuje sensu pojęcia „my”, dręczy je natomiast poczucie niepewności i niejasny lęk, który nazywamy lękiem podstawowym. Wyraża się on w poczuciu izolacji i bezradności w świecie odczuwanym jako potencjalnie wrogi. Ów lęk podstawowy ciąży na dziecku, paraliżując spontaniczne przejawy autentycznych uczuć wobec innych osób i zmusza je do szukania szczególnych sposobów kontaktowania się z nimi. Musi ono – czyniąc to nieświadomie – układać sobie te stosunki tak, aby nie rozbudzać ani nie wzmacniać, lecz łagodzić swój niepokój. [Karen Horney, Nerwica a rozwój człowieka, Rebis 2015, str. 12–13]

Aby złagodzić lęk towarzyszący nam w kontaktach z innymi i niepewność co do samych siebie, chwytamy się różnych strategii. Czasem będzie to szukanie oparcia w innych (w grupie bądź w jednej osobie, którą postrzegamy jako silną) kosztem rezygnacji z własnej indywidualności, innym razem, odwrotnie, próba dominowania nad innymi – bo tylko mając władzę, jesteśmy w stanie uwierzyć we własną wartość – jeszcze innym przekonywanie siebie i innych, że interesuje nas tylko wybrana dziedzina życia (np. praca), a inne (cała sfera życia osobistego i wszystko, w czym czujemy się słabi) są nam obojętne.

Weźmy Draco Malfoya i jego krzepkich kumpli, Crabbe’a i Goyle’a. Ci ostatni reprezentują pierwszą ze wspomnianych grup. Najwyraźniej nie sądzą, że mają do zaoferowania cokolwiek poza siłą własnych mięśni, więc ochoczo rezygnują z indywidualności w zamian za służenie komuś charyzmatycznemu, kto (jak im się zdaje) wie, czego chce. Draco, ze swej strony, jest neurotykiem nastawionym na dominację – czuje się szczęśliwy jedynie wtedy, gdy ma władzę i ludzie się go boją. Nie istnieje dla niego inna opcja niż panowanie, bo tylko ono pozwala mu czuć, że jest coś wart. Nietrudno zgadnąć, że pod tą fasadą kryje się samotność i przekonanie, że nikt nie może go pokochać, ba! – nawet polubić, takiego, jaki jest naprawdę. Jeśli zdradzi się ze słabością lub potrzebami emocjonalnymi, cała konstrukcja fałszywego ja runie, a on zostanie z niczym – jego prawdziwe ja jest bowiem słabo ukształtowane, trudne do uchwycenia i bardzo podatne na zranienie.

Silne tendencje do budowania fałszywego ja na bazie władzy, a także pozycji społecznej/zawodowej zdradza Mycroft Holmes. Ma tendencje do upokarzania brata i dzięki aluzjom dowiadujemy się, że robił to już w dzieciństwie. Wiele jego krytycznych zachowań wobec Sherlocka można interpretować raczej jako obawę o wizerunek rodziny niż troskę o brata, choć im dalej w las, tym bardziej scenarzyści starają się pokazać, że gdzieś pod tą zimną fasadą ukrywa się człowiek wrażliwy i autentycznie zatroskany. Trudno się dziwić, wszak wzrastali w tym samym domu – chłodny, dystansujący się od emocji Mycroft i impulsywny, targany sprzecznymi uczuciami Sherlock.

Sherlock najlepiej wpisuje się w schemat trzeciego ze wspomnianych przeze mnie typów neurotyka – tego, który buduje swoją samoocenę na fundamencie czegoś, w czym jest dobry (rozwiązywania zagadek kryminalnych), udając jednocześnie (także wobec siebie), że inne dziedziny życia zupełnie go nie interesują. Kontakty z ludźmi są dla niego trudne, więc wmówił sobie, że jest ponad to. Nie może przecież ryzykować śmieszności, prawda? A im bardziej staje się znany, tym większym zagrożeniem byłaby najdrobniejsza porażka. Zagrożeniem dla jego reputacji, lecz może nawet bardziej – dla psychiki. Bo Sherlock jest w środku małym, delikatnym chłopcem. Porzucenie osłony ochronnej byłoby w jego przypadku nie tylko trudne, ale i bardzo niebezpieczne – nie jest bowiem gotowy stawić czoła życiu bez niej. Nie znaczy to jednak, że człowiek, który nie miał szans rozwinąć prawdziwego, zdrowego ja [warto się zapoznać z pojęciami true self i false self sformułowanymi przez pediatrę i psychoanalityka Donalda Winnicotta] na zawsze pozostanie uwięziony w fałszywym, neurotycznym świecie. Jego dekonstrukcja musi się jednak odbywać stopniowo i musi jej towarzyszyć konsolidacja ja prawdziwego. W serialu widać, jak Sherlock zmienia się pod wpływem bliskości z Johnem – jak zaczyna dostrzegać, że ktoś może w nim cenić nie tylko jego błyskotliwy umysł, i że on sam może się zbliżyć z kimś, kto – co Sherlock lubi podkreślać – nie dorównuje mu intelektualnie. Filmowy Watson świetnie rozwija w Sherlocku „ludzkie” cechy i choć pewnie w życiu jest to znacznie trudniejsze niż w serialu, z pewnością jego empatia i dobrze pojęta akceptacja (to znaczy taka, która nie pozwala wejść na głowę, ale wybacza i tłumaczy) są bardzo pomocne.

O ile u Mycrofta jedynym widocznym skutkiem emocjonalnych deficytów wydaje się dające czasem o sobie znać łagodne poczucie straty, o tyle Sherlock radzi sobie znacznie gorzej – jest impulsywny, nie może znieść bezczynności; gdy długo nie znajduje godnego siebie zadania, ćpa albo strzela do ścian. Te zachowania wskazują na osobowość chwiejną emocjonalnie, co w moim odczuciu nie tylko nie kłóci się z prezentowaną przez niego na użytek świata chłodną fasadą, lecz doskonale ją tłumaczy: im większa wrażliwość, tym łatwiej cię zranić, więc na wszelki wypadek zamykasz się w grubym pancerzu.

Takie jest moje spojrzenie na Sherlocka. Wzrusza mnie, bo jest wrażliwym chłopcem o skomplikowanej psychice, choć czasem mam ochotę dać mu w mordę, gdy źle traktuje Johna, który jest jego mimowolnym terapeutą. Terapeutą w ograniczonym, rzecz jasna, zakresie. Bo wyobrażacie sobie Sherlocka na fotelu (nie, nie na kozetce) u psychoterapeuty?

Cóż, może warto. Warto sobie wyobrazić Sherlocka próbującego się obrać ze swoich lęków, wstydów, z całego tego balastu, który przytłoczył jego prawdziwe ja i nie pozwala mu się rozwijać. Ile barier trzeba pokonać, żeby osiągnąć postęp! Tak właśnie wygląda terapia zaburzeń osobowości. Wymaga cholernie dużo odwagi. Każde spotkanie z terapeutą to zdejmowanie po kawałku pancerza z pełną świadomością, że pod spodem jest coś wstydliwego, miękkiego i nieokreślonego. I że to coś to jesteś właśnie ty.

Z drugiej strony – przygoda to równie ekscytująca jak najciekawsze zagadki kryminalne. Uda się dotrzeć do sedna czy się nie uda? Uda się jakoś to sedno ogarnąć i na dobre zrzucić pancerz? A może wcale nie trzeba się go pozbywać – wystarczy wiedzieć, kiedy go używać, a kiedy chować do szafy?

Bo to nie tak, że Sherlock po terapii przestanie być Sherlockiem. Będzie po prostu Sherlockiem po terapii. Wciąż genialnym, wciąż ekscentrycznym, tyle że lepiej czytającym mapę swojej psychiki i otwartym na nowe możliwości – na przykład na miłość.

Ale bez obaw – nie sądzę, żeby to się stało w serialu. Jedynym poważnym kandydatem był dla mnie John, a on jest już zajęty. Sherlock zawsze będzie cierpiał, bo to nas wzrusza. Poza tym lubię sobie pomyśleć: „Ten Sherlock jest o tyle bardziej stuknięty niż ja, a przecież go uwielbiam”, co ma oznaczać, że nie jestem beznadziejnym przypadkiem.

Minirecenzje filmowe – listopad 2015

W grudniu pewnie niewiele razy będę w kinie, ale za to w listopadzie trochę pobywałam i niniejszym daję temu świadectwo.

Imigranci (Dheepan) – polecam. Polski tytuł trochę pod publiczkę, choć z kolei Dheepan (przybrane imię głównego bohatera) zupełnie nic niemówiący. Trochę zmienia się optyka, punkt ciężkości z jednego bohatera przenosi się na troje, a może i więcej. Z jednej strony pokazuje kondycję życiową ludzi naznaczonych wojną i obcością na wielu płaszczyznach – społecznej, ekonomicznej, psychicznej, a wreszcie i takiej, że macki przeszłości czyhają na nich nawet w dalekim kraju. Z drugiej – trzyma w napięciu jak dobra sensacja, którą zresztą od pewnego momentu jest. Świetna konstrukcja – jeśli niedopowiedzenia, to celowe – reżyser podsuwa tropy, nie wykładając kawy na ławę. Zakończenie zaskakuje, ale na swój sposób jest wiarygodne.

 Moja matka – film z mnóstwem niedopowiedzeń, jego odbiór prawdopodobnie w dużej mierze zależy od naszych życiowych doświadczeń. Sądząc po rozmowie, jaką po filmie przeprowadziłam ze współoglądaczką, nie da się jednoznacznie określić postaci, łączących je więzi i kierujących nimi motywów. Ale powiedzcie, czy w życiu nie jest tak samo? Każdy ma swój punkt widzenia. Mnóstwo niuansów, choć mam świadomość, że nie każdy lubi takie kino – kameralne, psychologiczne. Nie bergmanowskie jednak, bo mimo wszystko jest tu trochę humoru.

Pani Müller musi odejść – film oparty na sztuce teatralnej, w moim odczuciu świetny – zabawny, ale z potężnym optymistycznym, humanistycznym przesłaniem. Post scriptum fantastyczne. Niestety nie wiadomo, czy wejdzie w Polsce do regularnej dystrybucji – ja obejrzałam go podczas Tygodnia Kina Niemieckiego. Trailer, niestety, po niemiecku.

El club – ciężka groteska, wszystko jakby wykrzywione, zamiast poważnego podejścia do człowieka i jego psychologicznej złożoności reżyser okopuje się na pozycji, że zło się wszędzie panoszy, wszystko zżera i nie ma przed nim ucieczki. Generalnie – to, czego w kinie nie lubię. I nie pomaga fakt, że film jest poświęcony problemowi nadużyć kleru katolickiego i tuszowania tychże przez Kościół. Chętniej oglądam filmy w rodzaju Tajemnicy Filomeny, która pięknie kontrastuje zło i dobro, butę i przebaczenie.

W objęciach węża – bardzo klimatyczny film kolumbijskiego reżysera Ciro Guerry opowiadający o Amazonii pierwszej połowy XIX wieku, wyniszczonej przez białego człowieka. Ale i biali – dwaj podróżnicy przemierzający Amazonię w odstępie 30 lat od siebie – są tymi, którzy pomagają zachować pamięć przeszłości. Jest trochę banałów, ale zdjęcia i klimat świetne, a do tego parę scen (np. sceny z misji i tego, w co przekształciła się po latach) mocno ryje czachę.

 

Minirecenzje filmowe – wrzesień/październik 2015

https://i1.wp.com/1.fwcdn.pl/an/867323/70973_1.12.jpg

Od czasu Transatlantyku obejrzałam trochę filmów i nie o wszystkich uda mi się tu napisać. Cóż – życie składa się nie tylko z bloga, a blog nie tylko z filmów. Nie trwońmy zatem czasu.

Everest – film godny obejrzenia w warunkach IMAX-owych. Ja przynajmniej w takich oglądałam i sądzę, że to naprawdę robi różnicę. Widziałam sporo filmów o górach, i fabularnych, i dokumentalnych, ale dopiero ten mi pokazał, jak strasznie tam może być. W jakim stopniu to zasługa samego filmu, a w jakim techniki, nie wiem.

Ciekawie przedstawiono postać Becka – początkowo byłam wściekła, że zrobiono z niego przesadnego buca, żeby wzbudzić w widzu negatywne emocje, ale wkrótce się okazało, że pod jego bucowatością – jak pewnie pod bucowatością większości buców – kryje się strach. Strach przed okazaniem się słabym. Strach kogoś, kto sam ma problemy z wiarą w siebie, więc potrzebuje, żeby inni w niego wierzyli. Przyznając się do lęku, wystawiłby się na szwank, a jest na to za słaby (albo tak myśli), więc przywdziewa maskę.

Żonę Becka gra Robin Wright, którą niegdyś oglądałam w serialu Santa Barbara. Pięknie dojrzała.

 Karbala. Film przemknął przez ekrany i błyskawicznie zniknął, a mnie się podobał. Żadna rewelacja, lecz w kategorii „polskie kino wojenne” naprawdę niezły. Bez martyrologii, bo rzecz dzieje się w Iraku, a w dodatku opowiada o wygranej bitwie. O wydarzeniach, które stały się jego kanwą, można przeczytać tutaj.

Sól ziemi – dokument Wima Wendersa o świetnym brazylijskim fotografie Sabastiao Salgado. Zdjęcia doskonałe, po wyjściu przez jakiś czas inaczej patrzysz na ludzi i obrazy. Zdecydowanie warto zobaczyć.

11 minut Jerzego Skolimowskiego. Niektórzy postrzegają ten film jako moralitet, a ja nie wiem dlaczego – dla mnie jest to świetnie zrealizowana groteska z doskonałymi zdjęciami, montażem, oprawą muzyczną. Szwankuje natomiast fabuła – pełno luźnych nitek, nie wiadomo, co i po co. Pomysł z martwym pikselem – czarnym punktem – doskonały. Moim zdaniem film o Oscara nawet się nie otrze, natomiast ma szanse zawojować europejskie i niezależne festiwale.

Ponadto obejrzałam grecki Płomień – niezbyt mi się podobał, zdecydowanie przereklamowany albo po prostu zbyt różnimy się kulturowo od Greków. Bohaterka wydawała mi się płytka, prymitywna, nie miałam żadnego punktu zaczepienia, by się z nią identyfikować. Ciekawie natomiast pokazany (choć przerysowany) szwagier nazista. Załapałam się na spotkanie z reżyserem w kinie Muza – bardzo miły człowiek.

Obejrzałam też Sicario, którego nie polecam osobom o dużej wrażliwości. Doceniam klimat – muzykę, zdjęcia – natomiast uważam, że fabuła jest kliszowa, niedopracowana, drastyczne sceny usprawiedliwione jedynie potencjałem komercyjnym (co potępiam), a przesłania, że źli są źli, a dobrzy równie źli, nie kupuję.

Marsjanina polecam (acz bez przesadnych ochów i achów), choć pewnie i tak już wszyscy widzieli. Z nieco starszych filmów obejrzałam animowany W głowie się nie mieści – opowieść o tyle godną polecenia, że idzie pod prąd filozofii fałszywego optymizmu i uczy, że jeśli nie dajemy sobie miejsca na smutek czy złość, mogą z tego być kłopoty.

O listopadowych filmach napiszę, gdy trochę się ich uzbiera, ale już teraz zachęcam do obejrzenia Imigrantów (znanych też pod tytułem Dheepan). Dobry, wciągający film.

Trzęsienie umysłu (I)

W filmie Chce się żyć dziewczyna – nie pamiętam imienia, więc nazwę ją Anią – przyprowadza Mateusza, niepełnosprawnego, niemówiącego i uważanego za głęboko upośledzonego, na imprezę urodzinową swego bogatego ojca. Przez poprzednie tygodnie opiekowała się Mateuszem, w końcu zaczynając go traktować jako swojego chłopaka. Wreszcie ktoś zrozumiał, że nie ma do czynienia z rośliną – myśli widz. I jakież to heroiczne, że zabiera chłopaka na elegancką kolację do ojca, wiedząc, że zebrani będą kręcić nosami.

Rzeczywiście – ojciec i jego świta patrzą krzywo, mamy poczucie, że za chwilę dojdzie do awantury. „Kogo przyprowadzisz za rok? – pyta ojciec. – W zeszłym roku bezdomny, teraz on…” Po czym zwraca się do Mateusza: „Przepraszam cię za swoją córkę”.

Chwilę siedzę oszołomiona, próbując ogarnąć, co tu się wydarzyło. Te dwa wypowiedziane zdania, a zwłaszcza bezpośrednie zwrócenie się do Mateusza, całkowicie odwracają sytuację, przenicowują nasze dotychczasowe wyobrażenia o Ani i o tym, gdzie na osi dobro/zło znajduje się ona, a gdzie ojciec.

Uwielbiam takie momenty w literaturze i filmie – kto wie, czy nie najlepsze „twisty”, jakie można nadać dziełu fabularnemu. Siedzisz sobie wygodnie w fotelu, przekonany, że kibicujesz właściwej stronie, a tu cała wizja sypie się w wyniku jednego gestu, kilku słów. A więc to tak? Nie z miłości czy nawet sympatii, tylko z chęci zemsty na ojcu Ania omamiła Mateusza, dając mu nadzieję, że wreszcie dla kogoś zaczął się liczyć, a w rzeczywistości w najmniejszym stopniu nie biorąc pod uwagę jego uczuć? Prawdopodobnie podzielała przekonanie większości, że chłopak jest zbyt upośledzony, by cokolwiek rozumieć, a dawane przez niego sygnały ignorowała w imię swoich celów. Wizerunek ojca natomiast ociepla się, gdy ten odzywa się wprost do chłopaka. Nawet jeśli nie sądzi, by ten go rozumiał, widzi w nim człowieka i czuje potrzebę przywrócenia mu godności.

Ale to znowuż nie jest tak, że wystarczy obrócić kalejdoskop do góry nogami i wszystko stanie się takie, jakie jest naprawdę. Po pierwsze, nie wiemy, co naprawdę czuje Ania. Może oprócz chęci prowokowania ojca jest w niej autentyczne poczucie solidarności z ludźmi wykluczonymi, bo się z nimi identyfikuje? Ojciec ma nową rodzinę, o matce i ewentualnym rodzeństwie nie wiemy nic. Zniknięcie Ani z życia Mateusza po tym incydencie zdecydowanie przemawia jednak na jej niekorzyść. Owszem, może jej być wstyd, ale przecież musiała się spodziewać takiego rozwoju wydarzeń, ba – biorąc pod uwagę, że to „recydywa”, jesteśmy skłonni sądzić, że prowokacja była jej celem – więc to, że nie pojawia się więcej, zdaje się potwierdzać tezę, że chłopak był dla niej wyłącznie narzędziem walki z ojcem.

Po drugie – i bardziej istotne – jeśli między rodzicami a dzieckiem źle się dzieje, zwykle nie jest to wina dziecka. Owszem, zdarza się, że opiekunowie wszystko zrobili dobrze, a z dziecka i tak wyrasta niezłe ziółko, lecz chyba znacznie częściej problemy dzieci są wynikiem błędów rodziców, którzy z kolei są produktem swoich, także niedoskonałych rodziców… i tak w nieskończoność. Postrzegam to jako rodzaj grzechu pierworodnego, za który wszyscy pokutujemy i zbawić nas może jedynie korzystny zbieg okoliczności i/lub ciężka praca: albo we wczesnym okresie życia trafimy na kogoś bardzo mądrego i empatycznego, kto te błędy naprawi, skrzywienia złagodzi, albo osiągniemy to dzięki mozolnej pracy nad sobą. Zdecydowanie korzystniejsze jest to pierwsze, bo kiedy już okrzepliśmy w złym schemacie, naprawdę trudno jest go zmienić. Niestety nie od nas to zależy, więc jeśli wchodzimy w dorosłość tacy powykrzywiani, pozostaje już tylko drugi sposób. Powolne zmienianie siebie, które potrwa do końca życia.

Ciekawe, czy o tym wszystkim myślał reżyser, gdy budował tę postać – postać, której imienia nawet nie zapamiętałam, ale która mogłaby być tak wieloma z nas. Ilekroć dostrzegam w fabułach (lub ich fragmentach) głębię, której większość otaczających mnie osób nie wydaje się dostrzegać, zastanawiam się, czy nie nadinterpretuję. Ale chyba nie, bo żeby wymyślić taki twist, potrzeba wnikliwości. A nawet gdyby w niektórych wypadkach okazywało się, że pomyślałam o czymś, co nie było zamiarem twórcy, dziełu to nie zaszkodzi, a tych, z którymi podzielę się refleksjami, może skłonić do wartościowego namysłu. Oby 🙂

Chłopiec i świat – nibyrecenzja

Bardzo fajna brazylijska animacja, której jestem skłonna wybaczyć ekopropagandę. Odrobinę mnie drażnił uproszczony podział na dobrych i złych, wolnych i agentów zniewolenia. Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro to film dla dzieci, musi operować prostymi symbolami – myślę jednak, że dzieci tak czy owak nie zrozumiały symboliki walki kolorowego ptaka z czarnym.

Prawdopodobnie nie zrozumiały też tego, co dla mnie jest (poza samymi obrazkami) największą siłą tego filmu, a mianowicie jego zakończenia. Główny bohater – chłopiec – w trakcie swojej wędrówki spotyka osoby, które mu pomagają: najpierw starszego, schorowanego człowieka pracującego przy zbiorze bawełny, potem nastolatka pracującego w fabryce dywanów i nocami ukradkiem zakradającego się do fabryki, by tkać własny kolorowy dywan. Na końcu filmu bohater, już podrośnięty, wraca do domu, po czym… znów udaje się w świat, stając się najpierw nastolatkiem w kolorowej czapce z fabryki dywanów, a potem starszym mężczyzną z plantacji. Czy od początku pomagały mu w drodze jego przyszłe wcielenia, czy też raczej reżyser chce nam w ten sposób powiedzieć, że wszystko, co nas spotyka, w przyszłości oddajemy? Że każde wyświadczone nam dobro zmieni się w dobro, które wyświadczymy innym? Tak czy inaczej zakończenie filmu niesie ze sobą potężne przesłanie zwycięstwa wolności nad uciskiem.

Film obejrzałam z okazji festiwalu Kino Dzieci w poznańskim kinie Muza – miejmy nadzieję, że wejdzie do regularnej dystrybucji.

Transatlantyk 2015 – filmy fabularne

slow west

I jeszcze szybciutko o filmach fabularnych obejrzanych podczas minionej (jak się okazuje – ostatniej poznańskiej) edycji Transatlantyku.

Gość – naprawdę dobra produkcja, którą nazwałabym pastiszem thrillera. Jedyny problem w tym, że nie przepadam za pokazywaniem strzelanek i rozlewu krwi gwoli rozrywki. Jeśli jednak ktoś posiadł odporność na takie obrazy, mogę film polecić.

Slow West na odmianę nieco mnie rozczarował. Kodi Smit-McPhee to mój idol zarówno ze względu na oryginalne imię i nazwisko, jak i na niezwykle wyraziste rysy twarzy. Prawie nie musi grać, żeby świetnie wypadać. Jeśli nazwisko nic wam nie mówi – Kodi to chłopiec z Drogi, Aaron z Kongresu, Alexander z Ewolucji Planety Małp. Pomyślałam, że skoro gra w westernie zatytułowanym Slow West, będzie z tego niezła gratka. Niestety, choć i on, i partnerujący mu Michael Fassbender dali radę, film jest nudny. Nie aż tak, żeby nie warto było go oglądać, bo trochę klimatu ma i na szczęście trwa zaledwie 80 minut, ale spodziewałam się czegoś lepszego.

45 lat natomiast świetne. Mam nadzieję, że nim wejdzie do dystrybucji kinowej, poprawią tłumaczenie, bo roiło się od błędów. Popis aktorów, świetne teksty i ostrożny optymizm.

I na koniec film, który był dla mnie największym wydarzeniem festiwalu – Syn Szawła, węgierski obraz, który oficjalną premierę w Polsce będzie miał w listopadzie. Nie widziałam dotąd takiego filmu o obozie koncentracyjnym – tak naturalistycznego i bolesnego w odbiorze. I to nawet nie z powodu strasznych scen masowych mordów, ale też tego, jak odnosili się do siebie towarzysze niedoli. „Żydowska świnia”, „polska gnida” – patrząc na to, jak ludzie odnoszą się do siebie w normalnych warunkach, właściwie trudno się spodziewać czegoś lepszego w skrajnych, ale zwykle tę część historii się w Polsce wybiela. Film zostawia ślad. I jest świetnie zrealizowany. (Warto podkreślić, że to debiut reżysera, który dotąd robił filmy dokumentalne). Od 12 lat? Nie żartujcie, ja z trudem to zniosłam.

Akcja filmu rozgrywa się na kanwie buntu więźniów z Sonderkommando w Oświęcimiu, o którym można przeczytać m.in. tutaj.

Transatlantyk 2015 – dokumenty

Koniec sierpnia, a ja nic jeszcze nie napisałam o tegorocznym Transatlantyku. Spieszę zatem nadrobić zaległości. Na początek filmy dokumentalne.

Cerro Torre i Meru – dwa filmy teoretycznie podobne, bo oba opowiadające o zdobywaniu niezwykle trudnych do zdobycia szczytów. W przypadku Cerro Torre chodziło o zdobycie rzeczonej góry (tej samej, o której mowa w Krzyku kamienia Herzoga) w stylu klasycznym, w przypadku Meru – o przejście jednej z najtrudniejszych tras wspinaczkowych na świecie, Płetwy Rekina, wiodącej na środkowy wierzchołek góry Meru w Himalajach. O ile jednak Cerro Torre jest filmem komercyjnym, finansowanym przez Red Bulla, co przydaje mnóstwo uroku i dramatyzmu zdjęciom, lecz ujmuje nieco autentyczności całej historii, o tyle większość zdjęć do Meru zrobili uczestnicy wyprawy, głównie Jimmy Chin. Niektóre ujęcia kręcono wprawdzie z oddali (ze zbocza innej góry?), lecz mimo to wiemy, że wspinacze są zdani wyłącznie na siebie i w przypadku problemów nie mają szans na ratunek. Jesteśmy tam, gdy się źle czują, gdy podejmują dramatyczną decyzję o powrocie. A piękno gór, choć filmowanych bez udziału helikoptera, i tak poraża. Meru zdecydowanie mocniej dotyka spraw ludzkich, ludzkiej słabości i siły, doświadczenia, przyjaźni. Ale obejrzeć warto oba.

Virunga – wstrząsający film o strażnikach z parku narodowego w Demokratycznej Republice Konga, którzy ryzykując i często tracąc życie bronią parku przed kłusownikami, rebeliantami, brytyjską korporacją naftową i własnym rządem. Wyrazisty przykład tego, jak Europejczycy DZIŚ destabilizują sytuację w Afryce. Ale i jest i pozytywny, ba! cudowny przykład w postaci dyrektora parku, Emmanuela de Merode, Belga, który – może trochę dla odkupienia win przodków, ale przede wszystkim z przekonania – dba o ten park i jego mieszkańców bardziej niż o własne życie. Niesamowity facet, podobnie jak jego najbliżsi współpracownicy, i niesamowity film. Podziw też dla filmowców, którzy niejednokrotnie znaleźli się w ogniu walki. Nie podoba mi się nawiązywanie relacji osobistych dla zdobywania informacji – dziennikarka spotyka się z przedstawicielem koncernu naftowego. Facet wprawdzie wie, że jest dziennikarką, a ponadto nie zostało wyraźnie powiedziane, jak daleko się posunęli w swojej znajomości, ale jednak mi to zgrzyta. Co nie zmienia faktu, że inaczej nie usłyszelibyśmy rewelacji wygłaszanych przez pracowników SOCO o tym, że Afrykę trzeba ponownie skolonizować, bo inaczej nic się tu nie zmieni. Film momentami mocny, powinien mieć ograniczenie wiekowe.

Mów mi Marianna – polski film o osobie transpłciowej. Nie wzbudził mego zachwytu, natomiast jego wielką zaletą jest pokazanie, jak skomplikowana medycznie, prawnie i społecznie jest procedura zmiany płci i że w obliczu tego wszelkie opinie, jakoby ktoś robił to pod wpływem widzimisię, są po prostu bez sensu. Druga zaleta filmu to pokazanie dramatu nie tylko osoby transpłciowej, lecz także jej rodziny. Trzecia – pokazanie jej codzienności, z samotnością, wyzwaniami, ale i szczęściem.

Wkrótce postaram się nabazgrać o filmach fabularnych.

Transatlantyk 2015 – rozgrzewka

Właśnie przestudiowałam program tegorocznego Transatlantyku i wypisałam sobie 21 filmów. Zaznaczam, że nie interesują mnie żadne ekstrawagancje typu kino łóżkowe czy kulinarne – chcę oglądać dobre filmy. Osiem dni, trzy kina, wypisanych przeze mnie 21 filmów to niewielki ułamek tego, co będzie się tu działo. Filmy oscarowe i niszowe, dokumenty, kino festiwalowe, kino sportowe z genialnymi zdjęciami. Bilety na niektóre sekcje po 15 zł., na inne po 5 lub za darmo. Oczywiście będę musiała wykreślić jeszcze połowę, bo nie mam tyle czasu, część filmów jest o tych samych porach, a Muza wymyśliła, że bezpłatne wejściówki będą do odebrania godzinę przed seansem, co praktycznie oznacza brak możliwości ich zdobycia, jeśli nie ustawię się (lub kogoś) w kolejce dwie godziny wcześniej. Ale i tak czeka mnie cudowny tydzień. Od dwóch lat planuję wakacje w taki sposób, żeby na Transatlantyk być w Poznaniu. Więc błagam, nie mówcie mi, że ten festiwal jest niepotrzebny. W ciągu tych ośmiu dni przewija się tu tyle genialnego kina, ile nie zobaczy się we wszystkich kinach Poznania przez cały rok. Owszem, część tych filmów (np. te nominowane do Oscarów) już była w kinach, a część będzie. Ale większości nie było i nie będzie.

Podobno Kaczmarek wyciągał od miasta wielkie pieniądze i podobno większość tych pieniędzy szła nie tyle na kino, ile na imprezy dookolne. Podobno nie ze wszystkimi artystami się rozliczył. Mnie osobiście owe dookolne imprezy nic a nic nie obchodzą, mam gdzieś bankiety, warsztaty i zapraszanie przebrzmiałych gwiazd (a raczej wdów po gwiazdach) w stylu Yoko Ono. Ponadto denerwuje mnie mieszanie ideolo do sztuki, a zwłaszcza akcje przeciwko GMO. Byłabym szczęśliwa, gdyby festiwal polegał wyłącznie na prezentacjach filmowych. Więc mam prośbę do tych, którzy narzekają na festiwal i z radością odsyłają go do Łodzi – jeśli te wszystkie filmy można sprowadzić i pokazać w tych samych cenach za dużo mniejsze pieniądze, to niech ktoś to, kurde, zrobi!!! Bo z punktu widzenia kinomanki odjazd festiwalu jest gigantyczną stratą.

Minirecenzje filmowe – maj 2015

Miał tu być zupełnie inny wpis (który – mam nadzieję – wkrótce się pojawi), ale uznałam, że najpierw trzeba nadrobić zaległości w relacjach filmowych. Tyle że jeśli chodzi o maj, niewiele mam do zaoferowania. To nie tak, żebym nie obejrzała żadnych filmów, ale prawie wszystkie one należą do jednej z trzech kategorii: a) starocie, b) filmy, o których napisano już wszystko i jeszcze więcej, c) filmy, które niespecjalnie mnie do siebie przekonały. Z pierwszej kategorii udało mi się obejrzeć niemiecką Falę, meksykańskie Pragnienie miłości i francusko-austriackiego Kota Rabina.

Fala (Die Welle) z roku 2008 to opowieść o młodym nauczycielu anarchiście, któremu przypada w udziale poprowadzenie tygodniowego kursu na temat autokracji. Początkowo się broni, potem wpada na pomysł pokazania uczniom, jak taki system działa praktyce, w końcu… tworzy w klasie autokratyczne państewko z sobą jako wodzem. Film bardzo luźno bazuje na eksperymencie przeprowadzonym w Stanach w latach 60. Jest postrzegany jako przestroga przed tym, jak łatwo może powrócić coś, co wydaje nam się odległe i niezrozumiałe, ale ja zwróciłam uwagę także na inny aspekt – pokazanie, jak łatwo z radykała jednej idei przeobrazić się w radykała innej. Rainer chciałby poprowadzić zajęcia o anarchizmie, którego idea jest mu bliska, a nie o jakiejś głupiej autokracji… tymczasem w ciągu zaledwie kilku dni świetnie wpasowuje się w rolę dyktatora. Podobne przypadki są znane, więc warto się zastanowić, na ile radykalizm to kwestia wiary w jakieś konkretne idee, a na ile stan umysłu. Kiedy popadamy w fanatyzm i przestajemy dostrzegać za ideą innych ludzi, robi się groźnie.

Pragnienie miłości (Después de Lucía) to meksykański film z roku 2012. Zacznę od tytułu, bo polski mnie wkurza. „Después de Lucía” znaczy dosłownie „Po Lucíi”, co niezbyt się broni, ale dlaczego nie mógłby to być na przykład „Świat bez Lucíi”? Tytułowej Lucíi nie poznajemy, bo zginęła w wypadku, i właśnie jej brak jest motorem (a może hamulcem) akcji. Ani mąż, ani córka kobiety nie potrafią się odnaleźć w świecie bez niej, a przeprowadzka do stolicy tylko pogarsza sprawę – zagubiona Alejandra wskutek rozpaczliwej próby zdobycia aprobaty pada ofiarą szkolnego mobbingu. Przez większość filmu nie byłam przekonana o jego wartości (sugerowanej przez liczne nagrody i nominacje). Zachowanie nastolatków wydawało mi się przesadnie hedonistyczne i okrutne – tak mogą się zachowywać pewne grupy, ale cała klasa? Nie wiem, wszak to Meksyk, a ponadto z młodzieżą w wieku gimnazjalnym niewiele mam do czynienia. Ufam, że w naszym kraju przynajmniej część ma więcej oleju w głowie. Niemniej końcówka filmu zupełnie zmieniła mój odbiór, pokazując, że istotnie mam to czynienia z dziełem ważnym. Końcowa scena jest zbliżeniem na tę ogromną wyrwę, która powstała w świecie mężczyzny i dziewczyny po odejściu najukochańszej osoby. Reżyser pozostawia nas zaglądających w otchłań.

Kot rabina (2011) to adaptacja komiksu, a właściwie kilku komiksów Joanna Sfara, francuskiego rysownika pochodzenia żydowskiego. Fajna, dowcipna i „antyfanatyczna” opowieść o szalonej podróży przez północną Afrykę lat 20. ubiegłego wieku grupki osób, wśród których są żydzi – aszkenazyjski i sefardyjski – muzułmański mędrzec i murzyńska (pardon my French) dziewczyna. Rysunki Sfara podobały mi się bardziej w jego komiksowej wersji Małego księcia, ale film jest przyjemny i optymistyczny. Można go znaleźć w internecie w całości z polskimi napisami (jakby co, to nic Wam nie mówiłam).

Z kategorii „filmy, o których napisano już wszystko i jeszcze więcej” obejrzałam dwa aktualne hity – Mad Maxa i Sekrety morza. Oba mi się podobały, każdy w swojej kategorii. Tym, których zachwyciły Sekrety, polecam tez Sekret Księgi z Kells tych samych twórców.

Pozostała właściwie jedna nowość. Nowość, co do której odczucia mam mieszane – jest nią Strefa nagości (Nude area) Urszuli Antoniak. Bardzo podobał mi się wcześniejszy obraz tej reżyserki Nic osobistego. Ponadto interesują mnie filmy o miłości kobiety do kobiety. Trailer wprawdzie nie całkiem mnie przekonał, ale jednak coś sobie obiecywałam. Tymczasem film jest dziwny. I nie chodzi o jego statyczność ani o to, że nie pada w nim ani jedno słowo. Chodzi bardziej o same bohaterki i ich wzajemne zauroczenie – o to, że ani nie potrafię się utożsamić z żadną z nich (moglibyście mi wytknąć, że w odróżnieniu od nich nie mam piętnastu lat – ale kiedyś miałam i wydaje mi się, że byłam tak odmienna od głównej bohaterki, jak to tylko możliwe), ani nie przemawia do mnie ich erotyczna fascynacja. W moich zauroczeniach, nawet jeśli brały się z ciała, zawsze kluczowy był aspekt romantyczny i takież pragnienia – przytulać się, patrzeć w oczy, głaskać się, radować samą obecnością ukochanej osoby. W Strefie nagości, w marzeniach bohaterki, we wzajemnych podchodach obu dziewcząt mamy właściwie tylko zmysłowość. Świetne zdjęcia Piotra Sobocińskiego – zwróćcie uwagę na niesamowitą koncentrację kamery na detalach ciała, kroplach wody spływających po skórze – podkreślają sztuczność tej opowieści i fakt, że reżyserka traktowała ją raczej jak malowanie obrazu niż jak opowieść o głębokich emocjach i tęsknotach wykraczających poza sferę cielesną. Jednocześnie biję jej brawo za odwagę, bo zaryzykowała, kręcąc film nietypowy, trudny w odbiorze, pozbawiony jednoznacznie zdefiniowanego targetu.

Minirecenzje filmowe – kwiecień 2015

Timbuktu

W kwietniu widziałam nieco mniej filmów, ale wszystkie warte wzmianki. Najpierw jeden zaległy – W lepszym świecie duńskiej reżyserki Susanne Bier. Obraz z roku 2011, ale jakże aktualny. Piękny film, piękne zdjęcia, piękna muzyka. I dylemat, czy na agresję odpowiadać agresją, ryzykując eskalację przemocy, czy też ją ignorować, ryzykując, że agresor poczuje się bezkarny. Szczerze mówiąc, nie wierzę w istnienie dobrej odpowiedzi na to pytanie, ale wybieram tę, którą daje reżyserka.

Motyl: Still Alice; film, za który Oscara dostała odtwórczyni głównej roli, Julianne Moore. Moim zdaniem film wart raczej Oscara za scenariusz, który jest jego najmocniejszym punktem. Opowieść o pani naukowiec zajmującej się językiem, która w sile wieku, aktywna zawodowo, zapada na alzheimera. Co więcej, okazuje się, że odmiana, na którą cierpi, jest dziedziczna i że każde z jej trojga dzieci może ją mieć. Nie uważam tego filmu za wielkie dzieło, ale jest wart obejrzenia. Polski tytuł absurdalny.

Podczas festiwalu Afrykamera zobaczyłam dwa filmy: Run to opowieść osadzona w Wybrzeżu Kości Słoniowej. Tytuł to przezwisko głównego bohatera, który ciągle musi uciekać… Dobry, wartościowy film, skłaniający do poszerzenia wiedzy na tematy Czarnego Lądu – podobnie jak kolejny, Timbuktu, którego akcja z kolei toczy się w Mali. Ten obraz zgromadził w sali kinowej znacznie większą publiczność, bo jest bardziej znany – kandydował do Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Warto przy okazji wspomnieć, że w filmie słyszymy bodaj pięć języków: francuski, angielski, arabski i dwa używane w Mali. To jeden z symboli zagmatwanego afrykańskiego życia. Film poetycki, piękny, okrutny. Film o tym, jak różnie można pojmować islam („Nie obchodzi mnie dżihad innych ludzi, bo cały mój czas pochłania własny. Mój dżihad to ciągłe doskonalenie się, by być bliżej Boga”), o potrzebie wolności skonfrontowanej z brutalnością radykałów będących w istocie zakłamanymi konformistami. Scena gry w piłkę bez piłki przejdzie do mojej osobistej klasyki. Trzeba obejrzeć.

I wreszcie Aferim! (kalendarz mówi, że obejrzałam go 1 maja, ale skoro już dołączyłam do kwietniowych recenzji, to niech będzie) – film w koprodukcji kilku krajów, ale przede wszystkim rumuński, o Rumunach i ich narodowej tożsamości. Aferim znaczy „brawo” po turecku (słowo z czasów imperium osmańskiego, nie wiem, czy dziś używane). Kolejny film, po którym mogę napisać: „Świetne zdjęcia”. Czarno-biały, klimatyczny, pokazujący komplikację pierwszej połowy XIX wieku na Wołoszczyźnie. Śmieszny i straszny. „W tym filmie nic się nie dzieje, ale jest fajny” – podsumował po wyjściu jeden ze współwidzów. Ano.

Minirecenzje filmowe – marzec 2015 (II)

Zanim przejdę do filmów obejrzanych w marcu, nadrobię pewną zaległość: otóż na początku lutego obejrzałam przedpremierowo film Sils Maria, o którym ze wszech miar warto wspomnieć, a ponieważ zrecenzowałam go gdzie indziej, pozwolę sobie jedynie podać link.

A teraz marzec i znowu trudny przesiew, bo nie ma czasu pisać o wszystkim. Wspomnę jedynie o paru zaległościach, które udało mi się nadrobić: Strażnicy galaktyki, Minionki rozrabiają, Jack Strong (wszystkie oceniam pozytywnie, choć ten ostatni wydaje mi się zbyt bajkowy jak na fabularyzowaną biografię). W kinie m.in. islandzki O koniach i ludziach – zabawny film, podobno ukazujący prawdziwy charakter Islandczyków. Zapamiętam go ze względu na kilka zabawnych scen, lecz moim ulubionym obrazem z tego kraju pozostaje Noi Albinoi – być może właśnie dlatego, że nie ukazuje prawdziwego charakteru Islandczyków, lecz coś, z czym może się identyfikować wiele osób w różnych zakątkach świata.

To pozostawia mi do omówienia trzy filmy: (w kolejności oglądania) duński, polski i libański.

Druga szansa – film Susanne Bier, lepiej znanej z oscarowego W lepszym świecie, o którym napiszę w recenzjach kwietniowych, bo obejrzałam go z kilkuletnim opóźnieniem. Druga szansa nie jest filmem tak spektakularnym, ale jest bardziej zaskakująca i poprzez to zaskoczenie wstrząsająca. Fabuła miejscami nieco naciągana, co jednak nie przeszkadza aż tak bardzo, bo w końcu to nie kryminał, lecz dramat. Acz sensacyjny. Warto zwrócić uwagę na zdjęcia, choć znowu – nie są tak spektakularne jak z W lepszym świecie. Dziwi mnie opis filmu widoczny przy trailerze (i na wielu innych stronach), bo żadnego konfliktu między policjantami nie zauważyłam.

Body/ciało. Nie widziałam wcześniejszych filmów Małgorzaty Szumowskiej i sądząc z tego, co o nich czytałam, nie wszystkie by mi się podobały. Ale ten tak. Oglądając zajawkę, miałam wrażenie, że to posępny dramat, a potem przeczytałam w internecie, że komedia. Cóż – trzeba było się przekonać naocznie. Pierwsza myśl – jaki to przewrotny tytuł, przecież ten film jest o duszy, a raczej o jej wypieraniu. Ale i o wypieraniu ciała. Zależy, na którym z trojga bohaterów skupi się nasza uwaga. Sądząc z przeczytanego później wywiadu z reżyserką, postrzegam film znacznie bardziej „bergmanowsko” niż ona, co pokazuje, jak bardzo sami jesteśmy twórcami tego, co oglądamy. Albo raczej – jak bardzo gotowe dzieło zaczyna żyć mnóstwem osobnych istnień, gdy spotyka się z odbiorem widza. Oczywiście dotyczy to wszelkiej sztuki, nie tylko kina. Tak czy owak, dramat czy komedia, film bez wątpienia opowiada o sprawach ważnych i mówi rzeczy ważne. Każdy z bohaterów zmaga z odejściem bliskiej osoby na swój niedoskonały sposób – a to poprzez wyparcie faktu, że zmarła coś dlań znaczyła, poprzez urazę, wreszcie poprzez uparte dążenie do połączenia się z nią w zaświatach albo poprzez wiarę, że śmierć wcale was nie rozłączyła. A co najpiękniejsze, pojawia się katharsis i to zupełnie inne, niż widz mógłby się spodziewać.

Ghadi (wyświetlany też jako Anioł). Z obejrzenia tego filmu jestem szczególnie zadowolona, bo kino libańskie rzadko w Polsce gości, a jeśli nawet, to i tak nie jest powiedziane, że wybrałabym się na Ghadiego, gdybym nie wygrała wejściówki. Im dłużej o tym obrazie myślę, tym bardziej go doceniam. P. mówi, że głupiutki, bo jak ktoś mógłby uwierzyć w anioła z przypiętymi skrzydłami. Ale to nie o tym. Raczej o tym, że kiedy ktoś w nas wierzy i daje nam kredyt zaufania, mamy tendencję do wydobywania z siebie tego, co dobre. Kiedy czujemy, że nie musimy ciągle walczyć, otwieramy się. Bohaterowie miasteczka są chrześcijanami i to jest bardzo chrześcijański film w pozytywnym sensie. Bo doktryna doktryną, ale to człowiek decyduje, gdzie położy akcent. Akurat wczoraj czytałam sobie opowiadania Kálmána Mikszátha i zapadł mi w świadomość taki fragment: „Jakim szczęściem dla ludzkości jest Jezus, ten Bóg, który był Człowiekiem! O Bogu nie wiem, jaki jest, ale o Jezusie wiem. Znam Go i wszyscy Go znają. Wiem, co uczynił, co myślał, nawet twarz Jego jest mi znajoma. Ukojeniem dla mojej duszy nie jest to, że Jezus jest moim Panem, ale że jest mi znajomy”[1].

Myślę, że obejrzenie Ghadiego może dobrze zrobić zarówno osobom, które (jak ja) są krytyczne wobec chrześcijaństwa i wszelkiej religii, jak i tym, które uważają się za chrześcijan. To jest film, który zbliża.

[1] Kálmán Mikszáth, Parasol świętego Piotra, PAX 1997.

Minirecenzje filmowe – marzec 2015 (I)

tydzienkina

W marcu obejrzałam sporo filmów, a to między innymi dlatego, że odbywał się 15. Tydzień Kina Hiszpańskiego. Pozwolę sobie zatem podzielić sprawozdanie na dwie części – w pierwszej będą filmy z przeglądu oraz inne związane z Hiszpanią lub Ameryką Łacińską, a w drugiej – reszta.

Na przeglądzie udało mi się zobaczyć pięć filmów. Właściwie nie wiem, czy „udało mi się” to dobre określenie, bo na pozostałe po prostu nie miałam ochoty – no, może na jeden, ale nie była to chęć przemożna. Wybrałam takie, których opisy mnie zaciekawiły. Zatem:

Kwiaty (Loreak) – bardzo ciepły, nostalgiczny baskijski film nakręcony przez dwóch reżyserów, z których jeden jest też twórcą równie klimatycznego 80 dni. O pamięci, godzeniu się i o tym, że żyjemy w dwóch światach – tym namacalnym i tym wyobrażonym, który dla naszych emocji bywa bardziej rzeczywisty od pierwszego. I wreszcie, co ważne – o tym, że ten drugi świat potrafi wpłynąć na pierwszy zamiast jedynie być ucieczką od niego.

Głupcy (Los tontos y los estúpidos) – sympatyczny film o aktorach „z łapanki” nagrywających sceny do filmu obrazującego perypetie życiowe kilkorga bohaterów. Podobały mi się niektóre historyjki (zwłaszcza ta o matce, która postanowiła stać się mężczyzną, a nawet swoim zmarłym mężem), a także to, że sceny „prawdziwego” życia pomiędzy scenami są czarno-białe i jakby stare, sugerując, że to, co naprawdę ważne, dzieje się na planie. Mimo wszystko film bez wielkich ambicji i raczej nikim nie wstrząśnie.

Wiedźmy z Zugarramurdi (Las brujas de Zugarramurdi). Odkąd przed laty Alex de la Iglesia zwrócił moją uwagę filmem La comunidad, śledzę większość jego poczynań. Poza nakręconym w Anglii i zaskakująco grzecznym (choć fajnym) Oxford Murders wszystkie są mieszanką tego, co lubię – wciągającej akcji i inteligentnego humoru – z tym, czego nie lubię – epatowaniem obrzydliwością i obrazoburczością. Tym razem pokusił się o superprodukcję, która doczekała się ośmiu nagród Goya (hiszpański odpowiednik Oscarów), a ja podczas jej oglądania czułam jeszcze większy dysonans niż kiedykolwiek przedtem: niektóre sceny imponują rozmachem – szczególną uwagę zwracam na scenę sabatu – a jednocześnie dużo jest obrzydliwości, w dodatku zaś film w bardzo krzywym zwierciadle przedstawia kobiety. Chwilami się odgrażałam, że na następny film Iglesii nie pójdę, ale sama w to nie wierzę.

Scena sabatu:

10.000 nocy (10.000 noches en ninguna parte) – czytając recenzje w sieci, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że lepiej niż ich autorzy zrozumiałam, o czym jest ten film. Wiadomo, że obie alternatywne historie, które „przeżywa” bohater, istnieją tylko w jego głowie. Wiadomo, że jedynym światem jest dla niego matka, przed którą może uciec wyłącznie do pracy lub w świat wyobraźni. Ponury wniosek z 10.000 nocy jest taki, że choćbyśmy nie wiem jak wierzyli w moc terapii i pracy nad sobą, pewnym ludziom nie można już pomóc, bo zostali zbyt mocno skrzywdzeni. I dlatego ważne jest, żeby zwracać uwagę na dzieci i ludzi bardzo młodych, których jeszcze można uratować. Co oczywiście jest trudne, bo rodzina rzecz święta i nic nikomu do tego, co się w niej dzieje – zwłaszcza jeśli, tak jak tu, nikt nie jest bity.

Jakkolwiek można oceniać całokształt filmu, psychologicznie historia wydaje się równie przenikliwa jak Plac Zbawiciela. Matka alkoholiczka, która wykorzystywała dzieci seksualnie, a hołubieniem i oskarżaniem na przemian doprowadziła syna do takiego uzależnienia od siebie, takiej niesamodzielności i tak wszechpotężnego strachu przed wszystkim, że ten nie jest w stanie mieć żadnego życia – do tego stopnia, że nie poznajemy nawet jego imienia. Postać matki świetnie napisana i zagrana chyba też. Bezradność i bezwolność dwudziestosiedmioletniego bohatera wkurza, ale w kontekście działań matki – całkowicie nieodpowiedzialnej i perfidnej w sterowaniu poczuciem winy młodzieńca – jest wiarygodna. I nawet końcowe „przepraszam”, choćby i szczere, nie przynosi ulgi, a jedynie gorycz, że odejście stanie się dla chłopaka jeszcze bardziej niemożliwe, a poczucie winy silniejsze.

Tylko ja (La herida) – nie bardzo wiem, skąd taki polski tytuł; oryginalny oznacza Rana lub Zraniona. Obiecywałam się sporo po tym filmie i zastanawiam się, dlaczego mnie rozczarował. Może dlatego, że opis miał taki: „Ana ma 28 lat i lubi swoją pracę w pogotowiu i odczuwa ogromna satysfakcję, gdyż czuje się potrzebna. Tymczasem w życiu prywatnym nie potrafi okazywać uczuć, jest czasem agresywna wobec bliskich. Nie panuje nad swoim zachowaniem i emocjami. Ana cierpi na zaburzenie osobowości typu borderline, ale o tym nie wie”. Myślałam więc, że się dowie i zacznie chodzić na terapię albo w inny sposób walczyć o siebie. Tymczasem ten borderline jest wymieniony tylko w opisie filmu, nie wiem po co – chyba po to, żeby taki durny widz jak ja zamiast normalnie oglądać, zastanawiał się, czy bohaterka ma odpowiednie objawy. No dobrze, może jeszcze po to, żeby dać wskazówkę innym ludziom z podobnymi problemami. To kupuję. Ale sam film mnie nie przekonał. Bohaterka z jednej strony ma książkowe objawy – samookaleczenia, ataki złości, nadużywanie alkoholu i narkotyków – ale to wszystko jakoś mi się nie składa do kupy. Poza tym trudno mi uwierzyć, żeby w dobie internetu nie wiedziała, że istnieje takie zaburzenie, czy nawet nie znając nazwy, nie próbowała choćby udać się do psychologa. Tym bardziej że pracuje w pogotowiu i napatrzyła się na niejedno. OK, nie jest łatwo zdecydować się na opowiedzenie o wstydliwych sprawach. Ale nie szukać w internecie wiadomości, nie zadawać sobie pytania, czy istnieją inni ludzie borykający się z problemem, to już inna kwestia. Ten aspekt wydaje mi się mało prawdopodobny, a emocje bohaterki ukazane nazbyt płytko. Mam wrażenie zmarnowanego potencjału.

Poza przeglądem obejrzałam w ubiegłym miesiącu dwa latynoskie filmy:

Gloria – chilijski film, który mimo pozytywnych recenzji zupełnie do mnie nie trafił. Ba, wkurzył mnie. Temat samotności, poszukiwania bliskości, zwłaszcza w nieco starszym wieku, jest wdzięcznym tematem na film. Ale z bohaterką absolutnie nie potrafiłam poczuć więzi. Niby jest osobą w miarę wykształconą, a nie wydaje się mieć żadnych zainteresowań poza chodzeniem na potańcówki w celu poderwania faceta. Desperacja desperacją, ale ta kobieta jest po prostu potwornie nudna. Co nie zmienia faktu, że mimo wieku późnośredniego wciąż ma ładne ciało, a leci na jakiegoś nieapetycznego dziada. Jednoczesne orgazmy w każdej scenie miłosnej zupełnie mnie rozbawiły.

Złota klatka (La jaula de oro) – film w koprodukcji hiszpańsko-gwatemalsko-meksykańskiej, zrealizowany przez hiszpańskiego reżysera. Opowieść o trojgu (w porywach do czworga) nastolatków, którzy wiedzeni pragnieniem lepszego życia próbują się przedostać z Gwatemali do Stanów. Hipnotyczny film ze świetnymi zdjęciami i krajobrazami, powolny, oszczędny. Wniknięcie w świat, którego nie znamy i nie poznamy, początkowo fascynujące, z czasem staje się przejmujące. Ze wszech miar godzien polecenia, o ile nie jesteście zbyt niecierpliwi.

Rozrywka

 

sztuka (acz nie mięsa)

Osoba z najbliższej rodziny żachnęła się kiedyś, że nie mam czasu na załatwienie jakiejś ważnej sprawy papierkowej, a na rozrywkę mam. Na rozrywkę, to znaczy na kino. Uderzyło mnie, jak odmiennie rozumiemy oglądanie filmów – dla mnie to jest obcowanie z kulturą, dla niej – zabawa, oderwanie się od codzienności. Nie chcę przez to powiedzieć, że kino nie może mi dostarczyć zabawy i jeśli nie ucieczki, to przynajmniej zmiany perspektywy na codzienność, ale chodzę tam po sztukę, po wrażenia artystyczne, po katharsis i przemyślenia. Zaczęłam się zastanawiać, co właściwie w życiu robię dla rozrywki – i w ogóle czym ona jest.

Wyszło mi, że nie ma czegoś takiego. Kiedy idę ze znajomymi na piwo, idę po to, by z nimi porozmawiać, pobyć, wymienić myśli, czerpać radość z przebywania w dobrym towarzystwie. Kiedy biegam – myślę, obserwuję, wydziela mi się serotonina czy inne -iny. Oczywiście, że robię to dla przyjemności, podobnie jak wiele innych rzeczy – ot, choćby wypicie kawy czy pójście na spacer – ale rozrywką bym tego nie nazwała. Chyba najbliżej rozrywki jestem wtedy, gdy gram w pinball na komputerze. Ale po pierwsze, to nie jest rozrywka, tylko nałóg; po drugie, robię to, żeby sobie udowodnić (na ogół nieskutecznie), jaka jestem dobra, wreszcie po trzecie – robię to w ramach prokrastynacji.

Tak więc coraz słuszniejszym wydaje mi się wniosek, że słowo „rozrywka” w moim słowniku nie istnieje. Przyjemność – jak najbardziej. Nawet dużo przyjemności. Ale rozrywka? Rozrywka kojarzy mi się z słuchaniem disco polo. Wolę bardziej wysmakowane rozkosze. Choć oczywiście mam świadomość, że jest to różnica konwencjonalna, bo dla innej osoby to słowo może mieć inny odcień. Ważniejsze jest clue sprawy, czyli to, ile sensu czerpiemy z rzeczy, które robimy. Czy oddając się przyjemnościom, zabijamy tylko czas i uciekamy, czy też raczej gonimy za (przepraszam wegetarian) mięsem – czymś większym, głębszym, pełniejszym, bardziej żywym.

A tera idę grać w wilka i zająca. Nara!

PS. Dzięki dyskusji, która się wywiązała z koleżanką na temat znaczenia słów, udało mi się znalaźć ładne rozróżnienie między moim pojmowaniem rozrywki i przyjemności. Otóż rozrywka jest bierna, a przyjemność czynna. Rozrywka jest ślepa, przyjemność – świadoma. Oczywiście słowa bywają zdradliwe, ale na czymś trzeba się oprzeć w komunikacji 😉

Minirecenzje filmowe – luty 2015

pobrany plik

W lutym obejrzałam kilka filmów, które są ostatnio na takim topie, że nie warto o nich zbyt wiele pisać, bo wszyscy albo już je obejrzeli, albo przynajmniej się o nich nasłuchali. Odnotuję jedynie, że są wśród nich Zaginiona dziewczyna (rozczarowanie, bo podeszłam do filmu ze złym kluczem – myślałam, że to będzie dramat, a był kryminałothriller), Whiplash (też lekkie rozczarowanie, bo przeczytawszy te wszystkie ochy i achy, spodziewałam się czegoś wybitnego, a film jest w moim odczuciu bardzo uproszczony i niespójny psychologicznie, zaś solówki na perkusji nieciekawe), Grand Budapest Hotel (umiarkowana satysfakcja, bo mniej więcej takiego filmu się spodziewałam, może odrobinę lepszego – trzeba jednak przyznać, że wizualna perełka) i Dzikie historie (film bardzo dobry, acz niektóre sceny dla mnie zbyt brutalne; wolałam łagodniejsze opowieści, jak ta o Panu Bombce).

Z nieco mniej sławnych obejrzałam Dziewczynkę z kotem (nawet by mi się podobała, gdyby ktoś nie kazał mi żywić wobec niej głębokich emocji, których nie żywiłam), Wyśnione miłości (nie w moim guście) oraz trzy filmy, o których chcę napisać szerzej, acz z różnych powodów.

Sugar Man – dokument z roku 2012 o piosenkarzu Sixto Rodriguezie, który wydał w Stanach dwie płyty i pies z kulawą nogą o nim nie słyszał, ale jego muzyka cudownym zrządzeniem losu zawędrowała do RPA i stała się symbolem walki z apartheidem. Dziennikarz z RPA zaczyna poszukiwać śladów Rodrigueza, przekonany, że artysta nie żyje, a tymczasem odnajduje go żywego w mieście, w którym ten spędził całe życie – Detroit. Film jest stary i pewnie byłam ostatnią osobą na Ziemi, która go nie widziała, ale jeśli przypadkiem nie, polecam z całego serca, bo to opowieść o pięknej postaci i z piękną muzyką.

Mandarynki – gruzińsko-estoński kandydat do Oscara (gdy będę wrzucać ten tekst, pewnie będzie już wiadomo, czy go dostał). Kibicuję mu z całego serca, choć to niepatriotyczne, bo jest cudowny. Film o bezsensie wojny, mimo dramatyzmu zaskakująco stoicki i na swój sposób pogodny, jakby reżyser poprzez postać głównego bohatera chciał powiedzieć, że konflikty przychodzą i odchodzą, a życie trwa. Zwróćcie uwagę na oszczędną, ale świetnie ilustrującą całość muzykę.

La isla mínima – film hiszpański i tam dość popularny, a u nas nieznany, więc warto o nim napisać. Nie przepadam za filmami rozrachunkowymi – wolę opowieści o przemianie duchowej bohatera niż o tym, że ktoś, kto teraz jest po jasnej stronie mocy, kiedyś robił coś złego i tak naprawdę wcale się nie zmienił. Ciekawsze jest obserwowanie młodszego z bohaterów, ale więcej nie powiem, bo może jednak kiedyś obejrzycie. Fabuła kryminalna wydaje mi się bardzo pretekstowa i dziurawa. Nastrój się broni, ale nie przez cały czas.

Minirecenzje filmowe – styczeń 2015

film_9394_original_1

Dostałam zaproszenie od kina na specjalny pokaz dla najwierniejszych widzów roku 2014. Podobno jestem wśród 25 osób, które w ubiegłym roku obejrzały najwięcej filmów. Bardzo to miłe – nie przypuszczałam, że się załapię do tak wąskiego grona. Miałam raczej wrażenie, że to w tym roku, w ostatnich tygodniach, non stop siedzę w kinie. No i faktycznie – z pomocą Facebooka, na którym zwykle zamieszczam refleksje, obliczyłam, że od początku stycznia byłam w Muzie już osiem razy. Idę na rekord. Oczywiście tylko mój własny, bo w odróżnieniu od państwa Kalinowskich wychodzę czasem z kina.

Ale nie o rekordy tu chodzi, tylko o to, żeby wartościowe filmy nie zaginęły w otchłaniach niepamięci. A może i te mniej wartościowe. Postanowiłam więc notować w pliku filmy obejrzane w kinie i poza nim, a z tych ciekawszych zdawać sprawozdania na blogu, tak jak to wcześniej czyniłam w przypadku Transatlantyku. Może komuś przyda się taka ściąga. Ale nie uwzględniam reklamacji w razie różnicy gustów 😉

Biały bóg. Przyznaję, że sceny pokazujące okrucieństwo wobec psów są drastyczne i mimo iż film jest metaforą, rozumiem, jeśli ktoś z tego względu nie chce go oglądać. Jeśli uważacie, że dacie radę, to warto. Gdzieś czytałam, że to metafora Węgier epoki Orbána. Tego nie wiem – podobno większość Węgrów popiera jego rządy, ale nie byłaby to pierwsza sytuacja, w której „praworządni obywatele” popierają władzę, a ludzie twórczy i potrzebujący więcej przestrzeni się duszą. Film o wolności i o tym, co robi z człowiekiem (i psem) zniewolenie.

Biały cień. Tu na odwrót, przerażająca dosłowność – albinosi w Afryce Wschodniej (Tanzania) mordowani na zlecenie szamanów, używających ich organów do odprawiania rytuałów. W filmie akurat w imię Chrystusa, choć pewnie tylko dlatego, że akurat do tego kościoła zapisał się szaman – choć nie wątpię, że reżyser pokazał taką sytuację celowo, bo czyni ona odbiór filmu w kulturze chrześcijańskiej bardziej szokującym. Okrucieństwo i ból, ale także możliwość zobaczenia codzienności w dużym mieście czarnej Afryki i nawet kilka zabawnych scen – oraz dylemat bohatera, co zrobić dalej ze swoim życiem. O ile w ogóle będzie miał wybór. I życie.

Długie, szczęśliwe życie. Po trosze starszy o rok brat Lewiatana, pod pewnymi względami lepszy, pod innymi słabszy. Słabszy pod względem dramatyzmu, stopniowania napięcia, kręcenia niektórych scen. Ale mnie się właśnie podoba taki bardziej kameralny, ten dramatyzm stonowany, emocje jak lawa we wnętrzu wulkanu. Z pewnością – w moim odczuciu – lepiej ukazane są charaktery i stosunki międzyludzkie. Więcej odcieni. Tylko samotność bohatera ta sama.

c.d.n.

Scenariusz na życie

Pozostaję pod wrażeniem filmu, który obejrzałam kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia. Nagrałam go kiedyś z telewizji i akurat w tamtym momencie uznałam, że czas obejrzeć. Film okazał się jednym z najlepszych, jakie widziałam w życiu, a jakby tego było mało, bodaj trzy dni później, w Wigilię, zmarł jego reżyser. Co ciekawe, to już drugi film Krzysztofa Krauzego, który będzie mi się kojarzył ze śmiercią nie na ekranie, lecz w świecie rzeczywistym. Swego czasu uczęszczałam na DKF Kamera w kinie Muza, prowadzony przez Kazimierza Młynarza, który przed każdym filmem wygłaszał prelekcję, a także zapowiadał pokaz przyszłotygodniowy. Nie pamiętam, jaki film oglądaliśmy w tamtym tygodniu, za to pamiętam doskonale, że pan Kazimierz bardzo gorąco zapraszał na następny. „Byłem wstrząśnięty” – brzmiały jego słowa o polecanym filmie. Tydzień później, kilka godzin przed projekcją, niespodziewanie dowiaduję się, że… zmarł Kazimierz Młynarz. Odszedł we wtorek, dzień przed seansem DKF-u.

Seans oczywiście się odbył. Jeden z wieloletnich członków klubu poinformował o śmierci prowadzącego i zapowiedział film – ten, który wstrząsnął Kazimierzem Młynarzem, choć wolałabym wierzyć, że ten wstrząs nie przyczynił się do jego śmierci. Na mnie Dług też zrobił wrażenie, choć nigdy już się nie dowiem, ile z emocji, które wtedy odczuwałam, wiązało się z treścią filmu, a ile z wiadomością o śmierci pana Kazimierza.

Z Placem Zbawiciela będzie inaczej, bo najpierw był film, a potem śmierć. Tym razem, niestety, zdecydowanie przedwczesna śmierć reżysera. Żal tym większy, że Krauze zrobił stosunkowo niewiele filmów i że wydawał się iść w swojej twórczości w pożądanym przeze mnie kierunku. Największe bowiem wrażenie wywarły na mnie te filmy, które nakręcił wespół z żoną, Joanną Kos-Krauze: Papusza i wspomniany Plac Zbawiciela. O ile wcześniej kręcił filmy głównie o mężczyznach, o tyle małżonkowie Krauze wzięli pod lupę także postacie kobiece, a ich obserwacje ludzkiej natury stały się bardziej wnikliwe niż kiedykolwiek przedtem.

Większość moich rozmówców wprawdzie zgadza się co do wartości Placu Zbawiciela, lecz część z nich twierdzi, że film jest dołujący i że nie chcieliby obejrzeć go ponownie. Ja przeciwnie. Fascynuje mnie doskonała znajomość ludzkiej psychologii, jaką demonstruje małżeństwo Krauze. Te wszystkie wypowiedziane mimochodem słowa, które zebrane w całość tworzą układankę objaśniającą motywy postępowania bohaterów: matka poniewierana przez męża, prawdopodobnie sama pochodząca z patologicznej rodziny, przekonana, że wszystko, co złe, musi pozostać w czterech ścianach, poniewierająca własnym synem, który w efekcie jest niezdolny do podejmowania samodzielnych decyzji, a dowartościowania szuka w ramionach kochanek – i wrzucona w ten układ prosta, mimo ukończonych studiów, dziewczyna ze wsi, która chce dobrze, ale sytuacja ją przerasta. I wiele, wiele innych tropów. Jakież to doskonałe pole do obserwacji dla psychologów, ale i dla nas, zwykłych ludzi, którzy – jak wszyscy – mamy zapisane w świadomości jakieś skrypty, scenariusze życia, które nieświadomie realizujemy. Czasem taki scenariusz jest dobry, choć pewnie zawsze znajdzie się coś, co można by w nim ulepszyć. Gorzej, gdy w ogóle jest spaczony – a to zdarza się często, bo nasi rodzice też mieli swoje scenariusze, które nie zawsze były dobre. Do zmiany takiego scenariusza potrzeba wysiłku, a przede wszystkim pewnej świadomości tego, że robimy coś źle. Ja, niestety, dostrzegam pewne swoje cechy w każdym z trojga bohaterów filmu, i nie są to bynajmniej dobre cechy. Takie filmy jak ten pomagają mi przyjrzeć się sobie, nabrać pewnego dystansu do własnych zachowań, a to – mam nadzieję – pomaga w zmianie owego „scenariusza na życie”.

A ponieważ to wpis na pożegnanie roku i powitanie następnego, życzę Wam wszystkim dobrych scenariuszy i jak najmniej bolesnego prostowania tych gorszych – tych, które nie tylko przeszkadzają nam w osiągnięciu szczęścia, ale w dodatku równie źle wpływają na następne pokolenia. Jeśli macie co prostować, życzę samoświadomości, zaciśnięcia zębów i sukcesu.

Swoją drogą ciekawe, co powiedziałby o Placu Zbawiciela pan Kazimierz.